Psychologia Zdrowie

Śmierć i dziewczyna

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
3 listopada 2016
Fot. iStock / SrdjanPav
 

Początek wiersza

Śmierć

(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu
Się powiesić)

Rafał Wojaczek, 1969


 

***

Zasypiałam już i budziłam się w szpitalach. Były wenflony, kroplówki, defibrylatory. Były troskliwe pielęgniarki i, dla równowagi, pięlegniarki z piekła rodem. Byli lekarze wyrozumiali oraz tacy, którym powinni odebrać prawa wykonywania zawodu. Były stosy leków, zastrzyki, jakieś skany i usg. Wszystko było, tak mi się wydawało. I ja to wszystko pamiętałam. Nawet jak na operację szłam, to jakoś pod kontrolą to było i jak się budziłam, to widziałam znane twarze i słyszałam troskliwe głosy. Takie twarze i głosy w jakiś sposób nadają całej sytuacji sens i ustawiają ją w przyswajalnym dla rozumu kontekście.

Dwa dni temu obudziłam się w domu, we własnym łóżku, a jednocześnie nie rozumiałam nic. Na ciele miałam ślady po igłach, napy od elektrod, oznaki ratowania życia i działań medycznych. I zero pamięci z tego, co się stało. Uciekło mi mniej więcej 40 godzin życia. Wyparowało. Nie pamiętałam nic poza tym, że wezwałam ambulans samodzielnie, a potem usiłowałam powiadomić jakichś ludzi z mojego otoczenia, że coś się dzieje. Wydawało mi się, że mam wszystko opracowane na takie okazje, cały system powiadamiania wdrożony. Tylko że zły czas wybrałam sobie na zapaść – długi weekend. Wszyscy z listy podstawowej poza zasięgiem, a na listę rezerwową nie starczyło mi już świadomości.

Jadąc do szpitala, przed zamykającymi się oczami miałam jeszcze wizje, jak wszystko będzie dobrze, na pewno ktoś się zjawi i uratuje, jakiś rycerz na białym koniu albo wróżka chrzestna. W chwili totalnej nieprzytomności umysłu, w ramach latami wyrabianego nawyku, wykonałam nawet serię telefonów do szanownego ex. Szanowny ex miał mnie w szanownym poważaniu. Bo skoro mówiłam nieskładnie, to znaczyło, że żyję, czyli nic istotnego. A ogólnie to przecież wszyscy wiedzą, że jak kobieta traci przytomność, ma zasadniczo tylko na celu odegranie szantażu emocjonalnego.

No więc przytomność i świadomość odzyskałam po 40 godzinach. Rozpoczęłam żmudne wyplątywanie się z diod oraz dokumentacji medycznej, w którą z jakiegoś powodu mnie owinięto. Na dokumentacji zapisano, że żyję, co uznałam za dobry znak. Bezskutecznie próbowałam ogarnąć umysłem, co się działo, co robiłam, co mi robili. I co, do jasnej ciasnej, ci lekarze napisali w tych kartach medycznych! Zrywając kolejne plastry z całego ciała i oglądając kolejne wkłucia i siniaki, myślałam o tym, że jeśli już śmierć ma przyjść, to wolałabym, żeby było jak w „Sensie życia wg Monty Pythona”. Ja surrealistycznie poproszę! Przy obiedzie, w gronie przyjaciół. I żebym jeszcze mogła kostuchę wkurzyć, zanim mnie zabierze.

„Przynajmniej umrze Pani młoda i piękna!” – powiedział mi niedawno 80-letni staruszek na oddziale onkologii.

Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytał mnie dzisiaj mężczyzna, który spędził ze mną 10 lat życia, to czy mogę mu pomóc w sprawie dla niego istotnej.
Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytano mnie w ogóle dzisiaj, to czy zrobię zakupy do pracy.
Dzisiaj, zmywając zaschniętą krew z podłogi koło mojego łóżka (która nie wiem, jak się tam wzięła), walczyłam ze łzami totalnej bezsilności i poczuciem kruchości. I pomyślałam, że ja tam nie chcę umrzeć piękna i młoda. Mam ambicje w tej dziedzinie być pospolita i umrzeć, trzymając wnuki za ręce. Ewentualnie wtulona w jakiegoś pomarszczonego staruszka.

Nikt, naprawdę nikt nie powinien przez coś takiego przechodzić.

Nie, nie umieram jeszcze. Szymborska napisała „Umrzeć. Tego nie robi się kotu”.
A ja mam sześć. Nawet w wydłużony weekend.

Choroby sobie wpiszę w jakiś ciekawszy termin w kalendarzu.


