Związek

Jak Sławek w internecie miłości szukał, a znalazł ją w „Żabce”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
29 października 2015
Fot. Flickr / Marina Caprara / CC BY
 

Kiedy mężczyzna się naprawdę uprze, to nie ma takiej możliwości, żeby nie wyszło. Choćby nie wiem, jak beznadziejna byłaby to kwestia. Choćby nie wiem, jakie przeciwności los chciałby na drodze postawić.

To jest historia miłosna z happy’endem.

Początek

Sławek ma 35 lat. Wystarczająco dużo by mieć już jakiś pogląd na sprawy damsko-męskie i ciągle za mało, by nie wpakowywać się co chwila w sercowe kłopoty. Ponieważ więc wiek nie określa go w żaden sposób, dobrze byłoby dorzucić jeszcze kilka innych informacji o Sławku, tak dla dopełnienia wizerunku. Na przykład to, że jest niewysoki i „puszysty”. Tego właśnie określenia użył, wypełniając rubrykę „kilka słów o sobie” przy rejestracji na jednym z portali randkowych. A, no właśnie! Sławek niczego bardziej nie pragnie, niż znaleźć wymarzoną miłość. Bo choć w każdej innej dziedzinie życia odniósł sukces, w tej najważniejszej ciągle jeszcze mu się nie poszczęściło.

Cóż z tego, że już w przedszkolu był kochliwy. Cóż z tego, że jak już pokochał, pozostawał wierny tak długo, aż zmienił obiekt swych uczuć. Niestety, rzadko który z przedszkolnych czy szkolnych obiektów westchnień Sławka odwzajemniał jego zainteresowanie. A w dorosłym życiu, jego miłosne perypetie, to już po prostu ciąg nieszczęśliwych przypadków, pomyłek i falstartów.

Koleżanki z pracy Sławka śmieją się, że jakby miały kiedyś odejść od mężów to tylko z nim, bo to „taki dobry facet”. Póki co, żadna się nie zdecydowała. Pogadać, powygłupiać, zwierzyć się – czemu nie. Ale żeby coś więcej? Proszę cię, ze Sławkiem? Nie żartuj!

Co sprawia, że trzypokojowe mieszkanie w nowym bloku Sławek nadal dzieli jedynie z wesołym labradorem w kolorze czekolady? No właśnie: nie wiadomo. Że trochę puszysty? Że niewysoki? Że włos gdzieniegdzie przerzedzony? Panowie, spójrzcie na siebie nieco bardziej krytycznym okiem. Nie każdy z was jest Dorocińskim, prawda?

Gdyby tylko któraś z koleżanek z pracy zechciała spojrzeć głębiej w sławkowe wnętrze, spostrzegłaby wartościowego, fajnego człowieka, takiego jakich nie spotyka się tuż za rogiem. Ale żadna nie zechciała i w związku z tym całe biuro żyje w przekonaniu, że ich kolega to samotny frajer i związkowy nieudacznik. To tyle, co można o nim powiedzieć.

Kiedy więc Sławek skończył 35 lat, postanowił dać sobie rok na znalezienie „tej jedynej”. Jak postanowił, tak zrobił. Gdyby był chociaż rolnikiem, poszedłby do tego programu, w którym różne kandydatki wysyłają listy, a rolnik w tych listach przebiera i wybiera kilka pań. – W telewizji to potrafią pokazać wnętrze człowieka, nawet jak za dużo do pokazania nie ma – mówi Sławek. On się na tym zna, bo z uwagą śledzi popularny program o farmerach szukających żon.

