Związek

W każdym związku przychodzi moment na pytanie: „Co dalej?”. W miłości nie ma miejsca na niezdecydowanie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 czerwca 2018
Fot. iStock/NiseriN
 

To nie był „typowy” związek. Ona po rozwodzie, on „dziwoląg” z bagażem związkowych, niezbyt pozytywnych doświadczeń. Oboje poranieni, nieco smutni. Takie dwie dusze, które chyba los ku sobie pchnął. Poznali się przez wspólnych znajomych, ale nikt nie próbował ich ze sobą swatać. Nikomu by nie przeszło do głowy, że mogliby być parą. Bo też różnili się od siebie, nawet fizycznie. Ona drobniutka, energiczna, z milionem pomysłów na minutę. On wysoki brunet, wyciszony, wycofany obserwator. A jednak zaiskrzyło.

Umówili się na kawę, potem na spacer, na długą rozmowę. Odkryli, że to im obojgu przynosi radość, że oboje tego chcą. Zaryzykowali, jeszcze raz. Pierwsze kilka miesięcy potoczyło się bajkowo. Zero presji, zero udawania. Oni naprawdę kochali się takimi, jakimi siebie widzieli. Kochali prawdziwych siebie. To była dobra, pozytywna relacja.

Fajnie było znów zobaczyć uśmiech na jej twarzy, szczęście w jego oczach. Dobrze było widzieć, że są sobie potrzebni. Martwiło mnie tylko jedno. Mówiono, że się spotykają, ale nigdy, że „ze sobą są”. Jakoś trudno było nazwać, „określić” tę relację.

Chyba nigdy nie funkcjonowali oficjalnie jako para. Nie wiem nawet czy sami tak o sobie mówili, choć słowa miłości padały między nimi często i choć tę miłość było między nimi widać. W czułości jego gestów, kiedy poprawiał jej włosy, w milczącym spojrzeniu pełnym uczucia i troski, gdy patrzyła mu w oczy. Na poziomie emocji działali na siebie uspokajająco, w seksie znaleźli spełnienie. I rzeczywiście, spotykali się, u niej, u niego, wyjeżdżali razem na urlop – oboje uwielbiali zwiedzać nowe kraje, kochali góry. Ta miłość do gór to kolejna rzecz, która ich połączyła.

Minęło półtora roku, a oni zaczęli się od siebie oddalać. Widywali się coraz bardziej, po obu stronach nastąpił spadek zaangażowania. Ale uczucia zostały i żal też. Potem po prostu przestali się spotykać.

Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Znów smutna, znów samotna i przygnębiona. Stęskniona za nim. Za nimi. Za jakąś pewnością, którą na chwilę dała jej ta relacja. Długo o nich myślałam. I o tym, co mi wtedy powiedziała. I o tym, czy jeszcze kiedyś spróbują do siebie wrócić, ale tak naprawdę. Mają ze sobą kontakt, rozmawiają, dzwonią. Została po nich sentymentalna przyjazń.

Ten związek się rozpadł, bo żadne z nich nie umiało podjąć decyzji „co dalej?”. Dlaczego tak się stało? Nie wiem. Ale zabrakło im odwagi, to pewne. Żyć ze sobą „naprawdę”, dzielić to życie na pół ze wszystkimi jego troskami i radościami, w zdrowiu i w chorobie, choć niekoniecznie „z papierkiem” – to zupełnie co innego niż jedynie karmić się obietnicą takiej przyszłości. Zwłaszcza, jeśli jest ona nie do końca sprecyzowana.

W każdym związku przychodzi moment na słowa „co dalej?”. Inaczej sytuacja przestaje być rozwojowa, relacja stoi w miejscu, zabija ją frustracja, niepewność i lęk o przyszłość. Kochać to wziąć odpowiedzialność za drugą osobę, powiedzieć jej „nie bój się, ja będę z tobą”. Kochać to budować wspólny świat, a nie tylko bawić się uczuciem i egoistycznie cieszyć z tego, że jesteśmy dla kogoś najważniejsi. Bo nadchodzi chwila, w której to przestaje wystarczać, w której pragniemy z tobą osobą stabilizacji, choćby najbardziej szalonej, ale wspólnej. W której któreś z tych dwojga bierze drugie za rękę i zaczyna rozmowę o tym, jak nadać ramy szczęściu. Gdy lęk ustępuje pola mobilizacji i realizowaniu naszego „razem”.


Związek

Nie szukajmy łatwych rozwiązań i porządnie się przygotujmy – dr Łukasz Durajski, pediatra i bloger, o tym jak bezpiecznie podróżować z dzieckiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 czerwca 2018
Fot. Materiały prasowe
 

Przed nami wakacje, znów wyruszymy w podróż z maluchami. Na co powinniśmy być przygotowani, czego przewidzieć się nie da i dlaczego nie dawać dzieciom jedzenia w samochodzie – o tym i o wielu innych, ważnych rzeczach rozmawiamy z pediatrą, miłośnikiem podróżowania i ekspertem Akademii 5.10.15. , dr. Łukaszem Durajskim.