Psychologia Zdrowie

Zemsto, na imię Ci Kobieta

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
21 listopada 2016
Fot. iStock /
 

– A więc szukasz zemsty?
– Nie, szukam sprawiedliwości! Ale wezmę i zemstę…

„Siedmiu wspaniałych” 2016

 

Elegancka blondynka siedzi naprzeciwko mnie, popija swoje latte i między łykami ciska we mnie gromy.
– Z Tobą naprawdę jest coś nie tak, on cię tak traktuje, olewa Cię, poniża, a Ty to tak płazem puszczasz?

Grzecznie patrzę na moją rozmówczynię i uśmiecham się zdawkowo. Nie mogę już nawet policzyć rozmów, w których udowadniano mi na wszelkie dostępne sposoby, jaka jestem głupia i nieżyciowa, ponieważ nie zarywam nocy i nie zagryzam palców, obmyślając wyrafinowaną zemstę. W zależności od nastroju, na takie wywody reaguję albo słowną umiarkowaną agresją wobec interlokutora (coby się odczepił) lub obracam w żart (rzeczy obśmiane tracą na mocy).
Przyssana do mojego cappucino, tego dnia akurat myślę o tym, że jak znowu zacznę chemię, to kawy przez jakiś czas nie będę pewnie przyswajać, więc postanawiam sobie nie niszczyć miłego doświadczenia. Wybieram opcję numer dwa.
– Ależ co Ty! Pewnie, że robię: co wieczór rzucam klątwę numer dwa z Księgi Zaklęć i Uroków mojej znajomej: „Kuśki nie stojenia, pryszczy i koszmarów bdsm”.

– No daj spokój! Przez kochanki teraz każe Ci się ze sobą kontaktować? No co za [członek]! Zemsta sroga się za takie działania należy!

Moja urocza znajoma uroczo nawiązała do uroczego doświadczenia z dni niedawnych, kiedy to po kilku tygodniach zrodziła się konieczność, bym się z moim eks skontaktowała w sprawie istotnej, a tu okazało się, że Miś Pyś telefonów ode mnie nie odbiera osobiście. Zaangażować musiałam aktualną wybrankę serca, żeby prośbę o kontakt przekazała, grzebiąc tym samym resztki mojej dumy osobistej.
Uśmiecham się znad mojej filiżanki. Kiedy ta właśnie koleżanka mówi o zemście, to wie, co mówi. Kiedy jej mąż, działacz społeczny w ich małej miejscowości, postanowił wejść w romans z sekretarką, jego żona zorganizowała imprezę z udziałem lokalnych oficjeli, na którym to zaprezentowała projekcję filmu zrobionego ze zdjęć zdobytych przez detektywa. Niewierny małżonek z każdym kadrem przedstawiającym jego ekscesy seksualne coraz bardziej przekreślał swoje szanse na polityczne poparcie zaproszonych gości. Od tamtej pory ksiądz nie odpowiada nawet na jego „Szczęść Boże”, co, jak wiadomo, w mikroskopijnych miasteczkach oznacza społeczny ostracyzm i socjalną izolację.

– No, jest pewien problem. Znaczący. – Siorbię to moje cappucino i myślę, że muszę kolejny raz oddać spodnie do zwężenia, bo znowu są za szerokie. Chemioterapia jako środek wyszczuplający, no cóż. – A mianowicie, mój mąż nie ma politycznych zapędów, a księdza na ulicy nawet by pewnie nie zauważył.

– Oj, daj spokój, zrób jak Anka chociaż! Każdy ma czuły punkt!

Hmmm, Anka… Inna znajoma, która zemstę na byłym partnerze podniosła do rangi sztuki. Dosyć psychotycznej, nawet jak na mnie:
za pierwszym razem wykupiła 3 billboardy – obok pracy eks, obok pracy jego wybranki i tuż przy ich wspólnym mieszkaniu; umieściła na nich niewybredne opisy co do wierności i uczciwości nieszczęsnych kochanków oraz nie pominęła faktu, iż oboje porzucili rodziny z małymi dziećmi…
za drugim razem różowym sprayem wypisała na samochodzie partnera „Byłeś dla mnie wszystkim obok syna. Zdrajco, zostaniesz z niczym”

Oczami wyobraźni zobaczyłam hasła na billboardach, jakie mogłabym zafundować mojemu eks i aż parsknęłam śmiechem.
Idźmy dalej: na drzwiach mieszkania wypiszmy mu markerem „Tu mieszka Markiz de Sade, zapytaj o usługi” …
No a samochód ma służbowy, więc odpada, co będę osobom trzecim życie utrudniać…

Blondynka fuknęła na mnie po raz kolejny. Niepoważnie podchodzę do sprawy, ech…

– Nie rozumiem Cię, nie chciałabyś chociaż jego kobiecie na złość zrobić? Wiedziała przecież, że z żonatym idzie, wiedziała o Twoim stanie, tak się nie robi nikomu!

