Seks Związek

Wspólnego śniadania nie będzie, czyli historia pewnej znajomości

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 marca 2016
Wspólnego śniadania nie będzie
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

„Gdzieś ty przepadła” – pyta przyjaciółka. „Zakochałam się” – odpisuję rozemocjonowana. „No to już wiem, ale trochę czasu minęło, my go nie poznaliśmy, a ty przepadłaś zupełnie”.

Hmm no tak, prawda. Spotykam się z W. od dwóch miesięcy, a w sumie nie było kiedy umówić się ze znajomymi. „Wiesz, jak to jest, jak się człowiek zakocha. Właściwie nie wychodzimy z łóżka” – piszę na usprawiedliwienie. I twardo postanawiam zainicjować spotkanie.

Tyle, że nie okazuje się to wcale takie proste. Bo W. właściwie wpada do mnie wieczorami, zawsze na ostatnią chwilę. Dawno nie czułam się tak pożądana, taka piękna i tak seksowna.

– Umówmy się z moimi znajomymi – zagaduję po kolejnym świetnym seksie, kiedy on już prawie zasypia. – Ale po co? – pyta. – Tak nie jest dobrze? I już śpi. A ja zostaję z lekkim szokiem w głowie. Halo. Hej. Kobieto – otwórz oczy. Czy tu nie chodzi tylko o seks?

No, ale przecież ten seks na początku jest na pierwszym planie, ta namiętność, ten głód za swoimi ciałami – jakby się chciało nasycić na zapas. I przecież on mi mówi, że jestem piękna, że wyjątkowa. Że kocha. Choć to „kocha” zawsze pada na początku, zwłaszcza gdy mówię – że zrobiłam kolację, że może do kina byśmy wyskoczyli. Tym „kocham” zatrzymuje mnie w domu i w łóżku.

Analizuję.

Zawsze dzwoni, że za chwilę wpadnie

I to „za chwilę” jest tu znaczące. Nigdy nie umawia się z wyprzedzeniem. Na moje SMS-y odpowiada lakonicznie: „Zobaczę”, „Jestem w pracy”, „Odezwę się później”, a ja nie chcę się narzucać, w końcu to początek naszego związku, wiec po co mam go odstraszyć osaczaniem. A jak już wpadnie, to tak się cieszę, że właściwie zapominam o tym, że nie umówił się wcześniej.

Nigdzie nie wychodzimy

Napisałam mu kiedyś, że zarezerwowałam bilety do kina. Tak spontanicznie i czy pójdziemy. „Dzisiaj nie mogę” – odpisał. Owszem było mi przykro. Ale przyjechał chyba po 22:00. „Mam nadzieję, że nie jesteś smutna”, rzucił w drzwiach. Jak mogłam być.

Nie poznałam jego znajomych

Ani on moich. Właściwie nasze spotkania ograniczają się do jego wizyt u mnie. On długo pracuje, nigdy nie wie, kiedy skończy, więc trudno mu się ze mną umówić w tygodniu u niego. Łatwiej, gdy po prostu wpada do mnie. Czasami weekend spędzamy u niego, ale w łóżku – to zrozumiałe, w końcu początki pełne namiętności

Spotykamy się wieczorami

Zazwyczaj jest już bardzo późno, gdy się widzimy. Nie wyszliśmy nigdy na kolację, bo o 21:00 żadne z nas nie ma już siły. Poza tym szkoda czasu na ceregiele, jak za chwilę i tak jestem rozebrana. Potrafi przyjechać po północy. I wymknąć się nad ranem. Takie romantyczne i takie… bezpieczne dla niego – teraz tak myślę.

Nie zostaje na śniadanie

Rano – jeśli w ogóle do rana zostaje, zrywa się szybko. Zawsze jakby się paliło. „Poczekaj, zrobię śniadanie, zjemy razem. Nawet nie wiesz, jak dobą jajecznicę robię” – próbuję go zatrzymać. A on tylko w pośpiechu wypija kawę tłumacząc się, że musi się jeszcze przebrać, jechać do siebie, że ważne zebranie, że miał maile wysłać jeszcze z domu w nocy, a zasnął. I… już go nie ma.

