Związek

Podobno siódemka to szczęśliwa liczba, a nam piątka przyniosła szczęście. Pomylony numer sprawił, że dziś jestem jego żoną

Magdalena Lis
Magdalena Lis
20 stycznia 2017
Fot. iStock/shironosov
 

Róża: „Wiesz, to był klasyczny, majowy niedzielny wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi, nad głową krążyły mi uparcie chrabąszcze, lekko wiał ciepły wiatr. Siedziałam na balkonie i wbrew tej sielankowej scenerii nie byłam szczęśliwą, cieszącą się życiem osobą. Sączyłam przez słomkę lemoniadę, przeglądałam jakieś czasopisma. Mieszkam niedaleko jeziora, z balkonu miałam widok na ścieżkę rowerową, na plac zabaw, na wodę. Obserwowałam ludzi, większość z nich była w parach. Ktoś jechał na rowerze, ktoś jadł lody, ktoś się uśmiechał. Uznałam, że dla nich wszystkich świat jest kolorowy, a dla mnie odcienie szarości to było maksymalnie co widziałam. A później dostałam SMS-a”.

Z Różą i Czarkiem spotykam się w ich domu, bo tak im było najwygodniej. Siedzimy w niewielkim salonie, co chwila się przytulają. Obok nas, na kolorowej umiejscowionej na podłodze macie bawią się bliźniaki, Jagoda i Ziemowit.

Czarek: „Majówka, impreza, szaleństwo – tak to teraz wspominam. Wiesz, leniwa niedziela, leżę taki, no taki nazwijmy to zmęczony, żeby nie powiedzieć skacowany. Biorę telefon, na kartce obok mam spisany numer telefonu fajnej dziewczyny. Poznałem ją poprzedniego wieczoru, ten numer nad ranem szybko zanotowałem.  Wklepałem go, napisałem kilka słów i wysłałem smsa. Chciałem ją jakoś zaczepić, zagadać, zapytałem więc jak leci, czy już odpoczęła po podróży i czy o mnie nie zapomniała. Banalnie wiem. Ale poszło, wysłałem. A odpowiedź mnie lekko zaskoczyła, żeby nie powiedzieć, że byłem rozczarowany. Nie no, nie możliwym jest – pomyślałem, że coś mogłem zwyczajnie pomylić”.

Róża: „To ja dostałam wówczas tego sms-a. Nie znałam numeru spod którego przyszedł, i nawet  miałam go skasować, ale coś mnie tknęło i odpisałam. Krótko, acz konkretnie napisałam, że zaszła jakaś pomyłka, że proszę zerknąć na numer adresata, by wiadomość trafiła do właściwego człowieka i że pozdrawiam”.

Czarek: „Wiesz, patrzę na ten numer, i wszystko mi się zgadza. Końcówka sześćset pięć, taka sama na kartce i taka sama w telefon wklepana. Piszę jej więc, żeby się nie zgrywała, że to ja Czarek, że jestem kumplem Bartka i że poznaliśmy się przecież wczoraj:.

Róża: „A ja mu uparcie, że wczoraj to ja piekłam szarlotkę z budyniem i jabłkami i piłam z koleżanką wino. Że mam na imię Róża, a nie Blanka, że to pomyłka, jak już wspominałam”.

Czarek z czułością patrzy na żonę i mówi mi, że nie przypuszczał, że będzie taka zadziorna. Jednak to sprawiło, że go zaintrygowała.

Czarek: Zwątpiłem. Ale serio taki numer miałem podany. Widocznie tamta dziewczyna celowo mnie oszukała, tak wtedy pomyślałem sobie.

