Związek

„Chciałam ci podziękować, że okazałeś się tchórzem. Że uciekłeś, zostawiłeś mnie”. List do kochanka

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 marca 2016
List do kochanka
Fot. Pexels / Unsplash / CC0 Public Domain
 

Kochany,

chciałam ci podziękować, że okazałeś się tchórzem. Że uciekłeś, zostawiłeś mnie. Tak, wtedy myślałam, że pęknie mi serce. Zapadłam się w otchłań. Jakby z tobą odeszła większość mnie samej. Tak bardzo wierzyłam w tę miłość. W te słowa, że teraz to już na zawsze, że ja jestem tą jedyną, tą wyjątkową. Że nigdy nie spotkałeś takiej kobiety jak ja. Że nadaję sens twojemu życiu. Że żadna inna miłość nie była tak dojrzała i tak świadoma.

Byłam smutną kobietą. Z dwójką dzieci. Wyczerpana codziennością. Tak, wiem. Tacy jak ty wyczuwają nas na odległość. Wiecie, że kilka komplementów, zapowiedź nowego, trochę ekscytacji i zainteresowania z waszej strony wystarczy, by nas zdobyć. A przynajmniej spróbować. Tobie się udało.

Ja wciśnięta między dom, pracę, obiad i sprzątanie łazienki. W związku, który – wszyscy tak obiecywali – po narodzinach dzieci w końcu wyjedzie z kryzysu. Ale nie wychodził. To był  czas, kiedy zapomnieliśmy o sobie, skupieni na dzieciach, swojej pracy, obowiązkach, które dalekie są od okazywania uczuć, czy choćby zainteresowania.

Jedno wyjście z przyjaciółką. Przyszedłeś z jej facetem na chwilę. Ale zostałeś cały wieczór. Odprowadziłeś do domu. „O czym marzysz?” – spytałeś. Wiesz, wtedy nikt od dawna nie pytał, czego ja chcę, o czym marzę, co dla mnie jest ważne. Było nieustanne MY albo WY. JA rozpłynęło się, zapomniało o sobie. Tym mnie zdobyłeś. Jednym pytaniem.

„Dawno nie spotkałem tak fascynującej kobiety”

Zaczerwieniłam się jak nastolatka. Bo ja? Interesująca? Z dziećmi, szarością dnia, planowaniem co na obiad, jakie rozrywki zapewnić dzieciom w weekend.

Dla mnie ty byłeś fascynujący. Z tą twoją wspinaczką. Wiesz, później często myślałam, że nie mogłeś stanąć na mojej drodze przypadkiem. Przypomniałeś mi moją miłość do gór. Byłeś tym, po co ja kiedyś chciałam sięgnąć, ale tego nie zrobiłam. Bo dom, bo rodzina, bo mąż, który wolał na ryby, niż w góry. I ta twoja energia, pewność siebie…

SMS: „Chciałbym ci coś pokazać”. Numer dostał od kolegi. Boże, nawet to mi imponowało, że szukałeś, dowiadywałeś się, jak się ze mną skontaktować. Zabrałeś mnie wtedy za miasto, w miejsce o którym nie miałam pojęcia. Mała ścianka. Wziąłeś cały sprzęt, żebym mogła spróbować wspinania. Ja. W spódnicy i szpilkach, bo przecież prosto z pracy. „Muszę dłużej zostać”, powiedziałam mężowi. I byłam wdzięczna, że nie zadawał pytań. Skończyło się na kawie na stacji benzynowej i moim opowiadaniu, jak jeździłam w góry jako nastolatka. I ty – wsłuchany w to co mówię. Tęskniłam całym ciałem za tą uwagą, za tym oderwaniem od tego co na co dzień, za odrobiną szaleństwa, za tym, co nowe.

„Zapisz się do nas na kurs”, powiedziałeś wtedy. Jakby ktoś podarował mi coś dotychczas nieosiągalnego. I przychodziłam.

Nie, to nie jest tak, że wy zdobywacie od razu. Dajcie złudne poczucie szacunku dla nas, dla tego, że jesteśmy matkami i żonami. Patrzyłeś mi w oczy, jakbyś chciał niemo spytać: „Czy jest dla mnie miejsce?”.

Jak magnes. Zostawiałam chore dziecko z babcią, bo musiałam do ciebie. Choć na wyciągnięcie ręki, choć pooddychać tym samym powietrzem. Zasypiałam myśląc o tobie i budziłam uśmiechając się do ciebie. Ale nie miałam odwagi zrobić kroku do przodu. Dzieci, mąż, rodzina. Co mogłeś mi dać. Zabawić się i wyrzucić. Wtedy jeszcze tak myślałam, choć już w to nie wierzyłam.

