Związek

„Kochany, chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę…”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 sierpnia 2016
Fot. iStock/AntonioGuillem
 

Kochany,

chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę. Dzisiaj to wiem. Właściwie jestem tego pewna. Tak daleko jesteśmy od siebie. Czytam o tych wszystkich burzliwych rozwodach, o zdradach, o kłótniach, o walkach o dzieci, o majątek i o samotności w związku, i myślę o naszym osamotnieniu.

Nasz rozwód będzie spokojny. Moje odejście bez trzaskania drzwiami, ze spakowaną od dawna walizką. Odejście do naszego życia, do tego, w którym będę żyć tak, jak chcę. Nim przestanę cię lubić, nim zacznę cię nienawidzić.

Wiem, że będziesz cierpiał, bo na swój sposób mnie kochasz. Bo jestem stałą, choć niepewną w twoim życiu. Czujesz to gdzieś podskórnie. Gdy mówię: „nie słuchasz mnie”, „rozmawialiśmy już o tym”, atakujesz, bo ja też nie jestem uważna. A może nie chcesz czuć się winny tego, co między nami się dzieje.

Dobrze mi było przy tobie. Jesteś cudownym ojcem dla naszej córki, fajnym kumplem na wakacjach, świetnym gościem na imprezach. Ale kiedy zamykamy się w czterech ścianach naszej codzienności nie ma nas. Spotykamy się przy porannej kawie. W weekend przy śniadaniach i obiedzie. Wieczorami, siedząc na kanapie, ja czytając książkę, ty szukając czegoś w Internecie nie jesteśmy w ogóle razem.

Nasz związek to taka prosta, bez fajerwerków. Tak, wiem – nie o fajerwerki tu chodzi. Tyle razy pytałeś: „Co mam zrobić?”, a ja tyle razy ci powtarzałam: „Zadbaj o siebie, zaskocz mnie, zainspiruj”. A dzisiaj? Nawet nie mogę stawać się lepsza przy tobie, dla ciebie, bo już bardziej się nie da. Bo wtedy zostawię cię daleko za sobą. Ty już nie nadążysz. A ja nie chcę na to patrzeć…

Tak, zmieniamy się. Mamy różne priorytety, różnie widzimy naszą przyszłość. Ktoś powiedział: „Daj spokój, o co ci chodzi, czego jeszcze chcesz?”. A ja chcę od życia więcej i bardziej, a tobie jest wygodnie tu i teraz i nigdzie nie chcesz się iść. Jeszcze jakiś czas temu buntowałam się przeciwko twojej stagnacji, przeciwko twojemu zamknięciu, przeciwko twojej potrzebie rutyny, zwykłej codzienności. Wychodzenia do pracy, ubierania tych samych dresów po, oglądania stale tych samych seriali i ulubionych filmów do znudzenia.

Nie chcę, żeby było zwykle. Nie zależy mi na nowym samochodzie, mam w nosie nowy stół do kuchni. To, co mamy, wystarczy. Ja jestem głodna wrażeń, jestem pełna ciekawości świata i ludzi, dziecięcej naiwności, że jeszcze tyle przede mną, choć tyle za nami…

Kochany, tak bardzo chciałam, żebyś zrozumiał, że szczęścia nie daje mi spokój, przewidywalność, że nie umiem zakotwiczyć i zadowolić się tym, co jest. Tak bardzo chciałam, żebyś poszedł ze mną, żebyś złapał mnie za rękę rozumiejąc i akceptując, żebyś nie trzymał mnie kurczowo za koszulkę nie pozwalając sięgać po to, o czym marzę.

Wiesz, to takie etapy. Mówiłam ci kiedyś o nich. Kiedy wydaje ci się, że jesteś panem świata i tak wiele przed tobą. A to wiele z czasem sprowadza się do tej miłości i do miłości dziecka, które w twoim życiu się pojawia. To wtedy zamykasz się na siebie, to, co w tobie – zagrzebujesz głęboko, bo stajesz się odpowiedzialna za kogoś innego, bo tej bezradnej istoty potrzeby są najważniejsze. Jej bezpieczeństwo, wyznaczone granice, rutyna. Zapominasz o sobie na jakiś czas. To normalne, ja zapomniałam.

Nasza córka za chwilę skończy 12 lat. Razem z jej dorastaniem we mnie budzi się na nowo to, o czym przez jakiś czas nie pamiętałam, co odłożyłam wysoko na półkę, żeby móc kiedyś do tego sięgnąć. Uwierz – nie wiedziałam, że tak się stanie. Nie wiedziałam, kim będę, ale kiedy siadam pochylona nad kartką papieru próbując zebrać myśli, wszystko układa mi się w jedną całość.

