Seks

Singapurski pocałunek – na czym polega i jakie niesie doznania?

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
10 listopada 2022
seks po 40
fot. franckreporter/iStock
 

Singapurski pocałunek, nazywany również techniką kabazza, tak naprawdę nie jest pocałunkiem, a techniką uprawiania seksu. Umiejętność wykorzystania tej techniki ma istotny wpływ na jakość współżycia. Nie trzymamy was dłużej w niepewności, wyjaśniamy.

Singapurski pocałunek – czym jest?

Singapurski pocałunek to starożytna technika seksualna oparta na stymulacji penisa mięśniami pochwy, a w szczególności mięśniami Kegla. Ten niezwykły sposób „całowania” polega na doprowadzeniu mężczyzny do orgazmu tylko i wyłącznie skurczami mięśni pochwy. Choć mogłoby się wydawać, że korzyści z singapurskiego pocałunku czerpie tylko mężczyzna, to tak naprawdę podobne doznania towarzyszą jednej i drugiej stronie. Podczas napinania mięśni kobieta może osiągnąć więcej silnych orgazmów. Wyćwiczone mięśnie Kegla niosą za sobą korzyści nie tylko pod kątem satysfakcji seksualnej, ale i mają wpływ na prawidłowe funkcjonowanie układu moczowo-płciowego.

Krok po kroku

Singapurski pocałunek można wykonać na kilka sposobów, jednak wyróżniamy jedną podstawową metodę.

  • Kobieta siada okrakiem na mężczyźnie i kontroluje intensywność i szybkość ruchów, zaciskając mięśnie dna miednicy.
  • Ważne, by biodra trzymać stabilnie i skupić się wyłącznie na doznaniach płynących jedynie z zaciskania mięśni Kegla.
  • Początkowo zaczynamy od delikatnych skurczy i stopniowo zwiększamy ich intensywność.

Mięśnie Kegla a singapurski pocałunek

Mięśnie Kegla to mięśnie dna miednicy, które znajdują się między kością łonową a ogonową. Mięśnie te wraz z wiekiem ulegają osłabieniu. Niekorzystny wpływ na ich kondycję mają również przebyte porody, ciężka praca fizyczna czy ćwiczenia siłowe. Osłabienie mięśni dna miednicy może doprowadzić do problemów z trzymaniem moczu a także innych patologii. Singapurski pocałunek czyli zaciskanie mięśni Kegla może doprowadzić mężczyznę do orgazmu, bez żadnych ruchów frykcyjnych.

Zobacz również: Pompka do penisa – jak działa? Czy naprawdę powiększa penisa?

Technika kabazza jakie niesie korzyści?

Partnerka obdarzająca swojego mężczyznę singapurskim pocałunkiem na pewno okaże się wspaniałą kochanką. Wielu panów największą przyjemność seksualną odczuwa wówczas, gdy kobieta przeżywa orgazm. Silne skurcze mięśni pochwy zapewniają mężczyźnie w trakcie penetracji bardzo silną stymulację członka. Podczas tego rodzaju zbliżenia to mężczyzna jest stroną bierną, a kobieta czynną. Choć mogłoby się wydawać, że to partner odczuwa większą przyjemność, to przez cały czas trwania zbliżenia podobne doznania towarzyszą jednej i drugiej stronie. Pocałunek „wykonany” z należytą starannością, zapewnia mężczyźnie doznania podobne do tych, odczuwalnych podczas seksu oralnego.

Zobacz także: Kandelabr – jak wygląda? Wady i zalety tej fikuśnej pozycji seksualnej

Singapulski pocałunek – można się go nauczyć

Choć singapurski pocałunek może wydawać się dość skomplikowany i trudny do opanowania, to technika ta możliwa jest do wyćwiczenia. Trening zaczynamy od prostych ćwiczeń. Kładziemy się na łóżku na plecach, napinamy mięśnie brzucha i mięśnie Kegla – skurcz trzymamy przez 5 sekund. Cały czas kontrolujemy oddech – wdychamy przez nos, wydychamy przez usta. Wykonujemy 5 skurczów, ćwiczenie powtarzamy trzy razy dziennie. Po kilku dniach zwiększamy liczbę powtórzeń do 15, a po dwóch tygodniach, wykonujemy 6 serii dziennie.

