Psychologia Związek

„Gdy uderzyła ich pięcioletniego syna w twarz, bo kolorując wyszedł za linię, Marek spakował walizki i zabrał dzieci”. Błędne koło domowej przemocy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 listopada 2015
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich
 

Znam ją z czasów licealnych: smukła, ciemnowłosa dziewczyna o wiecznie smutnych oczach.

Z powodu tego spojrzenia właśnie, ukrytego pod długimi rzęsami, chłopcy z naszej szkoły wiecznie próbowali zwrócić na siebie jej uwagę. Ona jednak nie dopuszczała do siebie nikogo. Chyba miała jakąś bliższą przyjaciółkę, ale nigdy jej nie poznałam. Wiem, że miała psa, wesołego kundelka w kolorze orzecha. Codziennie przed lekcjami wyprowadzała go na trawnik pod naszym blokiem. Miała jeszcze młodszego brata, którego odbierała z przedszkola: maluch wlókł się niemiłosiernie całą drogę, popłakując by wziąć go na ręce. Siostra bardzo rzadko spełniała jego prośby.  

Uczyła się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze, ale trudno było powiedzieć, by odnajdywała w tym jakąś przyjemność. No może pozą nauka języka polskiego. Czarna, jak na nią mówiliśmy, celowała w interpretacji poezji. Nosiła obcisłe dżinsy i koszule w kratę. 

Pamiętam jej mamę, szczupłą, wiecznie znerwicowaną kobietę o tym samym, smutnym spojrzeniu. Widziałam ją kilka razy i zawsze miałam to samo wrażenie: rozmowa z innymi rodzicami, czy nauczycielami sprawiała jej  trudność. Podobno na zebraniach nigdy nie miała dodatkowych pytań i zawsze zgadzała się z decyzjami większości rodziców. Zawsze. Z tym samym, nieobecnym wyrazem twarzy.

Czarną trudno było namówić na jakiekolwiek zwierzenia, czy poważniejsze rozmowy o życiu. Aż do pamiętnej wycieczki klasowej w Bieszczady, kiedy to tuż przed maturą, upojona winem z lokalnego spożywczaka rozpłakała się w gronie czterech koleżanek i dwóch kolegów. Raz jedyny otworzyła się przed nami, odważyła opowiedzieć o swoim ojcu, który na koniec roku przychodził do naszej wychowawczyni z szerokim uśmiechem (zawsze przypominał mi wtedy rekina z mojego atlasu zwierząt) i ogromnym bukietem kwiatów, ubrany w nienagannie wyprasowany, szary garnitur.

To wtedy dowiedzieliśmy, jak wyglądało jej życie i relacje z ojcem. Usłyszeliśmy o codziennych wyzwiskach i kuksańcach, o poszturchiwanej i wiecznie poniżanej matce.

I o tym, że najmniej z tego wszystkiego rozumie jej mały brat, którego ojciec bije za – dosłownie – wszystko. Od źle zawiązanych sznurówek, po niedokładnie pokolorowany obrazek.

O tym, jak za karę, że uzyskała za małą – jego zdaniem – liczbę punktów na zaliczeniu z języka angielskiego podarł jej pamiętnik i wyrzucił do śmieci album, w którym wklejała ulubione cytaty i słowa, który ją inspirowały i które dawały jej siłę. O tym, że nigdy nie jest i nie będzie w niczym „dobra” i, że zawsze się za słabo stara. O tym, że jej mama jest kłębkiem nerwów, że nie daje swoim dzieciom wsparcia ani ciepła, tak jak to było kiedyś. Poddała się, nie ma już siły, wie, że z nim nie wygra. – Zabierz mi dzieci, a znajdę cię i zabiję – krzyczał, gdy jeszcze próbowała obronić przed nim syna.  

