Macierzyństwo Związek

„Nie kocham kobiety, dlaczego nie mogę widzieć dziecka?”. Nie chciałeś związku, to nie zobaczysz za karę

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 października 2015
Fot. iStock
 

Takich jak on jest pewnie wielu. Choć ojcowie coraz częściej walczą o swoje prawa, sami czy z pomocą fundacji, rzadko decydują się mówić o tym głośno. Wiem, że to będzie trudna rozmowa, bo K. nigdy nie był wylewny. Siadamy i widzę, że jest spięty. Uśmiech. Ironiczny.

K.: Tylko nie pisz, że jestem takim kompletnym nieudacznikiem.

Anna Frydrychewicz: A jesteś?

Zawodowo nie. Związkowo, to na pewno. Nie potrafiłem zbudować dobrego związku. Każdy poprzedni kończył się w podobny sposób: moim odejściem. Odchodziłem, kiedy zaczynały się kłopoty, wyrzuty, „gadanie”, kiedy wiedziałem już, że nic z tego nie będzie. W pewnym momencie byłem w stanie przewidzieć, kiedy to się posypie. Wy kobiety działacie podobnie kiedy coś się psuje. Używacie nawet podobnych argumentów.

Nie próbowałeś ratować?

Nie, wiesz nie. Pewnie, gdzieś tam myślę, że w jednej sytuacji mogłem bardziej powalczyć, bo było o co.

Mówisz o związku z mamą Basi?

Tak. Przez chwilę miałem rodzinę. One też miały rodzinę, przynajmniej taką „pełną”, a moja mama się cieszyła, bo została babcią. No i pewnie miała nadzieję, że to potrwa. Jak się dowiedziała, że Beata zabrała dziecko i się wyprowadziła, to nie odzywała się do mnie przez miesiąc.

Dlaczego się rozstaliście? Mogło być pięknie.

To nie było wielkie love story, mogę Ci to szczerze powiedzieć. Więcej tam było chęci, żeby coś w końcu poczuć, coś co mnie zatrzyma na dłużej, niż tych motyli w brzuchu. Czekałem, udawałem, że wszystko jest w porządku, naprawdę miałem nadzieję, że to „zaskoczy”. Potem Beata zaszła w ciążę, spanikowałem. Nie planowaliśmy tego. To znaczy zapewniała mnie, że się zabezpiecza. Powiedziała, że pigułka nie zadziałała. Czy w to wierzę? To teraz bez znaczenia. Dbałem o nią, kiedy była w ciąży. Kiedy urodziła się Basia, poczułem coś takiego… Do dziś nie potrafię tego opowiedzieć. Takie uczucie, że naprawdę jesteś kimś, że stworzyłeś coś wyjątkowego, pięknego. Wiesz, możesz być zerem, ale dziecko jakoś nie wiem… uczłowiecza? Tylko, że fikcyjnego związku nie naprawi. Dwa miesiące po urodzeniu Baśki, Beata stwierdziła, że musimy wziąć ślub, że powinienem poprosić jej rodziców o jej rękę… Prosiłem, tłumaczyłem, żebyśmy poczekali. Pół roku awantur, wizyt u jej rodziny, te spojrzenia, pytania: „Kiedy w końcu?”. Ja przeciągałem tę sprawę, czekałem. Ciągle miałem nadzieję, że coś się we mnie zmieni. Pewnego dnia wróciłem z pracy i dostałem ultimatum: ślub albo dziecko. Myślałam, że tylko tak mówi, że próbuje mnie. Znowu tłumaczyłem, że nie jestem pewny, że nie chce dramatów, rozwodu. To był piątek. W weekend byliśmy u jej rodziców, w poniedziałek rano pożegnałem się z córką przed wyjściem do biura. Wieczorem już ich nie było.

Wróciłeś i zastałeś puste mieszkanie?

