Lifestyle Psychologia Związek

Ludzie czasem mówią: „będę mieć życie piękne”. Najczęściej, gdy są młodzi. 7 wskazówek jak być sobą

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 grudnia 2015
Fot. i Stock / Justin Horrocks
 

Te święta dla K. są świętami ostatnimi. Przez 15 lat walczyła z nowotworem. Dziś przerzuty ma już wszędzie. Nerki, żołądek, pęcherz, kości.

Dzień przed Wigilią zadzwoniła do najbliższej przyjaciółki. I powiedziała:

–  Proszę cię, nic nie mów. Żadnego: „wszystko będzie dobrze”, „jeszcze nic nie jest stracone”. Nie płacz, posłuchaj: „To już na pewno końcówka, nic się nie da zrobić, jestem za słaba na kolejną chemię. Jestem lekarzem, wiem to. Ale nie boję się. Mam 70 lat, przeżyłam życie, jak chciałam.  Mam dwie córki, wnuki. Przyjedź do mnie w niedzielę, chcę się z tobą pożegnać”.

Przyjaciółka płakała dopiero potem. Poważnie potraktowała słowo: „koniec”. K. jest onkologiem. Przez lata rozpoznawała u ludzi nowotwory i pomagała je leczyć, sama też, zresztą, odkryła swojego pierwszego guza. Przez 15 lat mówiła: dam radę. Dziś wie, że już rady nie da.

K. była wśród przyjaciółek wyjątkiem, bo robiła rzeczy nietypowe dla kobiet ze swojego pokolenia: nie gotowała obiadów codziennie, kochała pracę,  pomagała ludziom, pacjenci ją uwielbiali,  zostawiła męża, którego przestała kochać, podróżowała. I  powtarzała: to od nas zależy, jak żyjemy.

Tak, ludzie czasem mówią: „będę mieć życie piękne”. Najczęściej, gdy są młodzi. Wierzą, że zrobią karierę, będą szczęśliwi w miłości, że osiągną co chcą. K. wierzyła zawsze. Do końca. Powtarzała: „Bądź po prostu sobą”. Czasem się śmieję. Znam tak mało kobiet, które potrafią być sobą. Ale K. mówiła, że to proste. Kiedyś jej córka spytała: „Mamo, ja bym chciała być taka jak ty, jak to zrobić”. A K. odpowiedziała:

Nie oszukuj się

Potrafiłam w życiu podjąć trudne decyzje. Na początku każdej z nich była szczerość wobec siebie: „Ta praca mi nie pasuje”, „Ta przyjaciółka nie jest dla mnie najlepsza”, „Nie jestem tam, gdzie chcę”, „Podejrzewam męża o zdradę. Czuję ją w powietrzu”.  Mamy zadziwiającą skłonność do uciekania przed pragnieniami. Dla komfortu i spokoju. Nie możesz być sobą żyjąc w kłamstwie.

Postaw sobie cel i się go nie bój

Ale taki, którego naprawdę chcesz. Nie, że kariera, bo to jest synonimem sukcesu. Dom, mieszkanie, wszystko co wypada. Przecież to w ogóle może nie być twoje.

Ja, na przykład, wiedziałam, że nie będę pracować od 8.00 do 16.00. Że muszę o wielu rzeczach sama decydować. I że moja praca musi mieć sens. Dlatego zostałam onkologiem. Dlatego też awansowałam.

Nie musisz robić tego, co wszyscy

Zobacz, nigdy nie upiekłam ciasta. Moja teściowa, twoja babcia spojrzała na mnie kiedyś z pogardą: „Co to za kobieta, która nie piecze ciasta”, odgryzłam: „A co to za kobieta, która nie leczy innych?”. Nie ma jednej definicji bycia kobieta. Nie ma jednej definicji bycia fajnym człowiekiem. Pamiętaj o tym.

Pomagaj innym

Dziel się pieniędzmi, czasem, wiedzą. To da moc tobie, szczęście innym i zawsze się zwróci. Odkryłam to w chorobie.

