Związek

Codziennie budzę się z myślą: „nie chcę już tak żyć”. Odejść?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
9 kwietnia 2016
Fot. iStock/elenaleonova
 

„Czy ty na pewno wiesz, o co ci chodzi?” – spytała przyjaciółka, kiedy powiedziałam jej, że już dłużej nie dam rady. „Jesteście takim fajnym małżeństwem, nigdy nie mówiłaś, że coś się dzieje”. – Bo właśnie nic się nie dzieje – odpowiedziałam.

Bo tak jest. Żyjemy razem prawie 20 lat. Wszystko o sobie wiemy, trudno nawzajem siebie zaskoczyć Jesteśmy tak dla siebie przewidywalni, że łapię się na tym, że czasami go nie słucham, albo w myślach uprzedzam jego odpowiedź. Wiem, co lubi, a czego nie. On wie, co mnie wkurza – ale to nie zawsze idzie w parze, żeby właśnie tego, co mnie denerwuje nie robić.

Jesteśmy jak dobrze naoliwiona maszyna, w której każdy trybik zna swoje miejsce i wie, za co jest odpowiedzialny.

„Przecież masz taki spokój, tak ci bezpiecznie” – ciągnie przyjaciółka. A ja myślę ze złością, że tak. Że właśnie to mi najbardziej przeszkadza. Bo gdyby było inaczej nikt by mi nie mówił: „odbiło ci?”, „o co ci chodzi”, „przecież ten face to skarb”. Nie, wszyscy uważają go za świetnego faceta, przy boku którego nie można czuć deficytów? A jednak ja czuję przez co skazana jestem na uwagi w stylu: „a ty się dobrze czujesz?”.

No właśnie nie czuję się dobrze. Ale rzucone w powietrze „a ty się dobrze czujesz” już samo w sobie i w wypowiedzianym tonie niesie innym odpowiedź. A mnie szczerze nikt nie spytał, czy jestem szczęśliwa, czy kocham.

Codziennie budzę się z myślą: „nie chcę już tak żyć”. Ale też nie wiem, co mogłabym zmienić. Odejść? To takie proste – spakować walizki, powiedzieć – teraz chcę pobyć sama, chcę się zmierzyć ze sobą, bez ciebie, bez balastu, którym w tym momencie jest mi ten związek.

Ale nie potrafię. Nie umiem skreślić tego wszystkiego, co między nami  się wydarzyło, co było naszym udziałem. Mamy dzieci, mamy też siebie. Dużo wspomnień, mnóstwo cudownych chwil. Zabawnych. I trudnych. Wiem, że mogę na tobie polegać, ale tylko ode mnie zależy, jakie pole swojej własnej kontroli ci oddam. Czy w ogóle chcę oddać? Czy chcę decydować sama o sobie, bez ciebie. Nie iść już ze samą sobą na kompromisy, nie analizować zysków i strat dla ciebie, dla innych.

Stoję teraz na granicy. Na granicy przejścia na swoją własną stronę. Gdzie to ja będę ważna, gdzie nie będę już musiała szukać akceptacji u ciebie, zastanawiać się, jak każdy mój wybór wpływać będzie na twoje życie i twoją codzienność.

Mogę nadal budzić się z tym samym pytaniem i analizować, co jest nie tak. Czy zabija nas rutyna, w jakim stopniu się od siebie oddalamy, jak daleko jesteśmy. Mogłabym tak siedzieć i pozwolić, by narastała we mnie frustracja i niechęć do nas. Mogłabym doprowadzić do tego, że ciebie obwiniałabym za to, że jestem nieszczęśliwa, że mnie rozczarowałeś, że miałeś być na dobre i złe, a nie byłeś, gdzieś po drodze zostawiłeś mnie samą. I to osamotnienie tak bardzo mnie boli. Jestem zawiedziona, bo myślałam, że zawsze z entuzjazmem będziesz uśmiechał się do moich pomysłów i planów. A dziś wiem, że one nie są twoim udziałem. Że może czasami nawet nie traktujesz ich poważnie. Tobie jest dobrze, gdzie jesteś.