Czarna powiedziała nam wtedy, że marzy o tym, żeby on zniknął z ich życia , żeby wyszedł, tak, jak wychodził co rano i już nigdy nie wrócił.  Obojętnie co się z nim stanie. W milczeniu słuchaliśmy tej opowieści. Została ona głęboko w nas i choć następnego dnia, Czarna zamknęła się znów szczelnie w swojej skorupce, wiedziała, że ma w nas jakieś, skromne wsparcie. Czy próbowaliśmy jej pomóc? Tak, ale ona tę pomoc odrzucała, jakby świadomie wybierając tę codzienność, którą  znała od dziecka, zamiast jakiejkolwiek zmiany.

Dziś Czarna ma 34 lata. Jest może bardziej kontaktowa niż kiedyś, ma więcej znajomych i duże, ładnie urządzone mieszkanie.Wyszła za mąż i ma dwójkę dzieci: pięcioletniego chłopca i trzyletnią dziewczynkę. Ubiera się tak, żeby było widać jak piękną jest kobietą. Uśmiecha się. Ale wciąż patrzy smutnym, niepewnym wzrokiem.

Dwa lata temu minęłam ją w sklepie, nie poznała mnie. Tydzień później spotkałam jej męża, naszego wspólnego kolegę z klasy. Jednego z tych, którzy wysłuchali jej opowieści wtedy w górach. Nie wiem, dlaczego akurat w momencie naszego spotkania wszystko w nim pękło. Wystarczyło jedno pytanie: „Co u Czarnej?”. Rozpłakał się, stojąc przede mną na ulicy. Jego żona, która po drugim roku studiów wyprowadziła się z domu i zerwała kontakt z rodziną, z ukochanej kobiety i dbającej mamy stała się katem.

Na początku w ich związku nie działo się nic niepokojącego. Jacy byli dla siebie? On – łagodny i ciepły. Ona – mniej wylewna, bardziej „na dystans”. Ale kochała, czuł to. Problemy zaczęły się, gdy ze sobą zamieszkali, pół roku przed ślubem. Czarna kochała dalej. Tylko krytykowała wszystkie decyzje i propozycje Marka. Była jakby zrezygnowana. Potem zaczęła go upokarzać przy wspólnych znajomych. Wyśmiewała jego czułe gesty, problemy w pracy, domowe kulinarne porażki. Kpiła z sukcesów.

– Przemyślmy to. Może mnie już nie kochasz? Wstrzymajmy się ze ślubem  – poprosił.   Przestraszyła się. Przepraszała, zapewniała że kocha, że nie wie co się z nią dzieje, ale na pewno chce być z Markiem.

Pobrali się i te kilka miesięcy po ślubie, to był najszczęśliwszy i najbardziej spokojny okres w ich związku. Potem wszystko zaczęło się walić. Wróciły kpiny, wyzwiska, poszturchiwanie.

Pierwszy raz uderzyła go kiedy była w ciąży. Tłumaczył to hormonami i złym nastrojem. Kiedy jednak po narodzinach syna, sytuacja zaczęła się regularnie powtarzać, postawił sprawę jasno: terapia albo rozstanie. Przestraszyła się drugi raz. Obiecywała, błagała: będzie nad sobą pracować, poprawi się. Przez prawie dwa lata walczyła.

Potem zaszła w drugą ciążę i urodziła córeczkę. Marek widział, jak rośnie w niej agresja. Nauczył się bezbłędnie rozpoznawać jej nastroje, przewidzieć kiedy wybuchnie. Błagał, by poszli na terapię. Bezskutecznie. – Spróbuj tylko zabrać mi dzieci! – usłyszał pewnego dnia – Znajdę cię i zabiję.

Gdy uderzyła ich pięcioletniego syna w twarz, bo kolorując obrazek wyszedł za linię, Marek spakował walizki, zabrał dzieci i wyprowadził się do rodziców. Spotkałam go w momencie, gdy negocjował z żoną warunki ich powrotu do domu.

Nie mam pojęcia jak potoczyły się dalsze losy Czarnej i Marka, ich dzieci. Wiem jedynie, że zdarzają się w naszym dzieciństwie takie sytuacje, pojawiają się w nim takie osoby, które powodują, że całe nasze dorosłe życie próbujemy się jakoś otrząsnąć i pozbierać. Zamiast żyć. Jak wielu z nas zrozumie, że jedyną słuszną decyzją jest wówczas podjęcie terapii umęczonej, zdeptanej duszy? Przecież stawka jest najwyższa: szczęście. Swoje i tych, których kochamy.


