Związek

Nie kocham go, ale nie umiem odejść. Może jego miłości starczy za nas dwoje?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
28 stycznia 2016
Fot. Unsplash / Iván S. Pasarín / CC0 Public Domain
 

Pustka. To słowo określa mnie najlepiej. Nie, nie zawsze. Czasami. Kiedy na przykład siedzimy przy stole i jemy obiad. Dzieci śmieją się, on podaje mi sztućce. Normalny dzień. Wspólny. A ja mam wrażenie, że oddziela mnie od nich gruba szyba. – O czym myślisz? – wyrywa mnie pytanie. Uśmiecham się łagodnie. – A chyba o niczym, tak jakoś się zamyśliłam.

Czasami dłużej zostaję w łazience. Zamykam się. Cisza i ta pustka. Mogę odetchnąć głęboko. Nie chcę patrzeć w lustro. Chcę by ta chwila trwała jak najdłużej. – Mamo, wychodzisz już? – Tak kochanie, momencik. Wychodzę z uśmiechem. Targam syna po włosach. Idę do kuchni, zbieram naczynia po całym dniu. Klucz w zamku. Napinają się mięśnie. Wokół karku czuję nieprzyjemne zimno. – Cześć kochanie, jak było dzisiaj w pracy – rzucam lekko, ale nie słyszę już odpowiedzi. Wstawiam wodę na herbatę, jemu robię kawę. Znam doskonale te nasze codzienne rytuały. Słyszę jak z córką rozmawia w pokoju: –  I jak sprawdzian? Żadnego błędu nie zrobiłaś? Brawo. Dumny jestem z ciebie. Widzę ich, jak ona się uśmiecha, a on puszcza jej oko – obietnicę nagrody – to ich tajny język. Wiedzą, że zaraz bym zrzędziła, że nie uczymy się dla nagród, lodów, czy nowej gry. Lubię to ich porozumienie. On jest dla niej ideałem mężczyzny. – Mamo jak będę duża też chcę takiego męża, jak tata. Ile razy to słyszałam. – Oj to się naszukasz, trudno znaleźć pewnie takiego samego faceta – śmieję się.

Sama wiem najlepiej, jak trudno. Bo on jest wyjątkowym facetem. Poznaliśmy się na wspólnej imprezie u znajomych. W moim typie. Wysoki brunet. Grał w koszykówkę. Zabierał mnie do kina na niszowe filmy. Lubiany przez wszystkich, choć nigdy nie był duszą towarzystwa, gwiazdą. Zwykły chłopak z dobrym sercem. Świetny kumpel z super poczuciem humoru. I chyba tym dowcipem mnie zaczarował. Nigdy przy nikim tyle się nie śmiałam.

I niby wszystko było ok. Seks nigdy nie porywał. Mieścił się w kategoriach poprawny. Myślałam, że z czasem to się zmieni. Ale urodziła się Maja. Więc skupiliśmy się na dziecku. Wieczorem na kanapie zasypiałam na filmie. Wspólne wakacje. Dzisiaj myślę, że nie wiem, w którym momencie stałam się zupełnie bierna. Przyjmowałam wszystkie jego propozycje. Wyjazd, impreza, spotkanie ze znajomymi. „Tak, świetnie, super. Oczywiście, cieszę się” i wszystko z tym łagodnym uśmiechem. A on szczęśliwy.

My nawet kryzysu żadnego nie mieliśmy. Kłótnie? Ale o co? Kiedy teraz sobie o tym myślę, to nawet nie było powodów do kłótni. Mogłam się przyczepić, że nie zamknął klapy w toalecie, że Majce ubrał za cienka kurtkę na spacer.

Staraliśmy się długo o drugie dziecko. Patryk jest młodszy od siostry o cztery lata. Lekarz pytał: „Pani chce tego drugiego dziecka?”. „Oczywiście”, odpowiadałam zdumiona. Bo chciałam tak bardzo. Chciałam, by coś drgnęło, by ruszyło. A może nie chciałam. Może wtedy już myślałam, że odejdę. Może to wtedy już poczułam tę pustkę? Dziecko mogło ją wypełnić?