Tamtego wieczoru więcej już nie pisali. Czarek zrozumiał, że to faktycznie nie jest ta nowo poznana dziewczyna, ale coś mu mówiło, że ta przypadkowa znajomość jest warta kontynuowania. Nazajutrz napisał więc do Róży znowu

Róża: Zapytał, skąd jestem, a kiedy dostał odpowiedź, że tak jak on z Wielkopolski to zagadnął, czy nie uważam, że to przeznaczenie. Odpisałam mu wtedy, że też tak myślę, bez wątpienia, a on chyba nie wyczuł mojej ironii. O przeznaczeniu wiedziałam wówczas wiele, bo byłam świeżo z jednym takim mi przeznaczonym po rozstaniu. Ostatnim o czym marzyłam było randkowanie, zwłaszcza z chłopakiem poznanym telefonicznie. Jak to brzmi zabawnie w ogóle. Poznałam go przez telefon – uśmiecha się.

Czarek był nieugięty i zaczął pisać do Róży regularnie. W swoich odpowiedziach bywała oschła, czasem wyniosła, ale w gruncie rzeczy zawsze mu odpisywała. Niedługo potem po raz pierwszy się spotkali.

Czarek: Zaproponowałem kawę, a ona mi na to, że może się zgodzić jedynie na wspólne wyjście na rower. Wiesz, ja byłem gotów na wszystko, tylko, że nie miałem roweru. Długo nie myśląc go jednak kupiłem. Umówiliśmy się na ścieżce rowerowej. Jak ją tylko zobaczyłem, to oniemiałem, była przepiękna, dosłownie zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Przytargała mnie przez trzydziestopięciokilometrową trasę, myślałem, że ducha wyzionę. Sam nie wiem już, czy z tej miłości, czy może ze zmęczenia.

Róża: Matko, on mi się w ogóle nie spodobał. Jakoś tak strasznie różnił się od kanonu mężczyzn w których od zawsze gustowałam. Niski blondyn, kiedy uwielbiasz wysokich brunetów. Sama rozumiesz – uśmiecha się. Poczucia humoru mu jednak nie brakowało, wytrwałości też, bo wtedy specjalnie wybrałam tamtą trasę rowerową. Jak ją przetrwa – pomyślałam, to nic mu już będzie nie straszne. No i dał radę.

Od tamtej pory spotykali się regularnie. Czarek zapytał Róży jakie ma plany na wakacje. Pomyślał nieśmiało, że może byłoby fajnie, gdyby gdzieś razem wyjechali. Dziewczyna mu jednak odmówiła i był po raz wtóry rozczarowany. Oczyma wyobraźni widział ich gdzieś jak leżą na plaży, albo wspólnie łażą po górach. Albo, że jadą za granicę i bez opamiętania zwiedzają. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak negatywnie zareagowała.

Róża: Czarek zaproponował wspólne wakacje a ja struchlałam. Całą sobą chciałam z nim jechać i całą sobą wiedziałam, że nie dam rady. U mnie w biurze ostatnio były redukcje, spadłam o stanowisko niżej, co wiązało się również z obniżką wynagrodzenia. Miałam kredyt we frankach i ledwo mi starczało od pierwszego do pierwszego. Wstydziłam mu się przyznać, że chodzi o kasę. Zbyłam go, zaczęłam rzadziej mu odpisywać. Uznałam, że powinien poznać inną dziewczynę, może taką jak na tamtym wyjeździe. Taką, która pojedzie z nim na te wymarzone wakacje.

Czarkowi było przykro, ale nie rezygnował. Powiedział jej, że jak nie ma ochoty to on rozumie, że może się zagalopował, że może za wcześnie na takie decyzje, że szanuje to, jeśli ona ma inne plany. I że może za rok, albo innym razem.

Róża: Kiedy powiedział ‘może za rok’ to tak troszkę oszalałam. Za rok oznaczało, że nie byłam dla niego na chwilę, że on coś ze mną planował. Coś więcej niż wypad na rower, lody czy wspólne wakacje. Próbowałam go unikać, ale kiepsko mi szło. Ja się w nim najzwyczajniej na świecie zakochałam.

