Związek

Szczęśliwego kryzysu na nowej drodze życia. Wyszłaś za mąż, nie zapomnij się pokłócić!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 października 2015
Fot. Unsplash/Scott Webb / CCO
 

Podobno każde małżeństwo przeżywa kryzys. Po siedmiu latach to już nawet nie wypada nie mieć kryzysu. Świadoma praw i obowiązków żony, na tę nerwową okoliczność zaczęłam się przygotowywać już pierwszego dnia po uroczystym zalegalizowaniu naszego związku. Nie, nie pokłóciliśmy się (to nastąpiło nazajutrz). Po prostu usiedliśmy przytuleni na łóżku i popijając wino, czytaliśmy kartki, karteczki i karteluszki ofiarowane nam w dobrej wierze przez życzliwych przyjaciół i nie mniej udanych członków rodziny.

– Kochani, małżeństwo to wielka próba – napisała ciotka, posiadaczka kota i mikroskopijnej kawalerki, szczycąca się tym, że za mąż to ona „nigdy w życiu, po moim trupie!”. – Jeśli jednak będziecie nad sobą pracować i nauczycie się sobie wybaczać – zaraz, ja mojemu mężowi wybaczyłam już pierwszego dnia znajomości, żenującą próbę podrywu „na obcokrajowca”, którym nigdy nie był (no chyba, że za granicą) – to może uda Wam się stworzyć coś pięknego i będziecie twardzi w swym związku jak skała. Łyk wina i porozumiewawcze spojrzenia. Skojarzenia mamy ciągle te same, więc kryzys nam chyba nie grozi. Sięgamy po następne życzenia.

– Drodzy Nowożeńcy – oficjalnie zwracają się do nas literki z bardzo eleganckiej, kremowej karty, przedstawiającą pannę młodą sztywną i chudą jak kij od mopa i pana młodego wystylizowanego na Ekskluzywnego Menela – dziś zaczął się nowy etap Waszego życia. Od teraz jesteście za siebie odpowiedzialni (hmmm, od trzech lat mieszkamy razem i wychowujemy wspólnie dziecko, ale autor życzeń mógł przeoczyć ten fakt. Składając życzenia osobiście, zwrócił się do mnie imieniem szkolnej miłości mojego męża, a na przyjęciu weselnym sprawiał wrażenie jakby pomylił imprezy. – Gdy pojawią się pierwsze problemy, warto wrócić pamięcią do tego pięknego dnia, dnia Waszego ślubu. Przed Wami ciężka praca, a jej ukoronowaniem będzie wspólna, szczęśliwa starość.
Kolejny łyk i szybka wyliczanka w myślach. Bardzo prosta: od 1 do 10.

– Dbaj o Swoją Żonę, Stary – krzyknął atrament z następnej kartki – bo inaczej ona zadba o Ciebie. Nie daj się zakuć w kajdany i pamiętaj, kto ma u Was nosić spodnie. Odwracam kartkę: rzeczywiście. Na rysunku, karykaturalnie przerysowana gruba baba w ślubnej sukni, goni swego oblubieńca, wymachując parą kajdanek. Pan młody, wybałusza ogromne oczy, a spodnie już pogubił, uciekając. Ręka zaczyna mi drżeć, kiedy sięgam po następne życzenia. Mój legalny od kilkudziesięciu godzin partner klepie mnie po plecach uspokajająco: – Kumpel ze szkoły. Nigdy nie byliśmy blisko…

Okazuje się, że takich „dalekich” kumpli było na naszym ślubie jeszcze kilku. Szybko przeglądam dowcipne kartki z równie szczerymi, płynącymi z serca życzeniami. Towarzyszą im tak samo zabawne ilustracje. O, na tej mam nawet kaganiec…

Eh! K. wyrywa mi szybko poplamioną pocztówkę przypominającą kadr z filmu 18 plus. Sięga po wesołą, fioletową kopertę z serduszkiem. Tym razem to on czyta te kilka krzepiących słów. Fotografię papużek nierozłączek opatrzono cytatem z Biblii i osobistą refleksją naszych weselnych gości – Nie zawsze będzie Wam tak kolorowo i pięknie jak dziś, ale warto dbać o siebie nawzajem, przezwyciężać kryzysy i stale umacniać swój związek. Pamiętajcie, nic tak nie umacnia małżeństwa, jak wspólne upadanie i podnoszenie się…

