Związek

Dlaczego ciche dni ranią czasem bardziej niż gwałtowna awantura?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2021
fot. Yuliya Apanasenka/iStock
 

 

„Pochodzę z rodziny, w której zawsze kłóciliśmy się gwałtownie i głośno. Mówiliśmy sobie wprost, co nas bolało, często kompletnie nie przebierając w słowach. Niedługo się gniewaliśmy. Wykrzyczane w emocjach słowa przynosiły albo rozwiązanie sytuacji albo ulgę. Zawsze też wiedzieliśmy, że bardzo się kochamy, dlatego nikt nie nosił w sobie zbyt długo żalu, nawet jak usłyszał nieprzyjemne słowa”, opowiada 43-letnia Grażyna, matka dwojga dzieci, żona, lekarz ginekolog.

Dodaje dalej: – Kiedy zrobiłam przed laty swoją pierwszą awanturę mężowi, on oniemiał. Chodził nadąsany i powiedział mi: Ja tak nie potrafię szybko o wszystkim zapomnieć. Daj mi czas. Wtedy zrozumiałam, że on musi wszystko przemyśleć i zaczęłam bardziej uważać na swoje słowa i postanowiłam zrezygnować z rzucania obraźliwych epitetów. Z biegiem lat przeżyliśmy wiele wzlotów i upadków. Raz kłóciliśmy się głośno, to znowu potrafiliśmy milczeć cały dzień. Odkryłam, że mnie też czasem przydaje się ta cisza po burzy. Na przemyślenia. Zdarzało się, że po sporze, w którym argumenty kompletnie nie trafiały do męża, zamykałam się w sobie, głównie po to, by odpocząć, wycofać się i dać mu czas na ochłonięcie. Bo co zrobić, jak nic nie przebijało się przez jego światopogląd? Jak na milimetr nie chciał zmienić zdania! Takie spory głównie dotyczyły wychowywania naszych dzieci.

Mąż uważał na przykład, że podczas pandemii naszym synom trzeba dać luz i pozwolić uczyć się w piżamach i przysypiać na wyłączonych kamerkach. Twierdził, że to im nie zaszkodzi. Nie przejmował się nawet tym, że młodszy syn przestał prowadzić zeszyty. Mówił: Na dobre to im wyjdzie! Nasz syn ma swoje zdanie i jest odważny. Wolę to, niż gdyby był dziś wzorowym uczniem, a potem, żeby chodził na sznurku w jakiejś korporacji. Mnie trafiał szlag, kiedy po powrocie z pracy odkrywałam, że wszyscy w piżamach nie zjedli nawet obiadu. To mąż pracował podczas p

Ale ostatnio nie wytrzymaliśmy już tych kłótni. Choć jestem kobietą świadomą, czytam poradniki i wiem, że to krzywdzi dzieci, nie potrafiłam przerwać ciszy, która zapadła. Zaczął milczeć mąż. Byłam wkurzona, bo ta cisza to dla mnie jak kara dla małego dziecka. Przyznaję, robiliśmy dziwne rzeczy. Kiedy mąż zamawiał przez telefon pizzę na „spóźniony obiad”, pytał naszego syna, by ten spytał mnie, czy mam ochotę dołączyć do nich do stołu. Podczas cichych dni unikaliśmy nawet krzyżowania wzroku. Mąż spał na kanapie w salonie, dzieci zachowywały się wzorowo, ale wszyscy wtedy torturowaliśmy się tym milczeniem. Szczególnie ja czułam się odrzucona, nieważna i zignorowana. Mąż wydawał mi się zimny i nieprzejednany. Nie potrafiłam nawet zadzwonić do przyjaciółki, by się wygadać, bo to byłoby jednak moim zdaniem trochę jak zdrada. Dlatego wolałam tkwić w emocjonalnym impasie. Zimna wojna wykańczała nas emocjonalnie.”

Dlaczego ignorowanie rani bardziej niż awantura?