Róża uznała, że skombinuje te pieniądze, i że pojadą. Pożyczyła część od siostry, część wzięła z tak zwanych żelaznych zapasów. Oznajmiła Czarkowi, że chce z nim wyjechać, że się zgadza. Tylko, że on już zaplanował ten wypad z kumplami.

Czarek: Ona dopiero wtedy mi się do wszystkiego przyznała. Że nie chodziło o brak chęci, tylko o pieniądze. Boże, dlaczego mi wcześniej nie powiedziała? Przecież to ja ją zapraszałem, więc logicznym było dla mnie, że chciałem to sfinansować.

Róża wtrąca pośpiesznie jedno zdanie, że nigdy by się na to nie zgodziła. Czarek: Widzisz, ona jest właśnie dumna taka. Oczywiście wyjazd z kumplami odwołałem, i spędziłem z Różą tak zwane wakacje życia – wyraźnie promienieje.

Na moje pytanie dlaczego wakacje życia, wskazuje na bawiące się obok nas bliźniaki i mówi, że to jest jego życie. Owoc tamtego wyjazdu. Że to jest wszystko to co ma najlepszego na świecie. Róża: Nazywamy ich cudem wiesz? Cierpię na zespół policystycznych jajników, lekarz mówił mi, że być może nigdy nie będę miała dzieci. A tu dwójka i to ot tak, od razu. Urodzili się piątego. My pobraliśmy się w maju. Tamta pomylona cyfra to piątka, ostatnia z cyfr mojego numeru. Bo wiesz, to miała być siódemka, tylko on źle zanotował. Mówią, że to siódemka przynosi szczęście – jak widać, u nas jest inaczej. Czarek: Ważne, by to szczęście nasze trwało dłużej niż pięć lat.

Oboje się uśmiechają.

Róża: To na pewno – całuje męża w czoło. Nasze dzieci noszą imiona po moich dziadkach, którzy przeżyli ze sobą pięćdziesiąt lat. Widzisz, znów piątka. U nas też nie może być zatem inaczej. I będzie, będzie wspaniale. Za pięć, dziesięć i piętnaście lat. Bardzo w to wierzę.


Związek

Romans z młodszą kobietą kosztuje. Koniec mitu o sukowatych naciągaczkach   

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
20 stycznia 2017
Fot. iStock/mictian
 

„Każdy bowiem mężczyzna w mocno średnim wieku, chcąc mieć romans z młodą kobietą i żyć z nią w konkubinacie, musi liczyć się z pewnymi wydatkami, chociażby na drobne upominki do jakich można zaliczyć zakup kobiecie bluzki. Żądanie zwrotu kwot wydatkowanych na upominki…. jest moralnie naganne….” – widziałaś to orzeczenie sądu w Łodzi? 55 – letni facet pozwał swoją byłą, młodszą o ponad 20 lat dziewczynę, by zwróciła mu pieniądze, które wydał na jej jedzenie, ciuchy i prezenty. Chciał od niej 33 tys. wraz z odsetkami – Anna pokazuje mi artykuł w gazecie opisujące tę kontrowersyjną sprawę.

– W miłości nie chodzi o pieniądze tylko o serce – mówię jej, bo czuję, że tak powinnam powiedzieć. Ale w głębi duszy gdzieś tam wiem, że miłość to jednak też koszty materialne.

Moja rozmówczyni nie komentuje, chociaż mam wrażenie, że patrzy na mnie jak na idiotkę. I zaczyna opowiadać….

„Marka poznałam dokładnie rok po tym, jak zostawił mnie facet, z którym planowałam życie, dom, dzieci. To nie były tylko moje plany, bo rozstanie miało miejsce trzy miesiące przed ślubem. Sukienka i wódka była już kupiona. Okazało się, że od roku prowadził drugie życie. Tamtej też ponoć obiecywał ślub.

