Związek

Socjopata, moja miłość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
18 czerwca 2016
 

Trafił mi się. Mój własny, prywatny zabójca idealistycznej wersji miłości, morderca tego, co dobre i piękne we mnie. Emocjonalny socjopata. Nie mylić z psychopatą, bo on nikogo fizycznie ze skóry nie obdziera. Po prostu bierze, co chce, a potem, jak się posypie, przekonuje, że to nie jego wina.
Podobno w pierwszej fazie znajomości to najbardziej fascynujący typ ze wszystkich mężczyzn. Potrafi być elokwentny i zabawny, ma wdzięk i charyzmę. Wie, co i kiedy powiedzieć, sprawia wrażenie niezwykle tobą zainteresowanego, przez moment jesteś jego królową i boginią. W wersji podstawowej, szuka obiektów spragnionych miłości i uznania, tzw. łatwe cele. Kobiety poranione. Takie, które marzą o księciu z bajki (niech będzie, że naiwne), bo takim rycerzem na białym koniu potrafi być dobrym. Wedle literatury fachowej, mile łechce swoje ego, i tak już rozdmuchane, kiedy to białogłowa wpatruje się w niego cielęcym wzrokiem. Kobieta silna się na niego nie złapie, więc takie omija szerokim łukiem, rzucając w ich kierunku pogardliwe „Bo ty to taka WYZWOLONA/FEMINISTKA jesteś…”, wszelkie przejawy niezależności kobiety traktowane są jak zagrożenie.

Emocjonalny socjopata to ktoś z gatunku Doktor Jekyll i Mister Hyde – w jednej chwili cię kocha, w drugiej nienawidzi, nigdy nie wiesz, na czym stoisz. Coś obiecuje, coś deklaruje – a tu nagle wielkie nic. Daje słowo, ale po trzech tygodniach już mu się odwidziało. Zabawa z nim przednia, jak na karuzeli lub rollercoasterze. Dajesz się wciągnąć w takie wesołe miasteczko uczuć, sama zmieniasz się trochę w maniaczkę, usiłując nadążyć, sprostać i jednocześnie nie stracić.

Ten typ z lubością obwinia innych („To Ty mnie do tego zmusiłaś”, „To ona założyła na mnie sidła”) i gra na uczuciach. Rolę biednego misia ma opanowaną do perfekcji. Żona w ślub wmanipulowała, a w ogóle to się w jędzę zmieniła po latach, partnerki zawsze zdradzały, koledzy oszukiwali, szefowie nie doceniali.

Zadajesz pytanie, a odpowiedzi brak lub jest odpowiedź mętna. Jasna deklaracja to nie w jego stylu. Jeszcze by taka kobieta wiedziała, na czym stoi i dopiero by było!
Socjopata w związku niewiele się uczy, jeśli już, to tylko jak doskonalić technikę. Będzie zaprzeczał, póki się nie złapie za rękę, a potem zastanowi się nie nad tym, co zrobił źle, tylko dlaczego wpadł. Dla mojego męża problemem nie było to, że mnie zdradzał, tylko że przeczytałam jego prywatnego SMS-a, z którego wychodziło, że mnie zdradza.

Ten typ często przejawia też rys narcystyczny – jest zajęty sobą i swoimi potrzebami zajęty tak bardzo, że nie starcza miejsca i czasu na innych. Bywa to akcja w stylu „bo ja taki zły jestem”, będący w rzeczywistości także obsesyjnym wręcz zainteresowaniem się sobą samym. Tutaj każdy jest wrogiem – narcyzm nadwrażliwy zakłada, że inni wiecznie chcą go wyśmiać, oszukać, zmanipulować.
Socjopata to jednocześnie tchórz – konfrontacji unika jak ognia, niczym struś stara się włożyć głowę w piasek tak głęboko, że prawie cały się schowa nim dopuści do siebie jakiekolwiek słowa krytyki i zareaguje. Opcjonalnie może zareagować agresją, jak już kobieta bezczelnie zaatakuje i będzie się domagać wyjaśnień.