„Wyskoczymy na piwo?” – rzuciłeś od niechcenia po jakiś zajęciach. Musnąłeś moją rękę. Usiadłeś bliżej, bo ciasno. Myślałam: „Uciekaj”, ale ciało mnie nie słuchało. Poddało się tobie zupełnie. Tak spragnione pożądania. Namiętności. Chciałam wyłączyć głowę. „Jeden raz, tylko jeden. I to będzie koniec” – w głowie toczyła się bitwa. Z góry przegrana.

Zapomniałam, że jestem kobietą. Obudziłeś ją we mnie na nowo. Centymetr po centymetrze przypominałeś mi kim jestem, jak wyglądam i czego pragnę. „Na pewno? Chcesz tego?”, pytałeś jeszcze. Byłam ci wdzięczna, że myślisz za mnie, że nie zapominasz skąd przyszłam. Ale wtedy nie miało to zupełnie znaczenia. Byłam twoja, chciałam twoją być. Nie należeć do nikogo innego.

I przestałam należeć. Nawet do siebie. Matka i żona. Twoja kochanka. Wtedy nie chcesz myśleć, analizować. „Bierz, co życie ci daje”, tłumaczysz swoje wybory. A przecież nie bez przyczyny stanąłeś na mojej drodze. To musiało dziać się po coś.

Weekend w górach. Wieczór u ciebie. Sobotnie przedpołudnie, kiedy pisałeś: „Nie wytrzymam sekundy bez ciebie” i pospiesznie robione zakupy w sklepie pod twoim mieszkaniem. I dom, ze swoim rytmem, przewidywalnością. Taki odległy podczas godzin z tobą.

„Przecież życie masz jedno”,

powtarzałam patrząc na dzieci. „Taka miłość trafia się tylko raz” – myślałam robiąc śniadanie mężowi.

„Myślisz czasami, jakby to było, gdybyśmy byli razem?”, pytałeś. „Przecież jesteśmy” – odpowiadałam. „Ale nie tak, na zawsze, normalnie, jako rodzina”. Bałam się tak marzyć. Wyobrażać sobie, że mieszkamy razem, wychowujemy moje dzieci, a ja noszę w sobie twoje dziecko. Dopełnienie tej miłości.

SMS: „Czy w twoim życiu jest dla mnie miejsce?”. „O co ci chodzi?” – pytam zdezorientowana. Cisza. I moje SMS-y – kocham, tęsknię, nadajesz sens mojemu życiu, jesteś dla mnie najważniejszy. Nie mogłam wyjść, zostawić dzieci samych. Moje miejsce najpierw jest przy nich. Wtedy zobaczyłam to po raz pierwszy. Mnie, moje dzieci i ciebie. I męża. Smutno mi się przyglądał. Nigdy nie spytał. Płakałam w głos. Jakby ktoś wyrywał mi część duszy. Stałam w miejscu, z którego nie chciałam zobaczyć wyjścia. Zrozumiałam, że nie da się mieć i być, ale nie chciałam rozwiązania.

„Nie dam rady tak dłużej”, powiedziałeś. „Nie jestem w stanie unieść tego, że masz dzieci, męża, że to nie ja z tobą codziennie zasypiam, że nie budzę cię każdego dnia”. Skamlałam o zrozumienie. O czas. Aż wszystko się ułoży. Wtedy byłam gotowa odejść z dziećmi, wprowadzić się do ciebie, żebyś tylko był.

Chłód – to jedyne co od ciebie zaczęłam dostawać. Twoje „nie dzisiaj”, „nie mam czasu”, „umówiłem się już” było jak policzek, a ja uparcie nadstawiałam drugi. Zasłużyłam.

Nim powiedziałeś: „to koniec” wiedziałam, że on nadejdzie. Po twoim kolejnym SMS-ie; „Dzisiaj nie, muszę zawieźć przyjaciółkę na lotnisko”. Mąż spytał, czy zrobić mi herbatę. Spojrzałam na niego, jakby pojawił się nagle, nie wiadomo skąd. Całą noc przesiedziałam w fotelu. Tak wiem, nigdy nie zaproponowałeś – odejdź, wprowadź się do mnie, chcę z tobą być, z tobą ułożyć sobie życie. Ta manipulacja: a jak myślisz, a wyobrażasz sobie, jakby to było. Bez konkretów, bez propozycji z twojej strony.