Psychologia Związek

Co zrobić, gdy dieta i ćwiczenia nie działają?

Redakcja
Redakcja
10 listopada 2015
Fot. Materiały prasowe
 

Zgodnie z obowiązującymi trendami, atrakcyjny wygląd jest równoznaczny ze szczupłą, wysportowaną i proporcjonalną sylwetką. Dlatego ćwiczymy, zmieniamy diety, kupujemy zdrową żywność, ograniczamy używki. Osiągnięcie zamierzonego efektu wymaga żelaznej konsekwencji i regularności, a niestety niewiele z nas może sobie pozwolić na regularne treningi i ścisłą dietę równocześnie pracując zawodowo, wychowując dzieci i prowadząc dom.

Z badań CBOS[1] wynika, że dbamy o sylwetkę i wygląd, bo poprawia to nasze samopoczucie. Prawie 72% badanych wiąże dbałość o wygląd zewnętrzny z samooceną. Aż 45% ankietowanych uważa, że dbałość o wygląd zapewnia powodzenie zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Blisko jedna trzecia respondentów odchudzała się, a prawie co piąty robił to kilkanaście razy w życiu. Natomiast 3% badanych pozostaje na diecie całe życie.

Niestety często zdarza się, że nasze wysiłki związane z dietą i aktywnością fizyczną nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Trudnością z reguły jest pozbycie się tkanki tłuszczowej z problematycznych okolic (brzucha, ud, kolan, nierzadko także pleców i bioder). Nawet dobrze dobrana dieta i indywidualnie opracowane ćwiczenia czasami nie są w stanie idealnie wymodelować sylwetki. Trzeba też pamiętać, że żadna dieta trwale nie usunie komórek tłuszczowych. Istnieje błędne przekonanie, że utrata masy ciała i redukcja tkanki tłuszczowej to to samo. Jednak ogólna liczba komórek tłuszczowych w naszym organizmie kształtuje się do około 5 roku życia i jest raczej stała. Zmienia się tylko ich wielkość. Kiedy tracimy na wadze, nasze komórki tłuszczowe stają się mniejsze, ale liczba komórek tłuszczowych pozostaje taka sama. Gdy następuje przyrost masy ciała, komórki ponownie stają się większe. Wynika z tego, że osoby o różnej masie ciała mogą mieć taka samą liczbę komórek tłuszczowych.

Czy w takim wypadku nie mamy szans na zmniejszenie liczby komórek tłuszczowych i uzyskanie na trwałe wymarzonej sylwetki? Oczywiście, że mamy. Jednym z rozwiązań jest  pewnością wprowadzony w latach 70. ubiegłego wieku zabieg liposukcji. Musi on być jednak wykonywany w warunkach sali operacyjnej i mimo coraz doskonalszych urządzeń i technik nadal jest obciążony ryzykiem powikłań, a także dużą bolesnością w przebiegu pooperacyjnym, co zdecydowanie może zniechęcić wielu z nas. Rozwój medycyny estetycznej pozwolił jednak opracować nieinwazyjną alternatywę dla odsysania tłuszczu – zabieg CoolSculpting firmy Zeltiq.

Jakie są jego największe zalety?

CoolSculpting zmniejsza liczbę komórek tłuszczowych w obrębie leczonych obszarów. Efekty zabiegu są bardzo dobre, gdyż komórki tłuszczowe zostają trwale usunięte z organizmu. Niezależnie od tego jak zmienia się nasza waga, fałdy tłuszczowe z trudnych miejsc znikają, a ciało staje się bardziej smukłe i wymodelowane. Procedura sprawdza się w tzw. trudnych okolicach. Najczęstsze obszary poddawane zabiegowi to: brzuch, boki, wewnętrzna i zewnętrzna powierzchnia ud, ramiona, okolica pach i łopatek – mówi lek. med. Ewa Rybicka z centrum PROFEMED Medycyna Estetyczna w Warszawie.

Na czym polega i jak przebiega zabieg?