Wróciłem i urwało mi ostatni rok życia. Znikły pieluchy, ubranka z suszarki, kocyki, zabawki. Siedziałem w butach w pokoju Baśki i patrzyłem na to puste łóżeczko godzinę, dwie? Nie wiem. Rozumiałem co się stało, przecież Beata mnie uprzedziła. Ale jakoś… nie potrafiłem się pozbierać, podnieść. To był nokaut. Pewnie myślisz, że zacząłem do niej wydzwaniać, błagać, żeby wróciła. Nie. Dopiero następnego dnia, rano zadzwoniłem. I przez następne kilka godzin, bo nie odbierała.

A Twoje pierwsze myśli?

Że trzeba było wziąć ten cholerny ślub? Że może nie można mieć wszystkiego? Że może nie umiem kochać kobiety tak, jak trzeba, ale miałbym przynajmniej dziecko?

 

Naprawdę tak myślisz?

Wiesz, ile razy w ciągu zeszłego roku widziałem córkę? Sześć. A dzwonię kilka razy w tygodniu z pytaniem kiedy mogę zobaczyć dziecko. Nigdy sam, zawsze w towarzystwie jej babci, bo Beata nie chce się ze mną spotkać. Poza tym Basia ma dwa lata, ciągle mnie zapomina, bałaby się ze mną zostać sama. Spotykamy się na placu zabaw, a jak pada to w kawiarniach dla mam. Za każdym razem od nowa buduję to, co za chwilę zniknie. Bo nie ma mnie przy niej, po prostu. To boli. Ale staram się za każdym razem, żeby poczuła, że ja to ja, jej Tata. Czasem mam poczucie totalnej bezradności. Wtedy muszę szybko zająć się jakimś projektem, wyjść gdzieś, napić się. Myślisz, że idę się nachlać? Czasem tak. Wracam potem do pustego domu i budzę w panice następnego dnia. Boję się, że Beata kogoś na mnie naśle i nie będę już w ogóle widywał córki. Mam paranoję. Nie tylko we mnie to uderzyło. Mojej mamie też nie wolno widywać wnuczki, chociaż jak Baśka była niemowlakiem to często z nią zostawała.

Opowiesz mi o Basi?

Baśka jest dla mnie wszystkim. Pewnie każdy ojciec tak mówi. Ale ja to czuję naprawdę. Jak mam Cię przekonać? Zobacz, mam tu jej zdjęcia z pierwszego roku życia. Każdy miesiąc, jak się zmieniała. Tu są wszystkie aktualne wymiary, waga, numer bucika. Kupuję jej to, co potrzebne. W moim mieszkaniu Basia ma swój pokój, nowe łóżko, bo tamto było niemowlęce. Jest bardzo podobna do mnie, piwne oczy, ciemne włosy. Będzie kiedyś piękną dziewczyną.

Nie próbowałeś namówić Beaty, żeby do Ciebie wróciła?

Miałem taki moment. Przemyślałem sobie wszystko, ułożyłem przeprosiny i oświadczyny. Kupiłem pierścionek.  Ale nie mogłem… To by był fałsz. Nie chcę, żeby Basia żyła w kłamstwie. Dużo bardziej wolałbym mieć z Beatą przyjacielskie, dobre stosunki niż żyć z nią dla dobra Małej i żreć się o wszystko. Wiesz, taka totalna hipokryzja. To nawet nie byłby dom. Poza tym, wiem, że Beata zaczyna nastawiać Baśkę przeciw mnie. Że kilka razy ją mną straszyła. Ona się chce zemścić na mnie, ale nie rozumie, że krzywdzi dziecko. Tydzień temu założyłem sprawę o uregulowanie widzeń z córką.

To kto Cię wspiera? Masz kogoś, komu możesz się wygadać?

Kolega z pracy jest po rozwodzie, ma podobną sytuację. Mimo zasądzonych spotkań, z dziećmi widzi się raz na dwa miesiące. Jak masz taki problem, to szukasz kogoś, kto Cię zrozumie. W sieci też mam nowych znajomych, pomagali mi przy pismach do sądu. Lepiej wiedzą co napisać. Ja dopiero zaczynam i pewnie trochę to potrwa. Jeśli pytasz, czy jestem teraz z kimś, to nie. Boję się. I nie mam na to siły, czasu. Muszę uporządkować swoje życie, sprawę Basi. Jestem ojcem, przede wszystkim. Ta miłość jest dla mnie najważniejsza.

