Macierzyństwo Zdrowie

Subiektywna opinia o serialu „Moje 600 gramów szczęścia”

Etat Mama
Etat Mama
16 października 2015
 

Wiele osób pyta mnie, jako mamy wczesnego wcześniaka i osobę, która zachęcała do oglądania tego dokumentu co myślę o serialu „Moje 600 gram szczęścia”…
Cóż, bez urazy dla Twórców i Bohaterów tej produkcji – serial mnie rozczarował, za mało w nim „cukru w cukrze” czyli rzeczywistych problemów wcześniaków, za dużo życia prywatnego bohaterów i skupiania uwagi na tym, co tak naprawdę mało istotne.

Moje wątpliwości wzbudziło na przykład poświęcenie znacznej części odcinka na rozważania Taty Maciusia (tak na marginesie, co mnie obchodzi, że On kocha swoją teściową i że to Ona im zrobiła porządek w szafkach i ustawiła meble na balkonie???) o tym jak w foteliku zabrać do domu chłopca żeby Mu było wygodnie…Kurcze, gdy zabieraliśmy Stasia do domu ważył 2100 i był taki maleńki, że dosłownie ginął w najmniejszej, dostępnej na rynku gondoli, a moim głównym lękiem było to czy przypadkiem nam w samochodzie nie przestanie oddychać, bo praktycznie po raz pierwszy nie był monitorowany ani pulsoksymetrem ani monitorem oddechu.

Ostatecznie przestałam oglądać po emisji odcinka, w którym Mama bliźniaczek (wcześniaczek) tuż po cięciu nie okazywała lęku o swoje dzieci tylko cieszyła się, że cięcie było zrobione tego samego dnia miesiąca, w którym urodziła się jej ulubiona piosenkarka Edyta G. Podobno w kolejnych odcinkach ta Mama napisała list do wokalistki z prośbą o spotkanie… Sorry, kiedy Staś był w szpitalu to mogłaby mnie odwiedzić sama królowa angielska, a i tak nie miałoby to dla  mnie żadnego znaczenia; argument, że Mama w traumie po przedwczesnym rozwiązaniu ciąży ma prawo spełnić swoje marzenie do mnie nie przemawia, bo moim jedynym marzeniem w tamtym momencie było to, żeby Staś przybierał na wadze, żeby był zdrowy, żebym miała pokarm… Staram się nie oceniać tej Mamy. Rozumie, że wątek znanej wokalistki na oddziale neonatologicznym ma podnieść oglądalność i został być  może wprowadzony na potrzeby telewizyjnej produkcji, ale kurcze – twórcy serialu reklamowali go jako dokument oddający rzeczywistość na neonatologii, gdzie naprawdę walczy się o życie tych istot najmniejszych, a nie telenowelę fabularyzowaną.
Poza tym tytuł jest mało adekwatny do przedstawianych przypadków…tych naprawdę maleńkich, wczesnych wcześniaków poniżej 30 tc.chyba nie pokazują…
Serial miał z założenia pokazywać problemy wcześniaków, budzić większą świadomość społeczną w tej kwestii, a chyba trochę ją fałszuje… Wcześniak to naprawdę coś/Ktoś więcej niż tylko dziecko „urodzone trochę za wcześniej”…
Poza tym trochę zbyt idealnie jest też przedstawiona sytuacja z opieką nad wcześniakiem po wyjściu ze szpitala, która według mnie w Polsce najbardziej kuleje… Lekarze rejonowi zwykle boją się wcześniaków; patronażowa wizyta położnej po powrocie dziecka do domu, w przypadku wcześniaków, zwykle w ogóle się nie odbywa bo wypis ze szpitala jest zwykle dużo późniejszy niż 4 czy 6 tygodni po porodzie (a wg przepisów to w takim czasie położna ma obowiązek odwiedzić dziecko w domu…), a Poradnia Patologii Noworodka (przynajmniej ta w CZMP) ograniczała się praktycznie do ważenia i mierzenia dziecka i wysłania na jedno usg przezciemiączkowe.
Przy wypisie wcześniaka do domu rodzice dostają cały spis obowiązkowych wizyt kontrolnych u specjalistów, które koniecznie muszą odbyć, ale nikt im nie mówi, że o terminy tych wizyt będą musieli sami walczyć, żebrać albo korzystać ze znajomości lub własnych środków materialnych by umawiać się na wizyty prywatne. Staś przy wypisie miał umówiony termin wizyty kontrolnej tylko w poradni okulistycznej, a audiolog, neurolog, kardiolog, usg bioderek, szczepienia, a co z tak potrzebną wcześniakom rehabilitacją???