W głowie mam wizję: Ja i K. spętani stułą i wymalowani w wojenne barwy, pędzimy przez wojskowe koszary w rytm rozlegającego się co chwila „padnij – powstań”. Kieliszek już pusty. Ten drugi.
– Kto to napisał?! – pytam już leciuteńko wstawiona, ale nadal w podniosłym nastroju. To przecież pierwszy dzień naszego małżeństwa! Odpowiedź jest zaskakująca.
– A i D?! – prawie krzyczę – Drą koty o wszystko, on ogląda się za większością swoich koleżanek, a mnie trzy razy łapał za biust. Ona udaje przed wszystkimi, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Gdyby nie wspólne dzieci, kredyt i olbrzymi dom, zostawiłaby go już dawno!
– D łapał cię za biust?! Trzy razy?!– cedzi przez zęby Mój Mąż.
Resztę wieczoru pamiętam, jak przez mgłę. Ale następny dzień już całkiem dobrze. Mieliśmy kryzys.

W sobotę wybieramy się na ślub znajomych. Kupiłam pustą kartkę i namalowałam na niej wielkie czerwone serce. Zielonym atramentem napisałam dedykację, której nie znalazłam na żadnej ze swoich ślubnych kart: Wszystkiego Najlepszego Kochani! Bądźcie szczęśliwi!


Związek

Zazdrość? Kochanie, nie bądź śmieszna!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
26 października 2015
„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością
Fot. iStock / SilviaJansen
 

Czy znacie to uczucie, kiedy na widok byłej dziewczyny waszego obecnego męża zaczynacie się zastanawiać, czy przypadkiem nie wpakowałyście dziś rano do torebki wiatrówki wujka Ryśka? To się nazywa zazdrość, podobno. Tak mi mówią autorzy bardzo mądrych poradników o życiu. Jeszcze podpowiadają, że to naturalne, w pewnych granicach. To ja bym chciała ich o te granice podpytać, bo mam tu pewną niejasność.

„Oj, kotku, koteczku – zapewnia On – te kilka lat wspólnego z nią życia nic dla mnie nie znaczy. To przeszłość. Liczysz się tylko ty! No przecież już dawno nic a nic mnie z nią nie łączy. I jeszcze ci powiem, że tak naprawdę kochałem i kocham tylko ciebie.” „Oczywiście, kochanie, no przecież, że tak właśnie jest!”- wyświergoczesz przez zaciśnięte zęby, chociaż tam w środeczku to aż cię skręca. A nie ma prawa skręcać, bo to etap skończony, definitywnie zamknięty i w ogóle o co ci chodzi, kochanie?

Że na nasz adres przychodzą do domu upomnienia z czytelni na jej nazwisko? No proszę cię – to jakiś szczegół. Przeszkadza ci to? Naprawdę? To przejdź się tam w wolnej chwili i wytłumacz, że ona już tu nie mieszka, skarbie. Nie, ja nie mogę, nie mam kiedy. W takich dziwnych godzinach otwarta ta czytelnia.

Że w zeszłym tygodniu listonosz wrzucił do skrzynki kartę kredytową na jej nazwisko? Nie, no, naprawdę, daj spokój. Przecież już dawno nie korzystam z tego rachunku. Kiedy to było, jak jej założyłem tę kartę! Po prostu olej to.

Że babcia Grażynka mówi do ciebie JEJ imieniem i dopytuje o zdrowie JEJ mamusi? Kochanie, babcia Grażynka ma 85 lat, naprawdę wszystko już jej się miesza. Argument o tym, że najbardziej mieszają jej się kwoty jakie od nas pożyczyła jest poniżej pasa. Nie spodziewałem się tego po tobie. Nie możesz jej sama przypomnieć jak się nazywasz?