Zastanów się, o co ci chodzi w miłości

Mnie chodziło o wierność i spokój. Gdy tego nie dostałam, odeszłam. Ale tobie może chodzić o coś zupełnie innego. Ważne, żebyś to wiedziała i potrafiła tę wiedzę wykorzystać w życiu. Ale proszę, nigdy nie bądź z nikim, kto cię nie szanuje, nie poważa. I nie odwzajemnia twojego uczucia w 100 proc. Przysięgam, to się zawsze odwróci przeciwko tobie.

Naucz się rezygnować

Ze wszystkiego co przychodzi zbyt trudno i za długo czekasz. Albo w końcu rozumiesz, że nie możesz tego mieć. Mądra kobieta jest pewnie cierpliwa, ale nie wiem czy bez sensu uparta.

Nie płacz za długo

Szkoda łez, oczu, czasu i nerwów. Z umartwiania się jeszcze nikomu nic dobrego nie wyszło. A ja cię zapewniam, a przecież wiem, o czym mówię, życie jest zbyt krótkie.

Nie trać czasu na niewłaściwych ludzi

Kiedyś bliska mi osoba powiedziała, że nie cierpi ludzi. Że musi się napić przed imprezą, żeby być miłą. Jeśli musisz pić – to uciekaj. Szukaj ludzi przy których będziesz zwyczajna. Z którymi pogadasz o Bogu i pogodzie, nie będziesz musiała nic udowadniać. To oni z tobą będą.

P.S Ściskam mocno K., a jej przyjaciółce, swojej mamie, życzę jutro dużo siły. Żeby nie płakała żegnając K., tylko cieszyła się, że jej przyjaciółka przez całe życie była po prostu sobą. Żyła jak chciała i z kim chciała. A to jest chyba najlepsza rzecz, jaką możemy dla siebie zrobić.


Lifestyle Psychologia Związek

Żyć szczęśliwie i bez poczucia winy. Najlepsze postanowienie noworoczne

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
31 grudnia 2015
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
 

– To był bardzo, bardzo zły rok–  rzuciła ona. – Nie schudłam, nie nauczyłam się hiszpańskiego, nie chodziłam na fitness,  nie rzuciłam fajek. – Zły, zły, zły. A przecież tyle rzeczy sobie obiecywałam. Ale w następnym roku to… Taaaa, znam ją bardzo długo. Co roku coś sobie obiecuje, co roku niczego nie udaje się jej zrealizować.

Oprócz tego co powyżej obiecywała sobie, że: wyprowadzi się od teściów, wreszcie powie siostrze męża, co o niej myśli,  zmieni pracę, porzuci nielojalnych ludzi. To i tamto. Tych rzeczy jest tyle, że wcale nie dziwię się, że gdzieś koło 4 stycznia zapał siada, a ona mości się w łóżku z pysznymi ciasteczkami i szklaneczką whisky (alkoholu też miała nie tykać, bo jest tuczący, niezdrowy i tak dalej). No ale te postanowienia są takie makabryczne, że trzeba jakoś przed nimi uciec.

– A Ty ty jakie masz postanowienia? – spojrzała na mnie krytycznie. Tak, tak, wiem, przytyłam. I też nie podszkoliłam francuskiego jak sobie obiecywałam ( a koleżanka z pracy jest lektorką francuskiego i przy okazji moim żywym wyrzutem sumienia, bo jednak wiem, że ludzie potrafią pięknie mówić w tym języku).  Karnet na siłownię też noszę w portfelu. I znów nie przeczytałam Kierkegaarda i całego dodatku ( podobno świetnego) o historii Kościoła w Polityce.  A obiecywałam przecież sobie, że będę pogłębiać wiedzę. Porażka.

No dobra, a teraz do rzeczy.

– Mam postanowienie takie, że będę żyła szczęśliwie i bez poczucia winy – odpowiedziałam po prostu.

