Związek

7 dowodów na to, że jesteś szczęściarą, bo twój facet naprawdę cię kocha

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 lipca 2016
Fot. iStock/Georgijevic
 

Tylko jak przekonać się, że facet, który pije z tobą poranną kawę, to ten, który już będzie na zawsze. Ile jesteście lat razem? Krótko? Czy może to związek z wieloletnim stażem, który wiele dobrych i złych rzeczy ma za sobą i ty mimo wszystko patrząc na niego ciągle myślisz: „Kurde, jak ja go kocham”.

Ach gdyby mieć tę pewność. My kobiety potrzebujemy nieustannie dowodów miłości, potwierdzania, że uczucie nie wygasa, że ciągle i ciągle jesteśmy kochane, ważne i atrakcyjne.

Każda z nas oczekuje czegoś innego, jednak jest kilka cech wspólnych dla faceta, który kocha i kochać nie przestanie.

Czy jesteś szczęściarą, bo masz przy sobie faceta, który:

– jest zaangażowany w wasz związek

To nie jest facet, który kwituje twoje zachowanie: „Znowu masz focha?”, „O co ci znowu chodzi?”. Nie udaje, że nic się złego nie dzieje, wręcz przeciwnie – chce zrozumieć, co się stało, chce wiedzieć, z czego wynika twój nastrój. Jasne, że to nie jest łatwe i nie zawsze się udaje, ale masz poczucie, że on nie odpuszcza, nie zamyka się w sobie i nie zamyka się na ciebie.

– nie unika problemów

On nie czeka, aż wybuchniesz, aż jemu się w końcu uleje. Nie zamyka szczelnie swoich negatywnych emocji, wręcz przeciwnie mówi o nich i wysłuchuje tego, co ty masz do powiedzenia. W takim związku nie istnieją „ciche dni”, co najwyżej minuty, w których odliczacie, żeby uspokoić nerwy i móc wtedy porozmawiać dążąc do rozwiązania problemu, a nie jego podsycania. On nie powie tobie: „Przesadzasz”, „Taka głupota cię wkurza?”. Facet, który kocha – szanuje uczucia drugiej osoby, który rozumie, że problemy także określają i definiują waszą relację.

– zwraca uwagę na drobne rzeczy

Pewnie, gdyby był sam, nie przeszkadzałyby my skarpetki w dziennym pokoju, opakowanie po pizzy w kuchni od dwóch dni, klejąca podłoga i brudna kuchenka. Ale on wie, że tobie takie rzeczy przeszkadzają, że cię denerwują i że zależy ci choćby na tym, żeby zamiast opakowania po pizzy w kuchni, w lodówce znajdowały się rzeczy, z których można zrobić zdrowe śniadanie. Dlatego o to dba. Robi zakupy, posprząta, dla niego to jest naturalne. Wiesz co jeszcze robi? Nie włącza w aucie muzyki, której nie lubisz, a której on słucha, gdy jeździ sam. Zobacz, niby nic, a jednak jego miłość składa się z tych małych rzeczy.

– stara się ciebie zrozumieć

Nie mówi, że to fanaberia, że nie potrzebnie coś roztrząsasz, czymś się przejmujesz. Najpierw chce cię zrozumieć, niejako wejść w twoje buty, pyta, rozmawia, słucha. I dopiero wtedy, jako osoba, która jest w stanie spojrzeć obiektywnie na twoje problemy, udzieli ci rady, którą możesz wykorzystać. Wiesz po prostu, że nie zbędzie cię jakimś wyświechtanym komunałem i że na jego próbę zrozumienia sytuacji możesz liczyć.

– chce, żebyś dobrze się przy nim czuła

To ten facet, który nawet jak wiesz, że źle wyglądasz powie ci taki komplement, że znowu poczujesz się piękna. On nie zatrzymuje wszystkich dobrych rzeczy, których o tobie myśli dla siebie. Bo co z tego, że one są w jego głowie. Wie, że kobieta, którą kocha potrzebuje słów, które będą jej nieustannie przypominać, że jest dla niego wyjątkowa.