Że w moim domu rodzinnym na ścianach wisi jeszcze kilka naszych wspólnych zdjęć? Daj spokój, przecież nie będę rodzicom domu meblował. Na pewno wiesz, o co ci chodzi? Nieswojo się czułaś? Na Wigilii? No co ty o kawałek papieru jesteś zazdrosna? Chyba sama powinnaś im to powiedzieć.

Że moja mama dzieli się z nią informacjami o naszym życiu? Kochanie, one się bardzo zżyły, wiesz?… Ty swoim przyjaciółkom mówisz wszystko, prawda?… Postaw się w ich sytuacji, to co, mają teraz zerwać kontakt?! I co ci szkodzi, że obejrzały sobie razem nasze zdjęcia? Przecież jesteś na nich taka piękna! Nie masz się czego obawiać.

Że moim rodzicom wymsknie się czasem kilka słów o niej i o naszym związku? Że ci opowiedzą, jak to było, gdy A. była ze mną i jeździliśmy wszyscy czworo na wakacje? Kochanie, nie spodziewałem się, że jesteś taka wrażliwa. Kocham ciebie i tylko ciebie i to ciebie wybrałem na żonę. Buziak. Lecę do pracy, pa!

Szanowna babciu Grażynko! Wiesz dobrze, jak mam na imię, bo kiedy dzwonisz do mnie z listą zakupów z Tesco (pamiętam o drożdżówkach!) wymawiasz je nawet zdrobniale.

Cudowna teściowo! Choćbyś nie wiem jak wspaniałe miała intencje, opowiadając mi zabawne ciekawostki ze wspólnego życiowego etapu twojego syna i jego „eks”, lepiej zrobisz jak zachowasz je dla siebie. Mnie to naprawdę nie obchodzi. Jej przepisy na szarlotkę również. Przecież wiesz, że do pieczenia to ja mam dwie lewe ręce. Nieaktualnej instrukcji obsługi do twojego pierworodnego także nie potrzebuje. Piszę nową, sama.

Najdroższy mężu! Znalazłam kilka zdjęć z wakacji, tych z 2003. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że jestem na nich z K. Przecież chodzi tylko o krajobraz. Pięknie wygląda na naszych ścianach. Jak wrócisz, to zobaczysz. Pa!


Związek

„Były” kontra „Aktualny”. Żelazne zasady sprytnej kobiety po przejściach

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 października 2015

Jest powszechnie wiadome pierwsze miłości się kiedyś kończą. No dobrze, czasem się nie kończą,  znam nawet taką parę: poznali się w przedszkolu, a w podstawówce usiedli w jednej ławce i tak już dotrwali do końca studiów. Wspólne zeszyty, długopisy i gumki z napisem M+K= WNM, te same notatki i prace zaliczeniowe pisane tylko razem. Potem ślub, dzieci i … tu się zatrzymam, bo to nie moja bajka.

Bo ja na zabój, po grób, po czubek uszu i obgryzione z miłości końcówki paznokci zakochałam się co najmniej trzy razy, a co! Przeżyłam kilka rozstań, tych z hukiem i tych po cichu, tych „wynoś się z mojego życia” i tych „zostańmy przyjaciółmi”. A kiedy po dłuższym lub krótszym okresie pozwiązkowej żałoby na horyzoncie pojawiało się nowe, szalone uczucie, zdarzało się, że mój „Były” (aktualny status na Facebooku – znajomy) stawał oko w oko z tym „Aktualnym” (status na Facebooku – w związku ze mną). Jeśli tylko „Były” ułożył sobie właśnie życie, był szczęśliwy, planował dziecko (nie ze mną) itd.,  zazwyczaj znajomość kończyła się naturalnie i bez żalu, pozostawiając miłe wspomnienia. Ale gdy „Były” nadal znajdował się w  grupie emocjonalnie i związkowo niezagospodarowanej, z daleka pachniało kłopotami.

Jeśli masz tak wyjątkowe szczęście, że twoi panowie są wybitnie kulturalni i emocjonalnie stabilni, nie musisz się obawiać. W przeciwnym wypadku, powinnaś pamiętać o kilku żelaznych zasadach dotyczących waszych wspólnych (trójkątnych) kontaktów.