Długo nie dopuszczałam do siebie informacji, że mój ukochany nie jest zdolny do miłości. To choroba. Jakichś klocków w środku brakuje i tyle. Nawet po wyprowadzce, gdy zaczęła na jaw wychodzić moja poważna choroba, wierzyłam w jego pomoc i wsparcie. Szybko jednak wróciłam do formy i stwierdziłam, że odbijanie się od pustych obietnic, niepewności i nieprzewidywalności – to już zabawa nie dla mnie. Ja potrzebuję jasnych, logicznych podstaw w moim chwilowo postawionym na głowie (dosłownie) świecie. Mój Miś nadal jest obok wyłącznie na własnych warunkach. Nadal z chęcią przerzuca piłeczkę na moją połowę boiska, zrzucając na mnie ciężar działań.

O socjopacie w związku czytałam już parę lat temu – paradoksalnie, dosyć szybko dostrzegłam niebezpieczne cechy u mojego partnera. Potrafiłam to nazwać, oswoiłam, zrozumiałam podstawy. Tylko nie wiem, jak ja to robiłam – ale w żadnej z mądrych publikacji i opracowań, nie widziałam jednego zdania, które obecne było WE WSZYSTKICH – że socjopata się NIE ZMIENI. Że nie ma szans, proszę pani, proszę czasu nie tracić. Ja naprawdę tego nie widziałam! Nie słyszałam, gdy mówili to inni, dużo mądrzejsi ode mnie! Do samego końca dałabym się pokroić za mojego partnera i broniłabym jak lwica mojej opinii, że to jest dobry facet, który się otrząśnie! On zrozumie, no na pewno, to jakieś chwilowe zaćmienie. Ja się bardziej postaram, on na terapię pójdzie i będzie dobrze!

Ha ha!

Mój kolega terapeuta nazywa to tak: „pacjent ma emocjonalną jaźń zakopaną tak głęboko, że dokopanie się do niej może oznaczać przekopanie się na drugi koniec Ziemi”. Żeby się zmienić, trzeba czuć się źle z tym, że się kogoś rani. A jak można kogoś zranić, skoro to ten ktoś jest winny, nie ja?
Byłam partnerką w oszustwie wystarczająco długo. Pomagałam mojemu partnerowi oszukiwać samą siebie, w imię wyimaginowanej bliskości i ratowania związku

Mam wiadomość: związku w pojedynkę się nie uratuje.


Związek

Niepokonana

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
20 czerwca 2016
 

– CO robisz, jak cię boli?
– Hmm, no raczej płaczę. A ty?
– Czasem płaczę. Ale rzadko. Bo wiem, że to moja supermoc wychodzi?
– Supermoc?
– Noooo! Wiesz, jak ten zielony Hulk – jak go bolało, to znaczy tego człowieka, to był znak, że pojawia się Hulk. I wychodził Hulk, i miał taką wielką moc, taki niesamowicie silny był, nikt go nie mógł pokonać, nawet Godzilla! Więc jak mnie boli, to myślę, że taka siła ze mnie wychodzi, że jestem superbohaterem!

Tak oto dziewięciolatek na oddziale neurochirurgii nauczył mnie więcej o raku niż kilkunastu lekarzy, których do tej pory widziałam. To oczywiste – wychodzi ze mnie supermoc! Uzgodniliśmy z dziewięciolatkiem, że jesteśmy niepokonani i tej wersji zamierzam się trzymać. Wolałabym jednak, żeby ze mnie nie wychodził żaden Hulk, tylko coś mniej… zielonego. Coś, co mogę przykryć ubraniem, jak tatuaż. Żeby ludzi na ulicy moją mocą nie porażać. Mam supermoc! Oponiak i demielinizacja to mój kryptonit, ale wiemy wszyscy, że nawet Supermana na długo nie powstrzymał, a co dopiero Superwoman!

Mój ulubiony pan doktor poinformował, że kolejne badania pokażą, jak długie życie może mi wróżyć, rokowania są gdzieś między 3 miesiące a 30 lat. Poprosiłam grzecznie, czy mógłby wydłużyć do 41 lat oraz dwóch miesięcy, bo już jako dziecko obiecałam sobie, że dożyję 77 lat, i bardzo chciałabym słowa danego samej sobie dotrzymać.
– Pani to ma wymagania… – jęknął doktor. Co uznałam za znak, że są szanse.