Ania z Naszej Klasy spotka się przed wypłatą

Sławek postanawia zacząć inaczej. Siada z kubkiem herbaty na kanapie i loguje się na „Naszą klasę”. Nie był tu z 10 lat, większość jego szkolnych znajomych już dawno pozakładała rodziny, ma dzieci. W oko wpada mu zdjęcie Ani, niespełnionej licealnej miłości. Krótki rekonesans i sprawa jasna: Ania jest nadal niezamężna. Sławek szybko wysyła wiadomość z propozycją spotkania. Odpowiedz przychodzi tego samego wieczora. Tak, Ania pamięta go i chce się umówić jak najszybciej, nawet dziś, najchętniej na kolację. Sławek, upojony sukcesem proponuje lunch następnego dnia. Na spotkanie do modnej restauracji przychodzi z różą. Ona już jest i chociaż Ania ze zdjęcia profilowego to raczej Ania z okresu ostatniego logowania Sławka na Naszej Klasie niż ta „dzisiejsza”, Sławek jest wniebowzięty. Witają się, zamawiają jedzenie (Sławek zaprasza), a po skończonym posiłku … umawiają na obiad następnego dnia. I tak przez następne dwa tygodnie. Sławek proponuje kino, spacer, wystawę kamieni szlachetnych, ale Ania odmawia.

Po dwóch tygodniach zrywa kontakt ze Sławkiem. Nie odpowiada na wiadomości, nie odbiera telefonów. No i wyrzuca go ze znajomych na Naszej Klasie. Po pewnym czasie Sławek z pomocą dawnych wspólnych znajomych odkrywa, że nie jest jedyną „ofiarą” Ani, zadłużonej w trzech bankach. – Prawdopodobnie zabrakło jej „do pierwszego” i wykorzystała mnie. Przez dwa tygodnie miała obiady gratis – śmieje się dziś Sławek.

Klaudia z Facebooka

Pierwsze niepowodzenie nie załamuje Sławka. Już następnego dnia po rozwiązaniu zagadki Ani przegląda listę znajomych na Facebooku. Jego uwagę przykuwa zdjęcie Klaudii, wysokiej szatynki z równoległej klasy w podstawówce. Pamięta, że Klaudia miała talent aktorski, występowała chyba w każdym szkolnym przedstawieniu. Więc znowu serce Sławka bije szybciej, bo status Klaudii na Facebooku brzmi: „wolny”. Zagaduje dawną koleżankę i zaczynają do siebie pisać. Piszą o wszystkim. O polityce, o codzienności, o pracy i tym, jak to źle być samemu. O pogodzie, o śmiesznych filmikach w internecie i o dzieciach, których nie mają. A mogliby. Po tygodniu takiego pisania Sławek jest już uzależniony. Po miesiącu wie o Klaudii już prawie wszystko, zna jej przeszłość, wie w czym sypia i dlaczego nie jada śniadań. Jest zdecydowany zaproponować spotkanie. I właśnie wtedy następuje tragedia. Rozanielony Sławek naiwnie wyznaje Klaudii, że tak jak ona uwielbia Bridget Jones, a nawet się z nią identyfikuje, w sensie psychologicznym, oczywiście. Klaudia zamiera. W sensie dosłownym. Cisza trwa dwa dni. Po tym okresie przytłaczającej niepewności przychodzi wiadomość: Sorry, Sławku – surowo informuje Messenger. – Dla mnie facet, który identyfikuje się z grubą bohaterką powieści dla kobiet, nie jest facetem. Baj.

Beata z www

Sławek uczy się na błędach. Wie już, że w kontaktach z kobietami nie należy być aż tak szczerym. Dlatego zamiast selfie z górskiej wyprawy jako profilowe zdjęcie w portalu randkowym ustawia psią mordkę swojego labradora. Jak już zdążył zauważyć, kobiety kochają pieski i kotki. Ale jeszcze bardzie kochają facetów kochających pieski i kotki. Sukces jest błyskawiczny. Na anons Sławka na portalu randkowym („Ciągle młody, ciekawy świata, domator i miłośnik dobrego kina szuka Tej Jedynej, spragnionej stabilizacji i domowego ciepła. Kocham dzieci!”) odpowiadają dziesiątki kobiet, a wśród nich – Beata, nieco starsza blondynka z sąsiedniego miasta. Sławek nie zwleka. Po wymianie kilku maili umawiają się na spacer. Blondynka ze zdjęcia okazuje się rosłym dwumetrowym, spragnionym domowego ciepła, stabilizacji blondynem.  Załamany Sławek wraca do domu i postanawia odpuścić. Widocznie niepisane mu szczęście w miłości. I tu mógłby nastąpić koniec tej opowieści. Mógłby…