Kończymy. Podaję rękę człowiekowi, który wydaje mi się teraz kimś innym, niż osoba naprzeciw której siadałam godzinę temu. Ten „nowy” jakby stopniał, skurczył się. Widać, że ta rozmowa kosztowała go więcej emocji, niż jest w stanie okazać.


Macierzyństwo Związek

Poproszę o urlop od dzieci, na weekend, jeden dzień. Jestem zmęczona. Mam dość

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 października 2015
Fot. iStock
 

Matka Polka czy może być Zmęczona? W opinii innych, pewnie nie bardzo, bo przecież bycie mamą zobowiązuje. Tymczasem zbliża się weekend, a ja marzę o wolnym od dzieci. Dwie doby tylko dla siebie, to moje największe dziś marzenie. Książka, koc, wino i cisza…

Tak, jestem zmęczona. Wyciągam jakieś rezerwy cierpliwości, uśmiechu i chęci odpowiadania na milion pytań i pomocy w tysiącach rzeczy.

– Mamo, zapomniałem, że dziś kanapki robimy w szkole, muszę mieć warzywa i pieczywo (na szczęście wszystko w domu jest)

– Mamo, z czym kanapki do szkoły? Z serem?!? Ale ja nie chcę z serem (przedwczoraj zjadł, mówił, ze dobre)

– Mamo, skończył mi się zeszyt/wypisał długopis/nie mogę znaleźć ołówka (oczywiście wszystko tuż przed wyjściem do szkoły lub dzień wcześniej, ale o 21:00)

– Mamo, pamiętaj, że dziś mam trening, przyjedziesz po mnie?

– Mamo, mogę bajkę obejrzeć/pograć na komputerze (i tłumaczenie, dlaczego nie)

– Mamo, dziś jestem rycerzem, potrzebuję strój (dwie godziny przed wyjściem do szkoły)

– Mamo, mogę spać dziś u Dominika (i po raz kolejny tłumaczenie, że to już nie wakacje, że wrócimy do rozmowy w weekend)

– Mamo, muszę na jutro mieć wysuszone liście, zapomniałem, dasz radę je jakoś wysuszyć? Może żelazkiem? (i dostaję garść zielonych liści prosto z drzewa)

– Mamo, skoczysz do biblioteki, bo muszę lekturę przeczytać, a w szkole już tej książki nie ma

– Mamo, nie rozumiem tego zadania, wytłumaczysz?

AAAA. Chce mi się krzyczeć. Czuję się osaczona, co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Mam szczęście pracować w domu, co jednak bywa czasami przekleństwem, zwłaszcza kiedy dzieci są w domu cały dzień. Rano ogarniam śniadania, kanapki, brakujące do szkoły rzeczy i komunikuję wszystkim „Siadam do pracy”. Nakładam na uszy słuchawki z ulubioną muzyką, żeby nie słyszeć, jak chłopcy biegają po schodach i kłócą się o coś w swoim pokoju. „Mnie tu nie ma”, mówię, ale to nie przeszkadza kolejnym:

– Mamo, widziałaś gdzieś taśmę klejącą (tak, zakleiłam wam nią ostatnio usta)

– Mamo, nie ma tu mojej książki (nie, no oczywiście wzięłam sobie do czytania „Kajtkowe przygody”)

– Mamo, mogę zjeść jogurt (od kiedy pyta?)

– Mamo, co mam dziś założyć? Zimno jest? (etat synoptyka przyjmę)

Te wszystkie pytania padają oczywiście razy dwa, bo żaden z chłopców nie może czuć się pokrzywdzony uwagą matki skierowanej tylko ku jednemu z nich.