Usłyszałam ostatnio, że walczyć trzeba do końca. Że dopiero jak wyczerpiesz wszystkie możliwości możesz powiedzieć: „Nie udało się”.

I dziś już wiem, czego chcę. Chcę walczyć. Ale nie, nie o nas. Dzisiaj ja już chcę zawalczyć o siebie. O swoje plany i swoje marzenia. Chcę stanąć twardo na nogach nie oglądając się na ciebie i nie tłumacząc swojej życiowej stagnacji tobą. Że czegoś nie zrobię, bo jesteś ty. Bo co ty powiesz. Bo jak się zachowasz. Bo czy tobie moje wybory i decyzje nie będą przeszkadzały. Tak, zrozumiałam, że to nie o rutynę i nudę w związku chodzi, tylko o zamrożenie mojego własnego życia.

Dziś mam dość siebie takiej – która swoje plany czyni zależnymi od kogoś, kto może mieć zupełnie inną wizję własnego życia. Ty masz do niej prawo. Tak jak ja do swojej.

Może nie odejdę. Może pójdę swoją ścieżką. Zainwestuję w końcu w czas, który marnowałam na analizowanie, dlaczego czuję się nieszczęśliwą w siebie. A co się wydarzy z nami? Nie wiem, już nic nie zakładałam, nie czynię sobie żadnych obietnic i nie odgrażam się. Jeśli będziesz chciał dotrzymać mi kroku, być dla mnie wsparciem. Jeśli będę miała do kogo wracać – będę. Na pewno. Dziś, choć z tobą u boku, muszę iść własną drogą, bo jeśli tego nie zrobię uczynię siebie i ciebie nieszczęśliwymi.


Związek

„Mama zamieszkała w osobnym pokoju, ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. Kiedy miałam sześć lat mówiłam, że nie chcę ojca alkoholika”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
19 kwietnia 2016
"Mama zamieszkała w osobnym pokoju, ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. Kiedy miałam sześć lat mówiłam, że nie chcę ojca alkoholika"
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

Opowiem, wam jak wygląda życie z alkoholikiem z perspektywy obserwatora. Otóż w moim domu ojciec pije odkąd pamiętam. Jednak do mojej mamy to, że on jest alkoholikiem i że jego picie nie jest normalne dotarło cztery lata temu. To wtedy zamieszkała w osobnym pokoju. Ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. A, nie przepraszam – on jest mężczyzną i po prostu tak musi. Takie męskie potrzeby, które trzeba zaspokoić.

Kiedy miałam sześć lat mówiłam mamie, że nie chcę takiego ojca, że nie chcę z nim nigdzie wychodzić. Że jak już mam gdzieś iść to tylko z mamą. On pił. Najczęściej w weekendy. Zaczynał w piątek, kończył w niedzielę – późnym wieczorem. Słyszałam, że jestem nic nie warta. Tak wiem, zawsze chciał mieć syna, marzył o nim, a tymczasem urodziłam się ja. Dziewczynka. Kobieta, którą przecież zawsze pogardzał. Bo do dziś pogardza moją matką. Ona dla niego jest najgorszym śmieciem, który chodzi po ziemi. Mam przytaczać wszystkie epitety, którymi ją obrzucał? Kiedy mówił, że jest nic nie warta, że jest nikim, że do niczego się nie nadaje. Dla niej to nie była żadna nowość. Rodzice też ją mieli za nic. Ważniejsza była jej młodsza siostra.

Jak miałam sześć lat babcia mnie uderzyła, bo jej nie posłuchałam i poszłam z koleżanką. Nikt nie zareagował. Dla wszystkich było normą, że dzieci się bije. Przeprosiła po kilku latach, kiedy jej o tym przypomniałam.

„Twoje miejsce jest przy mężu” – słyszała, kiedy mówiła, że jej mąż pije. Przecież to nic wielkiego, trochę alkoholu w weekend. To on jest głową rodziny, a ona ma być służącą, która wypierze, posprząta i obiad pod nos poda.

Dlaczego kobiety są z takimi mężczyznami?