– Głowa cię boli? – pyta. – Chyba tak, to ciśnienie – kłamię. – To może połóż się, odpocznij. Ogarnę dzieciaki. Zamykam się w sypialni. Patrzę w sufit. Ja nawet nic nie czuję. Nie chce mi się płakać. Krzyczeć. Oddycham tylko głęboko, jakby jego obecność mi na to nie pozwalała. Myślę, co zrobię dzieciom na kolację. Ale tak bardzo nie chce mi się wstawać.

I znowu siedzimy przy stole. Smaruję naleśniki dżemem. Śmiejemy się z Patryka, bo obciął sobie sam grzywkę. Maja próbuje zwrócić na siebie uwagę. On uśmiecha się do mnie. Odpowiadam tym samym.

Jeszcze jakiś czas temu wyrzucałam sobie: „Ogarnij się, co ci jest? Zwariowałaś!”. Bo jak można nie kochać takiego faceta. To jak zdradzić własną rodzinę. „Jak to nie kochasz?” – pytała przyjaciółka. „No nie wiem, Anka, jestem taka k**wa pusta. Ja wiem, że on jest cudowny, jest świetnym ojcem. Ale mam wrażenie, że uległam jakiejś iluzji. Może ja tak bardzo chciałam kochać…”. „P**lisz. Przyjdzie wiosna, zobaczysz wszystko w innych kolorach”.

Czekam na taką wiosnę trzeci rok z rzędu. I nic. Miłość nie wybucha. „Co jest ze mną nie tak”, pytam siebie. Bo przecież to ze mną musi być nie tak. Cudowna rodzina. Świetne i zdrowe dzieci. Mąż, który odsunął się trochę ostatnio. Woli stwierdzić, że boli mnie głowa, niż pytać o czym myślę, albo jak się czuję. Odpowiada mi to, nie muszę przyklejać sobie uśmiechu.  Czasami po cichu życzę mu, by sobie kogoś znalazł. By się zakochał. Bo jakaś kobieta pokochała go tak, jak on na to zasługuje. Bo ja nie potrafię. A później się boję, że odejdzie, co dzieci by czuły. Choć ja na samą myśl, czuję ulgę.

Może naprawdę nie potrafię kochać. Tak wiem – może sobie sztucznie wymyślam problem. Ale ta pustka… Taka czarna dziura we mnie. Takie nic. Wyzute z emocji. Aż wyrachowane. Brrrrr.

Kilka razy próbowałam. Stałam przed lustrem: „Wiesz, nie kocham cię, nie umiem sobie z tym poradzić”. Źle. „Kochanie, muszę ci coś powiedzieć: Nie kocham cię”. „Jesteś mi bliski bardzo, jesteś cudownym ojcem, przyjacielem, ale ja cię nie kocham”. Zasłużył na taką szczerość, ale nie potrafię się nawet na nią zdobyć.

Znowu pojedziemy razem na wakacje. Będziemy zjeżdżać z dzieciakami na basenowych zjeżdżalniach. Grać w piłkę na plaży. Pewnie odwiedzimy w następny weekend jego mamę. Zrobi pyszny obiad. Przyjrzy mi się trochę dłużej, ale już się przyzwyczaiłam. Pójdę w poniedziałek do pracy, bo Patryk już wyzdrowiał. Będę miała mniej czasu na myślenie. Praca, dom, lekcje z Majką, obiad. Spotkanie ze znajomymi, może jakaś bajka rodzinna w kinie. Nie będę miała czasu pobyć ze sobą. Zapcham tę pustkę wspólnym czasem. Zbyt zajętym. Może wypijemy razem butelkę wina i nie zasnę tym razem na kanapie, nie będę udawać, że boli mnie głowa.

Może tej jego miłości starczy za nas dwoje?

B.