Do ćwiczeń warto wykorzystać kulki dopochwowe nazywane również kulkami gejszy. Najbezpieczniejsze są te wykonane z hipoalergicznego silikonu medycznego. Kulki wkładamy do pochwy, gdzie staramy się je utrzymać zaciskając mięśnie Kegla. Początkowo ćwiczenie wykonujemy kilka minut dziennie, a z upływem czasu wydłużamy jego długość.

 

 

 


Seks

Nie lubię, jak ludzie mi mówią: Magda, nie martw się, na pewno kiedyś będziesz mamą. Na pewno… to ja kiedyś umrę

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
10 listopada 2022
 

– Kiedy pragniesz dziecka, widzisz na ulicy same kobiety w ciąży. To jest jakiś psychologiczny mechanizm, którego nie potrafię nazwać. Wszyscy w ten sposób cierpimy. Jak czegoś nie mamy, to nagle widzimy wokoło tylko to, czego pragniemy. Jakby nas to osaczało – mówi Bovska, czyli Magda Grabowska-Wacławek. Magdalena opowiada nam o siedmiu latach walki o ciążę, próbie in vitro, odejściu z Kościoła. Wokalistka chce wspierać te kobiety, które jeszcze nie mają happy endu. Te kobiety, które cierpią, marzą i nie wiedzą, czy kiedykolwiek uda im się zostać mamami.

Dlaczego właśnie teraz postanowiłaś opowiedzieć o swoich siedmioletnich staraniach o dziecko? Najczęściej kobiety mówią o tym, kiedy mają swój happy end?

– Zrobiłam to, ponieważ uważam, że brakowało takiego głosu. Jeśli poddałaś się in vitro i zastanawiasz się, czy kiedyś jeszcze będziesz miała siłę przez to przechodzić ponownie, chcesz dostać wsparcie od innej kobiety, która wie, co teraz czujesz. Ja przeszłam różne etapy radzenia sobie z tym tematem i zrozumiałam, że kobiety, które nie mają happy endu, milczą. Chcę je wspierać, mimo tego, że mi się nie udało i nadal nie wiem, czy kiedykolwiek się uda.

Bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi mi: „Magda, nie martw się, na pewno kiedyś będziesz mamą”. A skąd on to wie? Na pewno… to ja kiedyś umrę. To jest jedyna rzecz pewna w życiu każdego człowieka. Wolę tak myśleć o swoim ewentualnym macierzyństwie, choć wiem, że są na świecie inne osoby, które wierzą, że dzięki pozytywnej afirmacji, można góry przenosić. Ja jednak wolę żyć w prawdzie, niż łudzić się samospełniającymi się afirmacjami.

Nie wystarczy wierzyć, że rzeczy niemożliwe nie istnieją?

– Moim zdaniem: nie. Nie zawsze przecież osoby, które mają wielki talent, odnoszą sukces. Nie zawsze kobieta, która byłaby wspaniałą mamą, będzie miała dziecko. Wiadomo, że nie wolno poddawać się i czekać na gwiazdkę z nieba. Trzeba podejmować próby i liczyć się z ryzykiem porażki. Nigdy nie pokochasz, jeśli nie podejmiesz ryzyka. Nie poznasz miłości swojego życia, jak nie wyjdziesz z domu. Dla mnie takie zdania są bliższe prawdy.

Co teraz do ciebie piszą kobiety po wysłuchaniu piosenki „Wielka cisza”?

– Wiele osób zwraca uwagę nie tylko na tekst, ale i na teledysk, który świadomie nakręciliśmy starą metodą na taśmę i wystylizowaliśmy na lata 80. Pomyślałam sobie, że z taką stylistyką utożsamią się też matki, ojcowie i babki, i dziadkowie dziewczyn, które teraz starają się o dziecko. Chcieliśmy powiedzieć: „Zobaczcie, z czym teraz się zmagają wasze córki! Dajcie im wsparcie!” Bo temat niepłodności nie jest czymś nowym.

