Zdrowie

Syn, dom i drzewo nie czynią Cię męskim

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
29 lutego 2016
 

Prawdziwy mężczyzna ma proste zadania. Spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom. Do tego zestawu my, polscy faceci, dodajemy jeszcze jeden element – nie badamy się. Trzy pierwsze zadania można potraktować jako symbol miłości do rodziny, przyrody oraz urbanistyki. Nie wiem natomiast, jak bardzo trzeba nie lubić siebie i najbliższych, żeby nie sprawdzać regularnie swojego stanu zdrowia.

Według badań, ta przypadłość dotyczy niemal 2/3 mężczyzn do 50. roku życia. Jestem w grupie ryzyka. Jestem mężczyzną, ale od początku wiedziałem, że fajnie byłoby pochodzić po Ziemi dłużej niż krócej, dlatego świadomie wpisałem się do zespołu mężczyzn badających się. Nie chodzi o to, że stawiam się w pozycji bohatera czy wzoru. Na swoim przykładzie wiem, że takie podejście ratuje życie.

Swego czasu trafiłem do szpitala na operację usunięcia guza. Najgorsze w takim wypadku jest czekanie, dlatego warto znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ja wybrałem spacer po korytarzu oddziału. Na jednej ze ścian znajdowała się gablota, w której prezentowano… wycięte guzy. Szokujące w nich było to, że ich wielkość często znacznie przekraczała rozmiar organów z jakich były wycinane. Mój przy tych był jak piksel na wielkim ekranie. Kiedy spytałem ordynatora, jak to jest możliwe, że ktoś trafia na oddział z czymś tak wielkim, przecież nie sposób tego nie wyczuć. Odpowiedział, że sprawa jest banalnie prosta. Mężczyźni są po prostu tchórzliwi i głupi. Przekładają względny spokój nad stawienie czoła problemowi.

Najgorsze w tym jest to, że jest niezależne od wykształcenia, zamieszkania, zajmowanego stanowiska, otwartości, etc. Po swoim leczeniu odbyłem małe tournée po znajomych, z którymi w bardzo otwarty sposób rozmawiałem na ten temat. Żaden z nich, a spotkałem się pewnie z około dwudziestoma, nie wykonał ani razu badania USG, które po 20 minutach daje odpowiedź, czy wszystko jest w porządku, czy wymaga leczenia. W czasie rozmów z nimi pojawiały się także tłumaczenia, które spokojnie mogę określić jako mity. I w kilku zdaniach je obalę.

Nowotwór dotyka osoby starsze, powyżej 50 roku życia

Totalna bzdura. Wiele nowotworów dotyka głównie młode osoby. Białaczka stanowi ok. 40% wszystkich złośliwych chorób onkologicznych do 15 roku życia. A rak jądra dopada najczęściej mężczyzn pomiędzy 20 a 35 rokiem życia. Wiedziałeś o tym? Done!

Przyznanie się do choroby jest oznaką słabości

Może ja jestem jakiś dziwny, ale dla mnie oznaką słabości jest wejście w tryb niemal agonalny, kiedy dopada nas przeziębienie. Spójrz uczciwie w lustro i odpowiedz sobie, czy nie chowałeś się wtedy pod kocem czekając na farmakologiczne wsparcie partnerki/partnera donoszącego Ci kolejną „herbatkę z malinką”. To jest słabe. Done!

Nie można ufać lekarzom

Rozumiem, że w telewizji co chwilę pojawiają się doniesienia o nieetycznych działaniach lekarzy, ale odpowiedz sobie na pytanie: komu masz ufać jak nie im? Filipińskiemu znachorowi, tybetańskim mnichom, leśnym druidom? Trochę nie masz wyjścia. Nikt inny nie da Ci tak dużej szansy na wyleczenie, jak lekarze. Dla własnego spokoju skonsultuj diagnozę z kilkoma osobami. Done!

Kobiety podchodzą do profilaktyki zdrowotnej zgoła inaczej, chociaż i w ich przypadku jest sporo do poprawienia. Liczba badań cytologicznych jest nadal na zbyt niskim poziomie. Są jednak mądrzejsze od nas i często one ratują nam tyłki wysyłając do lekarzy. Prośbą, błaganiem, groźbą lub szantażem. I dobrze. Zwracam tylko uwagę, że prawdziwie męskim zachowaniem byłoby załatwienie tego samemu. Spytaj swoją dziewczynę, partnerkę, przyjaciółkę, mamę, czy facet dbający o swoje zdrowie jest męski.