Wszędzie kolejki, odległe terminy i tłumy ludzi w poczekalni. Na pierwsze badanie okulistyczne, niespełna tydzień po wypisie do domu, czekaliśmy na korytarzu pod drzwiami gabinetu jakieś półtorej godziny… Jak to się ma do zalecenia, że z wcześniakiem, ze względu na jego niską odporność, należy unikać dużych skupisk ludzkich???

Kiedy usłyszałam, że telewizyjna dwójka będzie emitować serial o oddziale intensywnej terapii neonatologicznej najpierw się wystraszyłam, że odżyją wspomnienia (i rzeczywiście odżyły dlatego na staśkowej stronie tyle ostatnio wpisów o tym czego doświadczaliśmy dokładnie przed dwoma laty), że będą łzy wzruszenia (i były bo przecież cały czas jest we mnie dźwięk aparatury ratującej życie wcześniaka, która otacza inkubator, światło z sali operacyjnej, zapach płynu do dezynfekcji), ale jednocześnie bardzo się ucieszyłam…bo wreszcie ktoś powiedział głośno o wcześniakach, bo chciałam dowiedzieć się więcej o procedurach medycznych, którym poddany był mój Syn, bo chciałam skonfrontować swoje emocje i doświadczenia z serialowymi mamami… Na chceniu się jednak skończyło… W serialu nie pokazuje się emocji jakie towarzyszą rodzicom wcześniaków, w ich oczach nie ma lęku. W serialu nie porusza się tego, co naprawdę ważne, nie mówi się o wsparciu (psychologicznym czy laktacyjnym) jakiego brakuje rodzicom wcześniaków.

Przynajmniej w tych odcinkach, które widziałam nie pojawił się w ogóle temat walki o każdą kroplę mleka, matczynej frustracji, związanej ze zbyt małą jego ilością i problemu z utrzymaniem laktacji gdy trzeba pokarm odciągać mechanicznie, gdy dziecko jest karmione przez sondę, gdy wokół tyle stresów i lęków.
Nie pojawił się wątek stanu emocjonalnego matek wcześniaków, które naprawdę nie marzą o spotkaniu z Edytą Górniak, ale (w większości przypadków) ryczą w poduszkę bo nie mogą mieć przy sobie, tulić w ramionach i karmić swoich nowonarodzonych dzieci, a dodatkowo obwiniają siebie za to, że nie donosiły ciąży, że być może to z ich winy ich Dzieci przyszły na świat za wcześnie i walczą o życie.

Za mało mówi się o znaczeniu i potrzebie kangurowania i o tym, że w wielu szpitalach część personelu medycznego, nadal nie chce zgodzić się na nie, strasząc rodziców, że poprzez kangurowanie mogą zagrażać dzieciom.

Nie pokazuje się pielęgnacji wcześniaków, tego jakim wyzwaniem jest przewinięcie wcześniaka w inkubatorze, założenie Mu najmniejszego z dostępnych na rynku pampersów, który i tak sięga po szyję.

Nie mówi się też o tym, co najważniejsze i najboleśniejsze czyli o tym, że nie zawsze wyrasta się z wcześniactwa. Niektóre, zwłaszcza te najmniejsze wcześniaki, mimo intensywnej rehabilitacji, przez kolejne lata borykają z konsekwencjami wcześniactwa – z mózgowym porażeniem dziecięcym, zaburzeniami wzroku, słuchu, epilepsją, dysplazją oskrzelowo-płucną, astmą, problemami psychologiczno-emocjonalnymi, niedowagą, nadwrażliwością dotykową, nadwrażliwością przełyku, częstymi infekcjami itp.