1. Milczenie obniża nam samoocenę

W bezpośredniej kłótni, która nawet jest „rozciągnięta” w czasie, dochodzi do argumentacji, w której przyczyna konfliktu nadal jest w jakiś sposób komunikowana. Natomiast kiedy ludzie zaczynają się ignorować, informacje są odcinane. Oznacza to, że uczestnicy sporu udają się na wewnętrzną emigrację. Wtedy czujemy niepewność, która sprzyja dywagacjom i zastanawianiu się, co zrobiliśmy źle. Zaczynamy tworzyć listę nieprzyjemnych i obraźliwych słów, które rzuciliśmy w gniewie podczas kłótni i naszych fatalnych cech charakteru. Wewnętrzny krytyk ma wtedy pole do popisu. A kiedy już przytłoczy nas lista własnych domniemanych win, samoocena nieuchronnie szybuje w dół.

2. Nie rozmawiając, utwierdzamy się we własnych racjach

Po kłótni osoby, które mają skłonność do ruminacji, nadal prowadzą burzliwą dyskusję, tylko że nie na jawie, ale w swojej głowie. A to bywa bardzo wyczerpujące. Uporczywe myśli i wyimaginowane argumenty nie prowadzą przecież do rozwiązania konfliktu, ale do psychicznej udręki i mocniejszego utwierdzania się tylko we własnych racjach. W koło zadajemy sobie pytania i sami sobie na nie odpowiadamy. Formułujemy w myślach cięte riposty i cieszymy się, jak bardzo „naszemu wrogowi” poszło w pięty, gdy wygłosiliśmy je spokojnym tonem. Obłęd!

3. Nie mamy już kontroli nad tym, co się dzieje

Milcząc, nie dajemy szans na ocalenie sytuacji. Uciekamy w samotność, by lizać rany, ale nie rozwiązujemy konfliktu. Udajemy, że nie obchodzi nas partner, a to przecież kłamstwo. Cały czas jesteśmy napięci i z uwagą śledzimy gesty drugiej strony, bo a nuż ona się pierwsza przełamie i wyciągnie rękę na zgodę. Ale to też nie przybliża nas do niczego konstruktywnego.

4. Czujemy się niewarci uwagi i odrzuceni

A może druga osoba nas ignoruje, bo tak naprawdę nie jesteśmy wystarczająco ważni, aby zasługiwać na jakąkolwiek uwagę? Kłótnia wymaga zaangażowania i jest dowodem na to, że drugiej stronie jednak zależy. Dlatego osoby, które są ignorowane, mogą wywnioskować, że partner tak naprawdę ma nas gdzieś i nie obchodzi go podejmowanie wysiłku, by poszukać kompromisu lub wyjaśnić nieporozumienie. Milczenie wtedy oznacza: nie jesteś już dla mnie ważny/ ważna.

5. Czasem milczenie wychodzi na dobre!

Każda strategia w kłótni ma swoje plusy i minusy. Ciche dni także. Nie można powiedzieć, że są wyłącznie złe. Cisza czasem pozwala uniknąć większych zniszczeń, uspokoić się, wyciszyć. Milczenie może pomóc nam też przetrwać przeciągający się konflikt albo nabrać wobec własnych argumentów dystansu. Nie może jednak trwać w nieskończoność. Grażyna twierdzi, że u nich zawsze sprawdzają się dwie strategie „na zgodę”. Mąż daje jej subtelny znak, kiedy wstawia pranie, czego zazwyczaj unika jak ognia. To dla niej znak: „jestem gotowy do dalszych negocjacji”. A ona po prostu przychodzi i bez słowa się do niego przytula, bo wie, że choć mąż milczy, to bardzo potrzebuje bliskości.
 Jesteśmy ciekawi, jakie wy macie strategie na pogodzenie się.


Związek

Są takie momenty, kiedy za kawałek czekolady lub batonika oddałbyś prawie wszystko?

Redakcja
Redakcja
12 lipca 2021
fot. wundervisuals/iStock
 

Może zdarzyło ci się iść w nocy do najbliższej stacji benzynowej lub podjechać do sklepu nocnego albo podkraść słodkości własnemu dziecku? W ostateczności na głodzie cukrowym zjadłeś pół słoiczka miodu lub kilka łyżeczek cukru z cukierniczki? Byle tylko dostać coś słodkiego. Kochasz słodycze i jednocześnie ich nienawidzisz, bo czujesz się ich niewolnikiem.