Epilog

Miesiąc po pamiętnej ostatniej randce Sławek idzie na spacer z psem. Pod osiedlową Żabką, trzy metry za znakiem STOP i półtora metra od kosza na śmieci wpada na drobną brunetkę z pieprzykiem nad górną wargą. Brunetka zaplątuje się w smycz, a Sławek długo nie może jej oswobodzić. W głowie biją mu głośno dzwony i dzwonki, a w brzuchu motylki kręcą korkociągi. Wczoraj minęły trzy miesiące odkąd Justyna i Sławek są razem. Z tej okazji, przygotowali wspólną kolację i obejrzeli film o Bridget Jones.

Odkąd Sławek ma dziewczynę, koleżanki z pracy patrzą na niego inaczej. Teraz to on nawet przystojny jest, mimo tej nadwagi. A już na pewno można z nim o wszystkim porozmawiać. To znaczy można by było, bo teraz to coraz wcześniej z pracy prosto do domu, do ukochanej. W ogóle Sławek to teraz taki prawdziwy facet.


Związek

„Jestem bezpłodna? Przecież mam już dziecko?”. Jak długo można starać się o ciążę?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 października 2015
Czasowa niepłodność to dzisiaj fachowo nazywany problem z zajściem w ciążę. Jest czymś zupełnie innym niż bezpłodność, co często bywa mylone. Niepłodność można wyleczyć.
Fot. iStock / Willie B. Thomas – Czasowa niepłodność to dzisiaj fachowo nazywany problem z zajściem w ciążę. Jest czymś zupełnie innym niż bezpłodność, co często bywa mylone. Niepłodność można wyleczyć.
 

Ilu macie znajomych, którzy długo starają się o dziecko? A może wy po długim oczekiwaniu zobaczyliście dwie kreski na teście? Pół roku, dwa lata, dłużej? Ile może trwać niepłodność, która nazywana jest czasową? Jak sobie z nią radzić?

Moja kuzynka (pozdrawiam!) podczas swoich 30-tych urodzin rwała włosy z głowy i płakała: „Ja już nigdy nie zajdę w ciążę, nie mam już siły, jak długo można się starać!”.

Znajoma po trzech latach starań, wizyt u różnych specjalistów zdecydowała się z mężem na in vitro.

Przyjaciele ze studiów chcieli drugie dziecko, po półtora roku stwierdzili, że trudno, być może nie jest im pisane.

A jednak każdej z par urodziło się dziecko, naturalnie. Znajoma przed umówionym zabiegiem zrobiła test, okazało się, że jest w ciąży. Dzisiaj ma trójkę dzieci. Podobnie jak wspomniani przyjaciele z czasów studiów. Kuzynka, kiedy jej córka nie miała jeszcze roku zaszła w drugą ciążę – było to dla niej dość zaskakujące biorąc pod uwagę wcześniejsze ponad dwuletnie starania.

Czasowa niepłodność to dzisiaj fachowo nazywany problem z zajściem w ciążę. Jest czymś zupełnie innym niż bezpłodność, co często bywa mylone. Niepłodność można wyleczyć.

Zacznijmy od mózgu

„Kobiety tak boją się ciąży, że potrafią zatrzymać miesiączkę”, mówił mój ginekolog. I dotyczyło to właśnie tych kobiet, które przychodziły do niego płacząc, że nie mogą zajść w ciążę. Gdzie te czasy, kiedy kobiety rodziły po pięcioro, ba ośmioro dzieci? Dlaczego teraz tak bardzo chcemy dziecka i tak bardzo nie możemy go mieć? „Wyłącz głowę, to zajdziesz w ciążę”, mówią. Chyba nic tak nie wkurza kobiety starającej się o dziecko, jak to zdanie. Bo jak to wyłączyć głowę? Nie myśleć? Zwłaszcza, gdy w staraniach zapętlamy się, sprowadzamy seks do czystej prokreacji, a jego częstotliwość wyznaczamy dniami płodnymi. Wiecie, kiedy kobiety najczęściej zachodzą w ciążę? Kiedy z partnerem kupują mieszkanie, budują dom, wyjeżdżają na jakieś fascynujące wakacje. To jest ten moment, kiedy skupiają uwagę na czymś innym niż dziecko i wtedy się udaje. Co dla wielu bywa ogromnym zaskoczeniem. „Trzy lata starań. Kiedy się poddałam, skupiłam na remoncie domu, bach, udało się”, usłyszałam kiedyś od koleżanki.