Związek

„Chcę być dalej kobietą, a nie porozciąganą matroną”. Wojna o cesarskie cięcie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 stycznia 2016
cesarskie cięcie
Fot. iStock / bukharova / slovegrove
 
„Znacie lekarza, który zrobi cesarskie cięcie na życzenie?”, „Nie mam zamiaru rodzić naturalnie, chcę dalej być kobietą, a nie porozciąganą matroną”. To fragmenty wypowiedzi na jednym z forów dla matek.  Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) tylko około 15 proc ciąż powinno kończyć się cesarskim cięciem. Tymczasem Polsce 40 proc kobiet rodzi przez cesarskie cięcie. Część z nich po prostu dlatego, że tak wybiera. Kontrowersyjny, trudny temat, który dzieli i ciężarne i często lekarzy. Jaka jest prawda o cesarskim cięciu? Kto w tym konflikcie ma rację? Rozmawiamy o tym z doktor Agnieszką Łojek-Ozgą, specjalistą w zakresie ginekologii i położnictwa.

 Iwona Zgliczyńska: Pani doktor, wiele moich znajomych tak bardzo boi się porodu, że chce zrobić sobie cesarkę. Za każdą cenę! W przenośni i dosłownie.
Dr Agnieszka Łojek- Ozga: Każda kobieta boi się porodu. To są naturalne emocje. Zwykle przecież boimy się rzeczy nieznanych, które w dodatku są demonizowane. Moje pacjentki opowiadają, że nasłuchały się od mam, ciotek i babć o ich traumatycznych przeżyciach podczas porodu. Ich wyobraźnia, podsycona opowieściami tych kobiet, podsuwa im już tylko czarne scenariusze. Tyle, że koleżanki, które napędziły im stracha, nie mają wiedzy medycznej: czym tak naprawdę jest cięcie cesarskie. One nie wiedzą, że to nie jest żaden drobny zabieg, ale poważna brzuszna operacja.

Kobiety, słysząc od swoich matek, że ich poród był traumą, myślą, że to może się powtórzyć. Stąd chyba strach i pomysł, że cięcie cesarskie trwa dwadzieścia minut i jest po tzw. krzyku.

Weźmy pod uwagę, że nasze matki rodziły trzydzieści lat temu, kiedy musiały leżeć w pozycji klasycznej na plecach. Nie wolno im było wstać podczas porodu. Rodziły w salach wieloosobowych. Nie miały do dyspozycji nowoczesnych metod uśmierzania bólu, np. znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie mogły wejść pod prysznic czy do wanny, by się odprężyć. A dziś kobiety mogą rodzić razem z partnerem, słuchać ulubionej muzyki. To wszystko przecież sprawia, że poród staje się bardziej komfortowy. Nie mogę natomiast zgodzić się ze stwierdzeniem, że cięcie cesarskie trwa dwadzieścia minut i jest już „po krzyku”. Pacjentki zapominają, iż taki poród to operacja, w trakcie której mogą pojawić się różne komplikacje.

Wiele kobiet pisze na blogach, że trudny poród to w ich rodzinie sprawa dziedziczna, bo np. wszystkie kobiety mają wąskie biodra i trudno im rodzić dzieci. I jak tu się nie przestraszyć?

Owszem po matce można odziedziczyć wzrost, szerokość bioder czy nawet długość trwania cyklu miesiączkowego. Ale nie mam takiej wiedzy, że można odziedziczyć skłonność do trudności w rodzeniu. Zbyt dużo mamy zmiennych. Nawet jeśli matka i córka mają wąskie miednice, to matka mogła rodzić duże dziecko, a jej córka niewielkie. I wtedy historia się już nie powtórzy.

Jakie słowa zwykle uspokajają pacjentkę?

Jeśli widzę, że kobieta odczuwa lęk, podkreślam, że w szpitalu zawsze jest zespół lekarzy i jeśli tylko pojawią się wskazania, to natychmiast zrobimy cesarskie cięcie. Nikt kobiety nie zostawi samej, nikt nie będzie jej kazał rodzić w nieskończoność w sposób naturalny. Pacjentki w takiej sytuacji potrzebują wsparcia. Dlatego bardzo chcę tu podkreślić, że nie powinnyśmy straszyć ciężarnych opowieściami o swoich porodach sprzed wielu lat. Poza tym przecież każdy poród jest inny!