Oszukaliśmy siebie nawzajem. Ja ciebie, że wystarczy mi stabilność i poczucie kontroli tego, co dzieje się w naszym życiu. Ty mnie okłamałeś, że kochasz zmiany, wyzwania, ryzyko, że też chcesz iść do przodu. „Będę zdobywać szczyty” – pamiętasz, jak powiedziałeś to mojemu tacie, kiedy spytał, zapewne martwiąc się o córkę, co chcesz robić w życiu?

Gdzie dzisiaj jest twój szczyt? Zdobyłeś już wszystkie? Masz pracę, dom, dziecko, fajny samochód, kilku kolegów, od czasu do czasu wyjedziesz gdzieś, choć specjalnie tego nie planujesz, bo przecież masz mnie. Ty tylko mówisz: „A może…”. I to „może” dziś jest twoim szczytem, a moim rozczarowaniem.

A ja swoich wszystkich szczytów jeszcze nie zdobyłam. Za każdym kolejnym pojawia się następny, jeszcze atrakcyjniejszy, jeszcze lepszy, jeszcze piękniejszy. I chcę tam iść, nie chcę podziwiać go tutaj z doliny, przez szybę – nie chcę tak patrzeć na swoje życie. Na okazje niewykorzystane, na stracone szanse. Stracone, bo ty nie chciałeś, bo tobie nie starczyło sił, bo tego nie rozumiałeś. A ja chciałam, żebyśmy zawsze szli razem, ramię w ramię, jak kiedyś, jak dawno temu… Nie chcesz podróżować, nie podejmujesz wyzwań, nie chcesz ryzykować, nie korzystasz z szansy, która jest na wyciągnięcie ręki. Chcesz, by było wygodnie. Bez wysiłku. A ja coraz bardziej się w tym duszę…

Tak, wiem, że usłyszę, że to egoizm, że jak mogę myśleć o sobie, jak mogę skupiać się tylko na własnych potrzebach… Ale ja cały czas, kochany, byłam dla ciebie, starałam się podążać drogą przez ciebie wytyczoną. Aż zobaczyłam, że mnie nie ma…, że jeśli ja o sobie nie pomyślę, to ty na pewno tego nie zrobisz.

Dawniej krzyczałam. Prosiłam. Płakałam. „Zróbmy coś. Hej, pamiętasz, jak marzyliśmy, jak planowaliśmy, co robiliśmy?”. Pamiętałeś. Zanotowałeś to skrzętnie i te wspomnienia tobie wystarczają, nie potrzebujesz nowych.

Kochany, ale ja ich potrzebuję. Nadal. Patrzę na ciebie i wiem, że za mną nie pójdziesz, że nie podasz mi ręki… A ja już nie chcę czekać. Odejdę.

Jeszcze chwilę, może odetchniesz z ulgą, że już nikt nic nie będzie wymagał od ciebie, że usiądziesz sobie spokojnie jednego wieczoru, i drugiego i setnego. Bo tak ci jest dobrze, bo tak rozumiesz szczęście. W końcu to zrozumiałam, zaakceptowałam. Ale nie chcę by stało się to w moim udziałem. Dziś to wiem.

Dlatego odejdę. Zrobię te wszystkie rzeczy, o których kiedyś rozmawialiśmy, a których dziś nie chcesz spróbować. Wykąpie się w oceanie, wdrapię się na jeden z ukochanych szczytów, zamieszkam tam, gdzie będę czuć się szczęśliwa, gdzie zapuszczę w końcu korzenie. I będę jedno po drugim realizować swoje marzenia. I tak mi źle, że nie chcesz tego zrobić ze mną… Ale już dłużej nie mogę czekać, nie mogę liczyć na to, że coś się zmieni. Tyle razy próbowaliśmy… Nie udało się.