I ktoś, kto pomyślał: „Kobieto, daj spokój, zaraz odpoczniesz, idzie weekend”, to nawet nie wie, co mówi. Weekend przynosi odpoczynek owszem, ale od tygodnia wyznaczonego rytmem planu lekcji, treningów, dodatkowym angielskim i kółkami zainteresowań w szkole. Jednak nie od dzieci.

– Mamo, jakie ciasto upieczesz w sobotę (babkę – nie, karpatkę, kopiec kreta, może jabłka z kruszonką – tjaa najpierw trzeba wypracować domowy kompromis)

– Mamo, pójdziemy na pizzę, lody (a ja akurat w ten weekend po całym tygodniu nie mam ochoty nigdzie już się ruszać)

– Mamo, a pojedziemy do kina (jw.)

– Mamo, zadzwonisz do Tomka, Dominika, Piotrka, Wiktora, Mikołaja, Kacpra, żeby przyszli (kocham kolegów moich dzieci, często u nas goszczą, także w tygodniu po lekcjach, zamiast siedzieć w świetlicy są u nas, ale jeśli pada deszcz to koledzy=hałas i niekończące się kubki do picia, a ja choć jeden dzień pragnę ciszy)

– Mamo, zrobisz pizzę/kluski leniwe/pierogi (ile kosztuje kucharka?)

– Mamo, nudzę się (bo zapomniałam, że przecież jestem organizatorką ich wolnego czasu)

Jak już marudzę to na całego, więc nie sposób do żalów Matki Zmęczonej dodać powtarzanych do znudzenia codziennie, 24 godziny na dobę, siedem razy w tygodniu:

– Posprzątajcie proszę pokój (zdarza się kilka razy dziennie)

– Odrobiliście lekcje (niemal codziennie) +sprawdzanie tych lekcji

– Umyliście zęby (chyba powieszę kartkę z tym pytaniem na drzwiach)

– Spakowałeś się na trening/basen (bo przecież ja ich pakować nie będę)

– Dałeś rzeczy do prania (norma raz dziennie)

– Powieś kurtkę (kilka razy dziennie)

– Ułóż buty (nie jestem niczyją służącą)

Dziś piątek, chłopcy w szkole, jeszcze trening po południu jednego z nich. I jak pomyślę o weekendzie, to mam ochotę nie wychodzić z łóżka. Nie łagodzić konfliktów, nie tłumaczyć, dlaczego nie spędzamy całego dnia przed telewizorem, nie irytować się pytając po raz piąty, czy ułożyli swoje rzeczy do szafy.

I nie, tu nie wystarczy wyjście do kina z przyjaciółką, czy samotne zakupy, albo super koncert. Nie. Chcę ciszy, spokoju, zasnąć, wstać, wypić kawę, iść pobiegać, nie robić obiadu, nie myśleć co na kolację. Chcę odpocząć od bycia mamą, na chwilę. Zgodziłabym się na co szósty wolny weekend. To by wystarczyło. Naprawdę.

Bo oczywiście, że kocham moje dzieci, że martwię się i rozpływam, gdy mówią „kocham cię” i pytają, czy zrobić mi kawkę, kiedy pracuję. Ale tak jak ich kocham, tak czasami marzę, żeby od nich odpocząć. Jak dzisiaj. By zatęsknić i z uśmiechem w poniedziałek zrobić ich ulubione kanapki do szkoły.

Pozdrawiam
Matka Polka Dziś Zmęczona


Macierzyństwo Związek

„O ja, biedna mała kobietka”. Dlaczego w towarzystwie mężczyzn udajemy kogoś innego?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 października 2015
Fot. iStock

Drogie panie, jak to się dzieje? Wystarczy tylko, że obok pojawi się jakiś mężczyzna i znajome, które uważałam za mądre i ciekawe świata zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szkoda tylko, że w  infantylne trzpiotki…  Spryt, ciekawość świata znika. Bywa też odwrotnie: moje łagodne, pokojowo nastawione koleżanki na widok faceta pokazują prawdziwe pazury! Najciekawsze metamorfozy? Proszę bardzo, oto kilka „masek”, które zakładamy w towarzystwie panów:

1. Mała, biedna dziewczynka, kobieta – dziecko

Patrzysz i oczom nie wierzysz. Zaradna, w pełni sprawna intelektualnie babka przestaje sobie radzić. „Nieradzenie” dotyczy wszystkiego: komputera („A co tu trzeba nacisnąć?”), samochodu(„Coś mi nie działa, ale nie wiem co”), pilota do bramy(„Wczoraj się otwierało, a dzisiaj jak wjeżdżałam już nie”). Nie dajcie się oszukać. Nie chodzi o PRAWDZIWY problem. To jest przemyślana taktyka, wypatrzona u kota ze Shreka (stąd towarzyszący zjawisku błagalny wzrok) i mająca na celu połechtanie męskiego ego. On sobie na pewno poradzi, przecież jest FACETEM. Ryzykowne. Co będzie, gdy łatka „tej nie za sprytnej” może przylgnie na dłużej?

2. Za to Ty jesteś mądry Misiu, czyli Komplemenciara

Gdy na horyzoncie pojawia się On, Komplemenciara ma tylko jeden cel: zagłaskać słownie, wypieszczochać podziwem, sprawić by facet rozpłynął się z zachwytu nad sobą samym. Moja znajoma podziwia swoich kolegów z pracy regularnie, czym wywołuje ironiczne uśmiechy na twarzach innych pań, kręcących jej symboliczne kółeczko na czole. Ale o dziwo, na kolegów, w znakomitej większości ta szalona taktyka działa. Gdy jednak tylko obdarzony komplementem pan („świetnie napisałeś ten raport, jak Ty sobie z tym poradziłeś?! Do tego bardzo dobrze Ci w niebieskim”) zniknie z pola widzenia, kurtyna opada.

– Naprawdę taki jest dobry? – pytam zdziwiona. – Co Ty, to kompletny kretyn – szczerze odpowiada mi Komplemenciara. Nie szkodzi, że przed chwilą stał obok niej mistrz analiz wszelakich.  – Dwóch sensownych zdań nie skleci…

3. Mężczyzno, nie podchodź, będę gryźć

Przypadek zupełnie inny niż dwa poprzednie.  „Jesteś mężczyzną, nie powinieneś mieć prawa głosu, mogę Cię wysłuchać, ale mi się nie chce, więc ziewnę”. Wyznawczynie takiego podejścia jasno dają do zrozumienia znajdującym się w towarzystwie panom, że ich zdanie się kompletnie nie liczy. Taka jest moja koleżanka ze studiów, obecnie pani dyrektor w sporej zagranicznej firmie. W stosunku do mężczyzn: chłód i arogancja, w babskim towarzystwie: ciepło i zrozumienie. Szczegółów z jej życia osobistego nie znam.

4. „Chodź na ploty”, czyli przyjaciółka wszystkich facetów

Dla niej facet to taka sama babka jak inne. Opowie mu  chętnie o ostatniej randce („Wiesz, chyba go nie pociągam”), zaniepokojona pokaże wykres cyklu, poinformuje co myślą o sobie koleżanki z działu… Zagada na śmierć i nie zrozumie nic a nic, kiedy wściekła narzeczona odbierze za niego wieczorem telefon.

Kobiece maski to temat rzeka.  Ale czy panowie nie grają przed nami z równym zacięciem? Czy  nie stroją się w pawie piórka i puszą, byle tylko nam zaimponować? A gdy tylko znikniemy za rogiem i zostają sami, w męskim gronie, usprawiedliwią się szybko: „Co ty, ja tylko żartowałem”…


Zobacz także

My wojną jesteśmy naznaczeni, ale dzisiaj – po Brukseli, boję się o moje dzieci

Matka „nieobecna” i jej wpływ na twoje życie

Facet musi się wyszaleć. A ty, to zupełnie co innego. No trzymajcie mnie, bo mam nerwa