Związek

Ile razy wołałam do siebie w złości: „Gdyby nie dzieci, już dawno by mnie tu nie było!”

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
3 sierpnia 2016
Ile razy wołałam do siebie w złości: "Gdyby nie dzieci, już dawno by mnie tu nie było!"
Fot. iStock / Zoran Zeremski
 

W erze drukarki 3D do produkcji zamienników kości, w czasie podróży galaktycznych, półrocznego dziecka uprawiającego surfing i buldoga deskorolkarza, związki – to nadal temat nie dający ujarzmić się żadnym mądrym głowom i wynalazkom w galopującym świecie, który widział już chyba wszystko.  Co więc zrobić w związku nieszczęśliwym, nieudanym, ale ciągniętym jak ciężki, cygański tabór bez jednego koła dla zaspokojenia głośnych wyrzutów sumienia i cudzych potrzeb – odszedłbym, ale mamy dzieci. Zostawiłabym go, ale on sobie beze mnie nie poradzi. Gdzie jest cienka granica działania pod pozorem zdrowego rozsądku, a kiedy należy się zatrzymać i zacząć nareszcie myśleć o sobie?

Po pierwsze zatrzymaj się, odetchnij i zastanów się, czy naprawdę rozstanie to jedyna opcja

Bez większego wysiłku znajdujemy w swoim otoczeniu kogoś, kto wpisuje się w definicję nieszczęścia najczystszej postaci. Patrzysz, jak codziennie schnie jak niepodlewany storczyk, a i jego druga połowa czerpie z duetu tyle, co nic. I o ile chciałoby się powiedzieć – spakuj torbę przyjacielu, zdejmij nieświeżą poszewkę z kołdry w sypialni, złóż w kostkę, zamknij dobrze drzwi, a klucze zostaw pod wycieraczką, o tyle czasem wręcz nie wypada, bo kto byłby na tyle odważny, żeby doradzać rozstanie, kiedy w tle bawią się ich dzieci?

Będąc singlem moje decyzje były jak pospieszny z Łodzi do Warszawy. Może i nie zawsze punktualne, ale jak się już rozpędziły, nie stawały ani w Koluszkach ani w Żyrardowie. Jako kobieta spełniona zawodowo, poszukiwałam też dopełnienia u boku idealnego mężczyzny, więc przesadzone oczekiwanie na cud w związku nie miał najmniejszego sensu. Nie wierzyłam w lepsze czasy albo motyw „wychodzonej ścieżki”. Nie dałam sobie wmówić, że im więcej uwagi sobie poświęcimy na docieranie, tym silniej będziemy się kochać w przyszłości i tym bardziej będziemy dla siebie dobrym wyborem. Gówno prawda. Dobry to mógł być seks, ale przypominam, że do seksu wcale nie trzeba podpisywać umowy na wieki wieków krwią ze wskazującego palca, przynajmniej ja takiej nie chciałam. Jak mnie Matka i Ojciec stworzyli, dając mi wygląd taki, a nie inny i wstępne poglądy, dali również osobowość.

Kształtowałam ją w sobie wystarczająco dużo lat żeby wiedzieć, że ten czy inny aspekt w nim irytował mnie na tyle, że nie dałabym sobie z tym rady i nie chciałabym z takim aspektem żyć. Osobowość  kapryśna z natury i niezdecydowana jak powinna, nie wyobrażała sobie gonienia za białym królikiem do usranej śmierci – to za mną miano gonić…  Nie dopuszczałam do siebie możliwości marnowania czasu przy kimś, za kim nie wskoczyłabym w ognisko i nie podżyrowała wysokiego kredytu na Maybacha in blanco. To miało być tzw. pie*dolnięcie, a jeżeli go nie było i włosy nie stawały mi dęba za każdym razem, kiedy musnął swoja rękę o moją – nie widziałam żadnego sensu ciągnięcia tej historii dalej. Cześć i czołem, tam są drzwi, już mi się nie chce.