W jakich wypadkach kobieta bezdyskusyjnie jest dziś kierowana na cesarkę?

W przypadku łożyska przodującego, przedwcześnie odklejonego oraz objawów zagrożenia dla dziecka – czyli np. spadków tętna płodu. Coraz częściej cesarskie cięcie wykonuje się w ciążach mnogich, zwłaszcza jeśli jest to pierwszy poród pacjentki. Wskazaniem mogą być problemy kardiologiczne lub ortopedyczne u matki, takie jak dyskopatia.

Czy to prawda, że dla malucha jest lepiej, by urodził się w sposób naturalny?

Kiedy dziecko rodzi się w sposób naturalny i przepycha swoją główkę przez kanał rodny, pozbywa się jednocześnie ze swoich płuc wód płodowych. A maluch po cięciu, musi mieć te wody płodowe odessane w sposób mechaniczny przez lekarzy. Ponadto skóra dziecka, rodzącego się naturalnie, zostaje skolonizowana przez florę bakteryjną, która znajduje się w drogach rodnych matki. To genialnie stymuluje układ immunologiczny. Potem takie dzieci rzadziej mają astmę, alergię, ADHD, cukrzycę typu pierwszego, trudności z zasypianiem, ale również zaburzenia psychiczne w życiu dorosłym. Niedawno czytałam o badaniach, które przeprowadzono na grupie pięciolatków, które przyszły na świat po planowanych cięciach cesarskich i takich, które urodziły się w sposób naturalny, ale z komplikacjami, czyli za pomocą kleszczy lub próżniociągu. Co ciekawe, okazało się, że lepiej rozwijają się te drugie, choć wydawałoby się, że przyszły na świat podczas trudnych porodów.

Jak szybko po cięciu wyjmuje się maleństwo z brzucha matki?

To trwa sekundy! Dlatego to taki szok dla dziecka, które przed chwilą jeszcze słyszało w brzuchu mamy jej serce. Wyjęte przez lekarza ginekologa, natychmiast ląduje w rękach neonatologa, który musi je zbadać. Zwykle trwa to około dziesięciu minut. Niestety w niewielu szpitalach w Polsce dziecko po takim badaniu wraca jeszcze do matki, by posłuchać jej serca i poczuć się bezpiecznie. Kiedy w trakcie konferencji dla ginekologów pada pytanie, w którym szpitalu dba się, by po cięciu cesarskim położyć matce na klatce piersiowej dziecko, ze zdumieniem widzę, że tylko my ze szpitala Św. Zofii w Warszawie podnosimy ręce do góry. Zazwyczaj owija się więc dziecko w szorstki becik i przewozi na oddzielną salę dla noworodków.

Jestem ciekawa, co by pani powiedziała kobiecie, które miała tak trudny pierwszy poród, że będąc w kolejnej ciąży, marzy tylko, by mieć cięcie.

Powiedziałabym, że zwykle drugi poród postępuje szybciej, a każdy jest inny. Poza tym drugie dziecko może być mniejsze lub inaczej ułożone. Jest dużo zmiennych. Nie każdy poród przebiega identycznie. Warto też poświęcić czas i dokładnie omówić przebieg tego pierwszego trudnego porodu. Podczas takiej rozmowy często okazuje się, że kiedy pacjentka dostaje odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania, wzrasta jej poczucie bezpieczeństwa.

Czy kobieta, która upiera się, że chce mieć cięcie cesarskie, może postawić na swoim?