– wiele rzeczy obraca w żart

To nie znaczy, że cię lekceważy. Wie, że każde z was popełnia błędy, że czasami powie coś, czego zupełnie nie chciało. Nie robi problemów z jakiś małych rzeczy, wręcz przeciwnie – śmieje się z nich mówiąc chociażby: „No jeszcze tego brakowało, żebyśmy się o to pokłócili”. I choć możesz być przez moment na niego wkurzona, to jednak za chwilę oboje się śmiejecie z całej sytuacji.

– wie, kiedy powinien być  poważny

To, że dużo się śmiejecie, nie sprawia, że on traci granicę, kiedy naprawdę cię zrani. Nie mówi: „Oj tylko żartowałem”, kiedy widzi, że ciebie naprawdę czymś dotknął. Umie przeprosić, umie przyznać się do błędu. Nie zostawia ciebie ze złymi emocjami, z poczuciem krzywdy i bólu, tylko chce to naprawić, porozmawiać o tym. Trudno żyć razem w całkowitej sielance. Wiadomo, że takie sytuacje też się zdarzają, ale on wie, kiedy przesadził, kiedy powiedział o jedno słowo za dużo. I stara się nie skrzywdzić już ciebie w ten sposób szanując twoje uczucia.

To nie jest obraz idealnego faceta – wiemy, że takich nie ma. To dowody na to, że on kocha, tak naprawdę i głęboko, że jesteś ważna w jego życiu i traktuje cię jak jego nieodłączną część. Warto o tym pamiętać, by wiedzieć, jakie to szczęście, mieć obok siebie tak kochającego faceta.


Związek

„Wczoraj chciałam odebrać sobie życie, jutro je komuś uratuję”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
20 lipca 2016
"Wczoraj chciałam odebrać sobie życie, jutro je komuś uratuję"
Fot. iStock / Enrico Fianchini
 

Samobójstwo, anoreksja, przemoc domowa… Czy dziecko obciążone taką historią może wyjść na prostą i odczarować swoją przeszłość? Nasz bohaterka, która ze względu na rodzinę woli zostać anonimowa, ciągle uważa, że to właśnie dzięki temu, co spotkało ją kilkanaście lat temu, dziś jest tak silna. O swoich przeżyciach opowiada z uśmiechem na twarzy, choć w zielonych oczach czai się gdzieś nutka goryczy i smutku. Rodzice nie dawali jej szansy na normalne życie, ale ona na przekór wszystkim i wszystkiemu jest dzisiaj wzorową studentką ze świetnie zapowiadającą się karierą, a do tego za kilka tygodni uratuje komuś życie.

Wszystko zaczęło się w dniu moich narodzin, to taki symbol wszystkiego co złe dla całej rodziny. Tamtego dnia ojciec pierwszy raz wyjechał w trasę międzynarodową i od tej pory się nad nami znęcał – bił, poniżał, groził śmiercią, a my posłusznie robiliśmy wszystko to, co mówił. Ze strachu, początkowo może nawet słabości… Jakby tego było mało, jako jedyna z rodziny jestem do niego podobna i dlatego matka ciągle powtarzała, że skończę jak on, że każdy kto się ze mną zwiąże, moja rodzina, przyjaciele, będą cierpieć jeszcze bardziej niż my wtedy. Wpojono mi ogromną nienawiść do siebie samej, naprawdę wierzyłam w każde ich słowo; że kłótnie, każde uderzenie jest przeze mnie. No bo jak miałam nie wierzyć? Byłam dzieckiem.

Kiedy teraz myślę sobie o tym wszystkim, co wtedy się działo i słucham wykładów z psychologii o wpływie dzieciństwa na nasze całe życie, myślę sobie, że powinno mnie tu już dawno nie być. Zresztą mało brakowało… W wieku 12 lat chciałam popełnić samobójstwo. Wcale nie dlatego, że nie chciałam żyć – broń Boże! Ja tylko nie chciałam, żeby moi bliscy cierpieli, bo to ja byłam powodem ich wszystkich nieszczęść. Przecież to ja prawie zabiłam brata, a przynajmniej tak wmawiali mi rodzice. Nie, nie naskoczyłam na niego z nożem, ani nie utopiłam w wannie. Zaraził się ode mnie świnką, po której miał zapalenie opon mózgowych. Mama powiedziała, że on umiera przeze mnie, nie tłumacząc o co dokładnie chodzi i dlaczego przez dwa miesiące leżał w szpitalu. W głowie ułożyłam sobie idealny scenariusz.