Związek

O takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 października 2016
Fot. iStock/ArtMarie
 

Tak rzadko mówimy o miłości. Tak, wiem, ona jest, więc po co o niej rozprawiać, rozkładać na części pierwsze. Mówisz: „Nie wystarczy ci, że jest?”. Jakby miłości mogło wystarczyć, jakby mogło jej być akurat – ani za dużo, ani za mało. Wiadomo – przesyt budzi wymioty, a jej niedobór odkrywa deficyty różnych innych obszarów naszego życia, ale też i nas samych…

Naszej miłości nie umiem zmierzyć. Pamiętam, jak zastanawiałam się, czy jest jej wystarczająco, czy udźwignie na swoich barkach naszą codzienność, nudę, rutynę. Czy jej braki nie wzbudzą w nas ciekawości nowym, kimś innym? Przecież jeśli kochasz, to nikt inny nie powinien się liczyć. Gdyby to było takie proste… Gdyby miłość jasno określała nasze wybory i decyzje, gdyby dzięki niej wszystko było białe albo czarne. Kochasz – zostajesz, nie kochasz – odchodzisz. A tymczasem na jednej szali wieszamy naszą miłość, a na drugiej wszystko inne marząc o równowadze, o stałej wadze, o constans, który przyniesie nam spokój i szczęście.

Tymczasem nasze życie to niekończąca się sinusoida wzlotów i upadków, miliona wątpliwości i trafnych decyzji, których na początku rzadko do końca jesteśmy pewni.

My kobiety, nieustannie marzymy o tej miłości niezwykłej, o tej pewności, podczas gdy dla facetów do często oczywiste. „Miłość? No jest?” odpowiadają nie zastanawiając się nad jej miarą, nad jej wartością, nad jej obecnością. Nie rozstrzygają emocjami sporów, nieporozumień.

Siedzę z kubkiem kawy pod kocem. Udaję, że czytam, ale obserwuję ciebie krzątającego się po kuchni. Zrobiłeś dzieciom kolację, mi podałeś herbatę z miodem, bo gardło mnie trochę boli. Bawi mnie, że potrafię wyprzedzić myślami to, co za chwilę zrobisz. Znam każdy twój ruch, wiem, co po kolei zamierzasz ułożyć, schować, sprzątnąć… Fajne to. To są takie chwile, kiedy czuję tę miłość. Kiedy mam pewność, że kocham tak bardzo, jak nikogo innego. Nie umiem tego powiedzieć, bo w gardle tkwi gula wzruszenia, a w oczach mimo próby opanowania sytuacji pojawiają się łzy.

Dlatego napiszę. Napiszę o tej miłości, o której tak mało mówimy, a która jest tym, co najważniejsze, co każe nam do siebie wracać mimo burz, pretensji i kryzysów.

Bo ta miłość to dzisiaj dla mnie:

– pewność – to jak jakbyś miał wrócić do domu po wielu miesiącach nieobecności, z obawą, czy nic się nie zmieniło czy cię poznają, czy nadal kochają. Więc ja mam w sobie tę pewność, która nie każe mi myśleć o tym wszystkim, tę pewność, że obojętnie z jak długiej podróży nie wrócę – ty będziesz.

– spokój – który mi dajesz. Pomimo moich rozedrgań, wątpliwości. Śmieję się, że jesteś jak ten ciepły koc, który mnie otula, gdy sama nie potrafię się uspokoić, pomagasz mi złapać oddech, hamujesz emocje, pozwalasz spojrzeć na to wszystko, co dla mnie złe i nie tak, z dystansu. To niesamowite, jak potrafisz mnie zatrzymać.

– bezpieczeństwo – ale nie to, którego kiedyś pragnęłam, którego mi brakowało, to bezpieczeństwo, które pozwoliłam sobie zauważyć, nie roić w głowie tysiąca powodów, dla których nie czuję się przy tobie bezpiecznie, lecz dostrzec kilka, które stanowią podstawę mojego przy tobie bezpieczeństwa

– miłość do mnie samej – bo zrozumiałam, że aby kochać ciebie, aby dać się pokochać tobie, muszę najpierw spojrzeć na siebie z miłością. Muszę zrozumieć, ile jestem warta, jak wiele znaczę i jak ważna jestem. Dziękuję, że poczekałeś, że rozumiałeś.

– uśmiech, który wywołujesz. Chyba nikt nie potrafi tak mnie rozśmieszyć, by za chwilę wkurzyć do granic możliwości i odwrotnie – wkurzyć i chwilę później rozśmieszyć. Lubię na ciebie patrzeć, lubię, gdy wracasz, gdy już jesteś blisko, dobrze mi wtedy…

– pokora – bo nic nie jest proste, nic nie przychodzi nam łatwo i można się na to obrazić, można olać, powiedzieć: „a w dupie z tym” i się poddać. Ale można też walczyć, pracować, ciężko doświadczać, ulegać i… przyznawać się do błędu. Przy kim innym bym to zrozumiała, komu starczyłoby cierpliwości i siły, gdyby nie kochał?