Czym jest uzależnienie? Prosta definicja brzmi: „Kiedy tego nie masz, czujesz się źle, kiedy to masz, nie czujesz się wcale dobrze”. Kiedy jesteśmy uzależnieni od cukru, nie budzimy się radośni o poranku jak skowronki. Przeciwnie. Wstajemy rano z czymś w rodzaju kaca po wieczornym obżarstwie. Objadamy się bez umiaru, ponieważ musimy, a nie dlatego, że chcemy. Zanim się zorientujemy, że jakaś substancja czy produkt zawładnął nami na dobre, tkwimy już w nałogu po uszy.

Uzależnienie jest wynikiem zaburzenia równowagi między dwoma układami neuroprzekaźnikowymi – układem nagrody i układem kary. System nagrody aktywowany jest w sytuacjach ocenianych jako przyjemne. Główną rolę w funkcjonowaniu układu nagrody odgrywa dopamina.

Jej ilość wyraźnie wzrasta po spożyciu cukru, ale też po zjedzeniu produktów słodkich i tłustych oraz pikantnych. U osób uzależnionych, na skutek zaburzenia aktywności obu układów, maleje rola układu kary, a wzrasta układu nagrody1.

Uzależnienie od cukru zaczyna się niewinnie. Początkowo następuje rozpoznawanie smaków, które dostarczają przyjemności. Następnie mózg rozpoznaje produkty, które powiązane są z tymi smakami, i wiąże je z systemem nagrody. Wydziela się dopamina i nasila uczucie przyjemności.

Dlatego cukier jest nie mniej narkotyczny dla naszego mózgu niż kokaina. Obie substancje oddziałują na system nagrody i powodują podwyższenie dopaminy, co z kolei daje uczucie szczęścia i pobudzenia. Organizm z czasem przyzwyczaja się jednak do pierwszych dawek i kolejne takie uczucie daje tylko dawka większa. Produkt zaczyna przejmować nad nami kontrolę. Pojawia się rodzaj przymusu, kompulsji. Nie potrafimy sobie odmówić. Czujemy, że jego działanie nas odpręża, daje ulgę, redukuje napięcie, ułatwia zaśnięcie… Zaczynamy szukać okazji i sposobów, aby go zjeść. W głowie toczymy wewnętrzną walkę, obwiniamy się i powtarzamy codziennie, że „od jutra nie jem słodyczy”. Po czym nie wytrzymujemy i kupujemy coś słodkiego – i błędne koło trwa dalej. Osoby, które są uzależnione od cukru, po jego odstawieniu odczuwają różne dolegliwości fizyczne, takie jak przy rezygnacji z innych używek: rozdrażnienie, agresję, brak koncentracji, ospałość, bóle głowy, objawy grypopodobne.

Dodatkowym czynnikiem, który wzmaga uzależnienie, są wahania poziomu cukru we krwi. Glukoza, czyli tak zwany „cukier krwi”, jest najbardziej dostępnym paliwem dla wszystkich narządów. Mózg doskonale wie, kiedy zaczyna jej brakować, jest bardzo czuły na jej obniżanie się i natychmiast pobudza ośrodek łaknienia. Pojawia się potrzeba szybkiego dostarczenia energii. A skoro szybkiego, to w naszym rozumieniu najlepiej węglowodanów prostych, czyli na przykład czekolady, batona lub drożdżówki. Po cukrowej uczcie wzrasta poziom insuliny w naszym organizmie. Im więcej cukru mu dostarczamy, tym więcej trzustka musi wytwarzać insuliny.

Wyprodukowana w nadmiarze pobudza ośrodek apetytu i prowadzi do ponownego spadku cukru we krwi, co często zostaje kompensowane kolejną słodyczą, o czym mózg już marzy. Dlatego cukier uzależnia na poziomie psychofizycznym. Perfidia polega na tym, że go potrzebujemy. Nasz mózg potrzebuje glukozy bez przerwy. To ona utrzymuje go przy życiu. Niestety, jej nadmiar nie służy naszemu organizmowi. Kiedy komórka nie chce już więcej glukozy, zamyka jej dostęp do środka, a cukier wędruje wraz z krwią po całym organizmie i sieje spustoszenie.