CoolSculpting to redukcja tkanki tłuszczowej, wykorzystująca zjawisko kriolipolizy, czyli nieinwazyjnej metody kontrolowanego chłodzenia tkanki tłuszczowej, która działa na wybrane komórki tłuszczowe i usuwa je z organizmu. Podczas zabiegu aplikator próżniowy zasysa skórę i delikatnie przytrzymuje ją między dwoma panelami chłodzącymi. Czujniki wbudowane w aplikator monitorują skórę, a połączone z panelem sterowania regulują chłodzenie, zapewniając stały i jednakowy przebieg zabiegu, bez naruszenia ciągłości skóry i uszkodzenia tkanek sąsiadujących z komórkami tłuszczowymi. Zabieg ten polecam każdemu, kto chce zlikwidować nadmiar tkanki tłuszczowej w miejscach opornych na dietę i ćwiczenia. Metoda jest bezpieczna i skuteczna, a jej efekty widoczne są  już po jednym zabiegu – dodaje lek. med. Ewa Rybicka.

A efekty?

Popularność zabiegu wynika właśnie z jego spektakularnych i długoterminowych efektów, widocznych już po jednorazowym jego wykonaniu. Jeden zabieg usuwa 20-35% komórek tłuszczowych z danej okolicy. Końcowy efekt widoczny jest po 60 dniach od zabiegu. Dzięki rozłożeniu całego procesu w czasie nie ma ryzyka wystąpienia niekorzystnego zjawiska związanego z nadmiarem luźnej skóry.

Więcej informacji na www.Profemed.pl


 

[1] Badanie CBOS Polak zadbany – troska o sylwetkę i własne ciało, Komunikat z badań BS/130/2009, Warszawa 2009.


Psychologia Związek

Dziecko „w drodze”? To ci się przyda na pewno

Redakcja
Redakcja
10 listopada 2015
Fot. iStock / GoodLifeStudio

Urządzanie dziecięcego pokoiku to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, gdy robi się to pierwszy raz. Łóżeczko, szafki czy komoda nasuwają się na myśl same. Zabawki na pewno też znajdą się na naszej liście (ba! tylko jakie?). Na razie nasz pokoik jest całkiem minimalistyczny. Spokojnie, jest jeszcze to i owo, co warto dopisać do naszej listy.

Zacznijmy od tego co powinno znaleźć się w łóżeczku…

Na pierwszy ogień idzie oczywiście materacyk

Najpopularniejszy, standardowy rozmiar to 120 x 60 cm. Specjaliści zalecają by materac dla najmłodszych miał  gładką powierzchnię oraz nie ulegał łatwemu odkształceniu. Idealny materacyk powinien być też średnio twardy. Dla starszych dzieci od ok. 2 latek (i dla dorosłych też) większą rolę zaczyna odgrywać elastyczność punktowa materacyka. Innymi słowy chodzi o to, by dopasowywał się on do krzywizn ciała podczas snu.

Wybierając materac wielowarstwowy warto zapytać sprzedawcy czy jest odpowiedni również dla niemowląt. | Fot. Sensillo.pl

W łóżeczku maluszka nie może zabraknąć poduszki typu klin

Utrzymuje on główkę dziecka w odpowiedniej pozycji i zapobiega zakrztuszeniu się pokarmem. Dodatkową zaletą takich poduszek jest „oddychalność”, która zapobiega nadmiernemu poceniu się główki dziecka.

Odpowiednio wyprofilowana poduszka klin zapewnia noworodkom bezpieczny sen. | Fot. Sensillo.pl

Odpowiednio wyprofilowana poduszka klin zapewnia noworodkom bezpieczny sen. Fot. Sensillo.pl

Warto wyposażyć się również w odpowiedni „arsenał” na bezsenne noce

Spiralki dla niemowląt łatwo zamontować nie tylko na łóżeczku ale też w wózku czy nosidełku. Fot. Sensillo.pl

Fot. Sensillo.pl

Na waszej liście na pewno znalazły się m.in. zabawki. I są one obok butli, smoka oraz ramion rodzica jednym ze skuteczniejszych sposobów na ukojenie maleństwa.