– dystans –  do siebie, do ciebie, do świata. Bo już wiem, że nic nie jest nam dane na zawsze i niczego nie mogę być w 100% pewna. Bo znam dzięki tobie też swoje słabe strony, znam też i twoje i wiem, na co nas stać i że pewnych rzeczy w sobie nie zmienimy, możemy jedynie trochę nad nimi zapanować, co nie zawsze się udaje.

– wolność – o takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Bo być być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze. Nie, żebym o tym teraz myślała, ale już nie truchleję na myśl, że może ciebie obok nie być. Jestem silna, wiem, ile warta, dlatego nie będę cię nigdy trzymać kurczowo za rękę. Jeśli będziesz chciał odejść, puszczę cię, żebyś mógł znaleźć zgubione szczęście. Bo ta miłość to też wolność, jaką sobie nawzajem dajemy, jaką mamy.

Podchodzisz poprawić mi koc… Nadal udaję, że czytam książkę. Uśmiechasz się widząc, jak szklą mi się oczy. „Głuptasie”, mówisz. Nic nie muszę mówić. Siadasz obok, przytulasz mnie, by za chwilę znowu pójść coś zrobić, sprawdzić. W twoim geście, śmiesznym słowie jest wszystko, czego teraz potrzebuję, jest miłość, która pozwala być nam razem. Dziękuję.


Związek

Opowiem ci o miłości, która miała być piękna i jedyna… Dziś nic już nie wiem

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 sierpnia 2016
Fot. iStock/fabianaponzi

Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach – zastanawiałam się czy to może się udać? Ale czemu by nie miało?

Nie ufałam mężczyznom, nie chciałam się wiązać. Po koszmarze, jaki przeszłam po swoim małżeństwie… Za miłość, która wtedy wydawała mi się tą największą, zapłaciłam załamaniem, depresją.

Tak długo budowałam siebie na nowo. Upadałam, krzyczałam, że już nie dam rady, że już nie chcę żyć… Gdyby nie dzieci… Nie wiem, czy miałabym wystarczająco sił, by szukać sensu życia. Tak, wiem – brzmi górnolotnie, ale kiedy mężczyzna, którego kochałaś, mówi, że na dobre i złe, i dopóki śmierć nas nie rozłączy, i ty mu wierzysz, bo dlaczego masz nie wierzyć? Dlaczego masz przypuszczać, że kłamie, że jego jedynym zamiarem jest cię skrzywdzić.

Ale tak się dzieje. Kiedy nie wraca do domu, kiedy wraca pijany, kiedy odpycha cię, gdy chcesz spytać, gdzie był, co robił. Gdy już wiesz, że ma cię za nic. Że liczy się jakaś inna kobieta, której będzie obiecywał, będzie przysięgł, że tylko ona, że nikt inny… Tak jak mi kiedyś przysięgał.

To się skończyło. Ta część mojego życia odkreślona, etap zamknięty, i wnioski – tak mi się wydaje wyciągnięte.

Minęło kilka lat. Rany się zabliźniły… Spotkaliśmy się na jakieś imprezie. Wystarczyło jedno spojrzenie, żebyśmy spędzili razem cały wieczór. Przegadany, prześmiany… Ja, która nie chciałam się zakochać, która mężczyzn traktowała z dużym dystansem i ostrożnością, poczułam ukłucie, gdzieś w środku. Niepokój, bo zaczęłam uśmiechać się do siebie, poprawiać włosy przeglądając się w wystawie  sklepowej i czekałam na telefon, na wiadomość…

Mieszkaliśmy w dwóch innych miastach, to jednak nie przeszkadzało mu wpaść na kolację, czy na popołudniową kawę.

Ja z przeszłością, on po przejściach. Szybko musiał dorosnąć, trudne dzieciństwo – ojciec alkoholik, matka nie chcąca wyzwolić się ze związku – poświęcająca szczęście własne i syna dla uzależnienia męża… Później krótkie małżeństwo. „Nie pasowaliśmy do siebie, nie umiałem sprawić, by była szczęśliwa” – tłumaczył, a ja zakochiwałam się coraz bardziej.

Kilka nieudanych związków, jeden – tak mówił, właśnie zakończony, choć jeszcze miał u niej swoje rzeczy, jakieś sprawy do zamknięcia.