Moje 1200 gram szczęścia rozwija się prawidłowo, jest zdrowym, aktywnym, prawie 15.kilogramowym dwulatkiem, ale wiem, że mogło być inaczej. Mam tego świadomość. Twórcy tego serialu na pewno też ją mają, ale być może pokazanie „ciemnej, trudnej strony wcześniactwa” jest za mało medialne??? Oczywiście, tytułowe 600.gram wczesnego/skrajnego wcześniaka to dla rodziców 600.gram szczęścia, radości i miłości, ale też 600.gram lęku, wyzwań i wyrzeczeń.
image


Macierzyństwo Zdrowie

O czekaniu w życiu rodzica (zwłaszcza rodzica wcześniaka)

Etat Mama
Etat Mama
17 października 2015
Fot. Pixabay/ RyanMcGuire / CC0 Public Domain
 

Od samego początku bycie rodzicem jest wielką lekcją pokory i cierpliwości, jest codziennym ćwiczeniem z czekania…
Najpierw z nadzieją, a czasem i z niepokojem czekamy na drugą kreskę na teście ciążowym, później na powiększający się brzuszek i pierwsze ruchy dziecka. Czekamy na cud narodzin i wszystkie inne, mniejsze lub większe, cuda, których doświadczamy jako rodzice. Czekamy na pierwszy uśmiech, pierwsze słowo, pierwszy krok, na pierwszy ząbek, pierwszą przespaną noc, na pierwsze: „kocham cię mamo”.

Dla rodziców dzieci, które przyszły na świat zbyt wcześnie ćwiczenia z czekania są szczególnie trudne… 

Już na  samym początku dowiadują się, że tak naprawdę na niewiele spraw mają wpływ, że jedyne co mogę zrobić to właśnie czekać. Od pierwszych chwil życia swoich dzieci rodzice wcześniaków czekają na cud… Nie czekają na słowa, bo jedyne słowa, które zwykle na początku słyszą od personelu medycznego (który z założenia jest ostrożny i sceptyczny i nie chce budzić u rodziców zbyt dużej nadziei) nie brzmią optymistycznie – słyszą, że jest źle, że płuca są niedojrzałe, że dziecko samo nie oddycha, że jest narażone na wiele powikłań, że przy wcześniakach wszystko (w domyśle wszystko, co najgorsze) może się zdarzyć, że TRZEBA CZEKAĆ… Czekając więc cierpliwie na każdą możliwość bycia na oddziale, na każdą chwilę przy inkubatorze, na pozwolenie choćby dotknięcia własnego dziecka.

Czekają na to aż ich maleństwa zaczną samodzielnie oddychać, ssać, utrzymywać stałą temperaturę ciała i saturację. Na dobre wiadomości od lekarzy, którzy powiedzą, że niedojrzały układ trawienny podjął pracę i pokarm już nie zalega, że nie ma infekcji, że przewód tętniczy Botalla się zamknął i nie będzie potrzebna operacja, a usg główki pokazało, że nie ma zmian po wylewach. Rodzice wcześniaków czekająna rozintubowanie, zdjęcie CPAPu, na informację, że tlenu w inkubatorze jest coraz mniej, a w końcu, że dziecko już go w ogóle nie potrzebuje bo oddycha samodzielnie. Czekają na każdy gram przyrostu wagi, na każdy zwiększony milimetr wypitego pokarmu, na ten magiczny moment gdy sonda żołądkowa już nie będzie potrzebna bo maluch nauczył się wreszcie ssać, nie męcząc się przy tym i nie zapominając o oddechu.Czekają na kangurowanie, na przeniesienie dziecka z inkubatora do podgrzewanego łóżeczka, na wypis do domu.
Czekanie na te wszystkie cuda czasem trwa kilka tygodni, a czasem nawet kilka miesięcy. To wiele trudnych, długich dni i nocy podczas, których NIE czeka się tylko na jedno – na telefon ze szpitala, który oznacza zwykle, że stan dziecka się pogorszył…