Właściwie niewiele o nim wiem

Jak zaczynam się nad tym zastanawiać, to dochodzę do wniosku, że właściwie to wiem, w jakie firmie pracuje. Ale na jakim stanowisku, czym się zajmuje? Nie mam pojęcia. Nie wiem, nawet czy ma rodzeństwo, czy jego rodzice żyją, gdzie mieszkają. Czy pochodzi z Wrocławia, czy nie? Kurczę. A co wiem? Że jest boski w łóżku. Że ma zniewalający uśmiech i ten głos, nim uwodzi mnie za każdym razem. I na pewno uprawia jakiś sport, to widać po jego ciele. Może po dwóch miesiącach nie muszę wiedzieć więcej?

Nie interesuje go, co u mnie

Właściwie nie pyta, jak minął mi dzień, co robiłam. Pyta na co ma ochotę, czy chcę, by we mnie wszedł, czy tęskniłam za nim – jego zainteresowanie moją osobą kręci się wokół seksu. Szczerze to nawet nie mam mu kiedy opowiedzieć co u mnie, bo kiedy? Między jednym orgazmem a drugim? Nim on zaśnie, albo wyjdzie? Nie rozmawiamy o niczym poza seksem.

Patrzę na zegarek. To już pierwsza w nocy. On śpi. Albo zostanie do rana – na szybki numerek w łazience i kawę pitą już w drzwiach, albo wymknie się wczesnym rankiem. Jak to jest, że my intuicyjnie czujemy, że to nie jest ten facet, a jednak tak bardzo chcemy w to wierzyć. Bolesna ta analiza. Bo to oczywiste, że jemu chodzi tylko o seks. Spytać wprost, pobawić się jeszcze trochę na jego zasadach, czy liczyć, że może jednak się mylę. Tak, to głupie, wiem. „Jutro wino” – piszę w środku nocy do przyjaciółki. „I to rozumiem” – odpisuje i jestem jej wdzięczna, że o nic nie pyta.


Seks Związek

A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
29 marca 2016
A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieźć się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie
Fot. iStock / sSplajn
 

Składam pranie. Już wieczór. Pachnie nowym płynem do płukania. Tak świeżo. Cisza w domu, dzieci już śpią, a ja myślę, co jeszcze dzisiaj zrobię. W zamrażarce schowany sorbet malinowy. I książka, którą dostałam na urodziny, ale ostatnio nie miałam czasu nad nią usiąść. Tak, dzisiaj to ma być dzień dla mnie, na przyjemności.

Ukłucie. Nawet nie pomyślałam, że ty też tu jesteś. Obok. Sprawdzasz jeszcze maile. Tylko jakie to ma znaczenie? Pewnie spytasz, czy chcę coś do picia, jak sam sobie będziesz robił herbatę i kanapki na kolację. A ja odpowiem, że tak poproszę malinową. Moją ulubioną. Ale o tym pewnie już dzisiaj nie pamiętasz. A może nigdy nie chciałeś pamiętać.

Jakie to ma teraz znaczenie. Kiedy i tak żyjemy obok siebie. Matko, jaki banał. Samotność w związku. Do wyrzygania banalne i klasyczne. A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie. Tylko te tworzone w głowie scenariusze jakoś rzadko są realizowane. Pozostaje nam grać w jakieś farsie. Przy wątpliwym talencie aktorskim głównych bohaterów.

Wiesz, ile książek przeczytałam, ile mądrych artykułów? Pamiętam, jak kiedyś mieszając herbatę stałam w kuchni, a ty wyrwałeś mnie jakimś pytaniem z ciszy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że twoja obecność nie ma już dla mnie znaczenia. Że jesteś stałym elementem mieszkania, które nawet rzadko mnie już drażni. Walczyłam. Nie poddaję się tak po prostu, jeśli w coś wierzę. A w nas wierzyłam. Wierzyłam każdą częścią swojego ciała. Przypominałam sobie twój dotyk, twoje słowa, te najlepsze dni, tygodnie. Wracałam do tego chcąc pamiętać, dlaczego jesteśmy razem. I by mieć siłę do walki.

