Psychologia Zdrowie

Jak ważne jest nastawienie do choroby, żeby przeżyć?

rakowaPATKA
rakowaPATKA
30 grudnia 2015
 


Pozytywne nastawienie, chociaż nie może wyleczyć z raka, może jednak dać imponujące rezultaty. Chorzy, którzy akceptują fakt choroby i stają do walki. nie tracą tyle na wadze, nie opuszczają swoich codziennych zajęć, bo nie leżą tyle w szpitalu między zabiegami z powodu infekcji. Inni, którzy wpadają w depresję – więcej wymiotują, bardziej chudną, nie mają apetytu i nie wracają tak szybko do sił. Nastawienie jest zaraźliwe i jest w rodzinie sprawą zasadniczą! Chorzy wyłapują nastrój otoczenia i dopasowują się. Lepiej popaść w niekontrolowany optymizm niż skazać całą rodzinę na życie w Świątyni Rozpaczy. Należy pamiętać, że kiedy wszystko zawodzi, trzeba wyciągnąć ciężką artylerię – NADZIEJĘ – i mocno się jej trzymać! „NIC MI NIE JEST, po prostu mialem raka” / E. Bombeck / 

Rok temu wpadła w moje ręce książka o dzieciach, które przeżyły nowotwory.

Gdy mój Brat, młody atrakcyjny chłopak, szukał sam siebie na swoich zdjęciach sprzed choroby i tęsknił za tym silnym i uśmiechniętym chłopakiem – nie mogłam stać z boku i się przyglądać. Musiałam reagować! Najdelikatniej jak potrafiłam. Często sięgałam z półki tę lekturę i sama szukałam najlepszego sposobu, z tych możliwych sposobów, by pomóc i Jemu i sobie przez to przejść. Tę książkę podarowała mi pewna młoda dziewczyna. Dziewczyna z chusteczką na głowie. Ania. Wracając do tej lektury nieustannie uczyłam się chorować razem z Nim i być na tyle, na ile pozwalała mi sytuacja. Potem zostawiałam swoje wiadomości, by zawsze mógł do nich wracać. Wracać i wierzyć w to, że będzie jeszcze pięknie. Wiem, że do nich wracał. Teraz zostawiam tę wiadomość – dla każdego chorego, który traci nadzieję.

Jeśli stajesz przed lustrem…

I widzisz w nim swoje odbicie – nieco inne – aniżeli kilka tygodni, kilka miesięcy wcześniej – nie dramatyzuj. Nie załamuj się. Wciąż jesteś sobą. Wciąż jesteś młody, nieważne ile masz lat. To wciąż Ty. Jesteś tylko chwilowo słaby. Dlatego gaśniesz w oczach, dlatego martwisz się, bo Twoje ciało zmienia się, kurczy się. Nie podobasz się sobie. Dlatego szukasz tego kogoś, kogo widzisz na fotografii z wakacji. Kogoś silnego, radosnego, roześmianego. Uwierz, to minie. Nabierzesz sił. Odzyskasz je. Tylko musisz w to wierzyć, że to co się teraz z Tobą dzieje – to proces Twojego leczenia. Każda droga, którą chcemy pokonać – nie jest łatwa. Zatem przed Tobą – wcale niełatwe zadanie. Musisz wierzyć, że pokonasz tę drogę. Nawet wtedy kiedy walić się będzie w Twoim sercu życie. Pokonasz! Bo wiesz ile to jest warte. Nie możesz jedynie tracić wiary. Wiary w to, że tego dokonasz. Jeśli wierzysz w Boga, zwróć się do Niego po pomoc. Jeśli jesteś z Nim na bakier – nie przejmuj się. I tak Go poproś. On Ciebie wysłucha. I choć przed Tobą wiele trudnych chwil podczas tej Twojej drogi – nie trać wiary. Pozytywne nastawienie jest niczym lekarstwo, które uratuje Tobie dzień, dwa, tydzień, całe życie. CAŁE ŻYCIE! I pamiętaj – nie jesteś sam. Nie wstydź się prosić swoich bliskich o pomoc. Pomogą tak jak będą potrafili najlepiej. Nie bój się mówić o swoich lękach, obawach. Nie oczekuj jedynie, że każdy umie rozmawiać o RAKu, nikt nie jest przygotowany na takie rozmowy, ale każdy człowiek umie pomóc. Jakkolwiek, ale umie. Pozwól mu w tym brać udział. Ja Ciebie kocham. Twoja siostra.


