Seks

Boisz się zasnąć, bo wiesz, że zniknę nad ranem. A ja ci odpowiem, że robię to tylko dlatego, żebyś znowu zatęsknił…

Seksualnie
Seksualnie
10 listopada 2016
Fot. iStock / Redrockschool
 

Kochanie…

Chciałam ci o tym napisać, bo czasem się boję, że nie masz świadomości, jak bardzo na ciebie czekam. Te kilka wieczorów w miesiącu, gdy każda minuta zbliżająca nas do spotkania, jest słodsza od poprzedniej. Gdy od rana wiem, każdym mrugnięciem powiek, że za kilka godzin tu będziesz. Twój zapach, przez który szaleją moje zmysły, rozniesie się po całym mieszkaniu. Jak zawsze nie powiesz nic, tylko przygasisz światła. Podejdziesz do okna parapetu, mocno chwycisz mnie za uda i do siebie przyciągniesz. I jeszcze nim zdążysz mieć swoje dłonie na każdym fragmencie mojego ciała, już przesiąkam twoim zapachem. Wyrównasz nasze oddechy kładąc swoje usta na moich. I od tego momentu wszystko przestanie istnieć. Jakby świat się zatrzymał i tylko w naszych żyłach słychać szum krwi. Wzburzonej do granic gorącym pożądaniem. I pragnieniem, żeby ta noc trwała wiecznie.

Pamiętam ten pierwszy hotel, do którego pojechaliśmy. Kilka dni wcześniej był jeden drink i kilka tak nieistotnych słów.  A potem klub, gdzie tańczyłam, a ty patrzyłeś tak, jakbyś chciał mnie  na wyłączność. W ogóle o tym nie rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Niby przypadkiem wplatałeś na chwilę swoje palce, pomiędzy moje. A twoje oczy pożerały moje usta. Tak jakbyśmy się na starcie temu poddali, temu co nadal takie nieetyczne, a najbardziej pożądane. Seks bez zobowiązań. Doznanie, które nie ogranicza w żaden sposób, ale daje wszystko i ponad wszystko. Ale wtedy o tym nie mówiliśmy, tylko wsiedliśmy do wspólnej taksówki. I raz tylko, dotknąłeś mojej twarzy. Jest w tobie tyle pociągająco męskiego taktu. Poczucia tego, że na pierwszym miejscu jestem kobietą, a nie przedmiotem do wdmuchania. Od pierwszego spojrzenia do ostatniego jęku. I gdy szliśmy po schodach i już wtedy nasze dłonie nie chciały nas słuchać. I gdy przycisnąłeś mnie do drzwi pokoju, gdy tylko do niego wpadliśmy. I czułam całą sobą, bez cienia wątpliwości, że tego po prostu chcę. Świadomie i pewnie. Mokra z podniecenia, czująca każdym zmysłem. I pragnąca każdego twojego dotyku, jak jeszcze nigdy dotąd.

I to pamiętam, jak zaskoczyłeś mnie delikatnością i obłędną dokładnością. Gdzie twoje wargi były od stóp, aż po mój język. Jak celebrowałeś pieszcząc mnie do granic postradania zmysłów każdą sekundę. Każdy jej ułamek, przed tym, jak zaczęłam prosić, żebyś we mnie był. A ty cały czas patrzyłeś mi w oczy i szeptałeś, że mam piękne ciało. I,  że jestem najbardziej zmysłową kobietą, jaka istnieje. I czułam cię coraz głębiej i słyszałam wyraźniej, jak bije ci serce i jak powtarzasz, że pachnę orgazmem. I tak było, od pierwszego muśnięcia twoich rąk. Potrafisz być kochankiem, przy którym czuję się piękna i pociągająca. Najlepsza. I jedyna. Bo nie zostawiasz mnie za swoimi plecami, ze skrawkiem obcej pościeli. Tylko przytulasz, okrywasz czule i gładzisz po plecach. I mówisz, że mam taką gładką skórę, taką delikatną. I pytasz, czy było mi dobrze, a ja jeszcze wciąż cię czuję w środku. I nie mogę mówić, bo nadal nie wróciłam. Z przepięknej podróży w jaką mnie zabrałeś. I nadal nic sobie nie tłumaczyliśmy, nawet wtedy gdy zabrałeś mnie na śniadanie. I śmiejąc się wycierałeś piankę z kawy, którą miałam na nosie. I mówiłeś, że czasem jestem jak mała dziewczynka, którą trzeba się zaopiekować. I ja się, na tę twoja troskę godziłam. Nawet nie pytana. I bez względu, na wszystko.