A później urodziły mi się dzieci i światopogląd budowany przez wieki zawalił się od pierwszego wrzaśnięcia Młodej  na porodówce. Życie przewartościowało zarówno to po co jak i dla kogo żyję. Wszelkie wytatuowane z tyłu głowy odpowiedzi, wyśmiało w głos. Odkąd zostałam matką, rodzicem, moje dumne i butne podejście do świata, moje – dam sobie rade, a jak się nie podoba to spadaj, spuściło się samo jak powietrze ze zwietrzałego balona.

Mapą i drogowskazem stały się oczy dziecka. Mina zatroskana przy układaniu puzzli z wyziębłą, bajkową królową Elzą,  kiedy już miałam ochotę zakładać pantofelki, pakować Ojcu koszule w worki na śmieci i wyprowadzać, wołała do nas przeszywająco – nie róbcie nic głupiego Mamo i Tato. Ja tu jestem, a to, co wami teraz targa, jest nic warte w stosunku do rozmiaru przewinienia, jakim będzie koniec. Macierzyństwo naprawiło relacje z otaczającym światem, ale i nie raz już wyciągało spod wody i mnie i Ojca dzieci, kiedy dryfowaliśmy sobie na stawie wzajemnych oskarżeń w butach z betonu.  Tu się nie ma co oszukiwać – nadal mamy góry i doliny, nadal żyjemy jak reakcja dolanej zimnej wody do gorącego oleju.  Ale podświadomie kochamy siebie tak bardzo, że radzimy sobie z tym, a wycisza nas nierzadko właśnie fakt, że musimy się postarać dla dzieci. Ile razy wołałam do siebie w złości: „Gdyby nie dzieci, już dawno by mnie tu nie było!”.

Dobrnąłeś do końca mojej historii? Teraz przekalkuluj swoją

Nie, ja nie namawiam na znęcanie się nad własnymi uczuciami i zmuszanie do trwania na siłę. Istnieją bowiem takie związki, których ratować nie ma sensu, a wasza chora relacja więcej psuje, niż naprawia, już na pewno nie pomaga w żaden sposób waszym dzieciom. Istnieją takie rodziny, w których odejście dałoby więcej dobrego tym szeroko otwartym oczyskom układającym Elzę, niż oszukiwanie się i wyrabianie fałszywych wzorów w domu, który dla kogoś ma być potencjalnym przykładem. Macierzyństwo ma uspokoić i zracjonalizować myślenie. Macierzyństwo nie ma założyć kajdan i więzić w imię wyższej idei.

Na chłodno usiądźcie jeszcze raz i zastanówcie się, czy przypadkiem nie wychowacie szczęśliwszych ludzi, kiedy sami wrócicie do szczęścia. Wyobraźcie sobie zawsze, że to co pokazujecie w domu, zachowania, jakimi się kierujecie i wartości, są jak kalka, która odciska grube litery w małych głowach z tym samym nazwiskiem co wasze.  Mając wątpliwości, czy potomstwo uczy się od ciebie tyle, ile dudnią mądre głowy dookoła, i że jesteś jego encyklopedią w dwustu tomach, odwróć się czasem w biegu i zobacz, jak córka karmi swoją lalkę piersią zupełnie tak, jak ty karmisz jej brata. A teraz zastanów się ile razy patrzyło na was, kiedy robiliście coś niemądrego. Mało kształcącego. Głupiego. Coś, czego nigdy nie chcielibyście dziecku przekazać. Właśnie dlatego jesteś w obowiązku, by walczyć i właśnie dlatego masz prawo przestać, kiedy czujesz, że tak będzie lepiej.

W całej tej sytuacji to nadal ty pełnisz najważniejszą funkcje oficera do wychowania. Więc nie popsuj tego. Zastanów się co dalej. Na spokojnie.


Związek

Ilu tak naprawdę ludzi potrzebujemy w życiu? Nikt nie mówił że dziesiątki, setki czy tysiące…

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
4 sierpnia 2016
Fot. iStock/Szepy
 

Jest upał, jest lato, w Kalifornii prawdziwej, wcale nie z bajki. A ja chora w łóżku leżę, głównie nieprzytomna. W chwilach jednak, w których przytomność powraca, korzystam z tego, by kontynuować umysłowe porządki.