Przed chwilą przeglądałam wpisy na YouTubie i powiem ci, że większość kobiet w różnym wieku opowiada, że czują się dokładnie tak samo samotne. Mówią o trudnych zmaganiach w walce. Nawet te, którym się udało, opowiadają, że nadal we wspomnieniach mają silny zapis tego, co trudnego działo się z ich ciałem i emocjami podczas procesu in vitro.

Dlaczego my kobiety nie mówimy otwarcie o niepłodności?

– Nie mówimy i czujemy się z tego powodu samotne. Nawet jeśli mężczyzna stara się uczestniczyć w procesie i wspiera swoją partnerkę jak tylko potrafi, to jednak większość procedur leczenia dotyczy organizmu kobiety. Dodatkowo nie opowiadamy o tym otwarcie, bo nie lubimy przyznawać się do porażek i słabości, co oczywiście jest zrozumiałe i naturalne. Jednak w naszym kraju dochodzi jeszcze aspekt tabu. W Polsce żyjemy w nastrojach bardzo radykalnych, jeśli chodzi o politykę płodności i praw kobiet. Nie można liczyć na finansowe wsparcie leczenia niepłodności od rządu. Na szczęście jeszcze kilka samorządów miejskich wspiera finansowo kobiety w in vitro. Ale pamiętajmy, że nie każda kobieta mieszka w miejscowości, w której leczenie jest częściowo refundowane. To zawsze jest kosztowne.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że decyzja o in vitro przyspieszyła twoje odejście z Kościoła.

– Nie chciałam żyć w hipokryzji. Mam wielu wspaniałych przyjaciół, którzy nadal są w Kościele, a kilku z nich nawet korzystało z in vitro. Powiem więcej – nikt w Kościele nie odrzucił mnie z powodu mojej decyzji. Nie odczuwałam wykluczenia czy napiętnowania, bo obracam się wśród wspaniałych ludzi. To była tylko moja decyzja. Dlatego niezmiennie szanuję osoby, które decydują się na pozostanie w Kościele, pomimo złych rzeczy, które się w nim dzieją. Ja tak nie potrafię. Nie lubię w tej naszej kulturze katolickiej, w której wszyscy zostaliśmy wychowani, tego zarażania ludzi poczuciem winy, co potem przekłada się na nasze różne prywatne wybory. To jest część takiej machiny, która pozwala na łatwe manipulowanie. To jest coś, co mnie obecnie wkurza. Mam w sobie ducha rebelianta od zawsze i dlatego postanowiłam się odsunąć.

Zobacz także: Magdalena Stępień: Doceniajcie każdą chwilę, nie narzekajcie, że dziecko płacze w nocy. Ja bym oddała wszystko, żeby nie spać, a mieć Oliwiera obok siebie

Czy nadal modlisz się do Boga?

– Odnoszę wrażenie, że mojego zawodu nie da się uprawiać, odcinając się od uczuć, emocji i życia wewnętrznego. Nie potrafię a może też nie chcę dziś nazywać tego, co mam w sercu. Może tylko tyle, że mój Bóg jest monoteistyczny, a moje życie duchowe nadal jest bogate, choć oddalone od idei Kościoła katolickiego.

Śpiewasz „mam w sobie sprzeczności pełne czułości”. Jesteś nadwrażliwcem?

– Nadwrażliwcem i jednocześnie bywam Królową Lodu. Czasem po prostu czuję, że muszę uciec od świata zewnętrznego, zwłaszcza kiedy jestem przebodźcowana. Oczywiście, że jednocześnie uwielbiam ludzi, ale kiedy za dużo emocji się we mnie kłębi, uciekam najchętniej do pracowni. Rysownie lub malowanie w samotności odłącza mnie od napięć. Powiem ci jednak, że lubię w sobie te wszystkie sprzeczne i czułe cechy charakteru, bo dzięki nim umieszczam różne emocje, katalizując je w swoich piosenkach i obrazach.

Czy ty teraz jesteś w procesie in vitro?

– Aktualnie nie. Teraz jestem w procesie kończenia nagrywania piosenek na płytę. To są dwa procesy, które moim zdaniem, totalnie się wykluczają.

Nie można wszystkiego robić naraz?