To postanowienie z Kiedyś mojej innej znajomej. Też pogrążała się we wszystkich: „nie daje rady”, „jestem gorsza”, „nie udało się”, aż w końcu powiedziała: „basta”. Jej rada była taka: najpierw spójrz wstecz i wypisz sobie na kartce co ci się w tym roku udało i było fajne. Zrobiłam to sama i poradziłam Marudzącej. To podobno dla wielu był trudny rok. Rozstania, śmierci, porażki. Ale czy wszystko było takie złe?

Marudząca zanotowała: zmieniłam pracę, zyskałam nowe koleżanki, pogodziłam się z mamą.Lepiej to już brzmi, prawda? Przenosimy swoją uwagę z nieszczęsnego nieschudnięcia na przemianę zawodową. Z naszej słabości na mocną stronę. Niby banał, niby takie oczywiste, a ilu ludzi to potrafi?

Druga rada to po prostu postanowić się wyluzować. Nie, nie odpuścić, obżerać się, upijać i spadać na dno braku konsekwencji. Przestać robić sobie ciśnienie, bo to zawsze obezwładnia, podcina skrzydła i stresuje.Może nie trzeba mówić siostrze męża co się o niej myśli tylko wystarczy powiedzieć co nam nie pasuje w jednej tylko sytuacji. Albo odpuścić? I zająć się innymi rzeczami. W końcu może szkoda energii na zmienianie ludzi.

Moja nie-Marudząca koleżanka postanowiła miała takie:

– skończyć z poczuciem winy, która jest tak naprawdę kotwicą chroniącą nas przed zmianą. Poczucie winy ( że się nie udało, że czegoś nie zrobiłyśmy) jest tylko negatywną emocją. Niepotrzebną, bo nas pogrąża

– przestać porównywać się z innymi ( to świetnie, że moja koleżanka z pracy mówi dobrze po francusku. Ja nie mówię. Tyle. Albo coś z tym robię albo przestaję narzekać).

– nie narzekać na swój los nieustannie (patrz wyżej) tylko go zmieniać. I nie trzeba od razu rewolucji. Mały krok to też cud.

– przestać rozpamiętywać przeszłość ( halo, jej już nie ma).

– znajdować drobiazgi, których się uczepimy. Niemożliwe? Hmm, moja przyjaciółka ( z tych, które potrafią się cieszyć) miała ostatnio ciężki czas. Nie ma tyle pieniędzy, straciła kogoś bardzo bliskiego. Była w czarnym dole – wczoraj kupiła bilety do Barcelony ( pieniądze na Barcelonę pożyczyła od innej koleżanki). „Nieodpowiedzialne” powie ktoś. A dla niej to szansa na parę dni radości. Ona nie chce być w złym stanie. Kurczowo więc trzyma się życia. A przecież mogłaby czas Sylwestra i nadchodzący weekend spędzić na płakaniu.

– wiedzieć, że mamy wybór. To też niby takie oczywiste, a większość ludzi wcale nie zachowuje się jakby miała wybór…

Jeśli już coś postanawiamy, to może w tym kierunku? Z tym właśnie wiążę się poczucie szczęścia. Nie marudzić, rozpamiętywać, szukać drobiazgów, mieć poczucie wpływu. Ja dorzuciłabym coś jeszcze. Wczoraj rozmawiałam z koleżanką, która w zeszłym roku się rozwiodła. Latami była nieszczęśliwa, ale mówiła, że nie może rozbić rodziny. Ale w końcu odeszła. „I wiesz co? Jestem zaskoczona sobą. Że to zrobiłam. I wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Najlepsza, bo pierwsza jaką samodzielnie podjęłam” powiedziała. Pomyślałam, że to może być najpiękniejsze postanowienie noworoczne. Podjąć jakąś jedną decyzję. Samodzielnie. I się jej trzymać.

I to poczucie winy. Nie obwiniać się, że jest się:

– złą matką, córką, przyjaciółką, pracownikiem, żoną, partnerką, człowiekiem. Starać się być lepszą, albo powiedzieć sobie: jestem jaka jestem. I co z tego, na miłość boską?

Na miłość boską, świetnego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku bez ciśnienia.


