Lifestyle Psychologia Święta Zdrowie

Nie przegap okazji! SENS życia

rakowaPATKA
rakowaPATKA
26 marca 2016
 

Szybko i krótko. Refleksyjnie. Bo każde świąteczne dni bywają przecież refleksyjne. Starajmy się w tym pędzie, między kolorowymi świątecznymi koszykami, pamiętać o nich. O tych, dla których te święta mogą być ostatnimi. Dla wielu z nich te święta właśnie takie będą. Ostatnie.

Jeśli masz kogokolwiek wśród swoich bliskich, kto walczy o życie – niech nie będzie sam.

Zrezygnuj na ten czas z siedzenia przy stole, zrezygnuj z jakiegoś wyjazdu, zrezygnuj ze swoich przyjemności. Zobaczysz, że przyjdzie taki czas, że nie będziesz tego żałować. Nie pytaj chorego, jak się czuje. Zapytaj chorego o to, czy czegoś mu nie brakuje i czy może zjeść jajko. A może chciałby wyjść na spacer? Pewnie, że chciałby! A sam po prostu nie może, potrzebuje pomocy drugiego człowieka. Zamiast kolorowych jajek, nadmuchaj kolorowe balony, zabierz je ze sobą i przywiąż je do wózka, na którym zawieziesz swojego bliskiego w jakieś życiodajne miejsce. Może to być tuż obok, ale dla chorego – będzie to kawałek innego świata. Wszystko będzie lepsze od tej codzienności, w której to choroba układa plan dnia. Spacer nie musi być długi i nie musi być bardzo świąteczny. Wystarczy, że będziecie razem. Każdy taki wspólny moment, to takie małe święto. Warto o tym pamiętać. Bo dla chorego to właśnie jest wszystko. Nie musisz robić zbyt wiele, nie musisz mówić zbyt dużo. Ważne jest to, by zdążyć. Zdążyć być razem. Ja tak rozumiem obecność.

I kiedy nadejdą kolejne święta, kiedy nadejdzie kolejna Wielka Sobota, podczas parzenia kawy rano… znajdziesz w swojej kuchni, zupełnie przez przypadek, plastikową kolorową łyżeczkę. Łyżeczkę, którą jadł jogurt, którą miałaś wtedy wyrzucić, a nie zrobiłaś tego. Będziesz stała w kuchni, trzymając tę łyżeczkę w dłoni i będziesz szczęśliwa, że jej wtedy nie wyrzuciłaś. Będziesz czuła się jak odkrywca, który odnalazł prawdziwy klejnot.

Niech będą wyjątkowe dla Was!

 

 

 


Lifestyle Psychologia Święta Zdrowie

Każda pomoc ma znaczenie. Potrzebna dobra energia! Czyli akcja reakcja

rakowaPATKA
rakowaPATKA
13 kwietnia 2016
Fot. Fundacja Gajusz / facebook
 

Spełniaj marzenia dopóki jest czas

Większość podopiecznych nie zdąży nawet poznać swoich marzeń. To pierwsza w centralnej Polsce taka placówka, Pałac dla chorych dzieci, gdzie od kilkunastu lat pomaga się nieuleczalnie chorym dzieciom, wymagającym opieki paliatywnej. Pomaga się również ich rodzinom. Czy w hospicjum domowym może być jak w domu? Okazuje się, że może. Tak jest w Fundacji Gajusz. Już sam budynek pokryty bajkowym muralem zachęca do wejścia. Panuje tam serdeczna, przyjazna i domowa atmosfera. Jak to się zaczęło i kto za tym stoi? Przeczytasz tutaj.

Mój dzisiejszy wpis to apel, gdyż okazuje się, że do końca tego miesiąca, do końca kwietnia 2016 roku – Łódzki Pałac, czyli Stacjonarne Hospicjum dla Dzieci – powinno zakupić agregat prądotwórczy, bez którego nie ma życia…


„ Kiedy wysiada prąd mamy półtorej godziny na reakcję, bo cały sprzęt posiada naładowane baterie na 90 minut. Stan dzieci oceniamy pracując z latarkami górniczymi, żeby ręce były wolne. I z komórkami na głośnomówiącym, żeby awaria została usunięta jak najszybciej. I zwyczajnie boimy się, czy się uda. Czy zdążą na czas specjaliści elektrycy, a jeśli nie to czy karetki przyjadą natychmiast, żeby zabrać przestraszone dzieci do szpitala.”