Nie przekonałem Cię jeszcze, że warto samemu zatroszczyć się o swoje zdrowie? To na koniec statystyka. Na sali leżało ze mną czterech facetów. Zakumplowaliśmy się. Z najstarszym, około 70-letnim dżentelmenem, nie utrzymywałem po wyjściu kontaktu. Z trzema pozostałymi tak. Piszę w czasie przeszłym nie tylko dlatego, że odwołuję się do zdarzeń sprzed ponad 7 lat. Cała trójka zmarła. Trafili do lekarza zbyt późno…


Zdrowie

Dzień Kryzysu Mężczyzny

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
14 marca 2016
 

Tekst z bloga Wstepniak.pl.

Kiedy jest ten dzień? Ja w pracy życzenia i czekoladę dostałem w czwartek, więc uznajmy, że to ten dzień, a nie 19 listopada, który jest uznawany za Międzynarodowy Dzień Mężczyzn. Kiedykolwiek zresztą by nie był, to najważniejsze jest to, co w zasadzie powinniśmy świętować?

W przypadku Dnia Kobiet sprawa jest prosta. Część facetów ma okazję być miłym przynajmniej raz w roku. Inni zapominają o tym dniu przez co ściągają na siebie gniew partnerek. Co zresztą jest zastanawiające, bo przecież „nikt nie obchodzi tego komunistycznego święta”. A kobiety? Wlewają na Facebooka zdjęcia kwiatów z życzeniami wszystkiego dobrego „dla Was kochane”. Generalnie jest miło. Obiekt oraz treść świętowania jest znany i powszechnie akceptowany. Kobiety. Bez nich świat byłby nudny jak pulpa. A co świętujemy w przypadku Dnia Mężczyzny?

Im dłużej żyję i więcej widzę, tym częściej mam przekonanie, że to święto jest coraz bardziej grzecznościowe, kurtuazyjne. To trochę tak, jakbyś dostawał od babci co roku ten sam szalik na Święta. Jak reagujesz? Oczywiście dziękujesz i zachwycasz tak niesamowitym prezentem, bo kochasz babcię. Przenosząc tę analogię do Dnia Mężczyzny. Ty jesteś babcią, a kobiety dziękującymi.

Bo jaki jest mężczyzna dzisiaj?

Nie wiem, jaka jest moda teraz, ale za swojego nie tak długiego życia przeżyłem modę na bycie facetem wg następujących wzorów: Beverly Hills 90210, macho, trochę menel, metroseksualny, hipster, drwal, książę. Ten ostatni jest wymysłem Na Temat, więc nie traktuję go poważnie. Jestem też przekonany, że zapomniałem o kilku, ale nawet zliczając te powyższe, mam ich aż sześć. Dołujące w tym jest to, że każdy z nich jest ikoną totalnego zniewieścienia. Tak. Wiem, że to styl, strój i widzę tylko to, co na zewnątrz, ale też słyszę, jak mężczyźni teraz rozmawiają i z czym mają problem.

wstepniak_dzien_kryzysu_mezczyzny_2

Jakiś czas temu będąc w IKEI jedna z pań pracujących dla Szwedów tłumaczyła dżentelmenowi, jak powinien zainstalować prowadnicę do podwieszenia firan. Kiedy padło „wystarczą kołki rozporowe”, jego twarz została poddana takiemu bezwładowi, że było mi go autentycznie żal. Mim po latach treningu nie uzyskuje takiego efektu.

Inny przykład. Mój kolega wynajmuje mieszkanie trenerowi personalnemu. Chłop jak dąb. Macha hantlami, jak gimnastyczka wstążką. Pewnie bije jakieś rekordy w ekstremalnym dociążaniu ciała przy przysiadach. Żurnal. Co go pokonuje? Poprawa umieszczenia gniazdka w ścianie. Serio. Operacja polegająca na przekręceniu raz w jedną raz w drugą stronę 3-4 śrubek rozkłada go na łopatki. No, ale na okładce Men’s Health by się znalazł. Dramat.