Lifestyle Psychologia Związek

„Nie nadajesz się! Nie powinnaś mieć więcej dzieci”. Jak musisz żyć, by nazywano cię dobrą matką

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 grudnia 2015
iStock/Nomadsoul1

Znajoma rozwodzi się z mężem. Mają dwie córki. Jedna lat jedenaście, druga dziewięć. Rozwód w przyjaźni (na tyle, na ile to w ogóle możliwe), mąż wyprowadził się kilka domów dalej. Razem z nim jedna z córek (ta młodsza).

– Ale jak się na to zgodziłaś?! – na jednym ze spotkań zaatakowały ją koleżanki. – Przecież ona ma dopiero dziewięć lat. – Ale ja ją codziennie widzę! Dlaczego mam jej zabronić?! Tak wybrała. Cisza. W końcu odezwały się odważniejsze: „Bo jesteś matką?”. „Bo to matka powinna zajmować się dziećmi?”. „Bo jak to córka z ojcem?”. „Nie będziesz żałować?”. „Bo dziewczynki powinny wychowywać się razem”.

Znajoma odpierała ataki coraz bardziej zdenerwowana: „Ależ wychowują się razem, codziennie widują, chodzą do tej samej szkoły. Po prostu gdzie indziej śpią”.

Inna koleżanka opieką nad synem dzieli się pół na pół. Syn też już ma 9 lat, więc opieka naprzemienna nie budzi takich kontrowersji wśród ludzi jak na początku. Ale gdy ona i jej były partner o tym decydowali – syn miał dwa lata. „Co za egoistka” – mówiono o matce. „Skąd taka decyzja? Dziwne…”. Tymczasem dla koleżanki to był kompromis, zgoda na to, że nie jest lepszym rodzicem, który ma większe prawa tylko rodzicem, który ma takie same prawa jak drugi rodzic. Równouprawnienie, tak? Ale cóż, w Polsce do opiekowania się dziećmi jest tylko matka. Ojciec to tylko dodatek. Dzięki niemu tworzy się rodzinę kompletną. Ojciec ma swoje obowiązki, ale nie istnieje bez kobiety.

Widać to doskonale u lekarza (pediatrzy, pielęgniarki głównie instruują matki), na plaży (głównie bawią się mamy) i na imprezach rodzinno– świątecznych. Dziećmi zajmują się  matki, a jeśli się nie zajmują, bo na przykład siedzą sobie na kanapie z drinkiem (herbatą, kawą, kieliszkiem wina) i rozmawiają z teściową i innym gośćmi, to zaraz zaczynają się komentarze. Łagodne: „Boże, jakiego masz wspaniałego męża, on się tak zajmuje dziećmi” (bo te dzieci nie są przecież jego, tylko wyłącznie tego lenia na kanapie co woli drinka (herbatę, kawę, kieliszek wina) od układania puzzli. „Ty to jesteś farciara, że możesz sobie posiedzieć” (no tak, bo dziesięć minut siedzenia w życiu matki to luksus).

Ta presja społeczna (wychowanie też) sprawia, że każda matka jest bardzo wdzięczna (WDZIĘCZNA) ojcu dziecka, gdy jest dobry, ba nawet poprawny. Że zostanie z dzieckiem na weekend („Dziękuję, kochany, wreszcie mogłam się wyspać”), że da jej wolną niedzielę, czy sobotę, że pozwoli wyjść z koleżankami. Na tym się ostatnio złapała moja przyjaciółka, która wyjechała i zostawiła dzieci z eks. „Milion razy mu dziękowałam, bo to nie był jego weekend. A kurczę, czy on mi dziękuje, gdy to ja idę mu na rękę?! Nie, to oczywiste. Jestem przecież matką”.

A ja się pytam WTF? Gdzie jest napisane, że dobra matka to matka na 100 proc. I zawsze.

Dlaczego oni (mężczyźni) mogą:

– dużo pracować (wtedy zarabiają na rodzinę), a my już nie (bo słyszymy: pracoholiczka, a dzieci same).

