Zdrowie

Upadło ci coś do jedzenia? Nie żałuj i zapomnij o zasadzie „5 sekund”

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
30 września 2016
Fot. iStock / el_clicks
 

Każda z nas słyszała o zasadzie „5 sekund”. Jej zwolennicy uparcie twierdzą, że gdy coś smakowitego upadnie na ziemię/podłogę/dywan to szkoda wyrzucać. Po czym następuje natychmiastowy skłon, podniesienie, dmuchnięcie i nieszczęśliwy upadek odchodzi w zapomnienie. W sumie to niemoralne marnować jedzenie, więc zasada „5 sekund” w piękny sposób oddalała problem wyrzucania go do śmieci.

5 sekund przed bakteriami

Reguła, która usprawiedliwia dalszą konsumpcję podniesionego jedzenia, twierdzi, że mamy akurat te 5 sekund, by zdążyć podnieść smakołyk nim wejdą na niego drobnoustroje. Wiadomo, że lodów i deserów z kremem ona nie obowiązuje, bo z nich zazwyczaj nie ma już co zbierać po konfrontacji z ziemią. Natomiast wszystko inne, o zwartej konsystencji, nie zabrudzone, ewentualnie możliwe do otrzepania z piachu i paprochów, miałoby się nadawać do spożycia.

Niestety, czas obalić tę teorię

Naukowcy wzięli pod lupę czas, w którym bakterie dostają się na upuszczony przedmiot. Co się okazało, na reakcję mamy mniej niż sekundę, ponieważ bakterie osiadają na jedzeniu od razu po kontakcie z podłożem. Po niecałej sekundzie drobnoustroje już siedzą na jedzeniu, więc czas się zastanowić, czy kotlet, który spadł z talerza, wart jest dalszej uwagi.

Wyniki badań opublikowano w cyfrowej wersji magazynu Amerykańskiego Stowarzyszenia Mikrobiologicznego o nazwie Mikrobiologia Stosowana i Środowiskowa. Naukowcy zajęli się testami na czterech powierzchniach (stal nierdzewną, płytki ceramiczne, drewno oraz dywan materiałowy), a także cztery rodzaje produktów spożywczych (arbuz, chleb, chleb z masłem oraz słodki cukierek). Badania trwały przez cztery okresy – mniej niż 1 sekundę, 5 sekund, 30 sekund oraz 300 sekund.

Efekt? Najwięcej bakterii przeszło na arbuza a najmniej na cukierek. Wynika to z faktu, że bakterie potrzebują wilgoci do przemieszczania się. Im więcej wody w produkcie, tym szybciej znajdą się na nim bakterie. Odnośnie do powierzchni, dywan przenosił mniej drobnoustrojów niż płytki ceramiczne oraz stal nierdzewna, a drewno w zależności od rodzaju pożywienia.

Jedynce co się zgadza z zasadą „5 sekund” to fakt, że im dłużej jedzenie leży na podłodze, tym więcej bakterii się na nim znajdzie.


źródło: stylnazdrowie.pl


Zdrowie

Seksu chłopaki, seksu Wam życzymy! I sobie też!

Anika Zadylak
Anika Zadylak
30 września 2016
Seksu chłopaki, seksu Wam życzymy! I sobie też!
Fot. iStock / efenzi
 

Seks. Wszędzie pełno seksu. Na ulicach, w króciutkich spodenkach z długimi nogami. Na osiedlowej siłowni, z umięśnioną, lśniąca klatą. W telewizji z płonącym konarem na rozżarzonych węglach. W radiu ze zmysłowym głosem mówiącym o kilkugodzinnym, nieprzerywalnym orgazmie. Seks to zjawisko ukochane i wciąż pożądane, do granic i utraty tchu. Ale, bywają takie stany (choć może ciężko w to uwierzyć), gdy na wszędobylski seks – ochoty brak. I wtedy się  zaczyna:

1. Szaleństwo paniki

O  matko! Przestałam mu się podobać! To pewnie przez tę nową oponę na brzuchu! A tyle razy sobie mówiłam, żeby przestać żreć, ale przecież ja nikogo nie słucham! To teraz mam za swoje, i nie dziwie mu się wcale. Wieloryba w okresie godowym bym nie podnieciła!