Ale była wiosna i choć mi było wciąż źle, nie mogłam usiedzieć w domu. Poszłam na piwo, bo na żadne spacery czy kina wciąż nie miałam siły. Siedziałam w ogródku, piłam to moje piwo z sokiem i w pewnym momencie zagadał do mnie facet siedzący przy stoliku obok. Też był sam. Przypominał mi trochę mojego ojca i pewnie dlatego w ogóle zaczęłam z nim rozmawiać.

Widziałam, że facet ma obrączkę na palcu, ale rozmowa w knajpie, to jeszcze nie przestępstwo. Tyle, że na rozmowie się nie skończyło. Jedno piwo, drugie, piąte i pojechaliśmy do niego. Seks jak seks, było normalnie, a ja myślałam, że na tym jednym się skończy. Nie skończyło się. Nagły romans przerodził się w pięcioletni związek. Dość specyficzny, bo Marek miał żonę, tyle, że mieszkała na drugim końcu Polski. On awansował, wyjechał do Warszawy, dostał służbowe mieszkanie i robił karierę. Na weekendy potulnie wracał do domu. Tłumaczył, że „do dzieci”, a z żoną go nic nie łączy.

Wierzyłam, bo wszystko wyglądało dość prawdopodobnie. Zdjął obrączkę z palca. Po roku nawet zamieszkaliśmy razem, wiec wydawało mi się, że aż tak ściemniać nie może. No bo niby jak wytłumaczyłby się żonie, gdyby odkryła moją nieobecność??? O święta naiwności, po czasie dowiedziałam się, że oficjalnie to wynajmował mi pokój. Nie przyznał się do podwyżki, więc dodatkową kasę tłumaczył wpływami z najmu. Żona pewnie się cieszyła.

Marek był ode mnie starszy o ponad 20 lat. Dobrze zarabiał, był ustawiony. Ja wtedy byłam zwykłym urzędnikiem. Zarabiałam grosze. O ekstra ciuchach, kosmetykach czy dobrym fryzjerze mogłam tylko pomarzyć. To problem, jeśli masz faceta jakby „z górnej półki”. Bo raz, że sama czujesz się obok niego jak uboga krewna, a dwa, że wstydziłam się z nim chodzi na oficjalne, służbowe imprezy. Partnerki jego kolegów zdecydowanie były kilka poziomów wyżej ode mnie.

Wiadomo, że nie chciałam brać od niego kasy. Dziwna ze mnie kochanka? Może i dziwna, ale ja przecież myślałam, że jestem jego narzeczoną.

Tak czy owak, trzeba było jakoś wyglądać na tych jego służbowych rautach.

Dlatego najpierw zdecydowałam się z nim zamieszkać, potem przymykałam oko na to, że nie dokładam się do zakupów. Miałam więcej pieniędzy na siebie. Ale na luksusy stać mnie nie było.  Marek to wiedział, dlatego jak robił prezenty, to zawsze konkretne. Raz dostałam od niego zegarek za 800 zł, innym razem dołożył mi ponad 500 zł do sukienki, to znów kupił aparat fotograficzny i laptopa. Drogie? Z pewnością, ale jak sobie dziś myślę, to tak naprawdę nie wypada, żeby mężczyzna w średnim wieku, kasiasty obdarowywał swoją kobietę jakimś badziewiem. Zwłaszcza, gdy ta jego dziewczyna ma dwadzieścia lat mniej.

On pewnie też tak czuł, bo nie raz mnie pytał, czy nie zostawię go dla młodszego. Koleżanki też się dziwiły, co ja robię z takim starym dziadem. Rodzice nic nie mówili, ale patrzyli karcącym wzrokiem. Mama tylko raz powiedziała, że jest przystojny.