Nie wiem, kiedy zaczęłam na niego czekać. Dzień podporządkowywać jego wizytom, telefonom. Wspólny weekend, kiedy dzieci były u ojca, jego zapewnienia, że nigdy nie spotkał takiej kobiety, że jak to możliwe, że się wcześniej nie poznaliśmy. I jak dobrze, że los dał nam szansę…

Myślałam, że to nie miłość naiwna, nie miłość w różowych okularach. Na taką byliśmy zbyt starzy, żeby oszukiwać, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości. Pewni swoich słabości, świadomi własnych wad. Ale to przy nim chciałam być lepsza, chciałam kochać ponownie. Chciałam, by to uczucie znowu wypełniło mnie po brzegi. Ja, która miłości nie dawała szans, która zwątpiła w jej istnienie, która uważała, że to może wytwór naszego konsumpcjonizmu. Produkt, dzięki któremu lepiej sprzedają się filmy o miłości, romantyczne książki, wyjazdy weekendowe dla dwojga i cały ten sprzedażowy śmietnik mający wspólny mianownik zwany miłością…

Nie byłam już księżniczką uwięzioną w wieży, która czeka na swojego wybawcę. Nie byłam już kobietą, która swoje szczęście upatrywała przy boku innego mężczyzny. Dorosłam, a jednak targały mną emocje, o których myślałam, że zniknęły. Tęskniłam, niecierpliwiłam się, pożądałam. Nie było już niepokoju, była pewność, że tym razem, kiedy się otworzyłam, kiedy dałam sobie szansę na miłość, to już musi się udać.

Zaproponował, żebyśmy razem zamieszkali. Dość szybko, ale po co czekać. Mamy tyle lat, że szkoda udawać, że nam nie zależy. Bawić się w jakieś gierki.

Byłam zaskoczona, ale cieszyło mnie, że to on wyszedł z inicjatywą, że sam to zaproponował…

I nie wiem, co się stało. „Osaczasz mnie” – powiedział. „Daj mi złapać oddech” – zaczął powtarzać. Postanowił zamknąć sprawy poprzedniego związku. „Nie mogę z tobą zamieszkać, dopóki tego nie uporządkuję” – tłumaczył, a ja mówiłam, że nie chcę słuchać o jego byłej kobiecie. Nie było to dla mnie komfortowe – wysłuchiwanie, jaka ona jest, co się między nimi wydarzyło…

„Dlaczego wspominasz o swoim mężu” – kolejna pretensja i wątpliwości, czy on jest w stanie zaakceptować, że mój były mąż będzie zawsze w moim życiu obecny. Co by się między nami nie wydarzyło, jest ojcem moich dzieci, nigdy go nie wykreślę, nie wyrzucę ze swojego życia. Próbowałam tłumaczyć nie rozumiejąc, co się dzieje. Między nas zaczęły się wkradać jakieś żale, skargi.

Mówiłam: „zamieszkajmy razem”, ale on znajdował kolejną wymówkę. „Nie zmuszaj mnie” – powtarzał, a przecież to nie był mój pomysł, to on chciał wejść na stałe w moje życie. Miłość, która naprawdę była dla mnie idealną, zaczęła rozbijać się o jego niechęć… Zaczął się wycofywać, przyjeżdżać rzadziej. Pytany, co się dzieje, mówił, że nie może tak szybko, że nie może tak bardzo, że potrzebuje wolności, swobody, że dusi się w ograniczeniach.

Nie rozumiałam… Już kochałam, już tak bardzo chciałam, żeby on był blisko, na stałe. Taka miłość nie może być pomyłką. Nie może ot tak, z powodu lęków, strachu się schować. Nie, kiedy ja dałam jej szansę.

Dzisiaj go nie ma. Zadzwonił, że tak nie może, że nie chce, że zachwiałam jego równowagę, jego spokój. Nie rozumiem, co się stało? Nie umiem tego wytłumaczyć. Przecież było idealnie, było dobrze. I to nie moje wyobrażenia, to jego słowa jeszcze sprzed kilku tygodni. Nie wierzę, że odejdzie, że się podda. Obiecałam, że będę czekać, że dam mu czas, że chcę z nim być, bo on sprawił, że znowu byłam szczęśliwa, że chciałam się śmiać, że poczułam się ponownie kobietą.

Miłość istnieje. Czy istnieje? Czy mogę jej zaufać ponownie? Czy mogę być pewna, że on kocha – przecież zapewniał, mówił… Dziś znowu nic nie wiem… Znowu się boję.