Życie bowiem jest takie zaganiane. Zasuwa od świtu do nocy, a ty człowieku razem z nim. Łapię się przy tym nieustannie na tym, że w tym kołowrocie zwariowanym biegam z reguły za cudzym interesem, bo bynajmniej nie za własnym. Zupełnie jakby mój własny interes nie był wart zachodu. W chorobie dopiero, kiedy nikt mnie do pionu nie ma czelności postawić, oddaję się sobie choć w minimalnym zakresie, z uwagi na raczej rzadkie momenty świadomości. Ale zawsze to coś.

No więc leżę i nadganiam. Nadganiam kontakt ze sobą. Trochę mi to ślamazarnie idzie, zwalam to jednak na karb choroby, która rozumiem, sabotażuje wszelkie moje wysiłki serwując mi odlocik za odlocikiem w krainę marzeń sennych jak tylko uaktywniam się odrobinę. Wredna ta choroba. Najpierw położyła mnie do łóżka wykluczając z dzisiejszej imprezy (podwójne urodziny bo inni też się śpieszą ze wszystkim), a teraz dokopuje mi po ciele gdzie popadnie, mózgu nie oszczędzając. Piszę więc przez przymknięte powieki, okrutnie zakatarzona i niezdolna słowa wykrztusić z obolałego gardła. Chwała Panu, że chociaż palce mam sprawne i do śmigu po klawiaturze gotowe.

Serio?! Naprawdę?! Czy rzeczywiście w chorobę człowiek wpędzić się musi, aby wygrzebać mógł wreszcie dla siebie chwilę? Skąd ten pomysł iście poroniony, żeby uplasować siebie, jako ludzką istotę, na miejscu drugim, trzecim, czwartym ale nigdy nie na pierwszym? Dlaczego zawsze przede mnie wciśnie się jakiś Sapiens i tak będzie truł, tak przyduszał, aż mu oddam czas cały i jeszcze trochę? No i dlaczego w ogóle pozwalam na żałosny ten scenariusz?

Pani Przemądrzała we mnie zaraz na to powie: ależ to sprawa jest oczywista! Jak się człowiek nie kocha, to innym na głowę pozwoli się wgramolić i jeszcze przeprosi za to, że dziś akurat nie może się przydać, bo właśnie spod narkozy (dla drastycznej ilustracji) wyszedł. Wszyscy znamy takich ludzi. Wszech-dostępnych i na każde zawołanie. Rzucą wszystko, co akurat robią by przybiec, pomóc, wysłuchać, wykonać zadanie jakie by ono nie było, najczęściej za uśmiech i słowo dziękuję. Albo i nie. Za totalne friko też zrobią co trzeba, bo ktoś im kiedyś dał do zrozumienia, że jak będą pięknie ludzi zadawalać, to może ktoś, kiedyś, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, na pozycje numer jeden ich wywinduje.

Rzecz w tym, że pozycja numer jeden jest już obsadzona. I co by inny Sapiens ci człowieku nie obiecał, tak na ową pozycję nie ma mocy cię wznieść. Siedzisz tam bowiem ty. Od samego urodzenia i z racji tegoż aktu właśnie, dostałeś swój Numer Jeden na życie. Stamtąd, jak z rezydencji jakiejś, wiedziesz życie od pierwszego krzyku aż po ostatnie westchnienie. Jak dobry gospodarz, zapraszasz do życia ludzi, a oni jak zwyczajni goście, czasem respektują twoje granice, a czasem ciągną i przeciągają struny jak się da. Robi się cyrk nie raz. Teatr nawet. I wtedy to ulegasz złudzeniu, że nie masz mocy przywołać gości do porządku. Im dłużej w procederze owym uczestniczysz tym rzecz jasna jest ci trudniej. Obraz się zaciera i już sam człowieku nie wiesz o co chodzi, i kto tu do diaska w tej chacie mieszka.