Lista szkód jest długa. Cukier niszczy nerki, zabija neurony w układzie nerwowym, karmi nowotwory, wywołuje zaburzenia rytmu serca, udary, uszkadza układ odpornościowy, osłabia wzrok, zaburza równowagę minerałów w organizmie, powoduje otyłość, przyspiesza proces starzenia…

Przeciętny Polak każdego roku zjada ponad 40 kg cukru. Nie trzeba codziennie zajadać się słodyczami, żeby dokonać tego wyczynu. Cukier jest dzisiaj wszędzie – w płatkach śniadaniowych, musztardach, jogurtach, napojach mlecznych, sokach i niejedno ma imię: acesulfam, agawa, aspartam, brązowy cukier, cukier inwertowany, cukier kukurydziany, dekstroza, dekstryna, ekstrakt słodu jęczmiennego, fruktoza naturalana, afruktoza krystaliczna, glukoza, karmel, koncentrat soku owocowego, ksylitol, ksyloza, laktoza, maltodekstryna, maltoza, mannitol, melasa, miód, sacharoza, sacharyna, słód kukurydziany, sok z trzciny cukrowej, sorbitol, sukraloza, sukrozy, syrop klonowy, syrop kukurydziany, syrop ryżowy, syrop słodowy, syrop sorgo, syrop z agawy, syrop z brązowego ryżu, syrop z trzciny cukrowej wysokofruktozowy, syrop glukozowo-fruktozowy.

Brak świadomości, gdzie i pod jaką postacią występuje cukier, sprawia, że średnio ośmiokrotnie przekraczamy dopuszczalną dawkę dzienną, która wynosi zaledwie 5 łyżeczek.

Dlaczego cukier dodaje się prawie do każdego produktu? Przede wszystkim pozwala to obniżyć koszty produkcji. Jest tanim zamiennikiem na przykład tłuszczu (produkty light) oraz środkiem konserwującym. Ponadto, co najważniejsze dla producentów – poprawia walory smakowe, więc dostarcza zmysłowi przyjemnych doznań, a to sprawia, że uzależnia, więc pragniemy kupować więcej i więcej. Kiedy delektujemy się pyszną czekoladą, na słodycz reaguje całe wnętrze jamy ustnej, a szczególnie podniebienie. Receptory w przełyku, żołądku i trzustce wkrótce potwierdzają tę informację. Mózg zaczyna być zadowolony. On kocha cukier i pragnie kolejnych porcji, nagradzając nas stanem błogości i szczęścia.

Jak poradzić sobie z uzależnieniem i przerwać ten toksyczny związek?

Nie jest to zadanie łatwe, ale wykonalne.