2. Seria podejrzeń

No tak, mogłam się tego spodziewać! Pewnie to zasługa tej nowej sekretarki, widziałam ją przecież! Nie przekona mnie, że to nie przez nią, przecież widziałam jak wygląda! Sama bym ją przeleciała. Ale ona mnie już pewnie niekoniecznie, wystarczy, że się wzięła za niego. A mówiły koleżanki, pilnuj, uważaj, zło nie śpi. To teraz będzie spało z moim mężem!

3. Syndrom matki i lekarki

Na pewno jest chory! Jezusie, on jest pewnie impotentem, prostata mu się zaczyna i boi się powiedzieć! Cholera, jak to ugryźć? Może by go podstępem do lekarza? Tylko, jak ma ten lekarz od penisów? Zadzwonię do Baśki, może coś poradzi. Trzeba chłopa ratować!

Tymczasem, zanim wpadniemy w paranoje i zaczniemy myśleć o tym, że z naszym seksem koniec na wieki zastosujmy kilka naturalnych trików. Nic nie tracimy, a jedynym ryzykiem, jest obłędny orgazm. Panie i Panowie, przedstawiam wam więc. Oto oni:

Ziele Damiana

Jest jednym z najbardziej cenionych afrodyzjaków ze względu na możliwości pobudzające popęd seksualny. A wszystko dzięki oddziaływaniu ziela, które stymulująco wpływa na zakończenia nerwowe w okolicach genitaliów i poprawia w nich, przepływ krwi. Wystarczy 2-3 razy dziennie pić herbatkę z Damiankiem, a afekty są ponoć piorunujące ;).

Żeń-szeń

Podnosi libido, a czynniki w nim zawarte uwalniają w organizmie tlenek azotu, który wspomaga rozkurcz naczyń krwionośnych i powoduje zwiększony napływ krwi do narządów płciowych. Jednym słowem co ma kwitnąć, to kwitnie a co ma stać, na-pewno się nie położy. Mówi się przecież o nim, że jest sto razy skuteczniejszy ( i zdrowszy!) niż pewne popularne niebieskie tabletki, które podobno potrafią wyrwać z butów nawet 90 letniego staruszka. Pomyślcie, co się musi dziać po tym Żeń Szeniu ;).

Ma huang

To roślina, która produkuje efedrynę. Jest czysto ziołowym środkiem, który ma ogromny wpływ na poprawę funkcjonowania seksualnego. A wszystko dzięki stymulacji układu nerwowego. Można go spotkać w postaci syropu, zaparzyć z niego herbatę. Mówią o nim, że to napój długowieczności. Seks na wieki wieków? Kto by nie chciał! :).

Mleczko pszczele

Jest produkowane przez pszczoły dla Królowej Matki. To mówi samo za siebie, moi drodzy. Mimo to, dodam jeszcze, że udowodniono naukowo, iż ma masę właściwości, pobudzających popęd seksualny. Wyrównuje ciśnienie. Nie wiem jak u was, ale na mnie to mleczko to już tak jakoś działa. Strach pomyśleć, co będzie, gdy go skosztuje ;).

I na koniec petarda absolutna, czyli Korzeń Kolcorośli

Zawiera w sobie prekursor testosteronu. Co tu więcej mówić, czy się rozpisywać? Krótko, zwięźle i na temat. I bardzo przekonywująca. Można go łatwo kupić, w większości sklepów zielarskich,  natomiast w aptekach dostępne są preparaty bez recepty na ten cudowny specyfik. Czytałam, że od zarania dziejów, w Meksyku skąd pochodzi nasz korzeń, wszyscy wiedzą, na co jest najlepszy. Ma jeszcze wiele innych zalet, ale mówią, że gdy zapytasz o niego Meksykanina, jego szelmowski uśmieszek powie ci wszystko ;).

Zanim więc zaczniemy rwać włosy z głowy i lamentować, że żar namiętności zgasł, że to już koniec absolutny. Że spadły na nas siódme plagi egipskie zwiastujące brak seksu jakiegokolwiek. Zróbmy herbatkę, np. z Damianem. Albo z uwodzicielsko azjatyckim Żeń Szeniem. Albo daj mu się poczuć królem serwując Mleczko Pszczele. I kup fajne majtki, im mniejsze i bardziej czerwone lub zmysłowo i koronkowo fioletowe, tym korzeń zapłonie mocniej. Korzeń Kolcorośli, rzecz jasna, zadziała a nie zapłonie ;). Zresztą, co ma wisieć nie utonie, a co do tej pory leżało, na pewno powstanie.