Wybierając je warto zwrócić uwagę na możliwość zaczepienia na ramie łóżeczka – w ten sposób zawsze będą pod ręką. Ponieważ najmłodsze dzieci nie rozpoznają jeszcze kolorów liczy się również kontrastowa kolorystyka zabawki.

spiralka_1

Spiralki dla niemowląt łatwo zamontować nie tylko na łóżeczku ale też w wózku czy nosidełku. | Fot. Sensillo.pl

Kocyk

Kiedy  mamy w domu ciepło (i to nie tylko latem) to nie warto okrywać dziecka grubą kołderką i dorzucać termoforu ; ). Lepiej postawić na grubszy kocyk. W ten sposób znacznie łatwiej zapewnimy maleństwu optymalną temperaturę. Większy kocyk sprawdzi się również w wózku lub foteliku samochodowym – jako dodatkowa warstwa, którą łatwo ściągnąć.

Kocyk można skutecznie wykorzystać zamiast kołderki. Fot. Sensillo.pl

Kocyk można skutecznie wykorzystać zamiast kołderki. | Fot. Sensillo.pl

 …a kolejny krok będzie łatwiejszy. Czyli co pomoże nam w pielęgnacji?

Przewijak może być dodatkowo wyposażony w miarkę, która pozwala śledzić rozwój maleństwa. | Fot. Sensillo.pl

Przewijak może być dodatkowo wyposażony w miarkę, która pozwala śledzić rozwój maleństwa. | Fot. Sensillo.pl

Przez pierwszych kilkanaście miesięcy bliżej zapoznamy się z przewijakiem. Jak sama nazwa wskazuje będziemy używać go do przewijania 😉 Oczywiście przyda się nam również w innych okolicznościach np. po kąpieli czy gdy będziemy przebierać maleństwo.  Niezależnie od sytuacji, przewijak  zapewni odpowiednią izolację od podłoża (i jednocześnie będzie je chronił przed zabrudzeniem). Jeżeli mamy więcej miejsca warto zdecydować się na model usztywniany bardziej stabilny i wytrzymały. Jeżeli nie chcemy, by przewijak był cały czas na widoku możemy wybrać przewijak miękki, który po wszystkich „operacjach” można zwinąć i schować.

Kto powiedział, że eko-pieluszki musza być nudne? | Fot. Sensillo.pl

Kto powiedział, że eko-pieluszki musza być nudne? | Fot. Sensillo.pl

Jeżeli jesteśmy już przy przewijaniu to warto mieć na podorędziu kilka pieluszek tetrowych lub bawełnianych. Mogą być eko-alternatywą dla pieluch jednorazowych. Obecnie częściej są wykorzystywane np. jako powierzchnia antypoślizgowa do wanienek czy lekkie okrycie na upalne lato.

Na koniec jeszcze coś do kąpieli – czyli ręczniczek z kapturkiem.

Jest praktyczny – w ręczniczek tego typu możemy zawinąć całe dziecko od stóp do głów i szybko je osuszyć. Katarek nam zatem nie straszny : ). Poza tym dzięki zabawnym naszyciom na kapturkach te ręczniczki są naprawdę urocze.

Japończycy powiedzieliby kawaii my powiemy, że okrycia kąpielowe są cudne. | Fot. Sensillo.pl

Japończycy powiedzieliby kawaii my powiemy, że okrycia kąpielowe są cudne. | Fot. Sensillo.pl

 

Czy to już wszystko? Obawiam się że nie ; ) ale mam nadzieję, że ten mini poradnik trochę Was naprowadzi i ułatwi stworzenie Waszego idealnego pokoiku dla maluszka – idealnego nie tylko wizualnie, ale też funkcjonalnie. Powodzenia.


Zobacz także

Panowie, popełniacie w waszych związkach błędy, których kobiety nigdy wam nie wybaczą. I w końcu odejdą

Anatomia pocałunku. Niesamowita scena w rezonansie magnetycznym

Zdrada boli niemal fizycznie. Powoduje wymioty, dreszcze, zmiany nastrojów, otępienie przeplatane nadmiarem energii