I walczyłam

… kiedy prosiłam cię o uwagę

Mówiłam: „Jestem tutaj, przestałeś mnie zauważać, potrzebuję twoich gestów, słów”. Najpierw krzyczałam, a później tłumaczyłam spokojnie, że tak się nie da, że przecież nie jesteśmy razem tylko po to, żeby mieć się z kim minąć w łazience. Że o miłość trzeba dbać, trzeba ją pielęgnować. Że może dla ciebie kwiaty to żaden gest, ale dla mnie znaczy wiele. Bo pokazuje, że ktoś o tobie pomyślał w ciągu dnia, poświęcił trochę czasu po to, by sprawić ci przyjemność. I dostałam te kwiaty. Na następny dzień. Z „przepraszam”. I wtedy myślałam, że się udało. Że zrozumiałeś. Że jestem dla ciebie nadal ważna. Ale ty myślałeś, że ten jeden gest wystarczy na resztę życia? I na to, co już było?

…kiedy tłumaczyłam ci swoje potrzeby

Czytałam, że trzeba rozmawiać, że trzeba mówić, że nie czekać, aż on się domyśli. Naładowana tą wiedzą sygnalizowałam wprost: „Potrzebuję czułości”, „Potrzebuję, żebyś zabrał mnie do kina”, „Potrzebuję, żebyś mnie zauważał podczas seksu, a nie myślami był jakby nieobecny”. To wtedy się oburzyłeś. Zareagowałeś. Jakbym uderzyła w czuły punkt. Mówiłam: „Przytul mnie”, ale ty nie miałeś czasu, bo musiałeś zadzwonić, albo właśnie byłeś głodny. I zostawiałeś mnie upokorzoną swoimi potrzebami, choć jeszcze próbowałam: „Nie rób tak, nie zachowuj się w ten sposób, krzywdzisz mnie”. A może chciałeś mnie za coś ukarać?

… kiedy mówiłam o zrozumieniu

I o tym, że nic nie zmienimy w naszym życiu, jeśli oboje tego nie będziemy chcieli. Pytałam: „Chcesz”, a ty przytakiwałeś i wlewałeś we mnie kolejne krople nadziei, że się jednak uda. Tłumaczyłam, że oboje jesteśmy ważni, że może powinniśmy zdobyć się na szczerość i powiedzieć sobie otwarcie, co nas niszczy, co sprawia, że się oddalamy. „Nie wiem, o co ci chodzi”, powtarzałeś, a ja pytałam, czy ci w takim układzie jest dobrze? Czy nie tęsknisz za mną? Jeszcze kiedyś przytulałeś chcąc zamknąć mi usta, później już tylko przewracałeś oczami. A ja zastanawiałam się, ile jeszcze mogę znieść. Ile unieść, Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie. Tworzymy iluzję wspólnego życia, w którą wierzą inni, ale my już nie.

…kiedy pytałam, czego ty oczekujesz

Bo przecież wiedziałam, że nie mogę skupić się tylko na sobie. Zresztą dla ciebie i tak mnie znaczenia, co ja czuję i myślę. Jak walka z wiatrakami. Więc pytałam: „To ty powiedz, co mogę zmienić, żeby było nam lepiej, żebyśmy byli szczęśliwi”. Mówiłam – napisz, pomyśl. Nie naciskałam. Chciałam tylko, żeby to przemyślał, dał mi wskazówkę, w którą stronę powinnam pójść. Usłyszałam: „Kiedyś byłaś inna”. To wszystko na co było cię stać. Obarczenie mnie winą za to co tu i teraz, bo się zmieniłam. „Ale ludzie się zmieniają” – tłumaczyłam. A ty nie chciałeś rozmawiać. Mówiłeś jakieś banały, bez głębszej refleksji, żebym się w końcu odczepiła i dała ci święty spokój, bo jeszcze gazety nie zdążyłeś przeczytać.

… kiedy próbowałam wskrzesić nas

Fizycznie. Sięgnęłam do najprostszej formy walki. Kobiecością, uwodzeniem. Staraniami. Bo może jeśli zbliżymy się fizycznie, wyjdziemy z rutyny, to otworzy nam przestrzeń do rozmów, do śmiechu, do snucia wspólnych planów daleko w przyszłość, kiedy dzieci już wyjdą z domu. Nie masz pojęcia jakie to upokarzające słyszeć: „Jestem zmęczony”. Boli – też fizycznie. Automatyczny seks, to jedyne do czego mnie chyba potrzebowałeś, choć czasami się zastanawiałam czym się różnię od lustra w łazience, przy którym czasami robiłeś sobie dobrze.