Rodzice wcześniaków są mistrzami świata w czekaniu! Ich czekanie nie kończy się wraz z zabraniem dziecka do domu. Wręcz przeciwnie – w domu znów zaczyna się czekać – z niepokojem na to, czy w nocy nie włączy się alarm monitoru oddechu; z radością na każdy postęp w rozwoju dziecka;  z obawą i stresem na każdą kolejną wizytę kontrolną. Najpierw (czasem tygodniami) czeka się na termin spotkania ze specjalistą, później (czasem godzinami) na wejście do gabinetu, a następnie na efekt kontrolnego badania – na to, co powie o naszym dziecku, jego zdrowiu i rozwoju okulista, audiolog, neurolog, kardiolog czy lekarz rehabilitant… Takie czekanie trwa wiele miesięcy, bo przecież na jednej wizycie kontrolnej się nie kończy, bo nawet jeśli ma się tyle szczęścia, co my, to i tak pierwszy rok życia wcześniaka to nieustane kontrole lekarskie i kontrole kontrol. Kiedy w kalendarzu w jakimś tygodniu nie była zanotowana przynajmniej jedna wizyta lekarska czy rehabilitacja wpadałam w panikę czy przypadkiem o czymś nie zapomnieliśmy…

Rodzice wcześniaków czekają też oczywiście na wszystko to, co i inni rodzice – na samodzielne przewrócenie się dziecka z plecków na brzuszek, na zabawy rączkami, na raczkowanie, samodzielne siadanie, na pierwszy ząbek, pierwszy kroczek, pierwsze słowa. W czekaniu tym muszą być jednak bardziej cierpliwi, bo wcześniaki zwykle później od swoich rówieśników samodzielnie jedzą, mówią, siedzą, chodzą. W czekaniu tym rodzice wcześniaków są zwykle bardziej niespokojni niż inni rodzice, bo zawsze boją się o to czy opóźnione nabieranie przez dziecko różnorodnych kompetencji poznawczych czy umiejętności ruchowych nie jest dysfukcją, chorobą, konsekwencją wcześniactwa, którą trzeba leczyć czy rehabilitować. W czekaniu tym rodzicom wcześniaków zwykle nie bardzo pomaga otoczenie… Chyba każdej mamie wcześniaka zdarzało się słyszeć z ust jakieś dobrej cioci albo życzliwej sąsiadki komentarze w stylu: „to on jeszcze nie siedzi?”, „taki duży i nie chodzi?”, „czemu jeszcze mu blendujesz zupkę?”,  „powinien już mówić/gryźć/unosić główkę/raczkować itp.,itd.”

Na koniec sobie samej i wszystkim rodzicom wcześniaków chcę przypomnieć jedno – z czekania zawsze coś wynika więc trzeba wierzyć i czekać cierpliwie – wcześniaki potrafią zaskakiwać! A w tym czekaniu trzeba nauczyć się cieszyć z małych rzeczy, bo dla wcześniaka nawet mała rzecz jest często wielkim osiągnięciem!