– Myślę, że warto mówić głośno, że leczenie wymaga dużo poświęcenia, nie tylko finansowego, o którym już rozmawiałyśmy. Wymaga też ogromnej dyspozycyjności czasowej, zaangażowania, pokory, cierpliwości i odporności psychicznej. Trzeba wejść w to z wielką świadomością, bo przecież hormony nie pozostają obojętne dla organizmu. Trzeba pilnować dawek, godzin zastrzyków i nagle okazuje się, że wizytom u lekarza podporządkowana jest cała reszta twojego życia. Dodatkowo mój zawód jest bardzo specyficzny i nieregularny, wiąże się z wyjazdami, spaniem w hotelach w różnych miastach. Dlatego muszę wybierać: albo staranie się o dziecko, albo praca. Albo żonglerka jednym i drugim, co należy do skomplikowanych. Ale przecież całe życie to jest sztuka wyboru.

Chciałam cię spytać, jak ty się koisz po nieudanym procesie in vitro. Co robisz, by odpocząć, nie zwariować?

– To jest bardzo trudny temat. Myślę, że warto dać sobie przestrzeń na żałobę i smutek. Dać sobie prawo do rozpaczy, płaczu, bo jednak łzy nas oczyszczają. Ludzie radzą sobie w różny sposób. Dla mnie najbardziej skuteczną ucieczką od rozmyślania jest praca, którą kocham. Nie wiem jednak, czy to jest dobre rozwiązanie. Lubię czasem robić sobie drobne przyjemności, rytuały, które mnie otulają i koją. Pomocną drogą może też być wsparcie psychologa.

Korzystałaś z pomocy psychologa?

– Krótko, ale chętnie natomiast korzystam cały czas z terapii ciała, chodzę na rehabilitację, która pomagała mi rozładowywać napięcia. Mocno wierzę, że człowiek jest całością, dlatego uważam, że warto wsłuchiwać się uważnie w siebie, a wtedy sami czujemy, co nam będzie pomocne. Ja wyraźnie czuję, że moje ciało mówi: „Zamknij się w domu na trzy dni i sobie popłacz”, albo „Idź na masaż”, albo „…na miasto i  ”odepnij wrotki”. Każda droga, która spowoduje rozładowanie emocji w ciele, jest dobra, by wrócić do siebie.

Będziesz jeszcze próbować?

Myślę, że będę, ale nie wiem kiedy. Cieszę się, że jestem w tej decyzji rozumiana, mój mąż ma w sobie zgodę na to, że mogę decydować o macierzyństwie w wolny sposób. Na szczęście według statystyk mam jeszcze trochę czasu. Nie chcę być wobec swojego ciała i emocji przemocowa, pragnę dać sobie czas wytchnienia. Teraz czuję, że przyszedł czas na moją twórczość, na muzykę. Płyta jest niemal gotowa, ostatnie szlify robimy i mam nadzieję, że krążek zostanie wytłoczony na początku przyszłego roku.


Seks

Mam prawo decydowania o sobie, niewiele muszę, za to wszystko mogę – to jest moja niepodległość!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
10 listopada 2022
fot. Davidas Smuilovivius/Pexels

– Z każdym dniem docieram coraz odważniej w głąb swojego oceanu, odkrywając nowe wyspy na mapie świata widzianego sercem. Czuję wiatr wolności wiejący mi w żagle, kiedy maluję, wycinam, tworzę, wymyślam, piszę, tańczę, śpiewam, medytuję, spaceruję, biegam, kiedy się śmieję i kiedy płaczę, kiedy słucham muzyki i odgłosów natury, kiedy patrzę w niebo i kiedy spoglądam w siebie, choć czasem jest tam bardzo ciemno. To jest moja niepodległość! – pisze w liście do redakcji Małgorzata. Piękne słowa, przeczytajcie!


Od najmłodszych lat, choć byłam raczej grzecznym dzieckiem, byłam trochę na bakier z uległością, i o ile mając lat kilka, mogło to być nawet zabawne, i z pobłażaniem odbierane przez dorosłych, tak w latach późniejszych, objawiało się to już w trochę bardziej odjechanej formie 😉
Wiadomo jednak, że nawet kresz, odpowiednio długo prasowany, nabiera gładkości, tak i ja z czasem nabrałam ogłady. Przestałam się buntować, przestałam zadawać sobie pytania, przestałam tkać wyobrażania o artystycznej przyszłości, bo nici moich marzeń były coraz słabsze.

