Lifestyle Macierzyństwo Związek

„Muszę wcześnie wstać. Zaciągnę się zapachem kawy, obudzę dzieci i pójdę w swój dzień”. Czasami boję się, że upadnie. Zostanie tam ze swoim zamyśleniem i jakimś nieuchwytnym smutkiem.

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 marca 2016
Fot. iStock / MariaDubova
 

Widzę ją codziennie. Przy samochodzie z dziećmi. Czeka aż wsiądą. Sprawdza, czy są dobrze pozapinane w pasy. Czasami spuszcza głowę, jakby liczyła do 10-ciu, kiedy dzieci biegają wokół auta. Czeka. Rzadko się denerwuje. A jak podnosi głos, to nie podnosi już później głowy. Ciężko wsiada. Odjeżdżają.

Później bywa, że spotykam ją w sklepie…

„Nie, dzisiaj nie mają basenu, Ania angielski – pamiętaj proszę, bo ja nie zdążę”. Słyszę jak rozmawia przez telefon. Staje przez chwilę, jakby zgubiła wątek codzienności. Rozgląda się strzepując z siebie nadmiar myśli i idzie w stronę nabiału. Mleko, serki, jogurty – widać, że starannie wybiera, pamiętając kto co lubi. Ania malinowy, Bartek z cukierkami czekoladowymi. Koniecznie waniliowy. Czasami przystanie przy winach. Lubię patrzeć na ten moment zawahania. Pokiwa przecząco sama do siebie głową, czy z lekkim uśmiechem weźmie butelkę – to jak zapowiedź miłego wieczoru. Może ktoś do niej przyjdzie, porozmawia.

Przystaje przy wędlinach. Coś analizuje. Nigdy w pośpiechu, jakby każda rzecz była ważna, niekupiona pospiesznie – oprócz wafelków złapanych przy kasie. Czterech – po dwa dla każdego dziecka. Stoi zamyślona. Czeka na swoją kolej. Nieobecna. Ale uśmiecha się do pani, gdy podaje jej paragon.

Widzę ją czasami w wystawie sklepowej. Jak idzie i się przegląda. Poprawia włosy. Patrzy smutno niosąc zakupy z pobliskiego warzywniaka. Bywa taka zmęczona. Czasami boję się, że upadnie. Albo usiądzie na krawężniku i już nie wstanie. Zostanie tam. Z tymi zakupami, ze swoim zamyśleniem i jakimś nieuchwytnym smutkiem.

Za czym tęskni?

Lubię fantazjować na jej temat. Myśleć, że kiedyś miała pasję. Kochała taniec – jest w jej ruchu coś lekkiego, pomimo zakupów, krzyczących dzieci przy samochodzie i odliczania do 10-ciu. Więc może tańczyła. I była radosna, szczęśliwa. Zrezygnowała z marzeń, bo przecież rodzina jest najważniejsza. Tak powtarzała jej mama. „Musisz się ustatkować. Mąż to świętość, będziesz stara i brzydka, to nikt już cię nie zechce”. Więc rzuciła taniec, choć marzyła, by innych zarażać swoją pasją. Skończyła studia – jakieś ekonomiczne, bo to pewna praca. „Jakby co, to zawsze księgową możesz zostać i brać prywatnie zlecenia” – tłumaczył tata.

Rodzice – scenarzyści jej życia. W końcu to oni wiedzieli, co dla niej najlepsze. Sami tyle przeżyli. To nic, że zasypiali w dwóch osobnych pokojach. Ale mieli siebie. „Ktoś musi ci na starość podać szklankę wody” – mówiła mama. „Nie możesz zajmować się pierdołami” – powtarzał tata, gdy ona nieśmiało jeszcze o tej szkole tańca. „Życie jest poważne, to nie czas na zabawę” – słyszała.

I zapomniała. Reszta poszła według z góry ustalonego planu. Praca, mąż dziecko jedno i drugie niedługo później. „Bo wiesz, najlepiej w jednych pieluchach zostać”.

Jest dobrą mamą…

Choć może za rzadko tak o sobie myśli. Widzę, jak zakłada z dziećmi na nogi rolki i śmieją się w głos ze swojej nieporadności na osiedlowych chodnikach. Czasami wyjeżdżają rano rowerami, w dzień wolny, i wracają późnym popołudniem. Dzieci się kłócą, które pierwsze wstawi rower do garażu. A ona uśmiecha się łagodnie. Czeka na rozwój wydarzeń. Widuję ich w parku. Ona siedzi z książką w ręce, a dzieciaki biegają po placu zabaw. Zawsze ma coś dla nich w torebce. Jabłko, albo jakieś cukierki.

Mąż? Rzadko przyjeżdża. Pracuje gdzieś, chyba w delegacji. A może po prostu w innym mieście. Daleko, skoro tylko na weekendy jest. A i te nie zawsze. Albo niecałe. Czasami tak bardzo na niego czeka. Siedzi w piątkowy późny wieczór w oknie. A kiedy przyjeżdża wspiera się na nim, jakby chciała na niego przerzucić choć część swojego codziennego ciężaru. Rano dzieciaki piszczą z radości budząc tatę. Idzie z nimi na spacer, czasami po zakupy. Wracają umazani lodami albo ptysiami.