Pomyślmy o stresie

Według badań TNS* Polacy uważają, że najlepiej zostać rodzicem w wieku 20 – 25 lat. Tyle w teorii. Bo kto z młodych ludzi odważy się na dziecko, kiedy jeszcze studiuje, zaczyna pracę, liczy na awans, podwyżkę. Poświęca wolny czas na nadgodziny w pracy? Oczywiście, że idealnym rozwiązaniem byłoby skończyć studia z trzyletnim dzieckiem. Ono idzie do przedszkola, a my poświęcamy się zawodowej karierze. Z moich znajomych na taki krok świadomie zdecydowały się jedynie dwie pary. Fakt, później im zazdrościłam. Stres, który towarzyszy nam w pracy, gdzie trwa wyścig szczurów, a my musimy udowadniać, że jesteśmy najlepsi, to podstawowy czynniki wpływający dzisiaj na niepłodność.

Specjaliści mówią, że czasową niepłodność można stwierdzić dopiero po roku starań o dziecko. Wcześniej to wypadkowa różnych czynników, częstotliwości seksu, regularności cyklu, a także poziomu stresu. Wiecie, że szansa zajścia w ciążę podczas jednego cyklu wynosi zaledwie 25%. Niedużo prawda? A jednak już przed pierwszą miesiączką biegniemy po test. Czasami warto dać sobie trochę więcej czasu.

Co ze sposobem życia?

Niepłodność czasowa to choroba cywilizacyjna. Chyba mało kto, oczywiście nie licząc specjalistów, zdaje sobie sprawę, że to, jak żyjemy, wpływa na naszą płodność. Siedzący tryb życia, niezdrowa żywność odbijają się na nas długimi staraniami o dziecko. Dziś nie wystarczy powiedzieć: „Chcę mieć dziecko”, do zajścia w ciążę trzeba się przygotować. Przesada? Powiedzcie to tym, którzy starają się kilkanaście miesięcy o dziecko. Na niepłodność ma wpływ nawet to, co jemy, dlatego lekarz mówią,  by zadbać o dietę. Rozszerzyć ją o owoce, warzywa, ryby. Ograniczyć to, co przetworzone. Równie ważna jest aktywność fizyczna, która nie dość, że korzystnie wpływa na nasz organizm, to daje odprężenie, pomaga walczyć ze stresem.

Kto jest winien bardziej: kobieta czy mężczyzna?

Winą za przedłużające się starania o dziecko najczęściej obarczają się kobiety. Być może dlatego, że to w nich budzi się instynkt macierzyński się. „Jestem jakaś wybrakowana. Co jest ze mną nie tak?”, mówią. A czy wiecie, że 40% mężczyzn cierpi na czasową bezpłodność, dokładnie tyle samo co kobiet (20% stanowią nieokreślone medycznie przypadki). Niestety tylko one rozpoczynając starania o dziecko, wykonują badania, zaczynają bardziej o siebie dbać. Panom się wydaje, że oddadzą swoje drogocenne plemniki i reszta sama się zadzieje. A tu klops. Okazuje się, że polskie plemniki ledwo mieszczą się w normie Światowej Organizacji Zdrowia. W jednym wytrysku powinno znaleźć się minimalnie 39 milionów plemników, Polacy mają ich tylko od 40 do 50 milionów, blisko dolnej granicy. Co więcej, młodsze pokolenie w wieku 20 – 40 lat ma o 1/3 mniej plemników niż starsze. I nie chodzi o to, żeby piętnować panów, ale by w staraniach zwrócić uwagę na ich płodność. Mężczyźni powinni również o siebie zadbać. Ich tryb życia ma wpływ na jakość plemników, a tym samym na płodność. Jeśli chcą zostać ojcami, tak jak kobiety powinni zmienić swoje przyzwyczajenia. Pobudzić organizm przez sport, zdrowe jedzenie, ograniczenie alkoholu i pozwolić sobie na odpoczynek.