Samobójstwo było genialnym planem i do tej pory uważam, że była to najlepsza decyzja w moim życiu, bo to ona zaważyła na tym, jak dzisiaj postrzegam samą siebie – po długim czasie zrozumiałam o jak ogromnej sile ta decyzja świadczyła. Nie byłam załamana, nie chciałam uciekać, zupełnie nie. Jako 12-letnie dziecko postanowiłam umrzeć dla mojej rodziny, dla ich szczęścia. Pewnego dnia poszłam do dziadka, żeby, jak przystało na dobrą wnuczkę, zrobić porządek w jego mieszkaniu. Nikogo nie było w domu, więc mogłam spokojnie zażyć wszystkie możliwe tabletki, jakie miał dziadek. Był  80-letnim inwalidą wojennym, łykał tego sporo; narkotyczne, na serce, na sen… Moje życie to jednak mieszanka ironii losu i sarkazmu. Znalazła mnie mama, która przy okazji zakupów chciała wykupić także leki dla dziadka. Musiała wrócić do niego po legitymację inwalidzką. Nie myśl, że to był zwrot w naszych relacjach, o nie! Pierwsze co usłyszałam po wybudzeniu w szpitalu to „znów mamy przez ciebie kłopoty”. Słodko, prawda?

Przełom w moich relacjach z rodziną nie nastąpił, ale ja bardzo się zmieniłam. Zrozumiałam, że ich nieszczęście nie jest moją winą, a cokolwiek bym nie zrobiła, oni będą tak uważać. Wtedy zaczęła się moja największą walka o samą siebie, bo wcześniej walczyłam o miłość rodziny. Robiłam wszystko, żeby mnie zauważyli – od nauki, zajęć dodatkowych, aż po pracę, żeby było im łatwiej. Wtedy też wpadłam w anoreksję. Im mniej mnie było w lustrze, tym lepiej. To śmieszne, ale wyjść z tego bagna pozwoliło mi dopiero zrozumienie tego, co zrobiłam mając dwanaście lat, co chciałam zrobić dla swoich najbliższych. To takie poczucie, że jednak mogę wszystko, że jestem cholernie silna i nikt nie jest w stanie mnie pokonać. Kilka miesięcy temu pierwszy raz, z czystym sumieniem spojrzałam w lustro. Polubiłam siebie.

W szkole zawsze patrzono na mnie jak na silną, przebojową dziewczynę, dążącą do celu. W moim przypadku to chyba kwestia wybuchowej mieszanki. Zawsze byłam szczera, bez obaw wyrażałam swoje zdania, taki typ buntowniczki. Otoczenie widziało wszystkie kłody rzucane mi pod nogi, spora część znajomych dość oględnie znała też moją sytuację domową.

Ja jednak ciągle szłam dalej, niezależnie od wszystkiego. To pewnie jakiś rodzaj uporu, ale nie ślepego. Po prostu, kiedy napotykam przeszkodę (a zazwyczaj z moim szczęściem są to kataklizmy) – nie cofam się. Nie dopuszczam do siebie opcji: poddam się. Nie mówię: „nie poradzę sobie”, tylko: „chyba muszę pokombinować i zrobić trochę inaczej”.Ludzie przeważnie w trudnych momentach załamują się, stają w miejscu lub co gorsze – cofają się i uciekają. A to przecież nie jest wyjście.

Zaczęłam angażować się w różne akcje. W szkołach były debaty, warsztaty, spotkania – uwielbiałam być organizatorką! Mogłam wtedy negatywną energię przekłuć w coś dobrego, czasem nawet bardzo dobrego. Na studiach poznałam dziewczynę, która była oficjalnym ambasadorem DKMS. Dużo rozmawiałyśmy, a mnie w głowie pojawiły się setki pomysłów. Przez trzy lata zrobiłyśmy około pięciu dużych akcji. W jednej mieliśmy najlepsze wyniki w Polsce, co zrekompensowało mi całe cztery dni bez snu. Zawsze uważałam, że należy pomagać innym i sprawiać by byli szczęśliwi. Naprawdę wierzyłam, że nasze akcje i rejestracja potencjalnych dawców ma sens, bo czasami to jedyny sposób żeby komuś uratować życie.