Wystarczy tymczasem listę gości zrobić. Z imienia i nazwiska wszystkich wynumerować po czym na spokojnie i w ciszy przyjrzeć się barwnej ekipie. Ilu tak naprawdę ludzi potrzebujemy w życiu? Nikt nie mówił że dziesiątki, setki czy tysiące. Sprawa to jest iście indywidualna, a tak naprawdę nie do ilości, lecz do jakości się najzwyczajniej w świecie sprowadza. Wracając zatem do listy, kto tak naprawdę winien na niej pozostać? Pani Potrzebowska, która dzwoni tylko wtedy jak czegoś jej potrzeba? Pani Dramatyczna, która zatruwa ci życie kolejną swoją historią żałosną? Pani Wieczna Krytyka, która w życiu dobrego słowa ci nie powiedziała za to jadu nasączyła tyle, że na kilka żywotów z powodzeniem by starczyło? Pani Centrum Universu, która myśli, że jest słońcem dookoła którego planety szaleją? Czy może ktoś kto jest prawdziwy, ktoś kto znajduje czas dla ciebie i ktoś kto słucha, a nawet słyszy? Ktoś komu nie musisz uchylać nieba za każdym razem. Ktoś wobec kogo nie musisz udawać, że jesteś kimś innym, bo twoje prawdziwe ja go urazi. Ktoś normalny dla kogo twoja pozycja, twój numer jeden, jest oczywisty i kto respektuje cię bez dodatkowego uzasadnienia, albo obostrzeń wszelakiej natury. Ktoś, kogo prawdopodobnie nawet nie dostrzegasz w tym tłumie rozwrzeszczanych i roszczeniowych ludzi, od których co gorsza uzależniłeś się przez lata.

Więc ty sobie lepiej przemyśl człowieku dobrze tę listę gości, dla których dom twój stoi otworem. Przyjrzyj się im dobrze i dla własnego zdrowia psychicznego, poodcinaj te wszystkie sznurki, którymi przywiązałeś się do niewłaściwych ludzi. I to najszybciej jak się da. Zrób wreszcie bilans zysków i strat i wystaw rachunek przeterminowanym, skupionym na sobie pseudo-przyjaciołom. Do niczego ci oni potrzebni nie są, bo tak po prawdzie to ty potrzebny jesteś im. Z twojej z nimi relacji nic dla ciebie nie wynika, nic co miałoby jakąś wartość. Umniejsza cię, a jakże, każe się przypodobać, podlizać, rzucić w ogień dla kogoś kto nawet nie wie, że istniejesz. Bo prawda jest taka, że nic dobrego ci nie daje ta relacja z człowiekiem, który tak się wbił w twoją pozycję numer jeden, że w życiu dobrowolnie jej nie odda. I na nic zda się argument, że to nie jego pozycja przecież, że nigdy taką nie była. Obrazi się i pójdzie w świat. Szukać nowych, zagubionych Numerów Jeden.

Są wakacje. Moment wyjazdu, nabrania dystansu, a więc moment wprost perfekcyjny na chwilę zadumy. Każdy z nas jest bowiem numerem jeden w swojej kategorii. Nadwyrężonym często, czasami nawet nieświadomym tej niezwykłej właściwości, ale po prostu jest. Numerem Jeden. Jeżeli szanowni goście tego nie pojmują, być może nadszedł czas, by opuścili nasze nadmiernie gościnne progi. A kiedy czystka już się dokona, wówczas nadejdzie pora, by wreszcie zrobić coś dla siebie, sobie się podlizać, sobie uchylić rąbka nieba. Trudno być nie powinno bo przecież proceder jest nam świetnie znany, praktykowaliśmy go nabożnie. A zatem do dzieła bracia i siostry. Powróćmy na swoje pozycje.


Związek

„Ty byłaś z przypadku, a twój brat dla towarzystwa”. Trudne relacje z rodzicami

Anika Zadylak
Anika Zadylak
3 sierpnia 2016
Trudne relacje z rodzicami
Fot. iStock / Todor Tsvetkov

Marta i Adam są już dorosłym rodzeństwem. Czy kiedykolwiek zdecydują się na macierzyństwo? Patrzą na siebie i uśmiechają ironicznie. Marta odwraca głowę i patrzy gdzieś przed siebie, twarz jej pochmurnieje, zupełnie jakby oglądała kadr ze strasznego filmu. I słyszę jak łamiącym głosem opowiada, że gdy miała 13 lat i podczas kolejnej kłótni z ojcem zapytała, czy w ogóle ją kocha to  usłyszała, że  ona jest dzieckiem z przypadku a jej brata, zrobili dla towarzystwa.