– mieć romanse ( ech, kryzys wieku średniego i ta żona nie taka) i nas porzucać, układać sobie życie i wiele osób życzy im szczęścia, ale gdy zrobi to kobieta bez wyraźnego powodu (przemoc na przykład), to wszyscy patrzą na nią, jakby była kompletną wariatką?

– spać do południa w weekend (gdy ona śpi– to znak, że jest leniwa)

– nie wiedzieć, gdzie leży pielucha, zabawka, ręcznik (biedna matka, która tego nie wie)

– przeżywać depresję, gdy ona musi ogarniać rzeczywistość (matka z depresją to matka wyrodna. Ciekawe skąd ona ma czas na depresję?! No skąd).

Najgorsze jest to, że to często nie mężczyźni wtłaczają się w taką rolę. My to robimy. Oceniając swoje córki, synowe, siostry, przyjaciółki, koleżanki, znajome. Mając jedną wizję macierzyństwa, która to wizja wygląda tak: grzeczna, idealna matka wstanie rano, ogarnie dzieci, porozwozi, uda się do pracy bądź do sprzątania, wróci, odbierze dzieci, ogarnie, ugotuje, upiecze, odrobi lekcje. Oczywiście, czasem się wkurzy, czasem ucieknie, ale wszystko w granicach normy. Nie zaszyje się w łóżku, nie zrobi niczego szalonego. Bo jest odpowiedzialna. A facet? No cóż, facet, taki słabszy gatunek.

I to się dzieje w XXI wieku, gdzie krzyczymy o równouprawnieniu.

Jakiś czas temu moja znajoma powiedziała, że ja NIGDY nie powinnam mieć drugiego dziecka, bo nie jestem matką typową. Powiedziała to głośno, na imprezie u znajomych, wśród tłumu ludzi, również obcych, którzy nie znają historii mojego życia. Zatkało mnie.

Co to znaczy być matką nietypową?

– to znaczy przeżywać w swoim macierzyństwie prawdziwe kryzysy i nie bać się o tym mówić?

– to znaczy dzielić się z mężem opieką pół na pół? (obowiązkami, gdy jest się razem, a czasem nawet uznać, że partner jest w czymś lepszy?)

– to znaczy nie gadać tylko o dziecku przy bezdzietnych znajomych?

– to znaczy wciąż mieć swoje życie?

– to znaczy nie codziennie gotować obiady z trzech dań?

– to znaczy pozwolić córce zamieszkać z ojcem?

Kto tworzy te zasady? Matki, które boją się tego, jakimi same są matkami? Kobiety, które lubią, które czerpią siłę z tego, że są w czymś może lepsze od innych? Pytam, bo nie wiem.

Ja muszę się borykać tylko z tym, że ktoś mi powie, że siedzę na kanapie, a mój mąż tyra (co jest gówno nie prawdą, bo są dni, że ja też tyram).

Kobiety, które mają opiekę naprzemienną– ze zdziwieniem i ostracyzmem. Ale co mają powiedzieć te, które mężów porzucają?

Sorry, to, że przestałaś być matką nie znaczy, że przestałaś być kobietą.

To, że jesteś matką, nie znaczy, że ktoś inny nie jest ojcem i nie ma takich samych obowiązków.

To, że jesteś matką nie jest równoznaczne (niestety) z tym, że jesteś lepszym rodzicem. Nie znaczy, że dziecko jest twoją własnością.

I naprawdę nie znaczy też, że nie masz prawa odpoczywać, nawalać i być po prostu zwyczajnym człowiekiem.

A dla młodszych kobiet mała rada: zanim wybierzesz mężczyznę na ojca swojego dziecka, zastanów się dobrze, czy on ci pozwoli na bycie sobą. I czy będzie (współ)odpowiedzialny za rodzinę. Będzie cię wpychał w stereotypową rolę, czy będzie się razem z tobą śmiać z tego, co prawdziwa matka powinna. Jeśli czujesz, że to tylko ty będziesz wstawać po nocach, gotować i brać na siebie wszystko – uciekaj gdzie pieprz rośnie.