Dlaczego tak bardzo chcą być ofiarami przemocy psychicznej i seksualnej. Czy one nie widzą, że to nic dobrego? Że to nie jest normą takie traktowanie, że mają prawo zawalczyć o swoje szczęście? Pierwszy raz na policję zadzwoniłam, kiedy w weekend ojciec kopał w drzwi od mamy pokoju próbując się do niej dostać. Nie wytrzymałam. Już musiałam zareagować. Do mnie? Nie nigdy się nie dobierał. Czasami szarpał, kiedy jeszcze jako nastolatka dawała się mu sprowokować. Wtedy obrzucałam go wyzwiskami, mówiłam, że nienawidzę. Kopałam go po nogach i tłukłam pięściami. Później zrozumiałam, że to on był panem sytuacji. Że prowokując mnie miał poczucie, że mi na nim zależy. A mi nie zależy.

Zastanawiam się, kiedy zapije się na śmierć. Nie jest mi go szkoda. Tak, wiem, że alkoholizm to choroba, ale to nie zmienia faktu, że każdego alkoholika traktuję jak śmiecia. To jego życie, niech nie próbuje mnie w nie wciągać. Wystarczy, że moja mama chce cały czas o nim rozmawiać. Przychodzi do mnie do pokoju i mówi, że on pił, że wyszedł, że wrócił późno, a może za wcześnie. A ja nie chcę tego słuchać. Wtedy ona się denerwuje, wrzeszczy na mnie. Mówi, że mam się tak do niej nie odzywać. Czasami wpada w szał, gdy niechcący ją potrącę ramieniem, albo dotknę niespodziewanie.

Życie bez nadziei

Mama od dwóch lat choruje na depresję. Kiedy oglądamy film o normalnej rodzinie, gdzie rodzice przytulają rodziców, a mama z tatą się kochają, to mama zawsze płacze. Przytula mnie wtedy mocno i mówi, że kocha. Nie może zatrzymać tych łez. Nie wierzy, że ktoś jej pomoże. Ja nie chcę być jej rodzicem, chcę mieć swoje życie. Namówiłam ją na terapię, teraz w końcu ma dobrego terapeutę, wcześniejszy – mężczyzna – bronił ojca alkoholika. Nie chce wnieść pozwu o rozwód. Myślę, że cały czas ma nadzieję, że coś się zmieni, że on zrozumie, że ją kocha. Nie wiem, na co liczy. Przecież to się nigdy nie zmieni. Tyle lat ją poniżał, do dziś wykorzystuje seksualnie. Znęca się nad nią psychicznie. Ale ona znikąd nie dostała wsparcia. Terapeutka jej powiedziała: „Niech Pani spyta swoją matkę wprost, czy stanie po Pani stronie”. Usłyszała, że babcia chce tylko rozmawiać o dobrych rzeczach. Jasne, najlepiej wszystko zamieść pod dywan. Inni udają, że nie widzą, nie słyszą, nie chcą się wtrącać, bo to w końcu „nie ich sprawa”. Ja nigdy nie ukrywałam, że ojciec pije. Jeszcze w ogólniaku, kiedy kolega miał przyjść naprawić mi komputer, uprzedziłam, że ojciec jest alkoholikiem. Powiedział, że rozumie.

Dlaczego ofiara musi pozostać ofiarą?

Na alkoholizm jest ciche przyzwolenie. Czasami zastanawiam się, która z kobiet ma męża alkoholika. Mnie nikt nigdy nie spytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Kiedyś tylko wychowawczyni, gdy moja mama się przy niej rozpłakała, powiedziała, że to przeze mnie. Spytałam, czy wie, co mówi. Cisza. Nikt nie reaguje. Nawet sąsiedzi za ścianą, którzy słyszą awantury, krzyki i odgłosy demolowanego mieszkania. A przecież mogliby uratować komuś życie. A może im kiedyś też nikt nie pomógł.