Każde twoje: jadę z kumplami w góry, planujemy sylwestra pokazywało mi, że w twoim życiu prawdziwie nie było dla mnie miejsca. Matko, jaka byłam naiwna. Śmiałam się z siebie i płakałam nad sobą. Nie mogłam znieść tego upokorzenia, na które tobie pozwoliłam. Ten wstyd… Chciałam zwymiotować samą siebie. Przestać istnieć. Zabić w sobie to, jak na mnie patrzyłeś. Zapomnieć, co mówiłam, co czułam. Pogrzebać tę część siebie, którą tobie dałam. Zakopać. Odciąć.

„To koniec” – powiedziałeś. A ja nie zaprzeczałam. Twoje „Dziękuję” wywołało mój gorzki śmiech. Dziękuję k**wa. Za co? Za moją naiwność? Za to, że dałam się wykorzystać? Wtedy życzyłam ci, żeby spotkało cię to samo. Że karma wraca. A to co dajesz, odbierasz z potrójną mocą.

Ale dziś, po kilku latach chcę ci podziękować. Twój obraz się zatarł, mój wstyd również, choć nadal we mnie jest. Ale dzięki tobie zrozumiałam, co jest w moim życiu ważne, gdzie znajduję spokój i bezpieczeństwo. I że warto walczyć o tę miłość prawdziwą. Bo wiesz, mój mąż cały czas przy mnie był. Nigdy nie pytał. Czekał aż wrócę, aż zrozumiem. Wierzył w naszą miłość, kiedy ja przestałam, kiedy byłam pewna, że już dawno jej nie ma, a może, że nigdy nie istniała.

Przeprosił, za ten czas, kiedy go przy mnie nie było. Kiedy zapomniał o mnie, o moich potrzebach i marzeniach. A ja – przecież już wtedy na to nie zasłużyłam. Powinien wyjść, zamknąć drzwi i nigdy nie wrócić. Świadomość, jak bardzo go skrzywdziłam zostanie we mnie na zawsze. Ale jest też we mnie wdzięczność, za wybaczania, za przyznawanie się do naszych wspólnych błędów, za godziny rozmów, za siłę na budowanie nowego.

Dziękuję ci, że dziś nadal jestem w cudownym związku, który im dłużej trwa, tym staje się lepszy – pełen zrozumienia i akceptacji. Gdyby nie ty, nigdy bym tego nie dostrzegła, tę naukę musiałam wyciągnąć dla siebie. Czy było warto? Dla ciebie – nie, wolałabym nigdy cię nie spotkać, ale jeśli już tak się zdarzyło i tak skończyło – dziękuję, że byłeś, że dzięki tobie dzisiaj jestem szczęśliwa.


Związek

„Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć”. Eurosieroty też mają serca

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 marca 2016
"Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć". Eurosieroty też mają serca
Fot. iStock / Mixmike
 

Długie, ciemne włosy, modna bluza i oryginalne trampki. Nastolatka jakich wiele, może tylko wygląda dość dojrzale jak na swój wiek. W rozmowie raz uważna, za chwilę ucieka gdzieś myślami. Czasem się waha, czasem wyraźnie kluczy i waży słowa. Mówiąc, od czasu do czasu zanosi się charakterystycznym kaszlem… palacza. – Przepraszam – wyjaśnia bez skrępowania – próbuję rzucić, ale nie umiem. To mnie tak uspokaja. Ma 16 lat, od siedmiu mieszka jedynie  z prababcią. Jest jedną z ok. 400 tys. eurosierot, czyli dzieci, których rodzice wyjechali „za pracą” zostawiając swoje pociechy pod opieką kogoś z rodziny.

Jej mama wyjechała do Anglii pracować jako pielęgniarka w londyńskim szpitalu. Bardzo dobra w swoim fachu, młoda i energiczna szybko oceniła, że tu nie zarobi tyle, by spokojnie utrzymać siebie i córkę (z ojcem Ali rozstali się jeszcze przed jej urodzeniem). Ambitna (tę cechę przekazała w genach swojej córce) w pół roku doszlifowała język i wsiadła w samolot łapać życiową szansę. Pozytywnie przeszła proces rekrutacyjny, zakwalifikowano ją do specjalnego programu adaptacyjnego. Dostała godne warunki pracy i dostęp do szkoleń, o których tu mogła tylko pomarzyć. Ma jasny plan: kiedy Ala skończy liceum, zabierze ją do siebie do Anglii. I tu jest punkt zapalny. Bo Ala nie chce zrozumieć, jaka to dla niej szansa. Bo Ali się ubzdurało, że jej życie jest w Polsce. Bo Ala ma tu przyjaciół i prababcię, z którą się bardzo zżyła.