No cóż, to rzekomo pierwotne – w miłości i zemście podobno kobiety są bezlitosnymi barbarzyńcami (to Nietzsche). Jako że nasze (tj. moje i jej, nie moje i Nietzschego) kręgi są tak zbliżone, a świat tak żałośnie się skurczył i nas przybliżył na odległość jednego tylko stopnia oddalenia poprzez znajomych, zszarganie opinii o drugiej osobie może być banalnie proste. I totalnie niepotrzebne.

Ale ja się już na niej zemściłam.
– Taaaaak? – zdziwienie.
– Tak. Oddałam jej mojego męża.

Serio, serio – jeśli wiążesz się świadomie z kimś, kto nie jest znany z wierności i nie wie kompletnie, czego w życiu chce, proponuje ci wspólne życie i mieszkanie natychmiast po wyjściu z długiego związku, którego nie zakończył jeszcze, do tego jest w stanie totalnie zostawić wieloletnią partnerkę z chorobą terminalną i przez pół roku nawet nie zadzwonić z zapytaniem o pomoc – to ech, czy jest czego zazdrościć i za co się mścić?

Regularnie słyszę, że jestem nieżyciowa i głupia, bo nie pałam rządzą zemsty. Tak, czasem złość mnie roznosi. Ludzie lubią podsycać te negatywne emocje. Znam kobiety, które są wiele lat po rozstaniach i nadal mówią „Ach, jak ja bym chciała, żeby mu się coś złego stało! Żeby ktoś go pobił! Żeby w końcu cierpiał!”. I tak latami się tym karmią.

My, kobiety zranione, pragniemy sprawiedliwości, a jak jej nie dostajemy (bo – szczerze – czy jest cokolwiek, co mogłoby się przytrafić mojemu eks, co byłoby porównywalne z tym, co on mi zrobił?), to próbujemy zadowolić się zemstą. Nawet jak się we mnie gotuję, umiem już rozróżnić te pragnienia – i wiem, że nie ma możliwości, żeby zemsta mi dała zadośćuczynienie. W tej wściekłości można się zapędzić daleko.
– Uprzedzam też, że nie będę jak ta kobieta z Rawy Mazowieckiej, co to mężowi za zdradę jądro obcięła!

– Dowcipkuj sobie, dowcipkuj. Rzeczywiście, z Tobą jest beznadziejna sprawa: mają rację ci, co mówią, że jakby Tobie pozwolili bronić Breivika, to by za kaucją wyszedł! – obraziła się chyba.

Spokojnie dopijam moje cappucino i szykuję się do wyjścia.

– Nie. Mojego eks też nie bronię. Tego się nie da wybronić, nijak. Ale ja już wiem, że dla takich jak on jest tylko jedna zemsta.

– Tak? Jaka niby?

– Żyć z całych sił i żyć dobrze. Jedyną godną uwagi i energii zemstą jest dobre życie w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami. Jego małość nie umniejsza mojej wielkości.


Psychologia Zdrowie

O tym, jak nie zasłużyłam na miłość, ale ją dostałam

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
28 października 2016

Ja wiem, po co ja żyję. Sensem mojego życia jest zasłużyć na to, żeby mnie ktoś trzymał za rękę, gdy będę umierał. ”

— Mariusz Szczygieł

W ciągu ostatnich 6 miesięcy nauczyłam się wielu nowych słów: gamma knife, cyber knife, escalowany BEACOPP, dekabrazyna, wlew abvd, eshap, agranulocytoza, i inne równie urocze. Nauczyłam się robić sobie sama zastrzyki i rozpoznawać, kiedy mogę wyjść z domu, a kiedy lepiej zostać w łóżku, bo grozi omdleniem. Nauczyłam się prowadzić auto z jednym sprawnym okiem i biegać na jednej nodze. Przede wszystkim jednak nauczyłam się samej siebie na nowo.

Wcześniej myślałam jak Mariusz Szczygieł – żyję po to, żeby ktoś mnie kochał; żebym nie umierała sama. Przy czym śmierć w myślach miałam zarezerwowaną na bardzo stare lata. I nagle NIESPODZIANKAAAA! Świat ci się wali, a ratować go musisz w pojedynkę. Mój życiowy partner w tej sytuacji nie zrobił niczego, czego nie robiłby wcześniej, ale nagle wymiar zdrady przybrał zupełnie inne proporcje. Nagle ktoś, na kim polegałam przez wiele lat, zadecydował, że za rękę mnie nie będzie trzymał. I co, Panie Szczygieł? Dziesięć lat pracy na darmo? Nie zasłużyłam sobie?