W oczekiwaniu na kolejną porcję badań, umówiłam się z moją ukochaną panią Kasią, właścicielką współpracującej ze mną firmy cateringowej, na Piguła Party. Instytucję tę wynalazła moja babcia, która niegdyś raz na kilka miesięcy spotykała się ze swoją siostrą, w celu towarzyskim oczywiście, ale przede wszystkim, by wymienić się medykamentami. Obie przywoziły całe reklamówki leków, zapisanych na schorzenia różne, prawdziwe i wyimaginowane, i się wymieniały>
– A na co to jest?
– A to coś nowego na wątrobę pan lekarz mi dał.
– To daj mi! Nie próbowałam tego! A ja ci dam to, o to, na cukrzycę…

I tak dalej.
Z Panią Kasią postanowiłyśmy spotkać się na stopie prywatnej i porównać nasze zapasy medyczne. Dziennie biorę dokładnie 24 tabletki różne, piję ok. 50 ml rozmaitych kropli i syropów, do tego dzbany pełne ziół. Jest co wymieniać.

Zioła niby na wzmocnienie i oczyszczenie organizmu. Mieszanka zawiera gatunki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, dostrzegam więc również edukacyjną wartość raka – poznaję tyle nowego! Poza tym wyrabiam w sobie coraz większe zdolności przewidywania, ponieważ mieszanka okazuje sie być jakimś kocim wabikiem i moje domowe futrzaki prześcigają się w pomysłach, jak tu się do niej dobrać i wytarzać bezceremonialnie. Więc muszę przewidzieć, co wymyślą i odpowiednio kuchnię zabezpieczyć. Zioła z kocim futrem nie mają aż takich walorów smakowych.

Ponadto postanowiłam umrzeć zdrowa, czym nieopatrznie podzieliłam się z moim trenerem. Ten się ucieszył i dołożył mi jeden trening w tygodniu. Sadysta jeden. Wyszło na to, że uważanie na słowa nie jest moją supermocą, niestety…

Poza tym – w końcu czuję, że już nic nie muszę. Tak zwana wolność przewróci mi w głowie, niechybnie.


Związek

Karma z siekierą

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 czerwca 2016

Wierzyć w to, że ludzie będą dla nas dobrzy i mili, skoro my jesteśmy dla nich dobrzy i mili – to jakby wierzyć, że lew nas nie zje, bo my nie zjedliśmy jego. Jako że takie porównanie przemówiło do mnie, przeprosiliśmy się z moją karmą nieco. Mamy w końcu być ze sobą po kres mych dni, więc warto się jakoś dogadać. Uświadomiono mnie ponadto, że to, iż nie widzę działania karmy w życiu innych, to nie znaczy, że ona nie funkcjonuje – może akurat w danym przypadku postanowiła się zamanifestować hemoroidami albo opryszczką narządów płciowych, skąd mnie to wiedzieć, innym ludziom nie zaglądam w majty bez zaproszenia. To fakt, nie wszystko mogę widzieć. Co prawda nadal nie do końca rozumiem, dlaczego u jednych karma odbija się wrzodem, a innemu rakiem, ale ostatecznie młoda jeszcze jestem i nie wszystko rozumieć muszę.

– No widzisz, ja ci przecież mówiłem jakieś 15 lat temu, żebyś się nie martwiła tyle, bo ci się to guzem mózgu odbije, no nie mówiłem? Mówiłem przecież!

No mówił, nie przeczę. Teorii na temat tego, co się ze mną dzieje i dlaczego, jest tyle, co osób dookoła mnie. Niebiosom niech będą dzięki za tych ludzi w moim otoczeniu, którzy obdarzeni są cudownym, wisielczym poczuciem humoru i troskę o mnie owijają w czarny humor. Kocham dystans do siebie i do mnie, a każdy problem okraszony śmiechem wchodzi mi łatwiej do krwiobiegu i oczyszcza organizm. Ludzie, którzy traktują siebie śmiertelnie poważnie, moim zdaniem umarli już za życia.