Anna Frydrychewicz: W jakim wieku możemy zabrać nasze dziecko w pierwszą podróż?

dr Łukasz Durajski: Ta granica to szósty tydzień życia.

Kierunek podróży nie ma znaczenia?

Na pewno doradzam rodzicom, by z tak małym dzieckiem unikali podróży w regiony egzotyczne. No i oczywiście musimy być świetnie przygotowani, dziecko powinno mieć osobną walizkę przeznaczoną na wszelkie kosmetyki, ewentualne leki, środki pielęgnacji, mleko modyfikowane, którego za granicą nie kupimy. Najlepszym rozwiązaniem jest podróżowanie z małym dzieckiem, kiedy jest ono jeszcze karmione piersią. Wówczas mamy pewność, że jest odpowiednio nawodnione. Poza tym, jeśli mama przystawi dziecko do piersi podczas startu i lądowania, nie ma ono  poczucia dyskomfortu i niepokoju związanego ze zmianą ciśnienia.

Czyli nie powinniśmy się bać latania samolotem z malutkim dzieckiem?

Nie, ale musimy się na ten lot dobrze przygotować. Pamiętajmy też o klimatyzacji w samolocie, ona jest włączona na stałe i powoduje niższą temperaturę na pokładzie. Nie możemy zapominać o bakteriach i wirusach, bo przecież lecimy z całą grupą osób, która potencjalnie może być źródłem zarażenia dla naszego dziecka. Kichający czy kaszlący pasażer, który znajduje się obok – niby prozaiczna sprawa, ale dla kilkutygodniowego malucha realne zagrożenie.

Czy są jakieś regiony, których powinniśmy unikać? Wysokie góry nie dla trzylatka?

Azja, Ameryka Środkowa, Afryka – unikajmy miejsc, gdzie istnieje wysokie ryzyko zachorowania na egzotyczną chorobą. Oczywiście, jedzenie możemy ze sobą wziąć. Jednak lecąc do Afryki mamy olbrzymie ograniczenia, jeśli chodzi o dostępność odpowiednich dla dziecka produktów, to dość oczywiste. Pozostaje jeszcze kwestia higieny. Wymienione regiony stanowią pod tym względem spore wyzwanie. Azja to zupełnie inne alergeny niż w naszym środowisku. Musimy wziąć to wszystko pod uwagę.

Wróćmy na ziemię i przesiądźmy się do samochodu. Wielu rodziców wciąż ignoruje fakt, że podczas jazdy nie powinniśmy dawać dzieciom jeść.

Oczywiście, a zagrożenie to przede wszystkim zachłyśnięcie. Grozi praktycznie w każdym momencie. Samochód może gwałtownie zahamować. Co prawda są na przykład kubki niekapki, ale ja zdecydowanie odradzam podawanie dzieciom napojów, a także posiłków podczas jazdy. Jest mnóstwo miejsc, w których możemy się zatrzymać. Zaplanujmy wcześniej postoje, to nam zdecydowanie ułatwi podróżowanie z dzieckiem i uchroni nas od potencjalnych niebezpieczeństw właśnie w postaci zachłyśnięcia czy zadławienia. W takiej sytuacji nie mamy służb, które nam pomogą. Na autostradzie musimy sami reanimować.

A co powinniśmy spakować do dziecięcej apteczki?

W apteczce na pewno powinien znalezć się krem z filtrem, tak zwana „50”-tka, oprócz tego plastry, którymi opatrzymy otarcia i zakryjemy znamiona, elektrolity, preparaty po oparzeniu , opatrunki, probiotyki, preparaty na ukąszenia i nakrycie głowy. Należy pamiętać, by regularnie sprawdzać daty ważności leków znajdujących się w naszej apteczce. No i myśleć „do przodu”. Przewidywać.

Pewnych rzeczy nie da się jednak przewidzieć. Chyba każdy rodzic przeżył to na własnej skórze – wymarzony wyjazd i pojawiająca się, nie wiadomo skąd, choroba dziecka. Na przykład zakaźna…