Co cię wkurza

– Ala, a ty masz chłopaka? – pytam, kiedy dziewczyna sprawdza coś nerwowo w telefonie. Nieśmiały, piegowaty uśmiech pojawia się na jej twarzy. – Mam Kacpra. Już prawie rok. Teraz jest w równoległej klasie w tej samej szkole. Bardzo mi to pomaga, że mam kogoś bliskiego. Bunia (prababcia Ali dostała przydomek z ukochanej lektury obu pań – „Mikołajka” – przyp.red.) jest najukochańsza, ale ona już trochę nie ogarnia. Z nią można porozmawiać o tym, jak było kiedyś. I lubię, kiedy opowiada mi o tym, jak to było, kiedy się urodziłam. Bunia trzyma moje i mamy zdjęcia na stoliczku przy łóżku, wydrukowane i oprawione w ramki. Strasznie mnie to rozczula. Albo w takich starych albumach, które oglądamy zawsze w sobotę wieczorem. Czy mogę z nią porozmawiać o wszystkim? No o seksie na pewno nie. Bunia jest damą i TYCH rzeczach nie gada. Przepraszam: nie rozmawia. W zeszłym roku Bunia skończyła 85 lat. Czasem zachoruje i wtedy trzeba się nią zająć. Lubię się nią opiekować, wtedy czuję, jak bardzo jestem komuś potrzebna.

Mama nie lubi Kacpra, myślę, że jest zazdrosna. Jak przyjeżdża, zaraz ma pretensję, że chcę wyjść do niego zamiast z nią siedzieć albo lecieć do galerii po zakupy. Kiedyś mnie te zakupy z nią kręciły, dzisiaj nie mam z tego radości. Denerwuje mnie strasznie takie nadrabianie na siłę tego czasu, kiedy jej nie ma. I zaraz się zaczyna kontrola, latanie do nauczycieli, czy na pewno mam cały czas dobre wyniki, bo jak się opuściłam, to może będzie mniej punktów na maturze i cały misternie uknuty plan, żeby mnie TAM zabrać, weźmie w łeb.  Nie lubię też rozmów przez Skype, takich „ to co u ciebie, córeczko, jak sobie radzicie, a co wam przywieźć…”.  No radzimy sobie, już siedem lat. Nie zauważyłaś, mamo? Teraz to już bez sensu się dopytywać. A co możesz mi przywieźć? Może jeszcze jeden Tower Bridge do sklejania. Albo jeszcze jedną bluzę GAP-a, którą za twoje pieniądze mogę sobie kupić tutaj. Nic mi nie możesz dać, czego bym tu nie mogła dostać. Czasem po prostu Skype ustawiam na „niewidoczny” i mam spokój.

Co cię martwi

Pamiętam jak dostałam okres, pierwszy raz. Wiedziałam trochę od mamy, jak to będzie wyglądało, ale i tak byłam przerażona. Płakałam, myślałam, że umieram albo, że coś jest nie tak. Próbowałam się do niej dodzwonić, ale nie odpowiadała, miała coś ważnego w pracy. To wtedy chyba do mnie dotarło tak najmocniej, że ja mam mamę, ale nie tak jak moje koleżanki. Mam ją jak ładny obrazek na ścianie. Jest, mogę sobie na nią popatrzeć: na zdjęciu albo na ekranie komputera. Ale nie czuję jej obecności. Nie mogę przytulić, kiedy nie mam siły albo jest mi bardzo smutno. Nie naklei mi plasterka na zdarte kolano. Ja wiem, że dzięki niej mamy wszystko. Ale przytulam Bunię i to nie to samo. I babskie gadanie z Bunią nie jest takie, jak u mojej przyjaciółki w domu. Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć.

Martwię się, że nie umiem już z mamą rozmawiać. Kiedyś to było prostsze. Czekałam tylko na to, jak będzie mogła wyrwać się stamtąd i przyjechać. Wyjeżdżałyśmy po nią z  Bunią na lotnisko.  A teraz wolę, kiedy jest tam, dalej. Łatwiej mi wysłać do niej SMS: wszystko w porządku, Kocham Cię. I jej chyba też jest tak łatwiej. „Kocham cię, córeczko, niedługo będziemy razem” – napisała dwa dni temu. A ja właśnie nie chcę być z nią tam.

Czego nie mówisz

Nie zwierzam się mamie. Ona pytała długo o koleżanki, o Kacpra, o to, czy mam jakieś problemy. Mówi, że zawsze mogę na nią liczyć. Ale to tylko słowa, bo przecież nie wsiądzie w kapciach do samolotu i nie zjawi się tu za chwilę. Dlatego, jak coś się dzieje, nie mówię. Po co? Myślę, że ma o to do mnie pretensję. Wydaje jej się, że ma nad wszystkim kontrolę, tak naprawdę coraz mniej o mnie wie. I nie powiedziałam jej nigdy jak bardzo płakałam, kiedy nie dojechała na święta. Ale nie będę o tym mówić, bo nie umiem.