I choć mój Brat w swojej chorobie był dorosłym człowiekiem – był dzieckiem swoich rodziców i był bratem dla swojego rodzeństwa. Był młodszy ode mnie o dziesięć lat. W takich sytuacjach w jakich była i wciąż jest moja rodzina warto szukać pomocy technicznej. Z usług psychoonkologa powinni korzystać wszyscy. Nie tylko ludzie z chorobami nowotworowymi, ale również ich rodziny. Bo było życie przed rakiem, było życie z rakiem i jest życie po raku. Rodzicom swoich dzieci, niezależnie od wieku chorego, polecam właściwe lektury. Mogą nie tyle pomóc zrozumieć pewne trudne sytuacje, ale i ukoić ból, z którym wielu nie potrafi sobie radzić. Po takie książki można zgłosić się do Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobą Nowotworową

 


Psychologia Zdrowie

Rak na emigracji potrafi być okrutny i bardzo samotny

rakowaPATKA
rakowaPATKA
9 stycznia 2016
Fot. iStock / Pilin_Petunyia
 

 

Fot. iStock

 

Kilka dni temu odwiedziła mnie znajoma. Nim zdążyłam zaparzyć kawę, ona zdążyła się rozpłakać. I to z powodu byłego partnera. Rozstali się kilka lat temu. Pamiętam jak wtedy to przeżywała. W tamtym czasie ona została bardzo przez niego zraniona. A teraz zadzwonił do niej i nalegał na spotkanie. Spotkali się w pewien deszczowy dzień, gdzieś w centrum tego dużego i głośnego miasta. Jest chory na raka. Raka trzustki. Zdiagnozowany został bardzo późno. Zbyt późno, by móc cokolwiek dla niego zrobić. Nie oczekiwał od niej współczucia, chyba bardziej zrozumienia. Chciał po prostu porozmawiać. Ufał jej. Kiedyś byli ze sobą bardzo długo. Rozumieli się, ale to nie wystarczyło. Wtedy to nie wystarczyło. Zostawił ją i odszedł. Odszedł, bo zakochał się w pięknej egzotycznej dziewczynie. A ona nie potrafiła zaufać ponownie. I z czasem chyba polubiła swój stan singielki. Nie wiem czy go wciąż kocha. Minęło sporo czasu od tamtych wydarzeń.

Zapytałam o rokowania. I choć zdawałam sobie sprawę, że moje pytanie jest bezlitosne, to też wiedziałam, jak bezlitosny jest rak trzustki. Przyszła porozmawiać, a ja nie mogłam jej okłamywać. Musiałam wiedzieć, bym mogła pomóc chociaż jej. Usłyszałam: SZEŚĆ miesięcy, może krócej. Wciągnęłam powietrze i powoli je wypuściłam. Objęłam ją szybko i posadziłam na sofie, podałam jej pudełko chusteczek i zaparzyłam kawę. Będąc w kuchni natychmiast przypomniała mi się historia Ani Przybylskiej. W sierpniu dostałam od przyjaciół smsa, w październiku Przybylska zmarła. W tym przypadku tutaj, to on zaniedbał temat. Jak to czasem mężczyzna. Do tego żyjący na emigracji. Rak trzustki to jeden z najbardziej podstępnych nowotworów. Do lekarza nie poszedł we właściwym czasie, a z pewnością nie poszedł wtedy, kiedy czuł się źle. A potem przy pierwszym kontakcie z lekarzem nie naciskał, wierzył we wszystko co mu lekarz powiedział, nie nalegał na rozszerzenie badań. I stało się! Zaniedbanie, ból i szpital. A potem zaproponowano mu leczenie paliatywne i wydłużenie życia jak długo się da w jego przypadku. Wtedy zadzwonił do niej. Do swojej byłej narzeczonej.