Rekomendacja Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego mówi jednoznacznie, że nie ma czegoś takiego jak „cięcia cesarskie na życzenie pacjenta”. Takie jest też stanowisko Departamentu Prawnego Ministerstwa Zdrowia. Pamiętajmy, że pod każdą kwalifikacją do cięcia podpisuje się lekarz, co oznacza, że to on bierze na siebie całą odpowiedzialność. Lęk kobiety przed porodem nie jest czymś, co może kwalifikować ciężarną pacjentkę do cięcia cesarskiego. Lekarz, który podjąłby się takiej operacji może być pociągnięty nawet do odpowiedzialności karnej, bo Kodeks Karny mówi, że jeśli zabieg został wykonany niezgodnie z obecną wiedzą medyczną i dochodzi do zgonu czy uszczerbku na zdrowiu pacjenta, to mówimy wtedy o przestępstwie.

Niektóre pacjentki boją się naturalnego porodu w sposób paniczny. Co z nimi?

Wtedy możemy mieć do czynienia z tokofobią, czyli głębokim lękiem przed ciąża i porodem. Jednak to jest już zaburzenie psychiczne, które diagnozuje nie ginekolog, ale – psychiatra. Jeśli lekarz psychiatra uzna, że to jest problem niepodlegający leczeniu i jedyne wyjście widzi w operacji, to wtedy jest możliwe wykonanie cięcia cesarskiego. W tym wypadku nie mówimy o zwykłym strachu, który odczuwa większość kobiet. Ale o natężonym lęku, pod wpływem którego wysoki poziom hormonów stresu może zablokować fizjologiczny przebieg porodu.

I co wtedy?

Kończy się na cięciu cesarskim lub porodem zabiegowym, czyli przy użyciu na przykład próżniociągu – takiej gumowej przyssawki, która ułatwia dziecku przyjście na świat.

Która kobieta może jeszcze prosić lekarza o skierowanie na cesarkę?

Jeśli pacjentka zaszła w ciążę metodą in vitro lub jest po cięciu cesarskim, rekomendujemy jej poród drogami natury. Ale musimy uwzględnić również jej wolę. Kobieta, która długo starała się o dziecko i w końcu zaszła w ciążę dzięki in vitro, może powiedzieć, że nie wyraża zgody na poród drogami naturalnymi. To jest zrozumiale, bo ciąża po leczeniu niepłodności jest ciążą podwyższonego ryzyka. I muszę przyznać, że wiele kobiet w tej sytuacji wybiera cięcie. Mimo, że przez cały okres ciąży ma zapewnioną opiekę psychologa.

A jeśli pacjentka już miała jedną cesarkę i teraz nosi drugie dziecko?

Przy kolejnych porodach ma prawo wyboru. My lekarze zwykle rekomendujemy jej, by spróbowała rodzić drogami natury, pod warunkiem, że ciąża rozwija się prawidłowo. Przebiega to oczywiście z różnym efektem. Jednym udaje się urodzić w sposób naturalny. A u drugich niestety, pomimo wielkiej chęci, poród kończy się kolejnym cięciem. Trzeba pamiętać, że nikt nie zagwarantuje takiej pacjentce, że cięcia nie będzie. Nie ma też gwarancji, że w przyszłości jej dziecko nie będzie miało żadnych trudności adaptacyjnych, a w szkole zacznie zdobywać same świadectwa z czerwonym paskiem.

Czy kobiety po cesarce chcą rodzić drugie, trzecie dziecko naturalnie?

Średnio co druga kobieta, która już urodziła dziecko poprzez cesarskie cięcie, wybiera poród naturalny. Ale wiem, że w niektórych szpitalach takich kolejnych cięć jest nawet 70 %. Dlaczego tak się dzieje? Kiedyś obowiązywała taka zasada „raz cięcie – zawsze cięcie”. Niektórzy lekarze ciągle się tego trzymają. Są takie ośrodki, w których nadal mówi się kobietom, że po pierwszym cięciu, powinna już trzymać się tej metody porodu. Ale dziś kobiety szukają również innych rozwiązań. Wiem, że powstają fora w Internecie np. naturalniepocesarce, gdzie pacjentki wspierają się w podjęciu decyzji, wymieniają wiedzą i doświadczeniami. Co ciekawe do ośrodka, w którym pracuję, do szpitala Św. Zofii w Warszawie przyjeżdżają pacjentki nawet z drugiego końca Polski, które po cesarkach chcą spróbować porodu drogami natury.