I kochajmy, pragnijmy, pożądajmy naszych Panów, nie tylko dziś, w ich święto.

Wszystkiego seksownego, drodzy Panowie 🙂


Zdrowie

Tak mało trzeba, by kat przestał bić. Dzięki 500 + maltretowana żona mogła się wyprowadzić

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
30 września 2016
Fot. iStock/Taws13

Pieniądze szczęścia nie dają? Absolutna bzdura. Dają. Mnie dały. – Dzięki 3 tys. zł miesięcznie znów poczułam, że żyję –  mówi Marta, matka sześciorga dzieci.

Spotykam się z nią późno wieczorem w małym drewnianym domu we wsi na Mazowszu. Dzieci śpią. Mąż? Szczęśliwie już go nie ma. – I nigdy nie będzie. Mam nadzieje, że raz na zawsze pozbyłam się z życia tego człowieka. Rozwód jest w toku – opowiada kobieta.

A zapowiadało się tak pięknie. Marta i Piotr poznali się na pielgrzymce, gdy jeszcze chodzili do szkoły średniej. Dziewczynie został rok do matury, planowała studia na polonistyce. Chłopak był w technikum elektrycznym. – Para dzieciaków. Ja romantyczna, słuchająca Starego Dobrego Małżeństwa i zaczytująca się w opowiadaniach Marka Hłasko i on, silny, zaradny życiowo facet. Bajka. Zakochaliśmy się w sobie. Ja po raz pierwszy, i chyba już ostatni w życiu – opowiada Marta.

Potem wszystko poszło błyskawicznie. Ciąża, ślub, matura z dużym już brzuchem, studia odłożone „na potem.” – Może i mogłam wtedy znaleźć jakąś pracę w sklepie, ale nie miałam co zrobić z dzieckiem. W naszej okolicy w tamtych czasach nie było ani jednego żłobka. Babcie też nie kwapiły się do pomocy twierdząc, że dziecku najlepiej jest przy matce. Może i najlepiej, bo Ania rzeczywiście świetnie się rozwijała. Gorzej było ze mną – opowiada.

Nie narzekała jednak, bo mąż miał tzw. dobry fach. Zarabiał dobrze, bo w budowlance był wtedy boom. Tyle, że trudno mu się było tym dzielić.  – Piotr zawsze był skąpy, ale tłumaczyłam sobie, że oszczędza na nasze wspólne życie. Obiecywał przecież dom, samochód i że pojedziemy kiedyś razem w Bieszczady. Wydzielał mi pieniądze, ale kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko, nie było jeszcze takiego dramatu – opowiada Marta. – Nawet wydawało mi się to takie odpowiedzialne, że tak o nas dba – dodaje.

Tyle, że czasami było jej przykro, bo w pierwszej kolejności został ograniczony budżet na ubrania. – Do tego stopnia, że przestałam wychodzić z domu, bo nie miałam się w co ubrać. Dosłownie – wspomina.

Marta zacisnęła zęby i odliczała dni do momentu, kiedy córka pójdzie do przedszkola, a ona do pracy. Tyle, że nagle zaszła w kolejną ciążę. Tym razem bliźniaczą. – To był gwóźdź do trumny. Z trójką maluchów nie miałam już żadnego pola manewru – opowiada.

Marta mówi o sobie, że jest odporna i być może to też by przetrwała, gdyby nie to, że mężowi nagle przestało podobać się życie rodzinne. – Najpierw wypominał mi, że ciąża to moja wina. Potem uznał, że skoro sama chciałam, to mam sobie sama poradzić. Nie przyjmował do wiadomości, że troje dzieci kosztuje więcej niż jedno. Dostawałam sto złotych na tydzień i miałam za to utrzymać pięć osób. Niemożliwe. Pomagała mi opieka społeczna. Przymykali oko, bo wiedzieli, że mąż pracuje na czarno. Inaczej nic by się nam nie należało – opowiada.