Fundacja Gajusz nie jest mi obojętna, to ważne dla mnie miejsce. Jestem Łodzianką, znam to miejsce, placówka znajduje się w okolicy, w której się wychowałam, w której dorastałam. Pracują tam wspaniali lekarze, przyjazny personel. Pod koniec zeszłego roku Fundacja Gajusz przyjęła jednorazowo młodego chłopaka, który chorował na bardzo agresywnego raka kości, a który znalazł się w krytycznym momencie. Żadna inna łódzka placówka, w tym również szpitale, nie mogli bądź nie chcieli Mu pomóc. A to tylko dlatego, że był pacjentem onkologicznym leczonym w GB, w Londynie. Dr Łukasz Przysło , będący wtedy na dyżurze, uratował mojemu Bratu życie. Udało Mu się wydłużyć to Jego życie o kilka tygodni. Dlatego kawałek mojego serca jest w tamtym miejscu.

Fundacja Gajusz uruchomiła zbiórkę pieniężną i pomimo ogromnego zaangażowania ludzi dobrej woli, nie jest jeszcze gotowa, by zrealizować ten cel. Dlatego również i ja zwracam się do Was z prośbą o jakiekolwiek darowizny w tej słusznej sprawie. Sama prześlę cegiełkę od siebie i jeśli mogę prosić, w imieniu swoim i rodziców podopiecznych tej fundacji – to proszę. Proszę o pomoc.
Całus w serce!

Wpłat na agregat prądotwórczy można dokonywać tutaj: formularz

WSPARCIE HOSPICJUM DLA DZIECI
NUMER KONTA:
SWIFT/BIC kod:
PKOPPLPW Pekao 80 1240 1545 1111 0010 6257 1028
Konta walutowe:
IBAN: PL SWIFT: WBKPPLPP
EURO 19 1090 2705 0000 0001 2064 2580
USD 72 1090 2705 0000 0001 3179 0903

Fundacja Gajusz Facebook

 


Lifestyle Psychologia Święta Zdrowie

Wszystko musi mieć swój czas i swoją emocję, ale życie do przeżycia jest jedno. O tym jak nie stracić gruntu pod nogami

rakowaPATKA
rakowaPATKA
20 marca 2016

 

Zawsze dbałam o siebie i o swoje zdrowie, ale od jakiegoś czasu zapomniałam całkowicie o sobie. A to wszystko ma związek z doświadczeniem zdobytym przez ostatnie sześć miesięcy i przeżywaniem żałoby po stracie kogoś bardzo bliskiego. Nie mając zupełnie siły na cokolwiek, próbowałam być sprawna technicznie i intelektualnie w sytuacjach niezbędnych. Tak często wygląda życie ludzi z depresją. A ja dorobiłam się jej podczas walki młodego człowieka z rakiem, którego kochałam, wspierałam na tyle na ile mogłam, którego obserwowałam, dla którego starałam się być 24h na dobę, najpierw wirtualnie a potem fizycznie. Aż do samego końca. Spotkało mnie to dlatego, że byłam zbyt długo za silna. Czasem to banalne „Never Give Up!” nie działa i się nie sprawdza. Trzeba wiedzieć kiedy odpuścić i pozwolić sobie na to. Wbrew temu co się mówi, to w niczym nie ujmuje. Czasem pozytywne podejście nie wystarczy, co z tego, że człowiek ma świadomość spraw istotnych, ale zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba solidnie złapać się za ramiona i na tym się skoncentrować.