To jest klasyk. Rodzice często odwiedzają gabinet pediatry przed podróżą, żeby mieć pewność, że jakaś choroba się nie rozwinie. Nie możemy tego przewidzieć. Część chorób, takich jak ospa wietrzna, pojawia się po tygodniu. Kontakt z zakażonym mógł mieć miejsce tuż przed podróżą – w szkole, w przedszkolu. Musimy się na taką ewentualność ubezpieczyć. Jeśli podróżujemy po Europie, wyrabiamy sobie kartę ECU. W krajach egzotycznych, będziemy mieli bardzo ograniczone możliwości skorzystania z dobrej opieki zdrowotnej. Dlatego niezwykle ważne jest przygotowanie dobrze wyposażonej apteczki, w której powinien znaleźć się preparat na ukąszenia, który jest bardzo pomocny przy ospie, czy środki do dezynfekcji, który stosujemy na skórę. W przypadku zachorowania dziecka konieczna jest wizyta w szpitalu, by lekarz mógł rozpoznać ewentualne zagrożenia i podpowiedzieć jak dalej z dzieckiem postępować. Zawsze warto pomyśleć o ubezpieczeniu, które da nam pewien komfort psychiczny, a także o szczepieniach, które są zalecane.

A jakie błędy popełniają rodzice wyruszając w podróż z dzieckiem?

Powiedziałbym, że jest to przede wszystkim brak uwagi. To są tak zwane „zaniedbania” rodzicielskie, brak czujności. Wystarczy chwila nieuwagi i dziecko znika nam z pola widzenia albo wchodzi samo do wody. Jeśli jedziemy na wakacje z dzieckiem, musimy być uważni.

Wracając do podróży samochodem – większość rodziców na dłuższą podróż montuje dzieciom w zagłówkach ekrany. Jaki jest limit czasowy takiego rozwiązania?

Do trzech lat w ogóle nie używamy ekranów. Jest to kwestia poza dyskusją. Zalecenia są bardzo proste – traktujmy elektronikę jako nagrodę, dosłownie na chwilę. Niestety zbyt często podchodzimy do niej jak do „opiekunki”. To olbrzymi błąd. Starajmy się zaciekawić dziecko podróżą. Wiem, że jest ona długa i uciążliwa, ale istnieje mnóstwo gier i zabaw, które możemy dzieciom zaproponować zamiast gry w telefonie. Choćby zabawa w liczenie drzew, krów, zabawa w „kto pierwszy zobaczy coś czerwonego”…. To są proste rzeczy, które zaciekawią dziecko krajobrazem. Nie szukajmy rozwiązań, które nas zwalniają z wysiłku. Skupmy się na dziecku, potraktujmy podróż jako możliwość spędzenia czasu razem i wspólnej zabawy.

Na blogu Akademii 5.10.15. możecie pobrać bezpłatnego ebooka z poradami ekspertów na temat bezpieczeństwa dziecka podczas wakacji Pobierz tutaj.


Artykuł powstał we współpracy z Akademią 5.10.15.

 

Fot. dr Łukasz Durajski

Fot. dr Łukasz Durajski


Związek

Kinga Rusin krytykuje polską reprezentację piłki nożnej

Redakcja
Redakcja
19 czerwca 2018
Fot. Screen z Instagrama kingarusin

Dzisiaj wszyscy żyją jednym – mecz Polska – Senegal. Nawet ci, których na co dzień nie interesuje piłka nożna prędzej czy później ulegają presji wspólnego kibicowania. W końcu to mundial, który budzi nasze marzenia, pragnienia, który ma pokazać, że Polska jest zdolna do rzeczy wielkich – jak patetycznie by to nie zabrzmiało. 

Ale tak mamy – jesteśmy krajem, który nieustannie czeka na swój wielki dzień, nawet jeśli chodzi o piłkę nożną. Trzymamy kciuki za naszą reprezentację, wierząc, że pokażą się z jak najlepszej strony. Cóż, fala krytyki spadła na nich jeszcze przed pierwszym meczem i t ze strony… Kingi Rusin. I nie chodzi wcale o skład reprezentacji czy jej ustawienie na boisku na mecz z Senegalem, ale o… delfiny. Kinga Rusin znana jest z tego, że bardzo często zabiera głos w sprawie ochrony zwierząt, zwraca uwagę na zbrodnie człowieka przeciw naturze. Czym narazili się polscy piłkarze? Otóż dwa dni temu w ramach relaksu i odpoczynku od treningów odwiedzili delfinarium, czym narazili się dziennikarce, która na swoim Instagramie napisała:

Serio? Nasi piłkarze „relaksowali” się w delfinarium??? Jak można się relaksować w delfinarium wiedząc to, co cywilizowany świat wie już od dawna!? Delfinaria to miejsce powolnej śmierci, w strasznych cierpieniach jednych z najpiękniejszych, najdelikatniejszych i najrozumniejszy ssaków na Ziemi! To miejsce gdzie na ich cierpieniu zarabia się kasę! A to wszystko dla rozrywki i „relaksu” bezrefleksyjnej gawiedzi! Jaki to przykład dla milionów młodych fanów, dla których nasi piłkarze to prawdziwi bohaterowie i wzór do naśladowania!? Delfiny w delfinariach najczęściej pochodzą z krwawych połowów w Taiji w Japonii oraz z Wysp Salomona, co pokazał oscarowy dokument „Zatoka delfinów”. Na każdego złapanego delfina przypada co najmniej kilka innych zabitych (nawet 10 osobników), połowa nie przeżywa stresu w transporcie i „procedur adaptacyjnych”, kolejne umierają w ciągu dwóch lat, wreszcie te najbardziej odporne dożywają w niewoli średnio 6 lat (na wolności ok 20 lat). Delfiny na wolności nurkują do głębokości 300 metrów i przepływają dziennie do 200 km. W niewoli zamknięte są na kilkunastu metrach płytkiego basenu. W konsekwencji muszą zaprzestać używania swojego kluczowego zmysłu – echolokacji bo ultradźwięki odbite od ścian basenu powodują ich dezorientację i nasilają tylko stres. Pamiątkowe zdjęcie z delfinem na brzegu basenu to dla niego tortura szczególnie kiedy leży na brzegu basenu z ogonem do góry (ulubiona poza turystów). To stan, w którym w nienaturalnej pozycji ma przeciążone wnętrzności. Jednocześnie przeżywa silny stres, gdyż kojarzy się mu to z wyrzuceniem przez morze na brzeg – sytuacją będącą dla niego śmiertelnym zagrożeniem. W niewoli są karmione mrożonkami, więc by uzupełnić niedobory wody wpycha się im do pysków szaluch z wodą. Na wolności delfiny nie piją wody, bo płynów dostarczają im upolowane ryby. Szkodzi im skład chemiczny wody (bo często nie jest to woda morska), hałas muzyki oraz urządzeń filtracyjnych. Bezpośrednim efektem takiego środowiska są choroby skóry i oczu oraz stres, depresja i agresja. W cywilizowanych krajach delfinaria się zamyka…

 

Serio? Nasi piłkarze „relaksowali” się w delfinarium??? Jak można się relaksować w delfinarium wiedząc to, co cywilizowany świat wie już od dawna!? Delfinaria to miejsce powolnej śmierci, w strasznych cierpieniach jednych z najpiękniejszych, najdelikatniejszych i najrozumniejszy ssaków na Ziemi! To miejsce gdzie na ich cierpieniu zarabia się kasę! A to wszystko dla rozrywki i „relaksu” bezrefleksyjnej gawiedzi! Jaki to przykład dla milionów młodych fanów, dla których nasi piłkarze to prawdziwi bohaterowie i wzór do naśladowania!? Delfiny w delfinariach najczęściej pochodzą z krwawych połowów w Taiji w Japonii oraz z Wysp Salomona, co pokazał oscarowy dokument „Zatoka delfinów”. Na każdego złapanego delfina przypada co najmniej kilka innych zabitych (nawet 10 osobników), połowa nie przeżywa stresu w transporcie i „procedur adaptacyjnych”, kolejne umierają w ciągu dwóch lat, wreszcie te najbardziej odporne dożywają w niewoli średnio 6 lat (na wolności ok 20 lat). Delfiny na wolności nurkują do głębokości 300 metrów i przepływają dziennie do 200 km. W niewoli zamknięte są na kilkunastu metrach płytkiego basenu. W konsekwencji muszą zaprzestać używania swojego kluczowego zmysłu – echolokacji bo ultradźwięki odbite od ścian basenu powodują ich dezorientację i nasilają tylko stres. Pamiątkowe zdjęcie z delfinem na brzegu basenu to dla niego tortura szczególnie kiedy leży na brzegu basenu z ogonem do góry (ulubiona poza turystów). To stan, w którym w nienaturalnej pozycji ma przeciążone wnętrzności. Jednocześnie przeżywa silny stres, gdyż kojarzy się mu to z wyrzuceniem przez morze na brzeg – sytuacją będącą dla niego śmiertelnym zagrożeniem. W niewoli są karmione mrożonkami, więc by uzupełnić niedobory wody wpycha się im do pysków szaluch z wodą. Na wolności delfiny nie piją wody, bo płynów dostarczają im upolowane ryby. Szkodzi im skład chemiczny wody (bo często nie jest to woda morska), hałas muzyki oraz urządzeń filtracyjnych. Bezpośrednim efektem takiego środowiska są choroby skóry i oczu oraz stres, depresja i agresja. W cywilizowanych krajach delfinaria się zamyka…

Post udostępniony przez Kinga Rusin- Official Profile (@kingarusin)


Zobacz także

Co nas kręci w starszych, no dobra - dojrzałych facetach?

Co nas kręci w starszych, no dobra – dojrzałych facetach?

3 cechy, których facet szuka u potencjalnej żony

On, nauczony doświadczeniem, miał dla niej dużo cierpliwości. Ona, szalona, uczyła go dawno zapomnianej spontaniczności