Nie wiem, kim dzisiaj jestem. Nie mam już siły. Tak bardzo chciałam. Nasze zdjęcia schowałam głęboko, już nie chcę ich oglądać, czy tobie podsuwać. Niedobrze mi, kiedy myślę, ile rzeczy ci powiedziałam, jak bardzo się otworzyłam, ile byłam gotowa dać z siebie. A ty? Spytałam ostatnio, czy w ogóle mnie kochasz. Spojrzałeś tylko… Chciałam się zapaść pod ziemię, zniknąć, niż znosić przez chwilę to spojrzenie, kiedy ja jeszcze zabiegam o twoją miłość, a czego ty zupełnie nie rozumiesz. Myślę o twoich rodzicach śpiących w dwóch osobnych sypialniach, o tym, jak kiedyś mówiłam ci, że ja tak nie chcę, że takiego życia sobie nie wyobrażam. Widać, można znieść więcej, niż nam się wydaje. Jak długo?

Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie.

Fot. iStock / sSplajn


Seks Związek

Zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 marca 2016
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain

Zrobiłam swoją ulubioną herbatę, z cytryną i imbirem, jeszcze nogi owinę kocem. Lubię światło nocnej lampki. Ale dziś nie będę czytać kolejnej książki. Dziś chciałabym ci coś opowiedzieć.

Myślałam: „Odejdę. Nie wytrzymam dłużej. Uduszę się”. Stałam na początku drogi nazywanej „odchodzeniem”. Obserwowałam wszystkie znaki, które na tej drodze się pojawiły.

„Brak zainteresowania”, „Brak czułości”, „Nakaz skrętu do pokoju dzieci”, „Zakaz rozmów o uczuciach”. Odczytywałam wszystkie sygnały. Analizowałam, jak było kiedyś, a jak jest teraz. Mówiłam rozczarowana: „Zmieniliśmy się”, a przecież mieliśmy być zawsze dla siebie tacy sami, a jeśli już zmieniać się to tylko równolegle względem siebie.

Nie odchodzimy nagle. To nie jest decyzja na tu i teraz. To zawsze jest proces, w który dajemy się wciągnąć. Jeśli za tym podążysz, za jakiś czas będziesz w tym miejscu, w którym ja jestem. Z kocem na nogach, z ulubioną książką w ręce i świętym spokojem.

Kusi? Prawda? Ale powiem ci coś. Kiedy mi smutno i źle – otula mnie tylko ten koc, od środka ogrzewa ciepła herbata, a partnerem do wieczornych rozmów pozostają książki. Dzieci? Poleciały do kolegów, na zajęcia, czasami do swojego ojca.

Wiesz, od czego wszystko się zaczyna? Wcale nie od tego, że zainteresuje cię inny mężczyzna, że wpadniesz w szalony romans, z którego nie widzisz wyjścia. Odchodzenie zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było, gdyby jego nie było i w tym swoim wyobrażeniu czujesz spokój i ulgę. Bo masz dość proszenia go o uwagę, podejmowania próby rozmów, masz dość jego majtek w koszu na pranie i ręcznika, na którym on zostawia swój zapach.

Masz dość tego cholernego pociągania nosem i ściągania skarpetek w salonie. Patrzysz na niego i widzisz tylko powiększające się zakola na głowie. I brzuch, który trochę wystaje i zdaje się być przyczyną twojej (bo przecież nie jego) codziennej frustracji.

Marzysz, żeby zniknął z twojego życia. Myślisz: „Dam radę sama, w końcu i tak wszystko ogarniam”. Ale na razie tylko myślisz – tyle, że z czasem może trochę częściej.

Później stajesz na rozdrożu. Mylisz drogi. Bo krzyczysz, kłócisz się. Wyrzucasz z siebie słowa jak karabin maszynowy. „Bo ty nigdy”, „bo ja zawsze”. Czepiasz się wszystkiego. Braku kawy na śniadanie, zapomnianych imieninach twojej mamy, spóźnienia na występ córki, braku czułości, bliskości, intymności. Właściwie to chyba przestajesz je odróżniać. Bo wszystko zlewa się w jedno „Odejdę, jeśli nic się nie zmieni”.

A później zawracasz i na tym samym rozdrożu wybierasz drugi kierunek. Tam już tylko machasz bezsilnie ręką. Myślisz: „Jeszcze trochę wytrzymam”, „Ile jeszcze mogę znieść”. Czekasz. Odpuszczasz, bo najlepiej, by droga sama się przesuwała pod twoimi nogami, mijasz kolejne drogowskazy, ale tych już nie widzisz. Bo nie chcesz. Masz jeden cel. Wyrwać się z tej farsy, którą jeszcze do niedawna nazywałaś związkiem. Związkiem opartym na miłości.