Macierzyństwo Zdrowie

O przyjściu Stasia na świat…i cholestazie ciążowej

Etat Mama
Etat Mama
15 października 2015

Jedna ze znajomych, spodziewająca się dziecka powiedziała, że chyba ma jakieś uczulenie bo swędzą ją dłonie… Pewnie większość z Was doradziłaby jej wypicie wapna, niektórzy kazaliby jej zmienić mydło, balsam czy środki piorące; ci bardziej zapobiegliwi i ostrożni – pójście do lekarza; ja radziłabym jej jak najszybciej jechać na izbę przyjęć szpitala ginekologiczo-położniczego…
Chyba nigdy wcześniej nie było okazji by opowiedzieć więcej o okolicznościach przedwczesnego przyjścia na świat Stasia. Nie raz pisałam o tym, że Staś pojawił się na świecie  w wyniku cesarskiego cięcia w 28 tygodniu ciąży, ale chyba nigdy nie wspominałam, że wszystko zaczęło się właśnie od, zdawałoby się niewinnego  swędzenia…
W czwartek 19.09.byliśmy na kolejnej wizycie u naszej Pani Doktor. Kolejne badanie i kontrolne usg nie wykazały niczego niepokojącego. Wręcz przeciwnie…zresztą co złego mogło się wydarzyć? Nic, przecież od początku to była „książkowa ciąża”, bez żadnych nieprawidłowości i niepokojących objawów… Byłam tak spokojna o swoje Maleństwo i dalszy przebieg ciąży, że w zupełnej pogardzie miałam „ludową prawdę” żeby nie kupować nic dla dziecka przed jego przyjściem na świat… Tamtego dnia, po wizycie u Pani Doktor, odebraliśmy więc z Tatą Stasia, wcześniej zamówione meble do dziecięcego pokoju, które w weekend zostały skręcone…
Dopiero w nocy z niedzieli na poniedziałek pojawiło się swędzenie, najpierw dłoni i stóp, a później już całego ciała – od czubka włosów po paznokcie u stóp. Swędzenie tak potworne, że nie dało się ani siedzieć ani leżeć ani spać ani myśleć o czymkolwiek innym. Bezsenna noc sprzyja czarnym myślom, ale ja nawet w najczarniejszym scenariuszu nie brałam pod uwagę tego, że to ostatnie godziny mojej ciąży, że 24.godziny później Staś będzie już na świecie – przecież swędzenie nie może być aż tak niebezpieczne!
Niewiedza czasem chroni…
Ja bardzo długo tego dnia odczuwałam dyskomfort, ale nie lęk czy jakikolwiek  niepokój. Nie zmieniła tego nawet poranna rozmowa z moją Lekarką i jej spokojne lecz stanowcze: „niech Pani jeszcze dziś jedzie do szpitala!” ani sms od przyjaciółki: „mam nadzieję, że to nie cholestaza”
To wtedy pierwszy raz usłyszałam to słowo, ale oczywiście się nim nie przejęłam, ba – nawet go nie zapiętałam… Wsiadłam w samochód i pojechałam do CZMP i długo nie mogłam zrozumieć dlaczego tam od razu przyjęli mnie na oddział. Bardzo długo zresztą nie rozumiałam tego, co dzieje się wokół mnie. Kolejne pobieranie krwi i nerwowe czekanie na wyniki, prośba pielęgniarek żebym na wszelki wypadek (kurcze – jaki wypadek???) nie jadła obiadu i jeszcze ten bolesny zastrzyk ze sterydem, który miał przyspieszyć rozwój pęcherzyków płucnych u mojego dziecka (po co???)
Nawet gdy dwoje lekarzy rozważało przy mnie za i przeciw cesarskiego cięcia byłam pewna, że mówią o jakieś innej pacjentce… Dopiero przyjazd Taty i Babć Stasia do szpitala, a przede wszystkim prośba lekarza o podpisanie przeze mnie zgody na cesarskie cięcie w pełni uświadomiły mi powagę sytuacji. Pojawił się wtedy paniczny lęk o Stasia. Był płacz i łzy i moje „nie, żadnego cięcia nie będzie, to przecież dopiero początek 28.tygodnia ciąży!”
Lekarze tłumaczyli, przekonywali, uspokajali, ale tak naprawdę dopiero młoda Pani Doktor dość brutalnie powiedziała, że tak naprawdę to nie muszą mnie pytać o zgodę bo to jest cięcie ratujące życie matki i dziecka… Dopiero wtedy do mnie dotarła powaga sytuacji i to, że los zdecydował inaczej, że nie ma wyjścia i moja ciąża zostanie rozwiązana. Od tej chwili liczył się tylko Staś, to w jakim będzie stanie, ile będzie ważyć…i to najważniejsze, niewypowiedziane pytanie – czy na pewno przeżyje. Nie pamiętam zakładania wenflonów, cewnika, przewożenia na sale operacyjną. Niestety zapamiętałam, że paradoksalnie najważniejszą sprawą, według bardzo nieprzyjemnych pielęgniarek, przed samym zabiegiem okazały się moje pomalowane paznokcie u stóp… Tata Stasia szukał w szpitalnych kioskach i sklepikach zmywacza do paznokci (co po godzinie 19 wcale nie było proste), a ja całkiem