 

Od dwóch tygodni uczciwie zajmuje się sobą. Ponownie sprawia mi to ogromną przyjemność i daje satysfakcję. Na kilka dni przed swoimi czterdziestymi urodzinami dowiedziałam się o chorobie kogoś, kogo bardzo dobrze znam i cenię. Kogoś kto na pierwszy rzut oka wydawał się okazem zdrowia, bo prowadzi zdrowy styl życia, zdrowo się odżywia, dba o suplementcję, jest mentalnie otwarty i świadomy spraw słusznych i oczywistych. Więc skąd nagle ten rak? Rak jamy ustnej. Było to dla mnie zaskoczeniem, chociaż już teraz ten rak to zwyczajność. Umiera na niego prawie każdy. Jak tylko otrzymałam wiadomość, pobiegłam do szpitala. Po takiej diagnozie człowiek nie powinien być sam. Żaden. I ja zdaję sobie sprawę z tego, jakie to ważne. Teraz czekamy na pierwszy zabieg. I liczymy na to, że będzie on jedynym. To zdarzenie również dało mi mocno po głowie. Zrobiłam rachunek sumienia. Rozliczyłam siebie z ostatnich kilku miesięcy! Mogłam zwalić wszystko na depresję. To było łatwe i zrozumiałe, ale przyszedł moment, by wydostać się z tego. To chyba też strach. Strach przed rakiem. No i rzeczywiście ta odzyskana świadomość. Pogrążając się w rozpaczy, często zapraszamy do swojego życia problemy i towarzyszący temu stres. Nie uda się uniknąć pewnego rodzaju stresu, który wynika ze zwykłej codzienności, ale uda się uniknąć stresu, który pochodzi od spraw i zdarzeń, na które nie mamy wpływu. I warto to sobie uświadomić, by nie narażać na zainfekowanie całego swojego organizmu. Dlatego powiedziałam DOŚĆ! Dlatego też mocno wzięłam sobie to do serca. Krótko mówiąc podnoszę się. Sama. Ważne jest to, by nie stracić gruntu pod nogami i mieć kontrolę nad sytuacjami, w których zapala się czerwone światło. Rozpoczęłam terapię i przeprowadziłam tzw. przegląd techniczny. I czasem takie czekanie powoduje, że krew krąży w nas szybciej.

Ci, którzy myślą, że nie mają czasu na zdrową dietę i uprawianie sportu, prędzej czy później będą musieli znaleźć czas na chorobę!

I ponownie w mojej kuchni są zielone soki, wyciskanie cytryny i przygotowywanie zdrowych smoothies. Jest dużo owoców i warzyw. Odkurzyłam książki z przepisami, te z tą wiedzą – co i jak jeść, a czego nie jeść w ogóle. Magazyny poświęcone dbaniu o zdrowie i kondycję znajdziesz u mnie wszędzie. Są buty sportowe i bluza z kapturem, bieganie w lokalnym parku, nad rzeką, bądź po osiedlu, którego lokalizacja daje mi taką możliwość. Medytacja, ćwiczenie oddechu i odkrycie tego, że schody na klatce schodowej mogą służyć do niezłego treningu. Spotkania z ludźmi, którzy mogą być jakkolwiek drogowskazem w mojej najbliższej przyszłości.  Wczoraj wieczorem np. zrobiłam OFF i zaaakcentowałam godzinę dla ziemi. Każdego roku wykorzystuje tę godzinę na pobycie z samą sobą. Traktuje to jak uzupełnienie swojej medytacji. Robiąc dobrą rzecz w słusznej sprawie, możesz naprawdę uzyskać niesamowite korzyści dla siebie. Tak jak ja wczoraj. Staram się z uśmiechem kończyć każdy dzień. Jeśli mamy z córką tylko okazję, śmiejemy się głośno przed spaniem. Ostatnio zdystansowałam się do swojego prywatnego kanału komunikacyjnego, czyli nie podglądam ludzi, nie interesuje się życiem innych, chociażby poprzez wpisy, które robią na swoich profilach. Zresztą nigdy tego nie robię, ale bardziej tutaj się z tego wylogowałam, po prostu. I to, że mnie tam nie ma, tak jak dotychczas, daje mi niesamowity profit. Odzyskuje swój czas. Nie reaguje na wiadomości. Do daty, którą sobie sama ustaliłam i o której poinformowałam wszystkich – wytrwam. Jestem tam na tyle na ile chcę być. Zaglądam, ale nie angażuje już swojego prywatnego życia w to. Miałam z tym ogromny problem. Traktowałam to jak coś, co musi być w moim życiu. Takie uwiązanie się na tej wirtualnej smyczy, to było pewnego rodzaju uzależnienie. Teraz widzę, że warto walczyć z takim nałogiem. Innych na szczęście nie mam. I choć lubię swoje przetarte szlaki wirtualne, postanowiłam z nich zejść i poszukać innych dróg do samodoskonalenia i swojego rozwoju. Skupiłam się na realizowaniu swojego projektu, czyli książki, nad którą pracuję, a która też obdziera mnie żywcem z mojego pancerza. Nie da się robić książki, o raku, bez przeżywania. I skoro się nie da, to wolę przeżywać tylko to, a nie masę innych spraw, które jakoś mnie nie dotyczą.