Zobacz jakie symptomy mogą świadczyć o raku trzustki

Rak na emigracji potrafi być okrutny i bardzo samotny

Chory często, po tym jak usłyszy diagnozę, nie wie co ze sobą zrobić. Ona przyszła do mnie, kompletnie zagubiona, nie gotowa na to wszystko, ale gotowa na to, by mu pomóc. I to jest najpiękniejsze, co tylko może spotkać drugiego człowieka. Obecność. Zastanawia się czy walczyć o niego, czy akceptować to wszystko, o czym mówią lekarze. Wiedząc o moich ostatnich przeżyciach, zapytała mnie – czy będę mogła pomóc? Zwróciła się do mnie o jak najwięcej informacji, zapytała o następny krok. Oczywiście, że jej pomogę. Oczywiście. Nie będę mogła technicznie w tym wszystkim uczestniczyć, bo na to ja sama nie jestem gotowa. Nie jestem gotowa, by po mojej tak ogromnej stracie, z którą pogodzić się nie mogę, łapać teraz kogoś innego za rękę i trzymać. Trzymać mocno. Na to jestem za słaba. Nie miałabym odwagi tego zrobić. Będę na tyle, na ile sama dam radę i na ile pozwolą mi moje możliwości. Podzielę się wiedzą i zaprowadzę tam, gdzie powinni trafić. Byłam z nią szczera. Popłakałyśmy sobie razem i zaczęłyśmy działać. Mój Brat, gdy Go odwiedzałam w hospicjum, często śmiał się ze mnie, że jestem jak taka ulotka. Zawsze przepadałam przy stojaku z ulotkami i gazetkami. Tak już mam, że lubię wiedzieć i nieustannie uzupełniać tę wiedzę. Teraz mogłam niektóre z tych informacji przekazać jej. Zostawić jakiś namacalny ślad. Skierowałam ich do organizacji, gdzie otrzymają pomoc. Pomoc od A do Z. Przede wszystkim wsparcie psychologiczne i psychoonkologiczne dla obojga. To jest absolutnie konieczne i tego zaniedbać nie wolno. Nie każdy chory chce opowiadać o sobie komuś obcemu, ale warto podjąć tę próbę. Tutaj szpitale świetnie współpracują z hospicjami i z takimi organizacjami. Zostanie przydzielony mu opiekun, który będzie dostępny dla niego niemalże całą dobę. Zapytałam o rodzinę chorego. Co z nią? Gdzie jest? Jak to wygląda? Ona nie może być z tym sama. Okazało się, że rodzina daleko i nie tylko z powodu dzielących ich kilometrów. On nie utrzymuje kontaktu z rodziną. A rodzina też nie szuka kontaktu z nim. Zmarszczyłam czoło. Nie spodziewałam się, że będzie tak ciężko.  Przed nimi bardzo trudny czas. Zapytałam ją czy jest na to gotowa. Choć wiem, że nikt nie jest nigdy gotowy na taką walkę. Do takiej walki potrzebny jest czas. Czas na to, by się oswoić z nową sytuacją. A tutaj tego czasu nie było i nie ma. Jest tylko sześć miesięcy na wszystko. Może nawet o wiele mniej. Choć jest nadzieja. Ona musi być!

Ustaliłyśmy plan działania na kolejny tydzień. Spotkam się z nimi gdzieś w West End i przy szklaneczce świeżego soku przegadamy to wszystko jeszcze raz.  Będę jak ta marchewka, która dodaje koloru poszarzałej i pozbawionej blasku skórze. Postaram się go przekonać, by jak najszybciej skontaktował się ze swoimi bliskimi. On oczywiście ma prawo zadecydować o sobie, ale nie wolno mu izolować się od ludzi, dla których kiedyś był bliski, dla których nadal może jest bliski. Nie wolno mu izolować tych ludzi od tego wszystkiego, przez co będzie przechodził w najbliższym czasie.  Opowiem mu o sobie. Opowiem mu moją historię. Może go przekonam. Ona, nawet jako była narzeczona, nie może wziąć tego wszystkiego na siebie. Nie da rady. Nikt nie jest takim siłaczem. I nikt nie powinien wyrządzać sobie takiej krzywdy. Ja wiem, że cierpienie uszlachetnia, ale bez przesady. Człowiek może skończyć się szybciej, aniżeli mu się wydaje. Przeszłam przez to wszystko w ostatnich miesiącach, przeżywałam wszystko bardzo intensywnie, a jeszcze intensywniej obserwowałam chorego i jego bliskich. I choć każdy starał się postępować jak najlepiej potrafił, niestety nie dał rady. I to są moje obserwacje, z którymi ja sobie poradzić nie potrafię. Wyciągnęłam z nich wnioski i bardzo głęboką refleksję. Dlatego też, jeśli potrafię ubrać w słowa swoje przeżycia, to właśnie moim obowiązkiem jest komuś je przekazać i dać nadzieję. Tak powiedział Pan Jerzy Stuhr w wyemitowanym przez TVP materiale, w którym opowiadał o swojej chorobie i swoich doświadczeniach. I te słowa chyba mocno wzięłam sobie do serca.