– Mieszkaliśmy na pięknej, willowej dzielnicy. Trzy auta, ogromny dom, wszystko na pozór wręcz idealnie. Ot, dzieci z bogatego domu, tatuś biznesmen, mamusia właścicielka sieci drogich perfumerii. Mieliśmy wszystko – markowe ubrania, najnowsze modele telefonów, kasę na wycieczki szkolne. Wszystko na pokaz, bo na głupią colę ze znajomymi trzeba było żebrać. Wiecznie tylko słyszeliśmy, że kredyt sam się nie spłaci, że jesteśmy darmozjadami, na których oni muszą zapieprzać od świtu do nocy. A siostra płakała do poduszki, że wolałaby mieć tak, jak jej jedyna przyjaciółka. Skromnie, ale za to miłości aż po sufit. I zrozumienia, i ciepła, i tyle wsparcia od mamy. A u nas, na zewnątrz do sąsiadów czy nauczycieli w szkole, było pięknie. Rodzice sprawiali wrażenie ludzi normalnych, dbających o ciepło ogniska domowego. Śmieje się z tego, bo chyba jedynym był ten kominek w salonie, przy którym nigdy nie usiedliśmy razem. Potrafili sprawiać pozory, sam bym się nabrał, gdybym nie wiedział, co tak na prawdę dzieje się, gdy zamkną się drzwi. Albo gdy wiedzą, że nikt nas nie widzi. Bo czasem mieli gest i zabierali nas ze sobą, gdy jechali odpocząć do jakiegoś wypasionego hotelu z basenami. I tam też nam się obrywało, że chwili spokoju przez nas nie ma. Jakbyśmy byli rozkrzyczanymi, wiecznie czegoś chcącymi rozpieszczonymi bachorami. A ja nawet nie pamiętam, kiedy i czy w ogóle ojciec mnie przytulił.

– Mama jak gdzieś razem wychodziłyśmy, była taka o jakiej zawsze marzyłam. Uśmiechnięta, ciepła i dobra. To były te momenty, gdy potrafiła pogłaskać mnie po głowie, lub przedstawiać komuś, mówiąc – A to moja śliczna córeczka. Ale to były tylko, bardzo ulotne chwile. Za drzwiami naszej wspaniałej posiadłości, wracała bolesna rzeczywistość. Nie usprawiedliwiam jej już, choć długo to robiłam. Bo widziałam jak ojciec potrafił jej przyłożyć tak, że zatrzymywała się na ścianie. Jak wyzywał ją od najgorszych i w oczy chwalił, z kim, jak i gdzie ją zdradził. Jak płakała skulona w łazience, nakładając na posiniaczoną twarz tony podkładu. I jak chwilę potem, robiła mu ulubione danie na kolacje, nalewała wina do kieliszka i siadała z nim do stołu. Schodziliśmy na dół i siadaliśmy z nimi. A ona  patrząc na niego tak, jakby oczekiwała aprobaty, zaczynała nas upokarzać. Nigdy nie zapytałam, dlaczego tak robiła. Dlaczego pozwalała sobą pomiatać i nas tak traktować. Dlaczego, robiła to samo co on. Przepraszam, że powiem to głośno ale jedyne co mi przychodzi do głowy, to kasa. Matka pochodziła z tzw. normalnej rodziny. Nie było biedy, ale też się nie przelewało. Gdy poznała ojca, bardzo odżyła. On zawsze miał duże pieniądze. I gdy tak na to patrzę teraz, to chyba też zawsze szukał takiej posłusznej, szarej myszy jak ona. Takiej złaknionej uczuć, którymi od święta ją obdarzał.  I pragnącej  płynności finansowej, jakiej nigdy wcześniej nie miała. Każdym kosztem, nawet naszym.