– Wie Pani, wstrzykniemy Pani takie kolorowe koktajle, rak się nie oprze, upije się, a my sprawdzimy, na jaki kolor delikwent będzie świecił.
– Yyyy, i czego się dowiemy?
– No, jak będzie świecił na niebiesko, to będzie rak – chłopczyk, a jak na różowo, to rak – dziewczynka.
– Ooookeeej… A co, jeśli, dajmy na to, chłopczyk?
– No jak to co? Śmierć na miejscu. Samiec twój wróg!
– To ciekawe. Podobno większe spustoszenie zwykle robią kobiety…
– Ale to w przyrodzie. Takie tornada na przykład. Kobieta = żywioł nie do opanowania.
– Naprawdę mam nadzieję, że Pan mnie jednak podpuszcza.
– Podpuszcz to moje drugie imię. Ale pomyślałem, że będzie Pani przyjemniej, jak powiem, że wrednemu samcowi w Pani imieniu odetniemy członki.

Nie przeczę, że dużo we mnie jeszcze gniewu i smutku. Nie jest łatwo pogodzić się z taką ilością rozczarowań i przykrości, jaką karma szanowna mi zaserwowała. Ale już wiem, że to, co robią nam inni – to ich karma, a jedynie to, co ja z tym zrobię, jak zareaguję – to jest moja karma właśnie. Tylko na to mam wpływ. Tylko nad sobą mogę pracować. Staram się więc każdego dnia przybliżać do mojego własnego ideału. Pracuję nad moim własnym spokojem i coraz mniej się chcę zajmować małością i podłością innych. Daleka od ideału, uczę się każdego dnia czegoś nowego na swój własny temat.

– Jako najlepszy środek przeciwbólowy zalecam dużo śmiechu oraz dzbanek czułości, pity trzy razy dziennie oraz w stanach nagłego napadu boleści.
– Czułości??
– Tak. Jak Panią boli, to niech Panią ktoś zawinie w puchaty kocyk szczelnie niczym naleśnik, położy na łóżku i tuli, dopóki ból nie przejdzie.
– Hmmm… Ze śmiechem dam radę, ale z tym tuleniem mam pewne problemy natury technicznej, rzekłabym. Chyba że zgłasza się Pan na ochotnika jako naleśnikarz…
– Niestety mam już żonę.
– Ja niestety mam męża. Tak jakby. Technicznie…
– Ale to nie ma problemu, zaraz wyjdziemy do dyżurki i zrobimy rekrutację.
– Ciekawymi rzeczami zajmują się teraz lekarze po godzinach pracy.
– Bo jak to wyżyć za te marne pieniądze, droga Pani, biedny lekarz orze jak może. Zwłaszcza że moi pacjenci szybko odchodzą… Proszę tak na mnie nie patrzeć – oni zdrowieją, oczywiście, że wszyscy w szaleńczym tempie zdrowieją!
– Przy takiej terapii to się nie dziwię.

Na początku jest sympatycznie – każdy ból głowy, brzucha, gardła, palca nawet, jest przez ukochanego zcałowywany, przeganiany, rozpuszczany w miłości. Każda łza jest suszona niemal natychmiast. I nagle coś się dzieje. Nie potrafię wskazać dokładnie, w którym momencie zostałam sama ze wszystkim bolesnym, co się przytrafiało. Pojawiła się totalna obojętność i teksty w stylu „Nie płacz, bo denerwujesz koty”. Jednocześnie miałam już świadomość, że pod pretekstem wyjazdu do pracy jechał do innej pani, by ją otulić i otrzeć łzy, bo miała gorszy dzień. Moje dni przestały się liczyć już tak dawno temu, że nie pamiętam już, jak to jest być czyimś naleśnikiem. Obawiam się, że ta część recepty mojego lekarza jest awykonalna, ja i moja karma skupiamy się więc na tej części związanej ze śmiechoterapią.
Każdemu wedle możliwości.

Podobno to nie tak, że jak się już wszystko dobrze ułoży, to wtedy będziemy szczęśliwi, ale wręcz odwrotnie – jak będziemy szczęśliwi, to wszystko się dobrze ułoży.

A ja zamierzam być jeszcze obłędnie szczęśliwa.

A dzisiejszy wpis sponsorowała piosenka „Siekiera” Dominiki Barabas – siedzi mi w głowie od tygodni, niczym zmiany chorobowe.