Fot. iStock / bukharova

Fot. iStock / bukharova

Ile można mieć cięć cesarskich?

Nie potrafię tego sprecyzować. Mogę tylko powiedzieć, że każde kolejne wiąże się z większym ryzykiem powikłań. Vicki Nisenblat, ginekolog z Uniwersytetu w Adelaide podaje, że ryzyko powikłań przy drugim cięciu wynosi 4,3 %, a przy czwartym aż 12,5%. W tej sytuacji zawsze musimy wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia krwotoku, łożyska przodującego, a nawet okołoporodowego wycięcia macicy.

Po której cesarce mówicie kobiecie, że nie powinna już mieć więcej dzieci?

Nigdy tak nie mówimy pacjentce. Mówimy raczej, że po każdym cięciu jest większe ryzyko powikłań i dokładnie omawiamy sytuację. Po licznych cieciach mówimy, że kolejna ciąża będzie obciążeniem i może być dla  pacjentki niebezpieczna. Dlatego dobrze, by kobieta porozmawiała z ginekologiem, który wykonywał jej operację. I tu kolejna bardzo ważna sprawa – pacjentka po cesarce musi pamiętać, że przerwa między ciążami nie powinna być mniejsza niż osiemnaście miesięcy. Po tym czasie ryzyko pęknięcia macicy w bliźnie spada poniżej 1%.

Dlaczego macica może pęknąć?

Macica w bliźnie po cięciu cesarskim ma około 2 mm grubości. To jest tkanka, która nie jest miejscem już tak wytrzymałym jak pozostała część mięśnia. Proszę sobie wyobrazić, że przecina pani tkaninę, a potem bardzo dokładnie ją zszywa. To miejsce nigdy już nie będzie miało takiej samej wytrzymałości jak lity materiał.

Ile cięć cesarskich miała rekordzistka, którą pani doktor widziała?

Sześć. I wszystko zakończyło się sukcesem.

Czy może pani powiedzieć, czemu w przypadku ciąż obumarłych kobiety muszą rodzić w sposób naturalny?

Absolutnie rozumiem, że to jest bardzo trudna sytuacja emocjonalna dla kobiety i dla całej rodziny. Jednak to właśnie ze względu na jej dobro nie wykonujemy w tym przypadku cesarskiego cięcia. Po cięciu istnieje ryzyko, że macica nie będzie się obkurczać prawidłowo i dojdzie do krwotoku, zaburzeń krzepnięcia, zakażenia, a czasem nawet w rzadkich przypadkach usunięcia macicy. A przecież ta kobieta będzie kiedyś jeszcze chciała mieć dzieci.

Wielkość dziecka podczas porodu może mieć znaczenie?

Przed porodem każda kobieta ma wykonywane badanie, podczas którego szacujemy szansę na powodzenie porodu drogami natury. Podczas USG określamy wielkość dziecka. Przyjmuje się do cięcia cesarskiego kierowane są kobiety, u których dziecko waży ponad 4500 gramów lub 4250 gramów (dla pacjentek z cukrzycą). Zdarza się, że do operacji kwalifikowane są też kobiety, których dzieci szacowane są na mniejsze, ale podczas badania znajdujemy cechy dysproporcji między mamą a maluchem. Mówiąc kolokwialnie, oznacza to, że dziecko jest dla kobiety za duże. Ale opowiem pani, że są pacjentki, które w takich sytuacjach decydują się na poród drogami natury. Przypadek z mojego ostatniego dyżuru: kobieta 156 cm wzrostu urodziła dziecko 4 kg 80 gramów. Wszystko dzięki doświadczonej położnej, która cierpliwie i sprawnie ten poród poprowadziła. Ale podkreślę, że to była kobieta bardzo zdeterminowana, by rodzić naturalnie.

Czy to nie jest za duże ryzyko?