1. Nigdy nie wdawaj się w dyskusje na temat swojego byłego partnera ze swoim aktualnym narzeczonym, ani ze swoim byłym partnerem na temat swojego aktualnego narzeczonego

Bądź pewna, że cokolwiek powiesz, powiesz źle, pogorszysz sprawę (nawet jeśli wydaje ci się, że sprawie nie grozi pogorszenie) i ryzykujesz fochem (oczywiście nie swoim). Gdy w rozmowie z ukochanym zdarzy ci się „chlapnąć” jakiś szczegół dotyczący związku w poprzednim partnerem, możesz być pewna, że zostanie on wykorzystany przy najbliższej okazji (sprzeczka, kłótnia, awantura). Usłyszysz: „Pewnie, wróć sobie do niego, jak takie świetne obiadki ci gotował!”. Albo: „Pewnie wróć do tego nieudacznika, z nim to będziesz miała dużo lepiej, on to umie o ciebie zadbać!”. Niechybnie natychmiast wyślesz wówczas i „Byłego” i „Aktualnego” do diabła. Najlepiej razem.

2. Nie próbuj na siłę zaprzyjaźnić „Byłego” z „Aktualnym”

To się udaje nielicznym. Osobiście nie znam ani jednego takiego przypadku, kiedyś tylko gdzieś przeczytałam, że to się komuś udało, chyba w 1956, pod Szczytnem. Moim zdaniem – szkoda twoich nerwów, efekt niepewny, a skutki uboczne: porażające.

Bo jak tu się cieszyć nową miłością, gdy „Były” smętnie zapewniając ciebie i twojego ukochanego, jak bardzo się cieszy waszym szczęściem, snuje się za wami pociągając nosem (jego nikt nie chce) i ucieka przed męskimi decyzjami (No idź, poznaj w końcu kogoś!). Toż to twój żywy wyrzut sumienia! Istnieje jeszcze inne ryzyko. W razie problemów w nowym związku „Były” chętnie zawiąże wspólny front z „Aktualnym” proponując przyjacielskie wyjście na piwo i dając dobre rady tego, który przecież zna Cię najlepiej. I tak właśnie najłatwiej o dwóch „Byłych”. Bo, że Twój związek się skończy, tego możesz być pewna.

3. Jeśli masz z „Byłym” dzieci, przygotuj się na to, że twój nowy związek uczyni go lepszym ojcem

Niestety nie z tych pobudek, co trzeba. Pomyślcie teraz szybko o pewnym psu ogrodnika…

Nawet jeżeli wcześniej nie przyznałabyś mu tytułu Ojca roku, teraz nie opędzisz się od „Byłego”. Twoje (przepraszam, WASZE) dzieci również. Kino, lody, spacer, a nawet (uwaga!) należne maluchom alimenty, których nie mogłaś się doczekać przez ostatni rok, wszystko to już stały punkt popisowego programu. „Były” uczestniczy teraz w wywiadówkach, balach i zakończeniach roku. Chętnie dokupi nowe buciki czy kurtkę na zimę, niepotrzebny zestaw klocków (oby tylko milion razy fajniejszy niż ten, który twój syn dostał od twojego partnera). Patrz i podziwiaj, tyle straciłaś na własne życzenie (kiedy cię zostawił samą z dziećmi). Żałuj, głupia babo! A dzieci? No, o co ci chodzi? Przecież Tatuś dba o nie jak nigdy.

Patrzę na znajome singielki i widzę, jak tęsknią za miłością. Słucham ich opowieści o zranionych uczuciach, zdradach, zazdrości o byłe partnerki i stałe związki koleżanek.  Ja też im zazdroszczę. Tym singielkom. Świętego spokoju. Tego, że ich Były nie postawił sobie za cel przekonać wszystkich wokół, że rozstając się z nim, popełniły życiowy błąd. I tego, że ich aktualny partner nie wypomina im w każdej kłótni, że życiowym błędem był związek z tym poprzednim. Kto przeżył podobne do mojej historie, zrozumie. Być może nie trafiłam na dojrzałych partnerów. Być może jestem tylko zmęczona. No cóż, bądź ponad to, jak już nic nie działa w temacie „Były” kontra „Obecny”, wiej gdzie pieprz rośnie, może zakumplują się, jako bracia w niedoli.