Nigdy nie padło słowo układ. Raz tylko, gdy czułam twój ciepły oddech na mojej szyi, usłyszałam, czy możesz czasem zatęsknić. I nawet nie musiałam odpowiadać, bo i tak wiedziałeś, że się zgadzam. I potrafimy czasem milczeć do siebie i spotkać się nagle, przypadkiem wiedzionym przez los. I jeszcze bardziej ucieszyć. I albo wyjść razem zostawiając tych, z którymi przyszliśmy. Albo po prostu ja tańczę, ty nie możesz oderwać wzroku. I  nakręcamy się aż do ostateczności. I wychodzę nagle sama, a ty za mną nie idziesz. Bo oboje wiemy, że za kilka dni, będzie smakowało jeszcze bardziej. Teraz każde wróci do swojego łóżka i wyświetli obraz z ostatniego nie do końca wspólnego wieczoru. Ty myślisz o tym, w czym dziś śpię a ja przypominam sobie twój zapach. I wytrzymujesz trzy dni, gdy znowu dzwonisz lub piszesz. Jeden krótki SMS, banalne pytanie. Jeden wyraz, który uwalnia lawinę uczuć. Gdy pytasz, czy tęsknię, oddychając szybciej odpisuję, że tak samo ja ty. I godzinę później, tonę w twoich ramionach. Pozwalam ci zedrzeć z siebie ubranie i posadzić na kuchennym blacie. I zakryć dłonią usta, żeby stłumić mój krzyk. W tym geście jest tyle płomiennego seksu, gdy przygryzam ci palce i słyszę, jak coraz głośniej oddychasz. I łapiesz mnie za kark, mocniej niż zwykle i przygryzasz moje usta. I znowu czuję się niezwykłym zjawiskiem, które ty na nowo odkryłeś. Nie ma niczego piękniejszego dla kobiety. Nie istnieje lepsze uczucie. I ja to mam, dzięki tobie, Kochanie.

I ktoś nam zarzuci, że to tylko złudzenia, że się nimi karmimy, że oszukujemy. Nawet gdyby tak było, to dla chwil, na których wspomnienie wilgotnieje i jeszcze bardziej chcę żyć, mogę zostawić wszystko. Nawet uczucie, które przecież i tak przychodzi niepytane, nie wiadomo skąd i kiedy. A jeśli nas ominie lub porozstawia przy innych adresach, to i tak nic nie tracimy. Od zawsze chcieliśmy siebie tylko czasami. Bo ja nie wyobrażam sobie innych rąk, a ty innego zapachu. Ale oboje nie wyobrażamy sobie wspólnego zawsze. Czasem tak mają, ludzie po przejściach. Trochę zawiedzeni, trochę niepewni. Trafiają na siebie tak jak my i nadal mijają. Od czasu do czasu tylko tęsknota puka jednocześnie do ich drzwi. I przez kilka momentów świat przestaje istnieć, telefony tracą dźwięk, milczy dzwonek domofonu. A może tylko my już tego nie dostrzegamy. Bo wtedy mamy siebie. Nie ma nikogo i niczego poza nami. I wspólnym oddechem. I szeptem, że boisz się zasnąć, bo wiesz, że zniknę nad ranem. A ja ci odpowiem, że robię to tylko dlatego, żebyś znowu zatęsknił.