A mnie było z  nim tak dobrze. Do czasu oczywiście, bo im bliżej do jego emerytury, tym między nami zaczynało się psuć. Wiadomo było, że straci swoje mieszkanie i trzeba będzie coś wynająć albo kupić. Marek zżymał się, że w Warszawie tak drogo i on przecież gdzieś w Polsce ma swój dom. O rozwodzie już nie mówił. O ślubie ze mną tym bardziej.

Nagle dowiedziałam się, że za dwa tygodnie zostanie emerytem. Wyprowadza się z Warszawy. Będzie mieszkał z żoną. Że przeprasza. I że nigdy nie zapomni tych lat. I że będzie tęsknił.

Nie chcę wracać do tego, co przeżyłam, bo to była masakra. Kilka miesięcy spędziłam na zwolnieniu lekarskim i straciłam pracę. Okazało się, że wszyscy poza mną mieli mnie za kochankę dobrze ustawionego pana. Pan odszedł ze stanowiska, poleciałam i ja.

Jakby tego było mało, pewnego dnia Marek zadzwonił i poprosił mnie o spotkanie. Zgodziłam się, bo miałam nadzieję, że powie, że do mnie wraca. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że podchodzi do mojego stolika z żoną. Poznałam ze zdjęcia.

On się nie odzywał. Żona uprzejmie poprosiła o zwrot prezentów. Chciała i zegarek i laptopa i nawet o ubrania zapytała. – Musi pani zrozumieć, że okradała pani nasze dzieci – mówiła.

Wstałam i wyszłam. Wybiegli za mną. Marek mówił: – Ania, zrozum…Żona wyzywała od sukowatych naciągaczek, k…. i że chciałam rozbić jej rodzinę.

Poszłam do domu. Przez tydzień odbierałam od nich obraźliwe esemesy. W końcu wkurzyłam się, zapakowałam wszystko i im wysłałam.  Nawet sukienki, majtki i do połowy zużyty krem.

I wiesz co? Żałuję. Poświeciłam mu pięć lat życia. Facet mnie przez tyle lat oszukiwał, a ja kurcze, taka uczciwa, oddałam mu wszystko? Bo żona krzyczała?

Dziś bym nie była już taka głupia. To były moje rzeczy. Nikt mu nie kazał mi ich dawać. Dlatego gdy przeczytałam o tym orzeczeniu sądu, to się ucieszyłam z tego, że są kobiety, które nie dają się tak wyrolować jak ja.

Na marginesie: Nikt mi za przesyłkę nie podziękował.”

Wysłuchała Joanna Ćwiek

 


Związek

W tej historii nie ma katów, nie ma zbrodniarzy, maltretujących swoje dzieci. Jest ciężkie życie, zbyt ciężkie dla dorosłego

Anika Zadylak
Anika Zadylak
20 stycznia 2017
Fot. iStock / Imgorthand

Dzieciństwo to huśtawka aż do nieba i piaskownica, w której jedyna wojna, to ta o wiaderko. To latawiec puszczany na łące za domem i rower, w którym tata naprawi zepsuty łańcuch. I jeszcze bajki, czytane przez mamę i taplanie się w kałuży, gdy rodzice nie widzą. Dzieciństwo to czas, w którym nie trzeba przejmować się niezapłaconymi rachunkami, pustą lodówką i debetem na koncie. Gdzie noc zapowiada kolorowe sny,a świt, grzanki z miodem i szkolny autobus. To czas beztroski, radości i braku znajomości znaczenia słowa „martwić się”. To obdrapane kolano, pierwsza szkolna miłość i marzenia o koncercie swojego idola.

Dominik ma 10 lat i niczym nie wyróżnia się od swoich rówieśników. Jest chyba nawet nieco wyższy, niż jego koledzy. Jest też dużo smutniejszy, ma bladą cerę i często powtarza, że życie jest trudne. Tak, ten dziesięcioletni chłopiec, mówi też, że nie chce żyć. Wokół jego szyj widnieje duża, sina bruzda. To od sznura, na którym kilka tygodni temu, usiłował się powiesić. Bo miał za sobą ponad 10 lat, ciężkiego życia, które nie miało  nic wspólnego z dzieciństwem.

W miejscowości, w której o mało nie doszło do tragedii, wszyscy twierdzą wspólnie, że nie wiedzą dlaczego  Dominik to zrobił.

– Pani, to zwyczajna rodzina jest. No fakt, ciężko im, bo to jeden syn zmarł na raka dwa lata temu a z nieuleczalną chorobą, zmaga się też pan Romek, tata Dominisia. Bieda jest, aż piszczy, ale czysto i schludnie. Ten mały zawsze taki zadbany, dopilnowany, kanapki do szkoły miał i książki na czas. My się sami nieraz dziwiliśmy, jak oni sobie radę dają, przecież ciągle pod górkę.  Ale chłopiec  grzeczny jest bardzo, cichy, spokojny. Zawsze mówił dzień dobry i odpowiadał, jak się go zagadało. No fakt, z dzieciakami z podwórka to on się nie bawił za często, chyba wcale. I może faktycznie, tak cichutko mówił, jakby osłabiony był. Ale na pewno, tego jesteśmy pewni, nikt mu ani tam w domu,  ani nigdzie krzywdy nie robił.

Bliska sąsiadka rodziny Dominika, podkreśla stanowczo

– Matka całe dnie harowała, żeby dom utrzymać i koniec z końcem związać. Nie raz widać było światło w kuchni, aż do nocy się paliło. Pytałam ją nieraz, czy Romek, mąż jej się źle czuł, że nie spała. A ona temu małemu rzeczy cerowała albo szyła nowe, żeby się z niego w szkole nie śmiali. Jej mąż to też dobry chłop jest, tak na pogrzebie pierwszego syna płakał, mało mi serce nie pękło. Teraz jak to wspominam, to łzy się do oczu cisną. W Dominika zapatrzony jest, zresztą ona też, najważniejszy dla nich jest. To  chyba takie normalne, że my rodzice byśmy dla swoich dzieci zrobili wszystko, wszystko oddali i poświęcili. Ja sama teraz po nocach nie śpię, swoją córkę pilnuję, żeby i jej coś takiego do głowy nie przyszło. Wypytywałam ją trochę, czy może mu ktoś w klasie nie dokuczał, to patrzyła na mnie z wyrzutem, bo Dominik to fajny kolega. Zawsze się z każdym podzielił, do nauczycieli nie pyskował, długopis pożyczył. Chłopcy go wołali na mecze szkolne, mówili, że najlepszy bramkarz jest, że każdy go w drużynie chciał mieć. Boże drogi, taki dzieciak. Skąd on wiedział, że line tak trzeba zawiązać, że w ogóle coś takiego zrobić. Pani sobie wyobraża co ta matka czuła, gdy weszła nad ranem do jego pokoju? Na kaloryferze się powiesił, na takiej lince co do prania. Jak go wynosili, z karetki pielęgniarz aż się trząsł. Łzy mu leciały jak grochy, dorosły facet, a nie mógł się powstrzymać. Taki mały dzieciak, tyle problemów rodzicom narobił, bo ich teraz przecież prokurator szarpie. Ale nawet te panie z MOPS’u bronią tej rodziny, przecież tam bywają często, widzą jak jest. Może go coś opętało? Nie chcę tu domysłów snuć, bo to straszna tragedia dla matki i ojca. Chyba największa, kiedy twoje dziecko żyć nie chcę i samo się na to życie targnie. Może tym bratem starszym, co im umarł się tak przejął? Może w tych internetach, coś wyczytał. Kto to wie. Najważniejsze, żeby zdrowy do chałupy wrócił. Oni się już dość tam wszyscy całe życie wycierpieli.

Dom, brak pracy, choroba w rodzinie a czasem śmierć, problemy finansowe, to rzeczy, które się po prostu się dzieją. Żyjemy w bardzo niepewnych czasach, samo staranie się niekiedy ponad siły,  zwyczajnie nie wystarcza. Jesteśmy rodzicami, którzy muszą zrobić wszytko, żeby nasze dziecko miało co zjeść, żeby nie marzło zimą, żeby było na leki, kiedy się rozchoruje.

To, o czym tak łatwo się mówi, jest nierzadko zbyt ciężkie do wykonania. Zaczynają się problemy ze snem, czasem jakaś sprzeczka, bo nerwy z bezsilności po prostu puszczają. I wydaję nam się, że jeśli czegoś nie mówimy głośno, kiedy coś skrzętnie ukrywamy, to jest niezauważalne. Że tego nie ma, że nikt nie ma prawa tego dostrzec. A najgorsze jest to, że pozwalamy sobie myśleć, że kilkuletni dzieciak, niczego nie rozumie. Nie pojmuje, że rodzice, zmagają się ze strasznymi problemami.

Dzieci widzą i czują mocniej, niż niejeden dorosły człowiek. Nie rozumieją tego, co się w okół nich dzieje, ale to zauważają. Boją się i nikomu o tym, nie mówią. Zaczynają myśleć, że są winne, że gdyby ich nie było, nie byłoby też połowy zmartwień. Nie mówią nikomu nic, żeby nie dokładać, żeby jeszcze dodatkowo nie obciążać…

I choć bardzo starają się być „dorosłe” nadal są tylko dziećmi.

Niemożliwe jest to, żeby potrafiły podnosić ciężar, jakim właśnie  jest dorosłość i macierzyństwo. Czują się samotne, zagubione, nawet niechciane, choć nikt nigdy im tak nie powiedział. Myślą, że ich odejście, przyniesie ulgę, że tylko tak mogą pomóc.

Dominik przebywa w dziecięco-młodzieżowym szpitalu psychiatrycznym. Jest skryty  i nad wyraz  grzeczny. Bardzo mało mówi, wygląda przez okno bo wie, że niedługo przyjadą ukochani rodzice. I gdy widzę ich powitanie, to jak rzuca im się na szyję, jak ojciec chłopca podnosi go do góry drżącymi rękami i całuje, już wiem, że w tej historii nie ma katów. Nie ma zbrodniarzy, maltretujących swoje dzieci. Jest ciężkie życie, zbyt ciężkie dla dorosłego. A nie do przejścia wręcz, dla małego chłopca, który zamiast beztrosko grać w piłkę, codziennie patrzy na zmagania rodziców.

Dzieci z podobnymi problemami, jak chłopiec z siną blizną w okół szyi, jest w tym ośrodku znacznie więcej. Mają podcięte żyły, są po płukaniu żołądka, po zażyciu zbyt dużej ilości leków nasennych, mają blizny na całym ciele, bo okaleczanie jest dla nich ucieczką. Lekarze tu pracujący, twierdzą, że samo leczenie i terapie niewiele pomogą, jeśli będą one musiały wrócić do domów, w których po tragedii nic się nie zmieniło. To rodzice, są najlepszym i jedynym lekarstwem. To przed nimi trudna walka o to, żeby ich dzieci, mimo wszelkich przeciwieństw losu, mogły po prostu nimi być.

Wychodząc z ośrodka słyszę skrawek rozmowy Dominika z tatą. Mówił o tym, że nie chce nowego roweru. Tylko żeby mama, przestała płakać w nocy.

 


Zobacz także

To, czy powinniśmy utrzymywać kontakt z byłym partnerem, zależy do tego, która z motywacji nami kieruje.

Utrzymujesz częsty kontakt z byłym partnerem? Najprawdopodobniej nie jesteś zadowolona z obecnego związku

Czy seks w sieci to już zdrada? Zanim odpowiesz, przeczytaj

Dlaczego zawsze przyciągasz do siebie nieodpowiednich facetów?