  1. Po pierwsze, musisz podjąć zobowiązanie i określić, ile cukru pojawia się w twojej codziennej diecie. Pamiętaj, cukier to nie tylko słodycze. Robienie notatek przez około tydzień będzie w tym bardzo pomocne. Pomoże ci skonfrontować się z rzeczywistością. Umysł zwykle rejestruje główne posiłki. Nie ma w zwyczaju pamiętać szczegółów. Około 20% tego, co jemy, umyka naszej świadomości. Któż z nas pamięta, czy po śniadaniu wypił kawę z syropem waniliowym, podjadł dziecku czekoladę, zjadł kilka ciastek podczas intensywnej pracy lub kilka łyżek zupy w trakcie odgrzewania obiadu? A liczy się wszystko, co wkładamy do ust. Zapisywanie tego, co jesz lub zamierzałeś zjeść w danej chwili (bo prawdopodobnie bez kontroli zapisywania byś to zrobił), pomoże ci zobaczyć, ile naprawdę cukru i kalorii dziennie spożywasz. Na dobry początek spróbuj zastąpić cukier jego zdrowszymi zamiennikami. Zrezygnuj z syntetycznych słodzików. Cukier zastąp stewią lub erytrytolem. Nie zawierają kalorii, a ich indeks glikemiczny jest równy zeru.
  2. Po drugie, zacznij czytać etykiety. Ważne, by umieć znaleźć cukry ukryte w produktach, na przykład syrop z agawy, słodzik kukurydziany, syrop glukozowo-fruktozowy, karmel, cukier trzcinowy, cukier daktylowy i wiele innych. To wszystko cukier. Jeśli na opakowaniu danego produktu napisano „bez cukru”, a jest słodki, zapewne ten cukier zawiera, tylko w innej postaci.
  3. W pohamowaniu cukrowych zachcianek pomoże ci regularność posiłków. Dzięki temu unikniesz wahań cukru w organizmie, a to pozwoli ci utrzymać w ryzach apetyt na słodkie.
  4. Słodka przekąska, do tej pory gwarantująca poprawę nastroju, z powodzeniem może zostać zastąpiona aktywnością fizyczną. Uwalniane podczas wysiłku endorfiny mają podobną siłę co czekolada. Sport jest najbardziej niedocenianym antydepresantem. Poza tym jeśli już koniecznie nie możesz się oprzeć słodkości, to najlepiej sięgaj po nią po intensywnym wysiłku fizycznym. Wtedy (mieszcząc się w swoim bilansie kalorycznym) możesz zjeść coś słodkiego, ponieważ rezerwy energetyczne zostały uszczuplone. Wysoki indeks glikemiczny sprawi, że energia, jaką niesie cukier, szybciej dostanie się do głodnych tkanek, nie niszcząc po drodze tętnic ani mózgu.
  5. Zachcianki na słodycze mogą być także wynikiem tego, że w organizmie brakuje odpowiednich witamin czy minerałów, takich jak cynk, chrom lub magnez.
  6. Apetyt, zwłaszcza na słodkości, rośnie, kiedy jesteśmy niewyspani. Dlaczego? Kiedy śpimy za krótko, a sen jest zbyt płytki, w organizmie spada poziom leptyny, hormonu sytości, rośnie natomiast stężenie greliny, hormonu głodu, co sprawia, że w ciągu dnia mamy zwiększony apetyt na przekąski wysokokaloryczne. A zatem zadbaj o odpowiedni sen.
  7. Ważne jest, o której zjesz śniadanie i co masz na talerzu. Słodkie płatki zamień na porcję białka i dobrego tłuszczu, a śniadanie zjedz w ciągu godziny od obudzenia się.
  8. W ciągu dnia zamień słodkie przekąski na warzywa, na przykład marchewka działa równie szybko jak czekolada. Dodaj orzechy i suszone owoce, które z powodzeniem zastąpią słodkie pokusy, a przy okazji organizm zyska cenne składniki. Pomiędzy posiłkami koniecznie myj zęby. Miętowy aromat zmniejsza apetyt i zachcianki. No i najważniejsze: koniecznie musisz pozbyć się słodkich umilaczy ze wszystkich swoich szafek i skrytek. Widok słodkości zawsze będzie uruchamiał potrzebę. Na samą myśl trzustka zaczyna pracować. Tak samo jak uruchamiają się ślinianki, kiedy wyobrazisz sobie, że pijesz sok z cytryny, mimo że fizycznie nie musisz jej wyciskać. Wystarczy, że o niej pomyślisz. Nasz umysł, mimo całej swojej genialności, nie potrafi odróżnić tego, co rzeczywiste, od wyobrażonego.
  9. Zweryfikuj dobrze swój dzień. Ochota na coś słodkiego może oznaczać, że potrzebujesz więcej życiowej równowagi. Pamiętaj, że jedzenie słodyczy nie rozwiąże twoich problemów. Często brak innych słodkich akcentów sprawia, że sięgamy po czekoladę. Oczekujemy, że zaspokoi inne nasze potrzeby emocjonalne. Zmniejszy napięcie, odwróci uwagę od czegoś trudnego, stanie się panaceum na złość, smutek, stres czy samotność. Być może potrzebujesz wsparcia, czasu z przyjaciółmi i więcej innych przyjemności w życiu. Jeśli nie wiesz, co to może być, to czas zajrzeć w głąb siebie.

Tekst jest fragmentem książki Elżbiety Lange „Emocje na talerzu. Jak odbudować zdrową relację z jedzeniem”, którą wydało Wydawnictwo Słowne.

1 Iwona Grzegorzewska, Lidia Cierpiałkowska, Uzależnienia behawioralne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.