Ja też nie widziałam tych drogowskazów. Nie chciałam się pochylić nad nimi, nad sobą, nad nami. W głowie miałam już obrany cel, choć nie nazwany, to już zakorzeniony – że odejdę, że nie warto, że zasługuję na więcej, na więcej miłości, szczęścia, radości uwagi.

I zobacz, gdzie jestem. Na pewno chciałabyś też tu być? A to ostatnia szansa, żeby się rozejrzeć, zatrzymać na chwilę. Tak, wiem, znam te wymówki: „Dlaczego kolejny raz to ja mam wyciągać rękę”, „Dlaczego tylko ja mam się starać”, „Niech on w końcu pokaże, że mu zależy”, „Może jak odejdę, to się ocknie”.

Jeśli moje życie tak przy nim wyglądać, to trzeba uciekać jak najszybciej. W końcu wszyscy powtarzają: „walcz o swoje szczęście, o swoje marzenia”, a ty w tym jednym momencie wiesz, że to szczęście i to marzenie na pewno nie jest z nim związane.

Czy na pewno?

Chciałabym stanąć jeszcze raz na początku tej drogi. Nim zrobiłabym pierwszy krok w „odchodzenie” jeszcze raz bym zawalczyła, może ostatni, a może kolejny z wielu.

Jeszcze raz bym usiadła i spróbowała zrozumieć, co się właściwie stało.

Tym razem to sobie przyjrzałabym się z większą uwagą. Czego chcę, gdzie chcę być, co jest dla mnie w życiu ważne. Może wtedy pochyliłabym się i zobaczyłabym ten pierwszy znak na swojej drodze, który krzyczał STOP. Bo dziś dopiero zrozumiałam, że jeszcze wtedy kochałam i że on kochał mnie. „Odchodzenie” to niszczenie tej miłości pomału. Dlatego nie ma z tej drogi odwrotu.

Ale ty nie musisz tam wchodzić.

Chciałabym mieć jeden taki wieczór jak dziś. Żeby móc usiąść w fotelu. Sięgnąć po kubek mojej ulubionej herbaty i pobyć sama ze sobą. Szczerze odpowiadając sobie na najtrudniejsze pytania: Czy już nie kocham? Czy on nie kocha? Czy nie warto już walczyć o nas, o tę miłość?

Czy ten ręcznik, skarpetki i spóźnienia to wszystko z czego się składamy? Czy to jest miarą wspólnie spędzonych lat? Rozczarowujemy siebie nawzajem. Tak – on mnie, a ja jego ze swoją zrzędliwością, potrzebą kontroli i piętrzącymi się wymaganiami, którym chyba każdemu znudziłoby się sprostać.

Spędziłabym ten wieczór sama pytając siebie czy jestem w stanie spędzić setki takich kolejnych. Czy po stu nie zaczęłabym tęsknić, nie za bliską osobą, ale za nim.

A potem pomyślałabym, za co go kocham – mimo wszystko, mimo miliona drobiazgów, którymi nas niszczy. I zrobiłabym rachunek sumienia – iloma rzeczami ja niszczę nas.

Gdybym miała jeszcze jeden taki wieczór, spytałabym siebie, czy warto. Wbrew wszystkiemu i wszystkim spróbować. Wyciągnąć rękę. Pokazać, że nie skreślam go łatwo, że moja miłość jest inna od jego – bo bardziej natarczywa, a jego składa się z kompromisów dawanych mnie, które przestałam zauważać, a co dopiero doceniać.

I wiesz, gdybym wtedy poczuła zawahanie. Najmniejsze ukłucie niepewności. Zatrzymałabym się. Zrobiła drugą herbatę i dała nam ten jeden wspólny wieczór. Wieczór na szczerość, na rozmowę, na wysłuchanie, a nie atakowanie. Na zrozumienie wszystkich bolesnych słów, które byśmy od siebie usłyszeli. Na pokorę, na szacunek. Jeden wieczór, czym on jest wobec tych wszystkich, które przed nami.

I wiesz, może i dzisiaj byłabym w tym samym miejscu, ale bez żalu, bez smutku, bez poczucia straty. A może to on dziś podałby mi herbatę.