Problem czasowej niepłodności dotyka obecnie co piątą parę, która stara się o dziecko. I choć 70% Polaków twierdzi, że wie, jak sobie z nią radzić, to nadal słyszymy o nogach trzymanych w górze po seksie, czy piciu syropu na kaszel, który poprawia ph śluzu. Specjaliści podkreślają, że dopiero po roku starań powinniśmy zgłosić się do lekarza. Czy jesteśmy w stanie przez ten czas spokojnie, co miesiąc sprawdzać test wypatrując dwóch kresek? Nie wiem. Jedno jest pewne, niepłodność nie jest wieczna, możemy z nią walczyć, ważne, żeby wiedzieć w jaki sposób.


*badania TNS dla marki dr Bocian


Związek

Każdy ma swój niewysłany list. Jesteśmy silni słabościami

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 października 2015
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros

Akurat dzisiaj śpię sama. Nie, nie ma we mnie wielkiej tęsknoty, odliczania, kiedy wróci. Zbyt długo jesteśmy razem, żebym zwracała uwagę na godziny, czy pojedyncze dni jego nieobecności. Ktoś by powiedział, że przecież one składają się na życie, na związek. I miałby rację, ale ja zwyczajnie nie ubolewam nad tym, że go nie ma tu, obok. Pomyślałam dziś: „Jakie to szczęście, że siebie mamy”. Nawet gdy nie jesteśmy blisko.

To szczęście nie wynika z tego, że mamy dzieci, że oboje pracujemy i do tego lubimy naszą pracę, że mieszkamy tu, gdzie akurat mieszkamy, że czasami rozumiemy się bez słów, albo dzwonimy do siebie w tym samym momencie.

Nie, na to szczęście składają wszystkie nieszczęścia, które były z nami.

Ten moment na początku, gdzieś na ciemnej ulicy powiedziane „Ale ja ciebie nie kocham, nie chcę z tobą być, daj mi proszę spokój, bądźmy przyjaciółmi, tak jest dobrze”. I ty, który nie znałeś mnie długo, a wiedziałeś już wtedy, że tak bardzo boję się miłości, wolałam nie kochać niż przeżywać dramat porzucenia i rozczarowania. Ale byłeś. Nie odszedłeś. Aż mnie oswoiłeś.

I później, kiedy wyrzucałam cię z domu po raz pierwszy. Rozmawialiśmy i płakaliśmy.
W kuchni, na podłodze. Wtedy wolałam, żebyś odszedł, nie chciałam, żebyśmy jeszcze bardziej rozczarowali się sobą w tym dorosłym życiu. A tak bardzo byliśmy sobą rozczarowani. Ja zachłyśnięta pierwszą pracą, ty kompletnie nie odnajdujący się w obcym dla ciebie miejscu. A ja chciałam mieć w tobie zrozumienie i oparcie. Mężczyznę, który da mi bezpieczeństwo, nie umiałeś tego…

Cierpiałeś odchodząc, nie mogłam na to patrzeć. Po kilku miesiącach przyjechałeś, jak kumpel, spotkać się. Śmiałam się z twojego żartu, a w głowie rozbłysło: „Jeny, jak ja go kocham!”. Znowu mieliśmy siebie.

Wtedy myślałam, że to co złe już za nami. Daliśmy sobie przestrzeń do zmian, do odnalezienia się w odpowiedzialnej rzeczywistości. Zaufaliśmy uczuciom i sobie nawzajem. Przecież to tak nas wzmocniło. Byłam pewna, że już nie ma rzeczy, które mogłyby nas jeszcze kiedyś podzielić.

Jeszcze bardziej połączyły nas dzieci. Nie mieliśmy jednak być szczęśliwi.