Nie mogłam być gołosłowna. Zarejestrowałam się na drugiej zbiórce dawców, chociaż od samego początku i poznania metod pobrań, czy tego z czym w ogóle wiąże się rak krwi byłam na to zdecydowana. Cztery dni temu dostałam wiadomość, że mam bliźniaka genetycznego, że mogę pomóc. Do teraz na myśl o tym telefonie mam ciarki! To było niesamowite… Nie czułam strachu, ale ogromną radość i spełnienie. Bo jednak te wszystkie organizowane akcje, moja ciężka praca miały sens! Jedyne czego się boję, to że w czasie dokładnych badań okaże się, że nie mogę być dawcą, że nie mogę pomóc…  Ale jestem pełna nadziei i wiary, że będę mogła uratować komuś życie, choć kiedyś sama chciałam je sobie odebrać.

Z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Dzieciństwo nieźle mnie zahartowało. Lubię myśleć, że moja siła bierze się z tego, że nie uciekam i biorę wszystko na klatę. Oczywiście nie dążę do celu z uporem maniaka. Pomimo utraty moich najważniejszych celów idę dalej i okazuje się, że za horyzontem pojawiają się nowe, lepsze drogi. Brat kiedyś mi powiedział, że jestem jak kleszcz -dawno powinnam zginać, a potrafię przeżyć w każdych warunkach. Trafne porównanie! Przez życie trzeba iść z uśmiechem i autoironią, więc ot co, jestem kleszczem!

Wysłuchała: Agnieszka Sierotnik


Związek

Wakacyjny poradnik jodowy: 5 prostych zasad!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
19 lipca 2016
Fot. iStpck / AntonioGuillem

Wakacje to czas odpoczynku od obowiązków, który chętnie wykorzystujemy na letnie wycieczki w gronie rodziny lub przyjaciół. Warto zadbać o to, aby ten czas był nie tylko przyjemnością „dla ducha”, lecz także przyniósł korzyści dla ciała. Słoneczna pogoda zachęca do aktywności fizycznej, a spacery brzegiem morza będą doskonałym sposobem na dostarczenie organizmowi potrzebnego mu jodu.

Jod jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Wchodzi w skład hormonów tarczycy, które odpowiadają m.in. za regulację przemiany materii oraz rozwój i funkcjonowanie układu nerwowego. Niedobór tego pierwiastka manifestują zaburzenia związane z niedoczynnością tarczycy (nadmierna senność, zwiększona masa ciała, obniżenie wydolności intelektualnej), zaburzenia rozrodczości u kobiet, jak również opóźnienie rozwoju psychicznego i fizycznego dzieci i młodzieży.

Gdzie zatem szukać źródeł jodu? Mikroelement ten możemy przyjmować wraz z dietą lub uzyskiwać z powietrza – przez błony śluzowe i skórę. Niestety, większość produktów spożywczych zawiera niewystarczającą ilość tego pierwiastka.

Polska jest krajem, w którym zasoby jodu w środowisku naturalnym są ograniczone. Na obszarach, gdzie występują niedobory tego pierwiastka, pojawia się konieczność uzupełnienia diety w jod – mówi dr inż. Katarzyna Stoś, prof. nadzw. Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ).

Jego zawartość w żywności uzależniona jest od stężenia jodu w środowisku, dlatego też głównie ryby morskie mają jego stosunkowo dużo: 100 g dorsza dostarcza 110 µg (mikrogramów) jodu, taka sama ilość mintaja – ok. 100 µg, a w przypadku łososia lub makreli jest to ok. 40 µg. Niektóre sery żółte lub pleśniowe mogą zawierać 40 µg jodu w 100 g produktu pod warunkiem, że pochodzą z mleka od krów żywionych paszą bogatą w jod. Źródłem jodu mogą być ponadto wody mineralne, suplementy diety i leki.

W ramach uzupełniania niedoborów tego ważnego pierwiastka w Polsce wprowadzono obowiązek jodowania soli  kuchennej. Należy jednak uważać, aby utrzymać spożycie soli w zalecanych normach (na bardzo niskim poziomie).