I jeszcze tego, jak kilka dziewczyn z klasy w gimnazjum zabrało mi ciuchy od niej. Zagroziły, że utrudnią mi życie. To była ostatnia klasa, nie chciałam kłopotów. Zawsze wybieram spokój.

Jak się zakochałam, zadzwoniłam powiedzieć o tym mamie. Była przerażona. Pierwsze o co spytała, to czy się zabezpieczam. A my wcale nie chodzimy ze sobą do łóżka!

I nie mówię jej, że bardzo tęsknie. Czasem zakładam jej sweter, taki za kolana i pryskam się jej perfumami Be Delicious. Zawsze jak przyjeżdża to się dziwi, że ubywa. A to ja się psikam. Zakładam na siebie po troszeczku jej zapachu. Jakbym się w nią ubierała na chwilę.linia 2px

Polskie eurosieroty to nie fikcja. Aż jedna piąta polskich uczniów ma przynajmniej jednego z rodziców, który wyjechał do pracy za granicę na co najmniej kilka tygodni. *

www.wyjechali.pl – strona internetowa, która powstała po  to, by wspierać dzieci i młodzież, których rodzice wyemigrowali za granicę.


 

*Źródło: badanie „Dziecko, rodzina i szkoła wobec migracji rodzicielskich: 10 lat po akcesji do Unii Europejskiej”


Związek

Worek na zabawki i mata do zabawy w jednym od marki Play& Go

Redakcja
Redakcja
6 marca 2016
Fot. Materiały prasowe

Koncepcja marki

Worki na zabawki i mata do zabawy w jednym pomogą utrzymać porządek w każdym dziecięcym pokoju. Stanowią oryginalne miejsce do przechowywania i zarazem do zabawy! Są funkcjonalne,
a przy okazji tak proste w obsłudze, że dzieci je uwielbiają! Jak je rozpoznać? – są kolorowe i mają przepiękne, oryginalne, designerskie wzory.

f7e41a25f7-1000x1000Produkt

W takim worku łatwo schować klocki, samochodziki, pluszaki czy inne zabawki. Można go łatwo złożyć, rozłożyć i przenieść w inne miejsce. Po rozłożeniu worek w jednej chwili zmienia się w matę do zabawy dla dzieci. Worek marki Play&Go można zabrać ze sobą na wakacje, do znajomych, na wizytę do dziadków czy do parku. Każde dziecko może znaleźć własne, oryginalne zastosowanie dla takiego worka w swoim pokoju. Można go powiesić,  schować pod łóżkiem czy po prostu położyć na podłodze. Worek Play&Go służy również dzieciom do nauki samodzielnego sprzątania pokoju – wystarczy wrzucić do niego zabawki i gotowe!

Nowoczesny design

Worki są wykonane z wytrzymałego płótna i mają przepiękne wzory –  w asortymencie marki Play&Go oprócz worków jednokolorowych znajdziemy worki we wzór pandy, wąsów, kolorowych zygzaków, rombów, lotki od badmingtona, kotwicy czy superbohaterów. Worki zachwycają nowoczesnym designem. Trzy autorskie wzory zaprojektowali znani projektanci: Bakker Made With Love, My name is Simone  i Eef Lillemor.

Play&Go

Fot. Materiały prasowe

www.bakkermadewithlove.com – worek ze wzorem badmington,

www.mynameissimon.com – worek ze wzorem superbohater,

www.eeflillemor.nl – worek ze wzorem panda.

O marce Play&Go

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Play&Go to belgijska marka, która oferuje kolorowe, inspirujące produkty dla dzieci i do domu. Marka rozumie, jak ważna jest rola zabawy i rozwijania kreatywności u dzieci. Projektuje i tworzy designerskie produkty wysokiej jakości, które sprawiają dzieciom radość i wywołują na ich twarzach uśmiech.

Wybierz  swój ulubiony wzór i baw się razem z marką Play&Go!

Rozmiar worków to 140 cm.


Zobacz także

Nie ma cudzych recept na moją własną miłość. To się, psze pani, samo leczy

„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością

Zazdrość? Kochanie, nie bądź śmieszna!

Co potrafi zniszczyć idealny związek? Warto czasami przyjrzeć się uważniej

Co potrafi zniszczyć idealny związek? Warto czasami przyjrzeć się uważniej