sama, przestraszona, zapłakana, prawie goła, w przykrótkiej koszuli, z prawie odsłoniętymi piersiami i cewnikie między nogami słuchałam beznadziejnych komentarzy pielęgniarki, że to niedopuszczalne przychodzić rodzić z pomalowanymi paznokciami. Nie miałam siły tej kobiecie bez serca i najwyraźniej bez umiejętności czytania ze zrozumieniem (przecież miała przed sobą moją kartę,  gdzie wyraźnie widniał napis 28 Hbd) tłumaczyć, że przyjść rodzić to ja miałam za 3 miesiące… Trząsłam się z zimna i ze strachu tak, że nie umiałam trafić wacikiem nasączonym acetonem w paznokcia, a położna, totalnie pozbawiona empatii, nie pomogła, stała nade mną jak kat, patrzyła mi na ręce i pospieszała, że lekarze już czekają… Potem tylko zastrzyk w kręgosłup, nie pamiętam czy był bolesny i skupione twarze lekarzy. Pamiętam, że gdy robili mi cięcie kolorowe czapeczki, które mieli na głowach odbijały się w wielkiej lampie pod sufitem- pomyślałam sobie wtedy, że oto mam serial „Lekarze” na żywo 😉
Na szczęście dwoje lekarzy, którzy mieli tego dnia dyżur, którzy zlecali mi badania, przekonywali o konieczności cesarskiego cięcia, a potem je wykonali byli profesjonalistami, którzy nie bali się podjąć trudnej decyzji, prawie jak Ci z serialu. Dr. Sławomir Stankiewicz i asystująca mu dr. Agata (niestety nie zapamiętałam Jej nazwiska) o 19:57 powitali na świecie mojego Synka. Pokazali mi Go tylko przez chwilę – był maleńki, ale ruchliwy (machał rączkami i nóżkami), miał czarne włoski i w ogóle nie płakał. Nie miałam szansy dotknąć Stasia i powitać Go na świecie, od razu zajęli się nim neonatolodzy. Staś jak na ten wczesny, 28 tydzieńciąży urodził się w dobrej formie. Moja cholestaza, choć tak wysoka, prawdopodobnie pojawiła się niedawno i na szczęście nie zdołała za bardzo zaszkodzić Stasiowi, choć gdyby nie błyskawiczna decyzja o cięciu mogłoby być gorzej; Doktor Stankiewicz poinformował mnie, że w wodach płodowych była już smółka, a najczęstszą przyczyną oddania przez dziecko smółki do wód płodowych jest  niedotlenienie płodu lub zakażenie wewnątrzmaciczne, co jest bezpośrednim zagrożeniem dla życia płodu.
Stanisław w chwili przyjścia na świat ważył 1250 gram i mierzył 41 centymetrów, nie miał żółtaczki i co najważniejsze (mimo, że dostałam tylko jedną dawkę sterydu na rozwój płuc u dziecka) był zaibtubowany tylko kilka godzin, później tak się wiercił i machał rączkami, że się ekstubował i okazało się, że oddychał samodzielnie, wspomagany CPAPem.
W szpitalu, na oddziale intensywnej terapii neonatologicznej, Stanisław przebywał do 1.11, ja opuściłam szpital ostatniego dnia września. Przez tydzień mojego pobytu na oddziale lekarze i pielęgniarki nazywali mnie rekordzistką, po pierwsze dlatego, że dawno już nie było na oddziale pacjentki, u której cholestaza wystąpiła jeszcze w II trymestrze ciąży (zwykle rozpoznaje się ją po 30 tygodniu ciąży); po drugie moje wyniki, opisujące funkcjonowanie wątroby (próby wątrobowe) naprawdę w znacznym stopniu przekraczały dopuszczalne normy.
(ASPAT, norma: 5–38 U/L; u mnie 1485.
ALAT, norma: 5–40 U/L; u mnie 1514)
🙁
Żaden z lekarzy nie był w stanie wyjaśnić dlaczego ja, która nigdy wcześniej nie chorowałam,  nie miałam żadnych problemów z wątrobą czy z hormonamii, nie paliłam papierosów, nie nadużywałam alkoholu, nie stosowałam przewlekle żadnych leków miałam tego pecha, że znalazłam się w grupie 4% ciężarnych kobiet doświadczających cholestazy. Być może mogło przyczynić się do teg stosowanie tabletek antykoncepcyjnych, ale to tylko niepotwierdzone przypuszenie; podobnie jak zasłyszane gdzieś zdanie, że cholestaza nie lubi ruchu, a ja przecież całą ciążę dobrze się czułam i byłam bardzo aktywna – praca, wyjazdy, spacery, a na urlopie nawet rower…
Ponad pół roku zajęło mojej wątrobie zregenerowanie się. Wartości prób wątrobowych obniżały się bardzo powoli, konieczne były wizyty u hepatologa, kontrolne usg wątroby,  stosowanie leków i ścisłej diety – tzw.”diety wątrobowej” – co w połączeniu z odciąganiem pokarmu i stresem związanym z pobytem Staszka w szpitalu, sprawiło, że w kilka miesięcy po porodzie ważyłam najmniej w swoim dorosłym życiu (w dniu cięcia 75 kg., dwa miesiące później 53kg.)