W takich sytuacjach zawsze czuję ogromną odpowiedzialność. Oczywiście, że dla lekarza wygodniej i łatwiej jest umówić pacjentkę na cięcie cesarskie, które trwa 20­ – 30 minut. Ale przecież nie w tym rzecz. Musimy postępować zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i własnym doświadczeniem. Pacjentki ufają nam i oczekują, że finałem ciąży będzie zdrowe dziecko i szczęśliwa mama, a nie wygoda lekarza.

Ile w Polsce robi się teraz cieć cesarskich?

WHO zaleca, aby liczba cięć cesarskich nie przekraczała 15%!!! Natomiast według najnowszych badań Instytutu Matki i Dziecka w Polsce koło 40 % wszystkich ciąż jest dziś zakończona cesarskim cięciem.

Jestem zszokowana. To bardzo dużo.

W Brazylii robi się jeszcze więcej cięć – 85%. Ale już np. w Holandii jest ich znacznie mniej –15,6%. Pamiętajmy, że cięcia cesarskie są wbrew naturze. Gdyby kobieta była stworzona do tego, by rodzić za pomocą cięcia, to miałaby na brzuchu – suwaczek. Ale z jakiegoś powodu tak jeszcze nie jest!

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Agnieszka Łojek-Ozga
Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie. Specjalista w zakresie położnictwa i ginekologii. Obecnie pracuje w Centrum Medycznym Żelazna, gdzie opiekuje się pacjentkami z patologią ciąży oraz Centrum Płodności FertiMedica gdzie zajmuje się diagnostyką i leczeniem pacjentek z problematyką niepłodności. Na swoim koncie ma wiele wykonanych cięć cesarskich.

 


Związek

Poskromienie złośnika. Jak żyć z wybuchową osobą?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
28 stycznia 2016
Fot. iStock / kieferpix

Bycie blisko z awanturnikiem to jak spacer po zaminowanym terenie. Nigdy nie wiesz, kiedy dojdzie do eksplozji. Kochasz go, bo potrafi być też wspaniały, ale męczy cię jego nieprzewidywalność i emocjonalność.

MIT: Możesz go zmienić, wpłynąć na jego zachowanie

PRAWDA: Możesz zmienić siebie i swój sposób reagowania na to, co robi on. A to pierwszy krok do tego, żeby zmieniać zaczął się też on.

Scenariusz

  1. Pierwszy:na pozór stabilny facet, co jakiś czas wybucha agresją. W ogóle nie rozumiesz o co chodzi. Przecież on lubi twoje koleżanki. Dlaczego więc nagle reaguje agresywnie?
  2. Drugi: żyjesz z cholerykiem. Wszystko jest nie tak: opieszała kelnerka, korki, niemiły sąsiad. Wszystko jest powodem do afery. Cierpisz ty i dzieci. Słabo, co?

Rozpoznaj problem

To powinnaś wiedzieć

– gniew nie ma za wiele wspólnego z osobą, na której jest wyładowywany. Cudze postępowanie jest tylko wyzwalaczem. Tak naprawdę to osoba, która dostaje ataku złości ma problem. Nie czuj się więc winna.

– wielu „nerwusów” chce tylko być zrozumianym i wysłuchanym. Zanim więc zaatakujesz go, pomyśl co możesz zrobić, żeby go zrozumieć.

Nie bądź ofiarą

Złość na ogół wyładowujemy na osobach, przy których czujemy się bezpiecznie. Ktoś to robi, bo czuje, że się na to zgadzamy. Często robimy z siebie ofiarę i siłą rzeczy zgadzamy się na takie zachowanie. Problem eskaluje. Dziś zrobi ci awanturę o wyjazd dzieci, jutro o źle zasłane łóżko. Kiedyś wkurzał się czasem, teraz coraz częściej. Ty przepraszasz, czujesz się winna. Tak naprawdę sprawiasz, że czuje się bezkarny.

Jak wyjść z tej roli?

Otocz się ludźmi, którym nie będziesz się bała powiedzieć, co naprawdę przeżywasz. „Jestem słaba, nie wiem jak postąpić” możesz im powiedzieć. Ważne, żeby ktoś wiedział, że czasem wchodzisz w rolę ofiary i potrzebujesz pomocy.