Seks

Ale ty wolisz seks w poczuciu winy. Ten z mężem, który smutnym żartem powtarza, że można cię jakoś znieść po dwóch butelkach wina

Seksualnie
Seksualnie
26 listopada 2016
Fot. iStock/adirdemir
 

Ukochana, piękna Kobieto. Chcę żebyś usłyszała, co mam ci do powiedzenia…

Nie martw się, nie zanudzę cię kolejnym listem o tym, że nie możesz się poddać, że światło jest w tobie. Nie podam ci też siedem szczęśliwych rad na to, jak być szczęśliwą. Albo na to, jak dobrze się zakochać. Dziś napiszę ci bardzo osobiście i głęboko o tym, czego ty się tak często wypierasz. Bo wstydzisz się oczu i języków ludzkich bardziej, niż pragniesz.  Niż pragniesz  tego wzroku właśnie i języka na swoim ciele. Gdy jakiś on cię dotyka, kiedy czujesz jak coraz bardziej się w nim zapadasz. I czujesz też , że znika poczucie wstydu. Jakby ktoś zwolnił zasuwę metalowych, więziennych drzwi. Bo gdy na zewnątrz wychodzą pragnienia, przestają działać wszystkie hamulce. I nie pomaga zasłanianie dłonią ust, ani przygryzanie Twojej szyi. Bo gdy słyszysz męski szept połączony z przyspieszonym oddechem i te słowa, że jesteś taka ciepła i spragniona. W środku. I że on nie chce z ciebie wyjść.  To kimkolwiek on by teraz dla ciebie był, to wszystko jest takie nieważne. Bo czujesz się tak niesamowicie niezwykła. I seksowna do granic. Ale ty wolisz seks w poczuciu winy. Ten z mężem, który smutnym żartem powtarza, że można cię jakoś znieść po dwóch butelkach wina. A dotknąć po trzech? Co wtedy czujesz? Bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że Twój umysł z podniecenia odrywa się od ciała.

Albo szukasz na siłę, żeby z kimś być, żeby ludzie nie patrzyli z pogardą. I niby jest fajnie, nawet się po drodze zakochałaś i odkryłaś, że on jest całkiem spoko na życie. Ale lepiej jak milczy o koronkowej bieliźnie. Choć wolałabyś, żeby o tych właśnie majtkach nie milczał. Żeby choć raz rzucił cię na stół w jadalni. I wchłonął całą, i nie chciał przestać. Ale nie powiesz mu tego, bo choć po nocach marzysz  o orgazmach, które nie będą pozwalały złapać oddechu, czujesz ścisk. W okolicy klatki piersiowej. Jakby przyznanie się do tego, czego pragniemy, co nas pociąga o czym śnimy, było zbrodnią. Te lekko krępujące choć tak pożądane sny, gdy budzimy się z przyspieszonym tętnem. I przygryzam wargi mrużąc rozkosznie oczy. Pozbawiamy się szansy na podróż. Bo może on tylko na to czeka? Na ten mały sygnał, na tę iskrę, która rozpala płomień. I chodzisz smętna ulicami i patrzysz z zazdrością na te wszystkie śliczne dziewczyny, za którymi jak cień chodzi seksapil. Które maja powłóczyste spojrzenia przyciągające drugi wzrok. I wściekasz się bo widzisz. Bo czujesz ich magnetyzm, wiesz że one nie boją się tak jak ty. A człowiek jest piękny tylko wtedy, gdy kocha sam siebie. Wtedy nagle zauważa, przed lustrem obcą dotąd kobietę. Dostrzega swoją jeszcze młodą i gładką skórę, smukłe palce, hipnotyzujące oczy.

I nabiera powietrza, rozszerza płuca. Czuje się pewniej, piękniej. Widzi patrzących z zachwytem facetów. I nocą, gdy lekko uśmiechnięta do swoich jeszcze tak świeżych wspomnień, wraca od kochanka, chłopaka, kogoś z kim jej dobrze. Czasem nie warto czegoś nazywać, szufladkować, a tym samym tracić na starcie. Bo skoro sprawia, że neony przy niej tracą blask, to jest to najmniej istotne. Skoro mimo, że już od niego wyszła, że już leży w swojej pościeli, to nadal czuje go w sobie. Jego zapach, którego nie chce zmyć. Który przenosi ją jeszcze na krótkie chwilę z powrotem  w jego mocne ramiona. I te dłonie, które jakimś cudem potrafią być jednocześnie w kilku miejscach. I zasypia piękna i budzi jeszcze piękniejsza.  A ty męczennico odbierasz sobie tę magię. Sama jej robisz pochówek przy okazji grzebiąc część siebie. I mijasz mnie każdego dnia 30-letnia, z twarzą szarą, jak u zmęczonej życiem staruszki. I Twoje oczy matowe są martwe, choć serce nadal bije. Już wiesz o czym do ciebie piszę Kobieto, której znać nie chcę.  Bo kto by chciał kogoś, kto sam w sobie zasypuje resztki żaru.