Wobec upowszechniania w Polsce zaleceń do obniżania spożycia soli kuchennej z powodu znacznego zagrożenia populacji chorobą nadciśnieniową i niektórymi nowotworami, przyjęto, iż poziom jodowania soli winien być na tyle wysoki, aby – przy niskim jej spożyciu – zapotrzebowanie na jod mogło być w pełni pokrywane. Przepisy nakazują również, aby preparaty do początkowego i dalszego żywienia niemowląt zawierały odpowiednie ilości jodu – podkreśla dr inż. Katarzyna Stoś, prof. nadzw. IŻŻ.

Chociaż dzienne zapotrzebowanie dorosłego człowieka na jod wynosi 150 µg, to jednak trudno zapewnić organizmowi wysoką podaż tego składnika. Dlatego tak cenny jest pobyt nad morzem – dla większości z nas możliwy tylko w wakacje. Urlop to zatem dobry moment, aby zastanowić się, czy ilość jodu w naszej diecie jest wystarczająca, a także by dowiedzieć się, jak można uzupełnić jego niedobory w organizmie.

Eksperci Instytutu Żywności i Żywienia, w ramach projektu edukacyjnego Zachowaj Równowagę, zalecają taką kontrolę przede wszystkim tym, którzy ze względów zdrowotnych świadomie eliminują sól z diety (nadciśnieniowcy i osoby z innymi chorobami serca lub nadwagą), jak również osobom chorującym na niedoczynność tarczycy.

Jak zatem skutecznie zapobiegać niedoborom jodu? Poniżej przedstawiamy rady i zalecenia ekspertów IŻŻ. Warto je zapamiętać, by uchronić zarówno siebie, jak i swoje dzieci przed poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. 

Wakacyjny poradnik jodowy: 5 prostych zasad!

Jak uchronić się przed niedoborem jodu: 

  1. Jedz owoce morza, w tym ryby morskie, np. 100 g dorsza atlantyckiego dostarcza aż 110 µg jodu (dzienne zapotrzebowanie na jod to 150 µg).
  2. Biegaj lub spaceruj brzegiem morza. Aktywność fizyczna w połączeniu z wdychaniem powietrza bogatego w jod niosą wiele korzyści dla Twojego organizmu.
  3. Zbadaj poziom hormonów tarczycy, np. TSH, aby sprawdzić, czy Twoja tarczyca funkcjonuje prawidłowo. Na wizycie u endokrynologa otrzymasz wszystkie potrzebne informacje.
  4. W razie potrzeby stosuj suplementy diety, ale pamiętaj o wcześniejszej konsultacji z lekarzem.
  5. Czytaj etykiety, by sprawdzić ilość soli w produktach. Pamiętaj, że sól kuchenna jest źródłem jodu, w odróżnieniu od soli stosowanej w przetwórstwie spożywczym.

Zachowaj Równowagę to realizowany przez Instytut Żywności i Żywienia projekt edukacyjny, którego pełna nazwa brzmi: „Zapobieganie nadwadze i otyłości oraz chorobom przewlekłym poprzez edukację społeczeństwa w zakresie żywienia i aktywności fizycznej” (2011–2016). Projekt jest współfinansowany przez Szwajcarię w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy (SPPW) z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Jego całkowity budżet wynosi 5 294 000 CHF, z dofinansowaniem strony szwajcarskiej w wysokości 4 500 000 CHF (85% kosztów) i z budżetu Ministerstwa Zdrowia (15% środków). Partnerami projektu są: Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie, Polskie Towarzystwo Dietetyki i Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Więcej informacji na temat projektu Zachowaj Równowagę na stronie: www.zachowajrownowage.pl

Więcej informacji o Szwajcarsko-Polskim Programie Współpracy na stronie: www.programszwajcarski.pl

Aplikacja mobilna Asystent Zdrowego Żywienia do pobrania za darmo na telefony z systemem Android: http://bit.ly/zachowajrow


Zobacz także

Rzeczy, których ludzie w zdrowych związkach nigdy, przenigdy, nie robią. Akcja #ListMiłosny

Wiesz, Kochany, czasami myślę o tej naszej miłości…

Dlaczego mężczyźni zdradzają? Podobno jest 12 powodów, dla których to robią