Ale czasami nie czeka. Brakuje jej sił na czekanie. Całuje dzieci na dobranoc i zasypia na kanapie przykryta kocem. Budzi się, gdy on wchodzi do domu. Nie stać jej nawet na uśmiech. Chce spać. Spokojnym snem, bez gonitwy, tłumaczeń, planów i zakupów. Czasami rzuca mu pełne wyrzutu spojrzenie. „Nie dam rady tak dłużej” – czytam z ruchu warg. A on rozkłada ręce. Dziś ją przytuli, czy zaczną dyskusję, która skończy się nad ranem, a która i tak nic nie zmieni. Dobrze o tym wiedzą.

Układam dzień pod jej rytm…

W kuchni wcześnie rano zapala światło. Wciąga głęboko do płuc zapach kawy. Patrzy przez okno. Jakby przez tę jedną chwilę się zatrzymywała. Budzik. Zawsze wstaje przed nim. Dzieci, śniadanie, mycie zębów. I już są przy samochodzie. Jak zdąży to jeszcze zrobi zakupy. Później znikają. Ona w pracy, dzieci szkoła, przedszkole. Czasami jej tata porozwozi je na zajęcia, kiedy ona musi dłużej zostać w biurze.

Wracają późnym popołudniem. Ona z tymi zakupami wyciągniętymi z bagażnika. Przystaje, gdy dzieci zapomną jej przytrzymać drzwi. Bywa, że tam, pod tymi drzwiami, ociera łzy. Tak bardzo bym chciała ją wtedy przytulić. Podbiec i pomóc. Ale już są w domu. Obiad, lekcje. Jakieś pranie, Teleexpress, telefon – on dzwoni spytać jak minął dzień. Nie chce z nim rozmawiać, daje telefon dzieciom, które opowiadają z przejęciem, co się wydarzyło, a ona ma chwilę, by usiąść z kawą. Czasami, kiedy już wszyscy śpią, staje przed lustrem nago. Patrzy na swoje ciało. Wspina się na palce. Czekam czy zatańczy. Lekki obrót… Koniec.


Ubieram się powoli. Wciągam koszulkę. Krótkie spodenki. Jutro też dzień. Muszę wcześnie wstać. Choć może znowu wcale mi się nie będzie chciało. Zaciągnę się zapachem kawy, obudzę dzieci i pójdę w swój dzień. Przy samochodzie policzę do 10-ciu, jak się będą kłócić. I mleko się skończyło, muszę pamiętać.


Lifestyle Macierzyństwo Związek

„Nie podoba ci się, to się rozwiedź…”. To takie proste, naprawdę?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 marca 2016
„Nie podoba ci się, to się rozwiedź...”. To takie proste, naprawdę?
Fot. i Stock / Todor Tsvetkov
 

„To się rozwiedź” – rzucił mi w twarz. Stoję z rękami w brudnych naczyniach, wściekle szorując przypaloną patelnię i wyrzucając mu przy tym, że znowu o czymś zapomniał, o coś nie zadbał. Nawet na niego nie patrzę. Wiem, że i tak zerka w telefon albo przerzuca gazetę, którą kupiłam rano i jeszcze nie zdążyłam zajrzeć. Nienawidzę, jak ktoś czyta gazetę przede mną. „Jak tak ci źle, to się rozwiedź” powtarza, gdy proszę, żeby powtórzył.

Nie przesłyszałam się.

A ja pamiętam, jak złapałeś mnie pierwszy raz za rękę. Pomyślałam wtedy, że będziesz ojcem moich dzieci. Była we mnie taka pewność. Zawsze się z tego śmiałam, bo to takie irracjonalne, ale tak wtedy czułam i nie pomyliłam się.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne wakacje. Domek nad jeziorem. Nawet wychodzić z niego nie chcieliśmy. W nocy nago pływaliśmy, kochaliśmy się wszędzie. W wodzie, na brzegu, w lesie. Nie mogliśmy się sobą nasycić. Jakbyśmy wierzyli, że można tak na zapas. A nam ciągle nas było mało. Wypełniałeś mnie bez reszty. To tak, jakby ktoś wlał w ciebie szczęście i miłość rozlewając je w tobie po czubki palców. Wiedziałam, że nie ma mnie bez ciebie. I odwrotnie.

Pamiętam zapach twojego ciała. Tego, które pachniało słońcem. Sprężystego, spragnionego, które było całe dla mnie i ze mną się stapiało. Twoje plecy pochylone nade mną. Tuliłeś mnie wieczorami. Głaskałeś po włosach patrząc w oczy. „Kocham cię” – powtarzałeś, a ja płakałam ze szczęścia. Takie szczeniackie i tkliwe.