Chcę ci tylko powiedzieć, że tak taka byłam. Bo jak ty wierzyłam, że nie wypada, że inne rzeczy są ważne. I są każdą najważniejszą w swojej dziedzinie, ale nie działające bez brakującego elementu. I też myślałam i bałam się, że seks mnie zniszczy, bo upadnie moja reputacja. I nikt nie pomoże mi jej podnieść, żeby powiedzieć, że nic się nie stało. Że to takie normalne, a nawet potrzebne. Że tacy jesteśmy z uczuć skrajnych złożeni, gotowi do eksplozji. Tacy wrażliwi, potrzebujący dotyku obcych rąk, niczym powietrza. I słońca, które pobudza szum w żyłach. Tej bliskości, która łączy dwa ciała w spójną całość. Tej prawdziwości, gdy chcesz wykrzyczeć, że nigdy nie było ci lepiej. Bo jest, bo aż brak ci tchu, bo wiruje ci w głowie. I nagle odkryłam, że nie chcę tak dłużej. I zdjęłam te kajdany moralności nawet nie mojej, tylko ogółu. I poszłam swoją drogą. I znowu lubię chodzić ulicami i czuć się niezwykła. I widzieć to w ukradkowych oczach, gdy w butiku przeglądam sukienki. I uśmiecham się leciutko do obrazka z moich myśli. Tego z wieczoru.  I dźwięku zamka rozsuwanego na moich plecach, gdy ubranie przestanie być potrzebne.

I ty też tak możesz kochana. Też możesz wysiąść z pociągu donikąd, gdzie nudny i ten sam stukot kół potrafi tylko uśpić. I przesiąść się w wysokie szpilki. I pozwolić sobie pójść w zupełnie odwrotnym kierunku. W omijane dotąd rewiry. Potrzebne do tego, byś nadal i już zawsze była i czuła się kobietą.


Seks

To do nich dzwonisz, gdy do mnie milczysz?

Seksualnie
Seksualnie
3 listopada 2016
Fot. iStock / bugphai

Myślałaś kiedyś o tym, że to nieprawda z tą zimą? Że wcale nie przychodzi w grudniu, czy z ponurą końcówką listopada. Wcale nie skrada się i  nie zaskakuje wieczorem, czy czarniejszą niż zwykle nocą. Do mnie przyszła w tym roku, już pod koniec lipca. Wraz z każdym twoim słowem. A w zasadzie z jego brakiem. Chłodem potęgującym coraz bardziej skąpymi zdaniami. Martwą ciszą w słuchawce lub zdawkowym „wszystko u mnie ok”. Ale u mnie ku*wa niekoniecznie, wiesz? Gdy zostawiam ci epopeję o tym co ze mną,  o sukcesach i porażkach. O tym, co mnie smuci i co niezmiernie cieszy. O tym, ile udało mi się osiągnąć, choć tylko ty wiedziałeś, ile musiało mnie to kosztować. Tylko tobie się zwierzałam głuchą nocą łkając do słuchawki. A ty pisałeś, że będzie dobrze, że przecież jesteś.  A oboje wiemy, że nigdy cię nie było. Tak bardzo, jak tego przecież nie oczekiwałam. A jeszcze bardziej jednak chciałam. 