Generalnie mam wrażenie, że teraz coraz częściej nie stawiamy czoła problemom. Nie chcę epatować porównaniami do naszych przodków, którzy lata temu chwytali za broń i stawiali czoła najeźdźcy, bo to sytuacji ekstremalna i dopiero mierząc się z nią widać siłę charakteru. Odpuszczanie jest widoczne na każdym kroku. Nie idzie mi w pracy – odchodzę, jest tak dużo ofert, że szybko coś znajdę. Większa kłótnia w związku – dziękuję bardzo, na razie. I moje ulubione: kohanie nie mogłem kópić hoinki, bo wszedłem w kałórzę i zmoczyłem bót. Otacza mnie tak wielu dyslektyków, osób dotkniętych dysortografią… Mają na to papier. Kiedyś to się leczyło cięższą pracą ze słownikiem, zeszytem i piórem, no ale teraz to choroba nieuleczalna. To samo ze zwolnieniami z WF-u.

Do tego dochodzi jeszcze jeden typ faceta – coraz bardziej agresywnego. Wobec partnerki wyzywając ją od najgorszych, kiedy ta porozmawia z innym facetem. Wobec innych ludzi… kompletnie bez powodu. Tym jednak chciałbym się zająć przy okazji innego wpisu, bo to temat-rzeka.

Podziwiam kobiety. Podziwiam swoją, że ma do mnie tak wiele cierpliwości. Ja mimo świadomości wszystkiego, o czym piszę, sam codziennie mierzę się z odnajdowaniem swojego miejsca w świecie coraz silniejszych kobiet i coraz to innych oczekiwań. Jeżeli też tak masz, to nie mam rady. Wiem tylko, że pomaga rzecz najmniej doceniana – myślenie. Polecam. Ja codziennie staram się, żeby przestrzeń między uszami dominowała w procesie podejmowania przeze mnie jakichkolwiek decyzji. Czasem daję jej więcej czasu.

Pod rozwagę.


Zdrowie

Kiedy TAK zmieniam w NIE

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
22 lutego 2016

Zacznę od totalnego truizmu – kiedy w domu pojawia się dziecko, zmienia się wszystko. Powstały na ten temat setki książek, tysiące opracowań i pewnie miliony wpisów na forach, w mediach społecznościowych, czy na blogach właśnie. Ja chciałbym się skupić na tym, jak pojawienie się dziecka wpływa na naszych znajomych i pracodawców. A dokładniej rzecz ujmując na tym, jak na ich dotychczasowe pytania zamiast odpowiadać „TAK” zaczynamy odpowiadać „NIE”. I zaapelować, żeby się nie obrażali 🙂

Nie dotyczy to tylko niemowląt. Na ten temat póki co, nie mogę się wymądrzać. Mam na myśli berbecie, których samych w domu nie zostawisz chyba, że chcesz się na własnej skórze przekonać, że MOPS to nie tylko rasa psa.

„Co dzisiaj robicie (w sobotę lub niedzielę)? Może byśmy się spotkali?”

Jeśli masz dziecko, to wiesz, że dzień powszedni jest prostszy do zarządzania. Wstajesz, przygotowujesz wszystkich do wyjścia, odprowadzasz latorośl do szkoły. Potem praca, powrót, obiad, lekcje, zabawa lub organizacja spotkania z dziećmi sąsiadów, ogarnięcie chlewu, kąpiel, chwila dla siebie i sen. Proste.

Weekend to batalia o brak pojawienia się nudy. Najtrudniejsza z trudnych. Zadania, jakie są stawiane przed Bondem, to przy tym małe piwo. Wiesz, o czym mówię. „Nudzę się” jest najgorszym zdaniem, które możesz usłyszeć i robisz wszystko, żeby się nie pojawiło. Zakładam, że nie idziesz na łatwiznę włączając Disney XD lub nie przekazujesz w małe rączki tabletu z Minecraftem.