Płynęłam z prądem, nie trzymając sterów. Raz po raz wypadłam za burtę łodzi. Czułam, że coś jest nie tak. Na chwilę łapałam koło ratunkowe i przywracałam oddech, ale z tyłu głowy nadal kołatała się niewiadoma – z której strony wieje wiatr i jaki kierunek pokazuje kompas?

Moje największe zniewolenie zbudowałam i pielęgnowałam we własnej głowie. Na pozór buntowniczka, w środku toczyłam boje z samą sobą.
Muszę to, muszę tamto, bo tak wypada, bo tak trzeba, bo taka jest tradycja, trzeba to zrobić tak, nie inaczej, musi być najlepiej, najczyściej, najsmaczniej, najpiękniej, na już, na teraz, by komuś nie zrobić przykrości, by nikogo nie urazić, nie zawieść, nie rozczarować , a najlepiej wszystkich zadowolić, i koniecznie uśmiechać się do tego, by nie pomyśleli, że foch, że kapryśna, źle wychowana, aaa nie….., pewnie ma okres…
Kur..a! Nie! Granat wybuchł!

Nie prosiłam się o rewolucję w swoim życiu, ale dziś wiem, że to był dar, za który czuję wdzięczność. Los wcisnął mnie bez pasów do fotelika diabelskiego młyna, z którego przez długie miesiące nie potrafiłam wysiąść. Nie żałuję.
Tak mnie tam wyhuśtało, tak przewietrzyło głowę, że to,co miało zostać odpuszczone, odeszło, to, na co się otworzyłam, przyszło, a cała reszta ułożyła się w nowym porządku.

Moją najulubieńszą bajką jest Vaiana.
Od pierwszego razu, przez całe mnóstwo powtórzeń tego seansu płakałam, i do dziś tak mam, choć łzy już mniej słone.
Zawsze zazdrościłam jej odwagi.

Dziś już nie boję się głośno wyrażać swoich pragnień.
Nie jestem jakaś oderwana od rzeczywistości. Mam świadomość pewnych ograniczeń i zależności, ale to czego zmienić nie mogę, uczę się akceptować, a to, co zmienić się da, biorę na warsztat i przerabiam po swojemu.

Nauczyłam się mówić NIE, uczę się mówić TAK, ( wbrew pozorom, przyjmowanie też jest trudne). Uwolniłam się od brzemienia ludzkich opinii na swój temat. Każdego ranka to ja decyduję , jak będzie wyglądał mój dzień. Uśmiecham się zanim otworzę oczy. Selekcjonuję czym zajmuje się moja głowa. Karmię serce. Odpuściłam relacje, w których nie mogłam być sobą. Buduję nowe, gdzie moje twarze, a jak każdy mam ich wiele , są akceptowane. Najcenniejsza z nich, to ta z sobą samą, oparta na szacunku, miłości i zaufaniu.

Z każdym dniem docieram coraz odważniej w głąb swojego oceanu, odkrywając nowe wyspy na mapie świata widzianego sercem.
Czuję wiatr wolności wiejący mi w żagle, kiedy maluję, wycinam, tworzę, wymyślam, piszę, tańczę, śpiewam, medytuję, spaceruję, biegam, kiedy się śmieję i kiedy płaczę, kiedy słucham muzyki i odgłosów natury, kiedy patrzę w niebo i kiedy spoglądam w siebie, choć czasem jest tam bardzo ciemno.

To jest moja niepodległość!
To co czuję, to co myślę i w co wierzę.
Mam prawo decydowania o sobie!
Niewiele muszę, za to wszystko mogę!
Wypadałoby dać w szyję w imię tej wolności 🥳
Ups… zapomniałam
Mam w dupie, czy coś wypada 😜


Zobacz także

Zdrada w trzech aktach. Ty i mąż. Ty i on. Ty i twoje decyzje…

Sprawdź, czy wiesz wszystko na temat łechtaczki

Związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć