Związek

Nie spodziewała się, że mąż przekupi recepcjonistkę i spokojnym krokiem wejdzie, gdy akurat mieli dziki seks

Poli Ann
Poli Ann
1 marca 2022
fot. dannikonov/iStock
 

Asia poznała go przez znajomych. Grzeczny, kulturalny, nieco nieśmiały. Zagadała go i tak gadali tej imprezie do późnej nocy. Wyczuła, że mu się podoba. On był jednak ostrożny, nie chciał, by taka kobieta mu się wyrwała z rąk. Zdobywał ją powoli. Może nie były to fajerwerki, dziesiątki róż ani lot balonem, ale bił z niego jakiś taki spokój, który ją ukajał. Porzuciła marzenia o szalonym kochanku, nocnych eskapadach, imprezach,  niespodziankach. Zahamowała, żyła dość przewidywalnie, ale pewnie.


Wiedziała  że Paweł ją kocha, ona jego także. Uznała, że taki jak on powinien być jej mąż. Spokojny  pomocny, kulturalny. Wspierał ją tyle razy. Motywował do nauki. To dzięki niemu się spięła i napisała magisterkę. On już pracował, chciał założyć rodzinę, więc zrezygnował z kariery na uczelni wiedząc, że z tego raczej bliskich nie utrzyma.

Joanka, bo tak na nią mówił, zasługiwała przecież na realizację marzeń o studiach. Może socjologia nie dawała konkretnego zawodu, ale przecież umożliwiała pójście w każdą stronę. Przy takim mężczyźnie kobieta czuje się zaopiekowana. Wiedziała, że się jej oświadczy i faktycznie zrobił to w Walentynki – po staremu u jej rodziców na obiedzie z wielkim bukietem kwiatów dla niej i przyszłej teściowej.

Joanka się zgodziła  oczywiście,  jakże by nie?! Mama płakała, tata puszył się jak paw. Pawłowi też zaszkliły się oczy. Asi było dobrze. Bardzo nawet i tak…poprawnie. Ślub wzięli szybko, oboje pracowali, zaciągnęli kredyt. Wpadli w rytm typowego młodego polskiego małżeństwa. Joanka zaszła w ciążę, trudną, musiała leżeć, a Paweł był obok. W nocy wstawał, spełniał jej zachcianki, organizował pomoc, gotował.

Nawet wyprawkę sam kupił. Był taki kochany. Zaradny, pracowity. Na każde  zawołanie. Aśka ledwo skinęła palcem a był. I z jednej strony bardzo się jej to podobało z drugiej zaś…nudziło ją to życie bez fajerwerków. Bycie mamą też nie było najłatwiejsze, ale Paweł wszystko ogarniał, a wieczorem padał na pysk, podczas gdy ona chciała do teatru, na imprezę czy znajomych. Irytowało ją, to bo miała wrażeniem że żyje pod jego dyktando. On robił zakupy, zdecydował, do którego żłobka wyślą Zosię, nawet gotował. Skoro mu tak dobrze szło to Joanka podrzuciła mu też prasowanie wściekła, że on nie ma dla niej tyle czasu. W jej urodziny złapał jakąś
fuchę, wyjechał na kilka dni, by zarobić naprawdę niezłe pieniądze. Nie odzywała się do niego. Jak tak mógł! Dopiero gdy zobaczyła pod blokiem auto dla niej w prezencie odpuściła.

Szare życie biegło własnym torem  Zosia poszła do przedszkola. Potem do szkoły. Żyło się dobrze i tak…poprawnie.

Aż pewnego dnia poznała Marcela. Pojawił się u niej w pracy. Młodszy o trzy lata, wolny, energiczny, wiecznie gdzieś pędzący. Nie mogła się z nim nagadać, wiódł tak ekscytujące życie, podróżował, znał języki, wieczorami chadzał do kina, teatru, galerii czy klubu. Decyzje podejmował w mig. Zaskakiwał na każdym kroku, nawet nie spodziewała się, że mu się podoba i że tego dnia w kuchni firmowej ją pocałuje ot tak.

Krew z niej normalnie odpłynęła. Zwariowała. Leciała więc do pracy każdego dnia na skrzydłach. Urywali się z biura, wieczorem ją porywał na sushi pod pretekstem jakiegoś zebrania. Pisał, wysyłał memy, piosenki, wiersze. Nigdy nie wiedziała, co wymyśli, a mąż był w porównaniu z nim taki zwykły. Obiad, zakupy, rachunki, lekcje z Zosią, w weekend obowiązkowo spacer i obiad u jednych lub drugich rodziców.

Wkurzało ją to bardzo. A już najbardziej budowa domu. Po cholerę? Ale Paweł się uparł, zajął się wszystkim, ona tylko wybierała kolory farb i meble myśląc intensywnie o Marcelu i potajemnych schadzkach. Przy mężu czuła się jak ptak w złotej klatce, przy kochanku miała wrażenie, że fruwa tak naprawdę. Nie spodziewała się, że Paweł już od dłuższego czasu ją obserwuje. Wydawał się taki prosty w obsłudze. Myślała że wystarczy jak ona zrobi smutną minkę, zatrzepocze rzęsami i on ją przytuli, a potem zrobi herbaty zamiast której wolałby drinka.

Nie spodziewała się, że nakryje ich na schadzce, że przekupi recepcjonistkę hotelu i spokojnym krokiem wejdzie do pokoju, gdy akurat mieli dziki seks. Nie zdążył dać Marcelowi w pysk, bo ten tak szybko uciekł. Joanka najpierw płakała, błagała o przebaczenie, a gdy Paweł zabronił jej wracać do pracy i zażądał pójścia na terapię małżeńską, wściekła się, obrzucając go obelgami. Wyniosła się do rodziców, choć dopiero co zamieszkali w nowym domu, a po kilku dniach zgłosiła sprawę na policję, dotyczącą znęcania się nad nią i córeczką. Bo Paweł kazał jej pić tę herbatę, wybrał małej żłobek i przedszkole,  a w weekendy zmuszał do spacerów i wycieczek, robił zakupy wedle uznania, decydował, co mają jeść, a czego nie, był pracoholikiem i zmusił ją do wzięcia kredytu na dom.

Pawłowi opadły ręce. Nosił swoją kobietę na rękach, dbał, by niczego jej nie zabrakło, opiekował się, wyręczał, wziął na siebie większość obowiązków, a dostał w pysk. Bo nie był dość szalony, był taki przewidywalny, taki poprawny, może nudny i nie brał żony na toaletce w hotelu jak ów Marcel.

Dziś Paweł walczy z żoną, która manipuluje córeczką, wszystkim opowiada o znęcaniu się nad nią i Zosią. On już nie prosi, nie błaga. Wie, że nie chce tracić córki. Ma wsparcie znajomych, którzy przez lata nieraz po cichu gadali, że Joanka zrobiła z niego służącego. Rozwód w toku, żona wytoczyła ciężkie działa, ale on nie zamierza się poddawać. Może nie był idealnym mężem, ale nie da sobie wmówić, że był katem w zaciszu domowym. Chodzi z podniesioną głową i jak wielu mężczyzn zapewne zastanawia się, dlaczego za opiekuńczość i miłość taki wystawiono mu rachunek.


Związek

Wiem, że nasza miłość jest silnie toksyczna. Że ciągniesz mnie w dół i zniewalasz

Poli Ann
Poli Ann
24 marca 2022
fot. skynesher/iStock
 

Jesteś największą miłością mojego życia. Moim oddechem,  słońcem. Wszystkim, co mam i kocham. Jednocześnie wiem, że nasza miłość jest silnie toksyczna. Że ciągniesz mnie w dół i zniewalasz. Jesteś moim efektem jojo. Moją czkawką. Moim  bumerangiem. I choć, gdy za każdym razem znikasz, obiecuję sobie Ciebie więcej nie wpuszczać do swojego życia, to i tak zawsze to robię. I nie potrafię powiedzieć dlaczego.

Czy są to te Twoje oczy  którymi roztapiasz wszelkie lody, jakie na chwilę skują moje serce? Czy uśmiech, któremu nie mogę się oprzeć? Czy przytulenie, dzięki któremu przez moment czuję się ważna i bezpieczna?

Ja – przewodnicząca szkoły, aktywna zawsze i wszędzie inicjatorka wszelkich akcji, wygadana, niegłupia, ambitna i przebojowa. Ty – buntownik, zawsze idący pod prąd, pewny siebie, nie idący na kompromisy.

Wszyscy nam kibicowali. „Taka piękna para” – mówili, a ja wierzyłam, że razem zdobędziemy świat. To ja ciągnęłam cię za uszy w klasie maturalnej. Miałeś taki potencjał, a nie chciałeś się uczyć. To wtedy zniknąłeś pierwszy raz. Nikomu nic nie mówiąc, nawet mnie, choć byłam ponoć Twoją brakującą połówką. Odchodziliśmy od zmysłów, ja, Twój brat, rodzice i przyjaciele. Ty zaś bawiłeś się w najlepsze odreagowując rzekomy stres. Nie myślałeś o innych. Wróciłeś i miałeś pretensje, że się o Ciebie martwimy.

– Potrzebuję przestrzeni – powtarzałeś, a ja starałam się to zrozumieć. Znikałeś, gdy tylko miałeś ochotę. Nie było reguły. Zapewniałeś mnie o miłości, o tym, że mną oddychasz, mnie potrzebujesz i tylko ja Ciebie rozumiem, po czym szukałeś swojej przestrzeni. To nie kobiety były Twoimi kochankami, lecz ta przestrzeń bliżej nieokreślona, z którą wciąż mnie zdradzałeś, a ja wierzyłam, że jestem na tyle silna, by to zrozumieć.

Nie rozumiałam, ale byłam przecież taka wyjątkowa. Nie mogłam zawieść ani siebie ani Ciebie. Kłóciliśmy się głośno, godziliśmy jeszcze głośniej. Nikt tak nie grał na moim ciele jak Ty. Chyba od Twojego dotyku byłam uzależniona. Gdy znikałeś, a ja po raz setny pisałam Ci sms, żebyś nie wracał, okłamywałam samą siebie. Tak bardzo chciałam być twarda i móc nie umieć wpuścić Cię z powrotem do mojego życia, ale

Ty zjawiałeś się nagle, rujnując spokój, jaki osiągnęłam. Naręcza kwiatów, lot balonem, pierścionek zaręczynowy podarowany w miejscu publicznym, przeprosiny w radiu, kupno mojego wymarzonego auta. Oj tak potrafiłeś mnie do siebie przekonać. Szukałeś tej swojej przestrzeni, po czym na nowo pojawiałeś się w moim życiu, z którego nie potrafiłam cię wyrzucić. Wracałeś jak bumerang. Gdy tylko czułeś, że mogę odejść, natychmiast byłeś obok. Gdy zmieniłam pracę, gdy straciłam naszego synka, gdy zaszłam w kolejną ciążę, gdy zainteresował się mną Robert. Jak tylko wracałam do siebie, odzyskiwałam równowagę, Ty wyrastałeś spod ziemi z tym swoim bezczelnym uśmiechem. Broniłam się przed Tobą nieudolnie. Mój upór tylko Ciebie motywował.

Przeżywaliśmy swoje miodowe chwile, po czym na nowo swoim zniknięciem niszczyłeś to, co zbudowaliśmy. Wracałeś do swojej przestrzeni. A może do mnie?

Nie wiem, kogo wolałeś bardziej.

Wszyscy mi mówili, bym zamknęła drzwi przed Tobą na cztery spusty, bym zaczęła żyć i oddychać samodzielnie. Nawet Twój brat nie był w stanie Cię wybronić. Twoja matka przepraszała mnie przez łzy, teść zaciskał pięści, bo przecież nie tak Cię wychowywali. Ja za każdym razem obiecywałam sobie, że tym razem Ci nie otworzę, że pozwolę sobie na myślenie tylko o moim szczęściu, że ojciec widmo nie jest dobrym tatą. I gdy nabierałam sił i świetnie radziłam sobie bez Ciebie, Ty nagle pojawiałeś się znikąd. Jak czkawka, której nikt nie chce i się nie spodziewa. Jak efekt jojo, którego nie da się przewidzieć. Liczyłam, że znikniesz na dobre, po czym przerażona życiem bez Ciebie po cichu liczyłam, że wrócisz. I liczę nadal, choć twardo udaję, że jest inaczej.

Nasza miłość to ciągle rozstania i powroty. Sinusoida, historia niczym z opery mydlanej. Odcinek 2794.

Za miesiąc komunia naszej córki. Ciebie jak zwykle nie ma. Prosiłam  byś nie wracał, dał nam spokój. Tego chce moja głowa. Ona doskonale wie, co dla mnie najlepsze. Gani mnie, przywołuje do porządku, pozwala w miarę normalnie funkcjonować. Serce moje zaś przytakuje zerkając na mnie pobłażliwie. I bezczelnie, nie pytając mnie o zdanie, bije szybciej, gdy tylko usłyszy zgrzyt klucza w drzwiach, licząc na to, że staniesz w nich Ty…


Związek

Wyobrażałam sobie, że to moja mama – dobra i czysta. Ta prawdziwa śmierdziała, często pijana

Poli Ann
Poli Ann
23 lutego 2022
fot. ediebloom/iStock

Dziś mam ponad 40 lat. Mogę powiedzieć, że los się nade mną zlitował. Mam rodzinę, jestem kochana i szanowana, ale przeszłość nadal depcze mi po piętach. Nie jestem w pełni spokojna. Ojcu wybaczyłam, matce i siostrze nie potrafię. Nie czuję się w pełni kompletna i szczęśliwa. Mąż pewnie namawia mnie na terapię, uważając że przeszłam ciężką traumę w dzieciństwie i że tylko rozmowy z psychologiem pomogą mi odzyskać siebie. Ja się bardzo boję. Wiem, że nie będę już wtedy taka sama. I dlatego się waham. Czy im przebaczę, czy wybaczę sobie i czy pokocham nową siebie?

Scena 1

Mam kilka lat, jestem drobna, chuda, wiecznie potargana i brudna. Mieszkam w małym miasteczku, w starej kamienicy, która zapomniała już lata swojej świetności. Zajmujemy z rodzicami i rodzeństwem jeden pokój, z ciemną cuchnącą kuchnią. Łazienka jest tak stara i zniszczona, że myjemy się w misce, a z toalety korzystamy na zewnątrz, ze starego niegdyś wychodka, który był ponoć przeznaczony dla służby.  Z tych wczesnych lat pamiętam smród z tego miejsca, brud, stęchliznę i jakiś dziwny niepokój, którego jako dziecko nie umiałam nazwać. Myślałam, że tak żyją wszyscy. Że rodzice piją na umór, że tata bije mamę i dzieci, bo taka jest jego rola. I że rodzice jedzą najpierw, a dzieci dojadają resztki.

Scena 2

Chodzę już do szkoły. Nie wiem jakim cudem matka się ogarnęła i mnie tam zaprowadziła. Raz pokazała drogę. Potem musiałam już sobie radzić sama. Patrzyłam na świat wielkimi oczami. Inni rodzice nie bili dzieci, odprowadzali je do szkoły, dawali im jedzenie do szkoły. Pani była miła, uśmiechała się, nie przeganiała nas, nie wyzywała. Uwielbiałam ją i często wyobrażałam sobie, że to moja mama. Taka dobra, spokojna i czysta. Moja prawdziwa śmierdziała, zawsze była zła, często pijana.

Krzyczała albo na nas, albo z bólu, gdy ojciec ją lał. Bezbłędnie nauczyłam się rozpoznawać, kiedy zacznie, wtedy to czy zima, czy lato w środku nocy na bosaka leciałam albo do budki telefonicznej, albo do kamienicy obok, gdzie mieli telefon i mogli zadzwonić po pomoc. Szybko wracałam potem do domu i brałam miskę żeby posprzątać krew. Ojciec bił zawsze matkę do krwi. Gdy przychodziła policja, my nie chcieliśmy nigdzie iść. Panicznie bałam się, że poza domem będzie jeszcze gorzej. Zresztą ojciec nas tym straszył, więc gdy policja przyjeżdżała, śladów krwi już nie było i wszystko wyglądało tylko na sprzeczkę. My zostawaliśmy w domu, a policja miała święty spokój.

Scena 3

Kończę podstawówkę. Jestem najmniejsza i najchudsza w klasie. Nie miesiączkuję, na bilansie stwierdzają, że jestem niedożywiona. Nikt jednak z tym nic nie robi. Wszyscy wiedzą  z jakiej patologii jestem. Myślą, że skończę jak matka. Będę pić, szybko zajdę ciążę,  nie zdobędę wykształcenia.  Nie mam przyjaciółek. Nikt nie chce się ze mną kolegować, bo śmierdzę. Nie nauczono mnie higieny. Jestem wiecznie głodna, wyczerpana. Czuję się odpowiedzialna za moje młodsze rodzeństwo, które też próbuje przetrwać. Patrzymy na siebie jak na wrogów. Kto dostanie coś do jedzenia? Komu ojciec w przypływie litości da parę groszy? Kogo matka pogłaszcze, gdy się jej przypomni, że ma dzieci? Raz to ja dostąpiłam tego zaszczytu. Wówczas to z zazdrości moja młodsza siostra wbiła mi nóż w plecy. Przez kilka tygodni leżałam w szpitalu z odmą płucną. Gdyby mnie dźgnięto od przodu, pewnie bym nie żyła.

Scena 4

W szpitalu, o dziwo, odwiedzały mnie koleżanki że szkoły. Nie wiem, czy to była sprawka wychowawczyni, czy fakt, że o mojej sytuacji pisała lokalna gazeta. W szpitalu byłam czysta, najedzona zadbana, nie wzbudzałam odrazy i okazało się, że jestem fajna. Że z tych kilku dziewczyn dwie naprawdę mnie polubiły i bardzo w życiu pomogły. To za ich namową poszłam do szkoły zawodowej. Okazało się, że mam dryg do fryzjerstwa. Nauczyłam się dbać o siebie, po cichu zaczęłam zarabiać jakieś grosze, obcinając ludziom włosy w domu. Mieszkałam w internacie, miałam wyżywienie. Kilka pięknych dusz bardzo mi wtedy pomogło, bym stanęła na nogi. Przynajmniej fizycznie.

Z rodziną nie miałam kontaktu. Emocjonalnie bardzo to przeżywałam. Matka piła nadal. Nie wspierała żadnego ze swoich dzieci. Ojciec zmarł gdzieś w jakiejś melinie. To ja mu zorganizowałam pogrzeb, na który nikt nie przyszedł. Miałam jednak czyste sumienie, że zachowałam się jak trzeba.

Scena 5

Skończyłam szkołę, pracuję, poznaję wspaniałego chłopaka, chcemy być razem, zakładamy rodzinę. Ja, nienauczona miłości, kocham mojego męża i jego rodziców całym sercem. Zostaję matką. I uczę się kochać. Zapraszam matkę i siostrę do siebie. Wydaje mi się, że jestem gotowa na konfrontację i że pokonałam demony. Gdy mnie okradają podczas gdy ja robię herbatę, załamuję się. Nie śpię po nocach, w pracy jestem rozkojarzona. Mąż namawia na terapię, ale ja się boję. Na siłę jem, wstaję z łóżka, pracuję, zajmuję się dziećmi. Mąż i przyjaciele bardzo mnie wspierają. Wracam do siebie.

Scena 6

Dziś mam ponad 40 lat. Mogę powiedzieć, że los się nade mną zlitował. Mam rodzinę, jestem kochana i szanowana, ale przeszłość nadal depcze mi po piętach. Nie jestem w pełni spokojna. Ojcu wybaczyłam, matce i siostrze nie potrafię. Nie czuję się w pełni
kompletna i szczęśliwa. Mąż pewnie namawia mnie na terapię, uważając że przeszłam ciężką traumę w dzieciństwie i że tylko rozmowy z psychologiem pomogą mi odzyskać siebie. Ja się bardzo boję. Wiem, że nie będę już wtedy taka sama. I dlatego się waham. Czy im przebaczę, czy wybaczę sobie i czy pokocham nową siebie?