Związek

„Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka. Szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2021
fot. Ilya Burdun/iStock

Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce jest w mojej sytuacji. Samotna matka bez alimentów. Pracowita, dumna i zarabiająca. Były partner płacił alimenty w „kratkę”. Od roku nie płaci wcale. Ona od kilkunastu lat radzi sobie sama z wychowaniem dzieci, poklepywana po ramieniu przez znajomych i rodzinę, że jest taka dzielna i wspaniała. Znasz takie matki? Ja myślałam, że jestem tak silna, że zawsze będę, że dam radę. Jednak dziś, z perspektywy 16 lat samotnego macierzyństwa, wiem już, że to chore myślenie. Ktoś już dawno powinien mi pomóc! Jednak w Polsce nie ma przepisów, które chroniłyby kobiety w mojej sytuacji.

Nie lubię narzekać, jestem pracowita i zaradna.

Przez lata chętnie brałam dodatkowe prace, by wyjechać za granicę, wysłać córkę na obóz narciarski, kupić jej rower. Takie były moje priorytety. Oszczędzałam na innych rzeczach. Nie chodziłyśmy do restauracji, nie kupowałyśmy drogich ubrań. „Lubię lumpeksy. A grzywkę mogę sobie podciąć sama, nie potrzebuję zawsze fryzjera”, przekonywałam samą siebie i lata jakoś biegły. A ja sobie radziłam raz lepiej raz gorzej, ale zazwyczaj lepiej. Chciałam, by córce niczego nie brakowało i w moim poczuciu tak było.

Niespecjalnie też myślałam o rosnącym długu alimentacyjnym, nie zjadały mnie emocje, że jestem okradana (A nie! To przecież moje dziecko jest okradane!). Wychodząc z założenia, że to toksyczne uczucia, nie chciałam się nimi karmić. „Po co mi to?” – myślałam.

Nie, nie jestem wariatką!

Ani świętą, ani masochistyczną siłaczką. Oczywiście, że rozmawiałam z prawnikiem i złożyłam u komornika wszystkie papiery potrzebne do egzekucji długu. Tyle że Państwo Polskie nie wspiera takich kobiet jak ja. Moje dochody w dwuosobowej rodzinie (ja i córka) przewyższają 900 złotych na jedną osobę. A w Polsce Fundusz Alimentacyjny nie przewiduje już żadnej pomocy dla matek ciężko pracujących i płacących podatki. Jeśli komornikowi nie uda się wyegzekwować długu, zostajesz już sama i musisz liczyć na własne siły.

Owszem, jest jeszcze jedno rozwiązanie – o długi alimentacyjne można pozwać rodziców ojca dziecka. Uwierzcie, choć wielokrotnie się nad tym zastanawiałam w ostatnich latach, to nie miałam serca ciągać po sądach 80-letniej staruszki (jakkolwiek wredna by nie była!). Może jestem frajerką? Może w ten sposób i ja też okradłam swoje dziecko?!

Kiedy patrzę wstecz…

Myślę, że byłam jednak w dużej mierze naiwna (czy to dobre słowo?). Pamiętam, że kiedy trafiłam do prawniczki, by pomogła mi napisać pozew o alimenty, ona przekonywała mnie, że powinnam żądać wyższej kwoty, bo fakt, że kupuję córce ubrania w lumpeksie, jest moim sprytem i zaradnością, a nie normą. Proszę, nie pomyślcie o mnie teraz źle, bo opowiadając o tym, strasznie się dziś wstydzę. Nie chciałam się kłócić z byłym partnerem o pieniądze. Po prostu zawsze ceniłam sobie święty spokój. Poza tym byłam bardzo zmęczona i nie miałam siły na wojnę. Fakt, że musiałam walczyć w sądach i u komorników, sprawił, że czułam się poniżona. Starałam się więc żyć i nie myśleć o ojcu dziecka, który tak bardzo na każdym kroku zawodził.

Jak zaczęłam odzyskiwać honor

Pamiętam, że podczas odbierania praw rodzicielskich sędzina zapytała mnie, czy moje dziecko dostaje od ojca prezenty. Zastanawiam się chwilę i powiedziałam, zgodnie z prawdą, że kiedyś przesłał dwie paczki na rozpoczęcie roku szkolnego, w której były zeszyty i kredki. Sędzina spojrzała mi głęboko w oczy: „Ja się pytam, czy pani dziecko dostaje prawdziwe prezenty. Rower? Tablet? Opłacony kurs języka angielskiego?”.