Poczucie goryczy w takiej sytuacji można ciągnąć w nieskończoność. Nawet do rzeczonej śmierci. Można stwierdzić, że żyło się po nic. Przeglądając ostatnio katalog z urnami na prochy i spisując testamenty oraz dyspozycje na wypadek śmierci (bo przezorny zawsze ubezpieczony), uderzył mnie bezsens takiego myślenia. Tak, można żyć w gniewie do końca swych dni, tylko… trochę szkoda czasu. Gdy liczysz dni, nie licz smutków, licz błogosławieństwa! Niech zasłużyłam na miłość i wsparcie mojego męża? A no bo na to nie powinnam nigdy zasłużyć! Takie rzeczy mi się należały niejako z urzędu, skoro się zdecydował się przysięgać mi miłość, wierność, uczciwość małżeńską i co tam jeszcze obiecywał. Zauważyłam jednak, że ludzie lubią używać tak górnolotnych frazesów, gdy chcą zakryć swój brak charakteru i honoru. Człowiek wewnętrznie silny nie musi obiecywać, po prostu żyje tak, by samemu sobie i tym, którzy mu uwierzyli, wstydu nie przynieść. Czyny mówią o nas więcej niż słowa. Ale to, że ktoś nie dotrzymał swojej części umowy, nie świadczy przecież o mnie. A na pewno nie przekreśla reszty mojego życia.

W lodówce czekają na mnie butelki i pojemniki, ponumerowane od 1 do 5, z zapisanymi na nich czarnym flamastrem dniami i godzinami, kiedy mam je otworzyć i zjeść. Czasem dołączone krótkie: „odgrzej w temperaturze do 120 stopni” lub „na patelnię”. To moja koleżanka robi mi zapasy, gdy wie, że czeka mnie kolejna dawka chemii lub innych okropieństw, po których nie mam siły stać na nogach. Przyszła raz w okresie po wlewkach, zobaczyła co i jak, od tej pory jej społeczną misją jest karmienie mnie i dbanie o moją lodówkę.
Do drzwi puka sąsiad, krzycząc od progu: „Pani Justyno, ja Pani może kaloryfery posprawdzam, co? Bo się zimno robi, a u Pani się zapowietrzają…”. Sąsiad minął się kiedyś w tych drzwiach z moim odjeżdżającym do nowej dziewczyny mężem, popatrzył na niego, potem na moją łysą głowę i od tej pory co tydzień dokonuje jakichś napraw, konserwacji, ulepszeń. „A może opony Pani pojechać zmienić na zimę? Boję się o Panią, że mrozy chwycą i Pani do lekarza na letnich pojedzie”.
Na pierwszą wlewkę wiózł mnie mój trener. Chciałam ambitnie sama, taka duża i dzielna, ale chłopu metr osiemdziesiąt nie mogłam się sprzeciwić.
Pewnego dnia przyjechała do mnie szefowa cateringu, który karmi moje maluchy. Szef szefów, jak w „Poranku kojota”. Przerażona, że pewnie coś złego się szykuje, skoro aż taka osobistość do nas się pofatygowała, biegnę do niej i od progu krzyczę: „Ależ coś się stało, Pani Kasiu??”. A ona spokojnie: „A chciałam Panią uściskać i oddać Pani trochę pozytywnej energii i otuchy”. Co też uczyniła.
Jeden z moich przedszkolaków, zasypując mnie znienacka uściskami i całusami, powiedział mi ostatnio: „Kocham Cię Ciociu, wiesz dlaczego? Bo jesteś najpiękniejszą łysą ciocią na świecie!”.
I na żadną z tych rzeczy powyżej wiem, że nie zasłużyłam. Nic a nic od tych ludzi mi się nie należało. Nie jestem pewna, czy ja sama dla nich cokolwiek dobrego kiedyś zrobiłam.
Na miłość, wsparcie, dobre gesty NIE MOŻNA ZASŁUŻYĆ. Trzeba mieć szczęście spotkać ludzi, którzy nam to zaoferują, zupełnie za darmo.
I trzeba wybrać, czy się żyje tylko goryczą i złością na tych, którzy najbardziej nas zawiedli i zranili, czy też decyduje się przyjmować rzeczy pozytywne od sąsiadów, znajomych, dzieci, ludzi dookoła.

Oglądając te w cholerę drogie i nietwarzowe urny uznałam, że mój wybór jest banalnie prosty.