Ja musiałam sobie pomóc sama. Dużo czytam, rozmawiam z psychologami, piszę maile do prawników. Na terapię nie poszłam, myślę, że nie jestem współuzależniona, nie jestem dzieckiem DDA. Kiedyś czytałam w jakie role wchodzą dzieci alkoholików – bohaterów, maskotek, błaznów. Do mnie żaden z tych opisów nie pasuje. Jestem sobą. Czy jestem podobna do ojca lub matki? Charakterem? Do żadnego z nich. Mam wiele swoich własnych cech, których im nie zawdzięczam. Unikam ludzi, którzy są ofiarami, którzy nie radzą sobie ze swoim życiem. Mam kolegę – chorował na depresję, a potem zaczął pić, nawet na maturę przyszedł pijany. Nie, nie zataczał się. Każdy pije na swój sposób. Faktycznie po alkoholu robił się bardziej towarzyski. Nie dałam się w to wciągnąć. Pisał do mnie SMS-y, jak mu źle, ile wypił.

Moja mama nigdy nie zaznała czułości ze strony swoich rodziców. Nie poznała prawdziwej miłości. Mówiła, że wiedziała, że ojciec pije wychodząc za niego za mąż. Ale przecież jej wartość stanowił mężczyzna u boku. A ten chciał przy niej być. I tak został.

A ona nie ma siły walczyć. Nie wierzy, że ktoś jej pomoże. Ja ją wspieram, zawsze jestem po jej stronie, ale nie chcę jej niańczyć. Mówię, że wyjadę za granicę, że ułożę sobie życie, a ona musi poradzić sobie w końcu sama, musi stanąć na nogi.

Ona zbiera na mieszkanie, ale zarabia najniższą krajową. Myślę o tym, żebyśmy zamieszkały razem, a z drugiej strony czemu to my mamy się wyprowadzać, czemu to jego nie eksmitują. Dlaczego ofiara musi zostać ofiarą, a oprawca ma zawsze lepiej? Ja nigdy nie będę ofiarą. Nigdy nie pozwolę się w ten sposób traktować. Jestem silna. Dam sobie radę. Nie powielę stereotypu mojej matki, choć babcia próbowała mi wmówić, że mam być grzeczna i słuchać tego, co mówią mężczyźni. Mężczyzna, w którym się zakocham musi szanować swoją matkę. To najważniejsze. Dziś mam 20 lat, wierzę, że stworzę normalną rodzinę. NORMALNĄ, nie taką jak moja.


Związek

Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 kwietnia 2016
Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności
Fot. iStock / chesterf

Czasami mam znowu 23 lata. Pamiętam zapach tamtych czasów. Dużo wspomnień to tylko zapachy. Skóra pachnąca słońcem. Świeżo opalona po jakimś pikniku w parku. Zapach jego włosów, dłoni. Zapach wieczornego powietrza pachnącego zbliżającą się wiosną. I intensywność poranków, tych nie do przewidzenia, nie do zaplanowania. Tych, którym daleko było od rutyny – parzenia kawy, budzenia dzieci, robienia kanapek.

Czasami tak cholernie tęsknię za przeszłością. Za jej nie przewidywalnością. Za energią tak naturalną, którą w sobie miała. Kiedy tak mało rzeczy się musiało, a tak wiele mogło. Kiedy jeszcze nie tworzyliśmy sobie ograniczeń. Ze wszystkim można było się uporać, wszystkiemu sprostać, a nawet jak się nie udało, to jakie to miało znaczenie. Łapało się kolejną rzecz i za nią szło.

Czasami tak bardzo mi smutno, że to już nie wróci. Że to szaleństwo, te głupoty, to śpiewanie w nocy, bieganie po deszczu, tańczenie do rana, dreszcz, który dotykał karku, kiedy nie chciało się myśleć co się powinno, a czego nie, że to już tylko było. Że nawet jak wraca to tylko na chwilę. Na moment i wtedy tę stratę odczuwam z potrójną siłą, wtedy do niej wracam. Bo na co dzień mam swoją rzeczywistość. Zamkniętą obowiązkami. Czasem, który toczy się mniej lub bardzie utartym rytmem. I na co dzień dobrze mi z tym, nie zauważam starty, nie tkwię w żałobie za tym, co minęło.