Nie chcę straszyć, ale na koniec apel do wszystkich przyszłych Mam – jeśli Wasi lekarze ginekolodzy zwlekają ze skierowaniem Was na badanie prób wątrobowych do 30 tygodnia ciąży albo (co gorsza!) w ogóle nie chcą tego robić „bo przecież cholestaza ciążowa to rzadka choroba” zróbcie to badanie same – nie jest ani specjalnie kosztowne ani bolesne (zwykłe pobranie krwi…) Dbajcie o swoją wątrobę, a przede wszystkim o swoje Dziecko… Niestety znam wcześniaki, które przyszły na świat już w 26 tygodniu ciąży z powodu cholestazy ciążowej swoich mam. Znam też przypadki najtragiczniejsze, w których cholestaza ciążowa zbagatelizowana lub niewykryta spowodowała zakażenie wewnątrzmaciczne i śmierć płodu 🙁

Trochę teorii:
Cholestaza ciążowa (pełna nazwa:wewnątrzwątrobowa cholestaza ciężarnych, WCC) jest rzadką chorobą. W Polsce dotyka ok. 4 proc. kobiet w ciąży. Istnieje rodzinna skłonność do jej występowania, ale bezpośrednia przyczyna choroby związana jest z działaniem hormonów płciowych: estrogenów i progesteronu. Ich stężenie jest największe w III trymestrze ciąży (ok. 30. tygodnia) – wtedy właśnie może okazać się, że wątroba jest zbyt słaba, by poradzić sobie z tak dużą dawką hormonów. Dochodzi wówczas do wewnątrzwątrobowego zastoju żółci. Głównym objawem cholestazy jest uciążliwy świąd skóry. Nasilenie dolegliwości występuje wieczorem i w nocy, bywa często przyczyną bezsenności. 20 proc. chorych kobiet skarży się też na mdłości, wymioty i utratę łaknieni. 
/Za:mporadnikzdrowie.pl/

Pierwsze zdjęcie Staszka, parę chwil po wyjęciu z brzucha:
image