Czy mąż nie mógł dawać więcej? – Nie, bo chłopców nie uznawał. Zaczął też pić. Najpierw okazjonalnie, po zakończeniu jakiegoś etapu na budowie. Potem to już codziennie. Każda nowa robota to picie. Każda zakończona – chlanie na umór przez kilka dni. Wóda kosztuje, więc na dzieci szkoda pieniędzy – wyjaśnia.

Ale picie i wydzielanie każdej złotówki da się jakoś przeżyć. Męża się nie zostawia, dzieci muszą mieć rodzinę, a obowiązkiem matki, jest ich chronienie przed zalanym „tatusiem”. – Połowa kobiet we wsi tak żyje, więc ja też. Nikt się temu nie dziwi – wspomina.

Tyle, że chronienie przed ojcem bliźniaków, których on od początku nie uznawał, nie było łatwe. – Najpierw mnie tylko szarpał, potem odpychał, a później to już bez zastanowienia walił pięścią w twarz. Wybił mi dwa zęby, posiniaczył dzieci. Szkoła zgłosiła sprawę do prokuratury, ale wszystkiego się wyparł – opowiada.

Mijały kolejne lata. Piotr pił, bił i gwałcił. Marta urodziła mu jeszcze troje dzieci. Dlaczego nie odeszła? Bo nie miała dokąd. Jej matka zmarła, ona nie miała pracy, wykształcenia. Miała za to sześcioro dzieci i męża, który straszył ją, że jeśli odejdzie to zabierze jej dzieci. Zrobi to z łatwością, bo nikt nie da pod opiekę takiej gromady kobiecie, która nie ma ani złotówki. I nie ma pracy.

– Było już u nas naprawdę bardzo źle, bo kiedyś rzucił się na mnie z nożem. Trafiłam na pogotowie, Piotr do aresztu. Dzieci zostały pod opieka sąsiadki. Bałam się, że zabiorą je do domu dziecka, więc wypisałam się na własne żądanie już na drugi dzień – opowiada.

Sąd orzekł wobec niego wyrok w zawieszeniu. Że niby się poprawi. Dla niego to żadna kara, śmiał się Marcie w twarz. Tyle tylko, że pił częściej w domu. Bo też w czterech ścianach.

– Nie sądziłam, że kiedyś to się skończy. Chciałam tylko, żeby dzieci się usamodzielniły. Tym bardziej nie wierzyłam, że jakieś 500 zł na dziecko ludziom dadzą. Ale dali. Dostałam pieniądze pod koniec czerwca za trzy miesiące. Na sześcioro dzieci, bo mąż przecież wciąż na czarno pracował. Założyłam konto, na które jednorazowo spłynęło mi 9 tysięcy złotych. Nigdy nie miałam takich pieniędzy – mówi Marta.

Dla niej to była gwiazdka z nieba. – Powiedziałam sobie: teraz albo nigdy. Na drugi dzień wynajęłam za 500 zł drewniak w sąsiedniej wsi, zabrałam dzieci i w ciągu jednego dnia wyprowadziliśmy się. Mamy tu co prawda tylko dwa pokoje z kuchnią i zimą trzeba palić w piecu, ale mi się wydaje, że to najpiękniejszy dom na świecie. Mamy firanki, duży stół do odrabiania lekcji, nawet pralkę automatyczną kupiliśmy. Stać nas na takie życie i spokój – opowiada kobieta.

Mąż chce, żeby wróciła, ale go wygania, jak tylko przyjdzie. I wcale nie uważa, że dzieci powinny mieć kontakt z ojcem za wszelką cenę, zwłaszcza z takim, który pije i bije. – Niepotrzebny im on – twierdzi.

Sukcesy? – To była pierwsza noc od dawna kiedy Piotruś, mój syn, się nie zsikał do łóżka – cieszy się matka.

Ale dzieci kiedyś dorosną, a co z nią. Czy kiedyś jeszcze się zakocha? – Nie mam takiego zamiaru. Odkładam pieniądze, żeby znów wstawić sobie zęby. Nie chcę znów ich stracić – podsumowuje Marta. Ma dziś prawie 35 lat.


Zobacz także

10 produktów, które na długo zalegają w żołądku

Zrób sobie mleko w domu. Zdrowe, bo z orzechów. To naprawdę proste

Ratunku! Mój facet się odchudza…