 

Zdecydowanie zakończyłam relacje z pewnego rodzaju wampirami energetycznymi, których każdy z nas w swoim otoczeniu prędzej czy później rozpoznaje. Tacy ludzie znajdą zawsze pretekst, by świat zwrócił oczy na nich samych. I od nas tylko zależy, czy pozwolimy im mieć wpływ na nasze życie. No i ja na to nie pozwoliłam i nie pozwalam. Znalazłam czas na rozmowy telefoniczne ze znajomymi, no bo telefon przecież do tego służy, a nie jedynie do przebywania w internecie. Wciąż robię sporo zdjęć, ale to też moja pasja, lubię dokumentować. Wreszcie sięgnęłam po zaległe lektury, na które nie miałam ani czasu ani głowy. Zapisałam się na kurs. Można? Można. W tym tygodniu zamierzam się spotkać ze znajomymi, których bardzo zaniedbałam przez cały ten czas. Czas, który poświęcałam ludziom, których kompletnie nie znałam. Byli to ludzie poznani w internecie. Zapoznał nas ze sobą rak. I nie wiem jakim cudem udało im się stać dla mnie kimś ważnym. Przecież to nie jest normalne. Nie było to normalne, że po wielu odbywanych rozmowach z ludźmi chorymi – nie miałam siły już na nic więcej. Nie miałam siły na spotkanie ze swoimi autentycznymi znajomymi. Nawet jeśli to chorujący na raka ludzie, trzeba mieć pewne granice. Trzeba je stawiać. Ludzie wspierający innych muszą to potrafić. Empatia empatią, ale asertywność jest wskazana, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Po prostu nie jest zdrowe się tak zatracać. Pomogła mi zrozmieć to też lektura wywiadu z Agnieszką Kalugą, autorką bloga i książki pod tym samym tytułem Zorkownia. Czytając miałam wrażenie, że jest mi to wszystko bardzo bliskie.

 

Nie tak dawno moja przyjaciółka, która jest dziennikarką, pracowała nad jakimś materiałem, w którym reaguje na ludzi chorych i usłyszałam od Niej, że jest tym poruszona, bo przecież jest tylko z boku, ale widzi jak to może pogrążyć. Porozmawiałyśmy sobie o tym. Wymieniłyśmy się spostrzeżeniami i doświadczeniem. Tak to właśnie działa, dlatego tak bardzo potrzebny jest dystans. Na początku miesiąca magazyn Oh!me zainicjował akcję „Zadbaj o siebie naprawdę.” Akcja nawiązuje do aktywności fizycznej, która chroni nas przed nowotworami, chorobami serca, cukrzycą, chorobami kości. I ja również szczerze Was do niej zachęcam. Przekonajcie się na czym polega akcja #SlimemGO. Warto! Nie tylko z powodu zestawów kosmetyków, które można wygrać, ale przede wszystkim dla siebie samej, dla siebie samego. Bo stawką jest Twoje zdrowie! I Ty właśnie możesz je wygrać, albo też pomóc wygrać je komuś innemu. Ja czuję się znacznie lepiej niż dwa tygodnie temu, niż tydzień temu. Dziś, w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny możesz i Ty zacząć dbać o siebie. Nie będziesz żałować. To chyba jedyna inwestycja, która się dziś opłaca. A swoje jutro zacznij od świeżego zielonego soku, z radością pozmywaj sprzęt kuchenny i GO! Przed Tobą tydzień, który nigdy się już nie powtórzy. Dobrze go wykorzystaj!

 

2016-03-20 15.28.09 2016-03-20 14.59.30

Składniki na zielony sok (jeden z wielu):
* ananas
* banan
* liście szpinaku (1 dłoń)
* woda mineralna
* green boost powder (sproszkowane zielone tzw. superfoods, ale nie jest to konieczność)
Blendujemy po czym delektujemy się smakiem. Na zdrowie! 🙂