Ty oczywiście powiesz, że to nie twoja wina, niczego nie obiecywałeś. Kilka razy nawet wspomniałeś, że musisz się poskładać do kupy. Po rozwodzie, który trwa w nieskończoność, jakbyś w ogóle go nie chciał. Bo gdy piszesz, że zawsze mimo tego, jak cię skrzywdziła, będziesz ją kochał, to rzygać mi się chce. No właśnie przeanalizujmy więc, kim ja w zasadzie byłam i jestem. Bo już nie będę. Koleżanką, którą przyprowadził wspólny znajomy? Zachwycałeś się mną, bezkresem i wymownością mych oczu, mądrością płynąca prosto z zszarganego serca. Doradzałeś, jak zrobić, bym pozbyła się tej garstki kompleksów i stała się jeszcze bardziej zjawiskowa. Obserwowałeś moją przemianę, starania, wypruwanie żył. Wmawiałeś, żebym robiła to dla siebie, że to forma oczyszczenia, taka akceptacja swojego ciała. Nawet czasem dopingowałeś. Raz czy dwa zdawkowo pochwaliłeś wprawiając mnie w ciepłą, lekką euforię. Ten pierwszy raz, gdy kobiecością swoją zwyczajnie i po prostu, naturalnie i tak mało odpowiedzialnie uwierzyłam w coś. W coś, czego nigdy nie było.  W pierwszą bzdurę, że mogę być kimś więcej. Bo dlaczego też, miałabym nie być? Przecież dość szybko awansowałeś mnie, do roli Powierniczki.

Tej, która nawet gdy nie mogła, nawet gdy nie chciała, wysłuchiwała. O tym, jak cię skrzywdziła, jak nadal pogrywa nie fair. O tym, że cała jej rodzina jest nie taka, że tobą pomiatają, że źle i na wyrost oceniają. Słuchałam i chłonęłam każdą sekundę, w której krył się choć skrawek twojego głosu. Myślałam o sobie, że taka jestem szlachetna, bo mnie potrzebujesz, a ja po prostu jestem. Choć samej życie mi się wali, choć tracę grunt pod nogami, a za chwilę nie będę miała gdzie mieszkać. Ty tylko powtarzałeś, że jestem silna, że nic mnie nie złamie. I że nie znasz odważniejszego człowieka. Bardziej mocnej, twardej kobiety. Serio, nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby raz rozpatrzeć mnie w tej kategorii? Kobiety, takiej zwyczajnej, bez selekcji na podzespoły. Żeby nie klasyfikować, nadawać mi formy. Przecież się pojawiłam, jak wiele innych kobiet, które zostawały na dłużej. Albo na kilkuletnie „na zawsze”. Albo na noce, których cisze przerywał tylko spazmatyczny oddech . I jęk. Ja miałam zaszczyt, który stał się przekleństwem, zostać Adwokatem i Obrońcą w jednym. Kolejny level, w twojej grze na uczuciach.

I już nie tylko słuchałam, ale jak lwica broniłam, twojej urażonej dumy. Radziłam, tłumaczyłam, dzwoniłam gdzie trzeba. Wysyłałam fajne piosenki, zdjęcia dzięki którym mogłeś się choć na chwilę uśmiechnąć. Przestać zatruwać jadem niby byłej, a ciągle obecnej. Tej, która nadal jest w każdym twoim geście, w każdym słowie. Nawet wykrzyczanej do mnie pretensji. Bo przecież ja zniosę wszystko, mi można powiedzieć każde gówno. Wyzbyć się go, ulżyć sobie i iść. Wrócić, jak się znowu czegoś potrzebuje. Zadzwonić, kiedy się chce, nawet po miesiącu i nie rozumieć, dlaczego mam zmieniony głos. Taki smutny i zawiedziony. I złościć i rzucać we mnie słowami o tym, że przecież nie będziesz mnie siłą trzymał. Że droga wolna, że to mój wybór. A ja wracałam, lgnęłam do ciebie, żebrząc i przepraszając, w zasadzie nie wiem za co. Skomlałam, jak te psy ze schroniska, które kochają każdego, kto choć przez chwilę, pogłaszcze je przez ogrodzenie. Aż stałam się Przyjaciółką.

Tą, która uśmiecha się na zawołanie, która cieszy się choć przełyka łzy. Bo jeszcze niedawno, przez słuchawkę, gdy opowiadałam ci, że już nie daję rady, nie zapytałeś. Ja przybiegłabym zostawiając wszystko. Wytłumaczyła przed szefem, znalazła odrzutowiec, żebyś już tylko nie był sam. Żebyś mnie czuł, mógł dotknąć mojej dłoni, w tym najgorszym momencie. Tymczasem, ty słuchasz z wymownym milczeniem, coś tam wzdychasz, coś tam plączesz o tym, że życie takie bywa. Że trzeba je brać za bary, siebie stawiać nieustannie do pionu. Walczyć i śmiać losowi w twarz. Tak jak ta dziewczyna ze zdjęcia, które wrzuciłeś kilka godzin później. Śmiała się prosto w moja opuchniętą od płaczu twarz. Gdy drżącymi dłoniami zbierałam z podłogi swoje rozsypane atomy. I gdy wysyłałeś w świat, bo przecież nie bezpośrednio do mnie,  pozdrowienia. Gdy tańczyłeś do utraty tchu z innymi przyjaciółkami. To do nich dzwonisz, gdy do mnie milczysz?