– Ja się starałem buntować, zwrócić ich czy czyjąś z zewnątrz uwagę, że u nas wcale nie jest tak kolorowo, jak by się wydawało. Uciekałem, sprawiałem spore kłopoty w szkole, brałem narkotyki. To w końcu tatuś uruchomił znajomości i wsadził mnie do poprawczaka. Całe nasze osiedle współczuło rodzicom. Bo tacy dobrzy, kochani, ciężko pracują żebym wszystko miał, a ja taki niewdzięczny, tylko wstyd przynoszę. Siostra nie wytrzymywała nerwowo, okaleczała się, miała dwie próby samobójcze, o których wiedziałem tylko ja. Oni w tym czasie balowali w kurorcie, bez nas, bo po co na urlop balast zabierać. Mówili, że już za dużo lat mamy, żeby z rodzicami, jak malutkie dzieci się ciągać. A ja wtedy miałem może 15, Marta trzy lata mniej. Gdy kiedyś siostra poprosiła o psychologa, mama ucięła  jednym zdaniem, że jeszcze tego brakowało, żeby ludzie gadali, że ma dzieci psychiczne. O święta Bożego Narodzenia, niech mnie nawet pani nie pyta, nienawidzę tych wspomnień. Nie było opłatka, choinki, stołu przy którym babcie i dziadkowie. Nie było wspólnych kolęd i wypatrywania pierwszej gwiazdki. Oni zabawiali się osobno, ja z siostrą w osobnych pokojach. Nie chcę więcej o tym mówić, to chyba nadal boli. I zawsze już będzie. Do ojca nie mam żalu, w moich oczach zawsze był bezdusznym tyranem, dla którego byliśmy zbędnymi przedmiotami. Do matki, będę go miał zawsze. Wybrała wygodę, zamiast własnych dzieci. No bo jak można inaczej pomyśleć o kobiecie, która stoi i patrzy na to, jak jej mąż bez większego powodu, pomiata ich córką po całej kuchni, wyrywając jej z głowy garść włosów. I nie robi z tym nic. Potem ta córka znika, przepada bez wieści na długie godziny, a ona – matka włącza się do poszukiwań, zmuszona postawą przyjaciółki, nie z własnej inicjatywy.  A gdy wieczorem, zrobiło się już bardzo zimno i ciemno, a mojej siostry nadal nie było i ktoś zasugerował zgłoszenie na policje, ojciec wycedził przez zęby, że chyba nas wszystkich popierdoliło. Poszła to wróci.

– Tak było. Siedziałam skulona, z żyletką w dłoniach. I marzyłam. Marzyłam o tym, żeby okazało się, że szukają mnie oboje, że się o mnie boją. Marzyłam o chwili, gdy widzę ich biegnących do mnie, ze łzami w oczach. Jak kucają przy mnie i otulają, żeby mnie ogrzać. Zabierają do domu, ciesząc się, że żyje, że nic mi nie jest. I, że od tamtej pory wszystko się zmienia. Tata jest tatą, a mama mamą. Rozumie pani?  Ale znalazła mnie przyjaciółka z bratem. Jak zwykle. Matka tylko zapytała, czy jestem z siebie zadowolona a ojciec, żebym lepiej na dwa dni, poszła mieszkać do koleżanki.  Bo patrzeć już na mnie nie może, tyle nerwów przeze mnie zjadł przecież. Gdy od niej wróciłam, zachowywali się tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. I znowu było „normalnie”. Na zewnątrz bajka, cudowna rodzina a w środku koszmar i chłód, który zamroził moje serce.

Pytam ich o plany na przyszłość, o relacje z rodzicami teraz, gdy są już dorośli. I słyszę, że mama chwali się studiami Marty i tym, jaka jest zaradna. A ojciec jest tak bardzo dumny z Adama, mówi o nim „mój wspaniały syn”. Słyszę też, że rzadko tam bywają, unikają spotkań. Pytani o to, jakimi chcą być rodzicami dla swoich dzieci,a odpowiadają niemalże jednocześnie, że żadnymi. Bo tak bardzo się boją powielania zachowań wyniesionych ze swojego domu, że wolą nie ryzykować. I nie krzywdzić, niewinnych istnień.


Zobacz także

Nie ma cudzych recept na moją własną miłość. To się, psze pani, samo leczy

7 wielkich problemów małżeńskich, które widzą terapeuci oraz rady, jakie mają dla par

Obiecywał, żeby się o to nie martwić… Bogu dziękuj, że jest… ten ON