Czasami tylko płaczę do tych wspomnień. Do tych zapachów. Zwłaszcza, gdy wracają na chwilę, przez przypadkowe mniej lub bardziej spotkania. Kiedy przez chwilę znowu tam jestem. I kiedy nie chcę stamtąd wracać. Kiedy chcę być znowu tamtą dziewczyną. Bez ograniczeń. Z wirującą duszą, która nie ma zamiaru się zatrzymać. Z sercem bijącym mocniej i bardziej bolącym, bardziej czującym – bo więcej i mocniej, z głodem emocji, doznań i doświadczeń. Bez racjonalizmu, rzeczywistego oglądu sytuacji.

Czasami tak bardzo chciałbym tam uciec. Pogrążyć się w tym, co było i nie wracać do tego co tutaj. Czasami. Chciałabym tam zostać. Nie być tutaj wciśnięta między obiad a kolację. Ilość lekcji i tydzień wyznaczony zajęciami dzieci. Czasami chciałabym wrócić, żeby spróbować jeszcze raz. Żeby tym razem podjąć inne decyzje.

Czasami świadomość, że tylko raz mamy szansę boli tak, że nie mogę złapać oddechu. Budzę się z lękiem. Z tysiącem wątpliwości. I z pragnieniem powrotu do siebie z wtedy. Do tej wiary i energii, do pewności, że wszystko zależy tylko ode mnie, że za nikogo nie jestem choć przez chwilę odpowiedzialna. Tylko za siebie, za swoje wybory. Że decydując jestem szczera tylko wobec siebie i tylko o sobie mogę pomyśleć. Że nie muszę kalkulować, kogo skrzywdzę, ile osób mam przy sobie, czyje życie też zmienię lub nie zmienię wcale.

Czasami tak bardzo się boję, że już nic się nie wydarzy, że już nic się nie stanie. Że będę tylko smutno uśmiechać się do siebie z wtedy. Do tych zapachów. Do tych obrazów, dotyków. Że pozostało mi tylko być tu i teraz. I patrzeć do przodu z marną nadzieją zamiast pewności.

Czasami jestem tak bardzo zmęczona. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności. Tak bardzo się boję, że coś przegapię. Że utknę w tym co dzisiaj, co jutro. W tym zaplanowaniu, kontrolowaniu. W tej potrzebie ogarnięcia wszystkiego i wszystkich. W tym poczuciu obowiązku. W rutynie. Że obudzę się pewnego dnia i nie znajdę już radości. Że rozejrzę się wokół i okaże się, że tkwię w szarości, w smutnym dniu, gdzie niewiele rzeczy ma dla mnie większe znaczenie.

Czasami wpadam w panikę, że źle zadecydowałam, że źle wybrałam. Że pewnym rzeczom i ludziom powinnam pozwolić odejść, a innym się zbliżyć. Że nie dostrzegę szansy, albo że tak bardzo będę się bała jej wykorzystać, że sparaliżuje mnie strach i przekonanie, że właściwie to nie powinnam. I że przyjdzie kolejne „czasami”, które zaleje mnie łzami nad tym, co mogłam stracić, a czego nawet nie spróbowałam.

Czasami jeszcze pytam, czy zawiodłam samą siebie. Czy mając 23 lata polubiłbym siebie, gdybyśmy spotkały się przypadkiem. Boję się tego przeglądania. Tej szczerości, tego lekkiego skrzywienia, że może za mało we mnie odwagi, a za dużo ograniczeń. Tego krzyku 23-latki, że przecież wszystko możesz, że przecież wiesz, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Czasami tak bardzo chciałabym spróbować jeszcze raz. To „czasami” jest zamknięte w dzisiejszym dniu. W niepokoju, w wątpliwościach. To „czasami” przychodzi bardzo rzadko. Znam je. Kiedyś się bałam, uciekałam. Nie chciałam zmierzyć się z przyjrzeniem się sobie z tamtej perspektywy. I choć tak bardzo wiele boli, choć znowu tak wiele pytań stawiam sobie, to kocham to „czasami”, bo ono jest zawsze zapowiedzią nowego. Jest zapowiedzią zmiany. Jest przypomnieniem, że drugiej szansy już nie będzie. Że to ja wiem, gdzie chcę być. I że nadal – pomimo ograniczenia tej cholernej dojrzałości wszystko jest możliwe. Że warto o to walczyć. O szczęście. O siebie.