Ten moment był dla mnie przełomem. Popłakałam się na sali sądowej, bo poczułam jakby ktoś przywrócił mi honor i powiedział głośno, że coś mi się powinno zwyczajnie należeć. Nikt nigdy z rodziny ojca mojego dziecka nie wziął mojej strony. Nie podarował mojej córce pięknego prezentu. Nie „potrząsnął” alimenciarzem. Ani jego ojciec, ani matka, ani nawet  jego starszy brat. Tu chodzi o właśnie o honor, który przez lata traciłam, gdy prosiłam, by ojciec lub babcia dołożyli się do zimowych butów dla córki, czy wakacyjnego obozu sportowego. Od ex-teściowej słyszałam: „Nie mam”, a od ojca dziecka: „Odczep się”, „Nie dręcz mnie”, albo „Spierdalaj!” Niech więc nie dziwi was fakt, że wolałam nikomu o tym nie opowiadać. Pod skórą czułam, że jeśli ktoś dowie się, że w ten sposób traktuje mnie rodzina byłego partnera (z którym spędziłam siedem lat życia), to będą mieli mnie za… życiowe zero.

Kiedy się przebudziłam?

Moment przebudzenia nastąpił, kiedy poszłam na terapię i moja terapeutka zaczęła wobec mnie używać słów: „Musiało wtedy ci być bardzo trudno” albo „Dlaczego nie prosisz nikogo o pomoc?”. Byłam zszokowana, bo wydawało mi się, że to nie mi jest ciężko i że to nie ja potrzebuję pomocy. Pomocy potrzebuje ktoś, kto wychowuje piątkę dzieci, albo ktoś chory na nieuleczalną chorobę. Jednak ponieważ ufałam tej terapeutce i widziałam w jej oczach niekłamaną troskę o moje zdrowie i siły, postanowiłam coś zmienić. Zaczęłam mówić, że jest mi ciężko… na głos. I muszę wam powiedzieć, że to było trudne doświadczenie. Początkowo bardzo dyskomfortowe.

Myślę, że wcześniej tłumiłam w sobie emocje – takie jak frustrację, lęk, złość, strach, by móc jakoś funkcjonować i żyć. Kiedy zaczęłam prosić o pomoc rodzinę i przyjaciół, poczułam się więc ekstremalnie słaba i zaczęłam niejako rozpadać się na kawałeczki. Kiedyś jak spotykałam się z koleżanką, która skarżyła się, że jej mąż wyjechał w delegację i jest sama w domu z dwójką córek od tygodnia, to jej doradzałam i pocieszałam. Byłam tą silną i wysłuchującą skarg koleżanką. Po terapii jednak zaczęłam głośno mówić o swoich frustracjach, że mi też jest ciężko i że żongluję kartami kredytowymi jak w cyrku i że jestem już zmęczona przelewaniem z pustego w próżne. Zaczęłam też pozwalać sobie na płacz. Co ciekawe nie wszyscy moi znajomi polubili smutniejszą wersję mnie. Przyjaciele również potrzebowali czasu, by oswoić się z sytuacją.

Dziś z perspektywy czasu jestem wdzięczna sobie za to, że przyznałam się sama przed sobą i przed światem, że pracuję ponad siły, że nie szanuję swojego ciała, nie dbam o siebie, nie mam dla siebie czułości i zrozumienia. Nie jestem z tego dumna, ale przebaczyłam sobie. Robiłam tak, by zapewnić byt rodzinie. Trudno, w tamtym momencie nie potrafiłam inaczej.

Czas kryzysu!