I stoję teraz w tej kuchni. Z rękami pełnymi piany od płynu do mycia naczyń. Patrzę na ciebie i na siebie

Pamiętam, jak poprosiłeś mnie o rękę. Nigdy ci tego nie powiedziałam, ale czułam, że szykujesz coś wyjątkowego, że to wyjście na kolację świętując twoją nową pracę było tylko pretekstem. Wiem, rzewna komedia romantyczna z pierścionkiem w tle, ale która z kobiet nie chciałaby tego przeżyć. Ja chciałam. I przeżyłam. Na rękach wnosiłeś mnie do domu po ślubie. Wtedy byliśmy zaaferowani naszą pracą, każdy swoją.

Ale pamiętam te długie wieczory, kiedy siadaliśmy i rozmawialiśmy. Gdy jeszcze mówiłeś: „Dobra, daj te stopy, rozmasuję ci”, a później, choć zmęczeni, oboje nadal mieliśmy ochotę na seks bez pośpiechu, dojrzewający razem z nami.

Nie podnosisz głowy. Mówisz: „rozwiedź się” i nawet na mnie nie patrzysz. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu

Pamiętam test ciążowy. To była niedziela. I moją radość i twoje szaleństwo. Poleciałeś do sklepu i wróciłeś z moimi ukochanymi lodami. Cały dzień spędziliśmy w łóżku snując wizje, jak to będzie. Cały czas niedowierzając mówiłeś: „Ale to naprawdę”. Kiedy tylko mogłeś byłeś ze mną u lekarza. Wybierałeś imię dla naszej córki. To wtedy bałam się: „Dziecko podobno wszystko zmienia…”, a ty mówiłeś, żebym się nie martwiła, że z nami będzie inaczej.

Odcinałeś pępowinę. Płakałeś ze wzruszenia mówiąc, że właśnie zostałeś ojcem. To był najszczęśliwszy dzień w naszym życiu.

Marty nie ma w domu, zawiozłam ją na tańce. Nadal masz hopla na jej punkcie. Wiesz, czasami bywam zazdrosna o uwagę, którą jej poświęcasz, a której nie masz już dla mnie.

Mówiłeś: „Nie chcę żyć jak moi rodzice”, a zobacz co się z nami stało? Były prośby, rozmowy, tłumaczenia. Awantury i ciche dni. Było moje: „Czy ja jeszcze ciebie coś obchodzę, czy tylko praca jest dla ciebie ważna?”. I twoje: „Czego k**wa jeszcze chcesz, zarabiam, pracuje i cały czas źle. Tobie nikt nie dogodzi”. I mój płacz, że to nie tak, że przepraszam, że nie widzisz, gdzie jesteśmy. Stałeś nade mną: „Widzę, gdzie ty teraz jesteś”.

Kiedy to się stało?

– czy już wtedy, kiedy zostawałeś po godzinach w pracy

– czy wtedy, gdy ja zmęczona zasypiałam z małą Martą u boku

– czy wtedy, gdy mówiłam: „Ale pamiętaj, mamy dziecko, nie możemy o tym zapominać”

– czy wtedy, gdy seks przestał mi sprawiać przyjemność traktowany czysto mechanicznie

– czy wtedy gdy ja krzyczałam, że ciebie nie ma cały czas w domu, a ty wychodziłeś mówiąc, że nie możesz tego wszystkiego słuchać

– czy wtedy, gdy pierwszy raz zapomniałeś o moich urodzinach, tak po prostu zapomniałeś

– czy wtedy, gdy banalnym prezentem próbowałeś kolejny raz mnie przeprosić, a ja już tego nie chciałam słuchać?

Pamiętam, jak w nas wierzyłam. A potem wierzyłam w te wszystkie twoje: „Musimy to przeczekać, awansuję i nie będę już tyle pracował, pojedziemy na wymarzone wakacje, tak zdążę na urodziny Marty, za chwilę przyjdę do ciebie tylko skończę oglądać film, choć zasypiałeś przed telewizorem”.

Dzisiaj dostaję w pysk: „rozwiedź się”

I wiesz. Najchętniej pier**łabym tymi garnkami, rzuciła talerzami, spakowała się i wyszła. Tak bardzo chciałabym usłyszeć ten trzask drzwi, którymi zamiast „do widzenia” bym huknęła. Niczego nie pragnę na świecie w tym momencie tak jak tego, żeby rzucić się na ciebie z pięściami i bić tak długo, aż zrozumiesz jak to boli. Jak tym jednym „rozwiedź się” wdzierasz się we mnie i rozrywasz na strzępy, bo wszystko, w co wierzyłam, przestało już dawno istnieć. Jestem jak zwierzę, które najchętniej rzuciłoby się tobie do gardła, żeby nie pamiętać o tym, co miało być, a czego dziś nie ma.

Chcę krzyczeć: „K**wa jestem TU, widzisz, stoję przed tobą. Jestem człowiekiem, który czuje, który jest odrzucony, którego miłość została zeszmacona, którego zawiodłeś i który zawiódł też ciebie”.

Już nic mi się nie chce.

Jak szeroka jest granica między twoim: „rozwiedź się”, a moim spakowaniem rzeczy i wyjściem?

Dalej będziemy się bawić w ten szantaż: odejdę, zostawię cię, nic nas już nie łączy oprócz dzieci? A co jeśli się rozwiodę? Co wtedy zrobisz? Cały czas jesteś pewien, że się na to nie zdobędę…