Zdradziłeś mnie. Upokorzyłeś. Nie zaufałeś naszej przyjaźni, przestałeś w nas wierzyć. A ja nie chciałam walczyć, choć wydawało mi się, że wcześniej walczyłam jak lwica, tyle że głucha, która nie słyszała, co do niej mówisz. Więc przestałeś do mnie mówić. Odszedłeś, a ja pozwoliłam ci zostać. Tu nie było już przestrzeni dla siebie, było uciekanie w bok. Stawianie się poza tym, szukanie siebie poza tobą, poza związkiem, poza rodziną. Radości szukałam u kogoś innego. Spokój przyszedł powoli. Późno, za późno. I w ogóle spokojem nie był, raczej zamkniętymi w szafie trupami. Takiej na wielką kłódkę, a klucz do niej chcieliśmy utopić jak najgłębiej.

Długo oszukiwaliśmy się, że się udało. Byliśmy rodziną, przyjaciółmi – każde ze swoją tajemnicą.

Trupy czasami ożywały i pukały w drzwi szafy. To pukanie świdrowało mi głowę, wbijało się w mózg, zaczęłam żyć według tego miarowego stukania. I wyrzuciłam cię po raz kolejny. Obiecałam sobie, że tym razem już na zawsze. Żeby trupy nigdy nie wróciły, ty też nie możesz wrócić. Pamiętasz ten wieczór, kiedy wyszliśmy jako przyjaciele, a ja ci mówiłam: „Boję się, że zakocham się w kimś innym”. „Nie bój, pamiętaj, że zawsze będę obok”, uspokajałeś.

I znowu płakaliśmy, kiedy każde wracało samo do swojego domu.

Przyjaciółka spytała: „Dajesz mu w ogóle szansę? Co musiałby zrobić, żebyś pozwoliła mu wrócić?”. Mówiłam wtedy, że to nie tak. „Nie da się czegoś po prostu zrobić. On musiałby się zmienić, a to długi proces. Nie wierzę, że będzie mu  się chciało”. Za dobrze cię znałam, przez tyle czasu nic nie zmieniałeś. To ja byłam motorem zmian. Wiecznie w pędzie z rozbitą o ściany głową.

Nie wierzyłam w twoją miłość, a to ona mi pokazała, jak można być silnym, jak wiele można zrobić dla kogoś, kogo się kocha. Paradoksalnie, kiedy nie byliśmy razem, rozmawialiśmy więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. O tych trudnych emocjach. Odprowadzałam cię, kiedy przychodziłeś położyć nasze dzieci spać. I byłam zdumiona człowiekiem, który właśnie wyszedł z mojego domu.

I zakochiwałam się na nowo, a może odkrywałam, że moja miłość jest silna dzięki twojej miłości? I kiedy po niemal roku spytałeś w banalnej sytuacji o moje zdanie, o moje uczucia, wiedziałam, że jestem dla ciebie ważna. Wtedy już wiedziałam, że zadział się proces, o którym mówiłam miesiące wcześniej. Przepraszam, że zwątpiłam w twoją miłość.

I dziś leżę sama. I myślę, jak silni jesteśmy razem. I już nie wierzę, że nic nie może nas podzielić. To nie jest zasługa dojrzałości. Bo gdybyśmy poznali się dziś, gdzie byłoby doświadczenie, nasze kryzysy, upadki? To wszystko, co wspólnie przeżyliśmy, przez co przeszliśmy, sprawia, że dziś zasypiam spokojnie czując się kochaną. Wiem, że dla siebie nawzajem jesteśmy dokonywać tego, na co myśleliśmy, że nigdy nas nie będzie stać.

Chciałam ci tylko powiedzieć, a późno i nie chcę już dzwonić, że cię  kocham. Taką pełną miłością, taką miłością, która wypełnia mnie po brzegi.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Zobacz także

Czy jesteś w toksycznym związku? Jest wiele sygnałów, które mogą o tym świadczyć, trzeba tylko chcieć je dostrzec

Twój związek nie sprawia, że jesteś szczęśliwa? Sprawdź, czy nie związałaś się z narcyzem

Twój związek nie sprawia, że jesteś szczęśliwa? Sprawdź, czy nie związałaś się z narcyzem

Tyran? Narcyz? Nie tylko oni robią z ciebie marionetkę. Jak rozpoznać subtelną manipulację?