I ta noc mi przychodzi do głowy, gdzie w porywach łaskawości ten jeden raz postanowiłeś mnie zatrzymać. Nawet przeprosić i przyznać, że nie tak to wszystko powinno wyglądać. Że mam rację, że zasługuję na coś więcej, bo tyle przecież dla ciebie robię. Szkoda tylko, że tyle samo nie znaczę. Bo to tej nocy, przed snem, pierwszy raz odważyłam sobie wyobrazić, jak ogrzewasz moje usta swoimi. Jak ściągasz mnie z parapetu i otulasz kocem. Ale tylko na moment, bo bliskość twojego ciała zabrałaby przecież cały chłód. I wnikasz we mnie i dziękujesz spojrzeniem, że byłam i czekałam. I pozwalasz zasnąć w sobie oplatając mnie ramionami. I sprawiasz, że raz na tyle lat zasypiam spokojnie.

Budzę się niestety w lodowatej przestrzeni, w której cię nie ma. Bo już wszystko czego chciałeś, dawno wziąłeś. Resztę zostawiasz. Tę resztę mnie już nie do użytku. Może wspólny znajomy przyprowadzi mnie jeszcze gdzieś kiedyś.

Niby taką samą, a już zupełnie inną. Bo przecież ty nie obiecywałeś, ja nie oczekiwałam. A ch*jowy stan zawdzięczam sobie. Bo głupio pomyślałam, że kiedyś, że w końcu stanę obok ciebie. Zdejmiesz ze mnie te wszystkie szarfy, które mi podarowałeś przez cały ten „nasz” czas. Kochany, nigdy nie mój. Te obroże, które mi zmieniałeś, nazywając co chwilę inaczej. Te złudne obrączki, gdzie ostatnią, przed najważniejszą miała być ta o przyjaźni. Takie zakończenie do albumu o tym, jak rodziła się nasza miłość. Ta sama, którą zgasiłeś już na starcie. Dobrze wiedząc po co mnie zaczepiłeś wtedy ten pierwszy raz. Bo każdy egoista, każdy pieprzony samolub, taki jak ty robi coś z myślą o sobie. Widzi tylko swoje bolączki, tylko swoje straty odczuwa. Od silniejszych bierze tyle, ile mu potrzeba. Dlatego od początku stawia mur, choć burzy go, gdy potrzebuje otuchy. Gdy trzeba mu życzliwości, oparcia, przytakiwania głową. Gdy chce usłyszeć zapewnienia, że jest mądry i dobry, tylko z byłą, nadal teraźniejszą, jest coś nie tak. I gdy już się tym nakarmi, nabierze sił, urodzi na nowo, tryumfuje. A ty stoisz w jego cieniu, odepchnięta, wyciśnięta z emocji, otępiała z bólu. I myślisz już tylko o jednym. Że tak samo, jak on jest podły, tak ty jesteś, zwyczajnie głupia.

I ostatni raz czytasz te jego od niechcenia napisane kilka zdań. Gdzie koncertowo, odwraca role. Gdzie obojętnością mówi o wolnej woli, o braku przymusu. Gdzie zdawkowo wspomina, o tym jak się pozbierał, jak bryluje na salonach, jak udaje mu się w życiu. I że nie wie, o co ci znowu chodzi, ale życzy wszystkiego dobrego. I myślisz, że jest oskarowym aktorem. Gratulujesz mu w duchu. Bo na bycie perfidnym, nie każdego stać.

Za to naiwność, mój drogi, jest w cenie. I możesz ją kupić, tylko jeden raz. Ty już zmarnowałeś swoją szansę. A ja to nareszcie zauważyłam.