Ważne też, żebyś wiedziała, że nie musisz przepraszać. Przeciwnie, powinnaś przestać przepraszać. Gdy instynktownie będziesz chciała postąpić, jak zawsze, odrocz to. Powiedz sobie: spokojnie, zajmę się tym jutro. Owo „jutro” jest bardziej łaskawe dla naszych emocji, siłą rzeczy nabierzesz dystansu. Za każdym razem w takim momencie pomyś: wchodząc w rolę ofiary, robię sobie krzywdę. On czuje się bezkarny, ja sobą podświadomie gardzę- chcę to przerwać. Możesz zapisać się na boks, albo inną sztukę walki– te sporty bardzo uczą, jak radzić sobie z agresją i jak wydobyć w sobie siłę do tego, by przestać być samemu ofiarą.

Nie reaguj jak on– złość jest twoim wrogiem. 

Wyobraź sobie, że twój partner jest jak tajfun. Trudno zapanować nad tajfunem. Zresztą do czego to doprowadzi? Odsuń się. Nie bądź taka sama jak on.

Ważne też, żebyś nie reagowała agresją bierną: nie dogryzała, nie raniła słowami: „Jesteś niezrównoważony, psychiczny”, „Potrafisz sprawić, że wszyscy czujemy się koszmarnie”- w ten sposób grasz w tę samą grę co on.

Gdy poddasz się impulsowi i zaczniesz sama rzucasz oskarżenia, tracisz szans na poprawę sytuacji, bo oskarżanie kogoś zawsze wywołuje negatywną, obronną reakcję.

Jak wyjść z tej roli?

Jeśli też jesteś osobą, która też nie panuje nad emocjami, po prostu oddal się od złośnika natychmiast. Powiedz wprost: porozmawiam z tobą, gdy się uspokoję. Jeśli partner- a tak się czasem zdarza, próbuje zatrzymać cię w pokoju siłą, usiądź na fotelu i spokojnie, jak mantrę powtarzaj: nie będę z tobą teraz rozmawiać, nie dlatego, że nie chcę porozumienia, ale dlatego, że muszę przemyśleć pewne rzeczy.

Bądź życzliwa i radosna

Jednym z najlepszych sposobów rozładowania czyjejś złości jest po prostu dobry humor i radość życia.  On na przykład krzyczy w samochodzie, trąbi na inne samochody, klnie, przy okazji obrywa się tobie. Powiedz: „Kochanie, a pamiętasz jaki seks mieliśmy wczoraj”. Nawet jak on burknie: „A co to ma wspólnego z dzisiaj, wpuścisz do samochodu inną energię”.

Wyjście ostatecznie: odetnij się

Otwarcie powiedz: „Próbowałam wszystkiego, ale nic nie działa. To, że się złościsz to twoja sprawa, ale na mnie to źle działa. Od jutra nie rozmawiam z tobą, kiedy jesteś wściekły, nie wychodzę z tobą jeśli masz zamiar obrażać ludzi.

Jak to zrobić?

On znów krzyczy, nie panuje nad emocjami. Bez słowa wychodzisz z domu, albo zamykasz się w drugim pokoju. Odcinasz się emocjonalnie, niczego nie tłumaczysz, bo już wcześniej wiele razy tłumaczyłaś. Jeśli on się obraża, nie poddawaj się. Każde twoje ustępstwo sprawia, że dyktatura złośnika trwa. Możesz spytać: co mogę zrobić, żeby ci pomóc? Ale to wszystko co możesz zrobić– nie graj w jego grę.

P.S Tekst dotyczy partnera, ale tak naprawdę podobnie powinno postępować się z agresywną mamą, przyjaciółką, czy inną bliską osobą.


Zobacz także

MIŁOŚĆ to…

Jeśli masz ochotę na romans z żonatym mężczyzną, to lepiej nie zapominaj o tych kilku szczegółach

Z którymi znakami zodiaku lepiej się nie wiązać? Sprawdź czy pasujecie do siebie