Aż przyszła pandemia… i moje życie posypało się jak domek z kart. Straciłam dwóch najlepszych klientów i sytuacja finansowa znacznie się pogorszyła. Najpierw sprzedałam samochód, potem skreśliłam zajęcia jazdy konnej dla córki. Następnie rzucałam palenie (tak nie jestem święta, a wyszło mi na zdrowie!) i zaczęłam liczyć i zapisywać każdy grosz. Aż w końcu u mojej córki zdiagnozowano depresję. Czy w tej sytuacji mogłam liczyć na fundusz alimentacyjny? Na szybko podjętą refundowaną z NFZ-tu terapię dla dziecka? Nie i nie! Byłam dla nich nadal zbyt zaradna. Dziś we mnie jest bardzo dużo złości. Chcę krzyczeć!

Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka! Bo nie dość, że nie zajmowałeś się nim, to nawet nie płacisz na niego alimentów, okradasz młodego człowieka z beztroski, stabilizacji i spokoju. Bo dziś nie stać mnie na wizyty u dobrych fachowców i lekarzy! Bo jestem ekstremalnie zmęczona. Bo obie z córką nie czujemy żadnego wsparcia. Bo swoją nieobecnością sprawiłeś, że twoja córka boi się mężczyzn i choć jest piękna, nie wierzy w to i ma niskie poczucie swojej wartości! Alimenciarzu, szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!

Jak dochodzi się długów alimentacyjnych w Europie?

W większości krajów w Europie istnieją organy, które wspomagają rodziców i dzieci, którzy nie dostają alimentów. W Szwecji Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznaje zasiłek alimentacyjny, który ma zagwarantować dziecku środki na godne utrzymanie, zwłaszcza gdy rodzic, na którym spoczywa obowiązek alimentacyjny, nie wywiązuje się z niego. Co ciekawe, taki rodzic musi zwrócić państwu kwotę wypłaconego zasiłku alimentacyjnego. Czyli staje się dłużnikiem państwa, a nie swojego dziecka! W Niemczech istnieje Urząd do spraw Dzieci i Młodzieży, który pomaga w ściąganiu należnych świadczeń. Dzieci dostają pomoc finansową, a roszczenia alimentacyjne przechodzą na Urząd do spraw Zaliczek, który dochodzi długów od alimenciarzy. W Polsce dziecko może liczyć jednie na 500 złotych z Funduszu Alimentacyjnego i to pod warunkiem, że dochody w rodzinie nie przekraczają 900 złotych na głowę. 400 złotych dostanie, jeśli dochody nie przekraczają 1000 złotych. Jednak jeśli zarobki w rodzinie na głowę wynoszą już 1400 złotych — rodzic, wychowujący samotnie dziecko, zostaje kompletnie bez pomocy. Dlatego ja chętnie nazywam się… „samotną matką”.

Kim jest polski alimenciarz?

To najczęściej mężczyzna w średnim wieku 45 lat, mieszkaniec województwa śląskiego lub mazowieckiego. Na koniec maja 2020 roku wszystkich niepłacących alimentów było prawie w Polsce 282 tysięcy, najczęściej są to jednak mężczyźni (94 proc.) Według Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor — alimenciarze zalegają swoim dzieciom z blisko 11,4 mld zł. Rekordzista z Mazowsza winien jest swoim dzieciom 640 tys. zł. Szacuje się, że blisko milion dzieci w Polsce nie otrzymuje od swoich rodziców alimentów, mimo sądowego orzeczenia o takim obowiązku. W Polsce działa Fundusz Alimentacyjny, ale tylko jedna trzecia uprawnionych spełnia kryteria pozwalające na otrzymanie pomocy od państwa. Pozostali muszą radzić sobie sami! Ani dzieciom, ani matkom nie wychodzi to na zdrowie.

Mam dla was happy end tej historii

Ostatnio moje sąsiadki z osiedla, kobiety, które znają moje dziecko od piaskownicy, zebrały pieniądze. Obiecały, że będą płacić za terapię mojej córki. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją! I niech to będzie piękne zakończenie historii.

Wysłuchała Iwona Zgliczyńska


Zobacz także

6 błędów jakie mężczyźni popełniają w związku. Gdyby udało się ich uniknąć…

Dlaczego od niego nie odeszłam, choć się nade mną znęcał? Powiem ci – ofiary przemocy trwają w takich związkach z kilku powodów

Myślałam, że znalazłam miłość życia. Dla niego rzuciłam pracę. Po siedmiu miesiącach sielanki zdradził mnie pierwszy raz