Jeśli ktoś pisze do mnie takie pytanie w weekend, najpewniej wybiegamy na korty sprawdzając po drodze, czy mamy w ogóle rakietę, buty na przebranie i czy legginsy do gry nie są przetarte lub za małe. Po powrocie będę dogrywał spotkanie z rodzicami, bo już się stęsknili za Marysią. Potem jeszcze ogarnięcie mieszkania, żeby biegające między nami, a sąsiadami dzieci potykając się o niesforny but nie zaliczyły lądowania na twarzy. Cały czas na najwyższych obrotach z realizacją, przygotowanego co do minuty, planu lub bieżącą improwizacją.

Rada: Zadzwoń do nas przynajmniej 1-2 dni wcześniej. Wszystko da się ułożyć tak, żebyśmy się spotkali. Poprosimy o opiekę dziadków lub ulokujemy małą u jej przyjaciółki.
Rada 2: Przyjedź z dzieckiem – dla wybranych.

„Wpadł nam pilny projekt – zostaniesz po godzinach?”

Nie wiem, czym na co dzień parasz się zawodowo, ale ja miałem dotychczas jedno zajęcie, w którym funkcjonowały i były przestrzegane godziny pracy. W dziale windykacji Providenta, gdzie każdy z nas miał zmiennika. Mój czas pracy był silnie skorelowany z Przemka i odwrotnie. Potem doświadczyłem jedynie zajęć, w których określona była jedynie godzina rozpoczęcia pracy, końcem było zamknięcie projektu. Niekończąca się zwykle opowieść.

Wracając do meritum. Jeżeli jesteś pracodawcą, chciałbym, żebyś zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, dziecko jest dla mnie (i innych rodziców, czy opiekunów) ważniejsze, niż jakikolwiek projekt, który „właśnie wpadł” do Twojej firmy. Nie obrażaj się, a doceń, że ktoś nie ma przetrąconej hierarchii wartości. Po drugie, przyjmij do wiadomości, że rodzic jest zwykle efektywniejszym pracownikiem, niż ten pół dnia zbijający bąki, co chwila biegający robić kawkę, czy podsyłający wszystkim dziesiątki idiotycznych oraz wątpliwie zabawnych żartów. Potem oczywiście siedzi po godzinach i sprawia wrażenie oddanego firmie. A co ma robić, jak poważną pracę zaczyna od 15:00? Nie mówię, że to reguła. Jakoś tak się zdarzyło, że często tego doświadczałem.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żebym czasem został. Sam zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, czy projektu, ale nie wymagaj tego ode mnie permanentnie. Tak bardzo cieszę się, że mój obecny pracodawca to rozumie. „Łubu dubu, łubu dubu…” 🙂

Rada: Mierz wynikami, a nie wrażeniem i godzinami. Lepiej zarządzaj zespołem i jego pracą.
Rada 2: Przyjmij, że Klienci są normalni i wolą dostać coś dobrego dwa dni później, niż takiego sobie przygotowanego przez zarżnięty zespół. No chyba, że imponuje Ci styl zarządzania rodem z Bangladeszu.

„Chodź na skałki”, „Przejdziemy na drugą stronę po tej gałęzi”

W tym miejscu mógłbym wstawić dziesiątki tekstów. Chodzi mi o wszystkie zdania, które mają mnie nakłonić do podjęcia jakiejkolwiek czynności o wyższym poziomie ryzyka. Wyższym, niż teraz akceptowalne.

Przy bardziej upartym rozmówcy, który za punkt honoru obrał sobie namówienie mnie do współudziału w czymś głupim, usłyszę pewnie, że jestem ci**, brak mi jaj lub jestem pod pantoflem. Nie przejmuję się i Ty też nie daj się tak podejść.

Jeżeli czyta to ktoś, kto sam ma ciągoty do składania takich propozycji, to uświadom sobie proszę, że nie jesteś gladiatorem, herosem, czy drugim wcieleniem Batmana, a ja nie jestem tchórzem zdominowanym przez moją partnerkę. Po prostu zmieniła mi się hierarchia ważności! Kiedy namawiasz mnie na przejście po śliskiej rurze na drugą stronę potoku, to widzę siebie wpadającego do tej wody i walącego potylicą w kamień. Kto się wtedy zajmie moją rodziną?

Wolę się wykazywać byciem z nią na dobre i na złe. W chwilach radości i smutku. Bez fanfarów, czy chwilowego skoku adrenaliny. Bez uznania kumpli – wielu w ogóle tego nie zrozumie. Dla siebie samego.

Rada: dorośnij.