Ja ostatnio o tej nadziei tyle rozmyślam. O tej nadziei w każdej chorobie przewlekłej. Najbardziej znam chyba tę przy raku. O tej nadziei, której jestem świadkiem, odkąd zdecydowałam się na działalność społeczną. O tej, którą obserwuję na kanałach komunikacyjnych w internecie, o tej której byłam świadkiem od listopada 2014 roku. O tej, którą czułam w głosie i widziałam w spojrzeniu, za każdym razem kiedy byłam w hospicjum. Jakkolwiek choroba będzie zmieniała ciało chorego i odbierała mu siłę, to właśnie nadzieja jest narzędziem niezbędnym do walki o siebie. Nadzieję mają również ci, którzy chorego wspierają. I choć ja nie miałabym odwagi rozdawać tej nadziei ot tak sobie, tak mogę próbować ją ocalić i ułatwić każdy kolejny dzień. Sobie i innym. W komunikacji z każdym chorym trzeba być uczciwym. Nie wolno oszukiwać. Nie robiłam tego i robić nie zamierzam. Jeśli to tylko sześć miesięcy – to koniecznie trzeba pozwolić choremu przeżyć je najpiękniej jak się da. Uporządkować emocje na tyle na ile się da. Pozwolić mu na to. Rozganiać czarne chmury znad głowy chorego, zapalać słońce i spacerować z nim w tych promieniach. A płakać wtedy kiedy on nie będzie widział. Chorego trzeba izolować nie przed ludźmi, a przed negatywnymi emocjami jakie człowiek w sobie potrafi zgromadzić. Nie wolno mu ich okazywać, a z pewnością nimi się dzielić. Nie wolno przynosić do takich miejsc jak szpital czy hospicjum problemów z zewnątrz. Wtedy swoje życie trzeba zostawić za drzwiami. Należy pamiętać, że chory, którego odwiedzamy nie jest jedynym chorym w tym miejscu. Warto również zwracać uwagę na ciszę. I w niej szukać ukojenia. Tak jak robią to często chorzy. Uciekają w ciszę, zapadają w drzemkę, szukają przestrzeni dla swojego bólu. Należy bezwarunkowo otoczyć chorego troską, nie przesadzać z nadgorliwością, bo i to czasem potrafi zmęczyć, ale życzliwość, serdeczność i cierpliwość to podstawy budulec każdej relacji z chorym paliatywnie człowiekiem.

Gdzie uzyskać pomoc w GB, w Londynie?
Pancreatic cancer / We Are Macmillan. Cancer Support


Psychologia Zdrowie

Mam wrażenie, że moje mieszkanie zamarło. Nie pachnie już jak dawniej, ulotnił się gdzieś ten zapach życia

rakowaPATKA
rakowaPATKA
12 grudnia 2015
Fot. Pixabay/Foundry / CCO

Żałoba. Wybaczcie mi, ale to paskudne słowo. Nie podoba mi się. A czarny kolor jest dobry, ale na ceremonię rozdania Oscarów i to za dobrze zagraną pierwszoplanową rolę, a nie po to, by otulać się nim każdego dnia. Ostatnio zastanawiam się nad tym dość intensywnie. Zaglądam w głąb siebie i sięgam wzrokiem dość daleko. Nie spodziewałam się nawet, że potrafię jednak widzieć z tak daleka. Nic chyba nie poprawia człowiekowi spojrzenia na świat i ludzi jak jego własny osobisty dramat. I ważne jest to, by odszukać w tym wszystkim sens. I nie zmarnować tego.  Po prostu zacząć żyć sensowniej.

19 listopada odszedł mój cioteczny brat Kamil.

Był dla mnie jak rodzony. I za tę więź byłam gotowa oddać mu kilka lat swojego przeżytego życia. To właśnie tamtej nocy jego zmęczone ciało po bardzo intensywnej i wyczerpującej walce z chorobą nowotworową – rozstało się ze słońcem. Walczył do samego końca. I my na tę walkę patrzyliśmy również do samego końca. Odszedł w jednym z londyńskich hospicjów. W pięknym miejscu. Odszedł w obecności najbliższych mu ludzi, którzy tylko mieli możliwość być przy Nim. Razem z nami płakał personel hospicjum. I tej daty nie uda nam się zapomnieć już nigdy.

Miał tylko 29 lat. Tylko. Emocje zapisane w naszych głowach i w naszych sercach z tamtej nocy będą wracać do nas każdego roku. Z taką samą intensywnością. Obraz, kiedy trzymamy takie młode życie w swoich dłoniach i prosimy o to, by już zgasło, kiedy sami przestajemy już nie walczyć, taki obraz zostanie już na zawsze. A potem zastanawiamy się, dlaczego właśnie tak i czy zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić dla tego konającego człowieka. W takich momentach, kiedy serce klęka, człowiek pragnie wziąć gumkę i zacząć wycierać. Gdyby tylko było można wziąć taki korektor, zamazać i namalować ten obrazek od nowa inaczej – czy powstałoby dzieło życia? Jestem pewna, że niejedno.

Umarli odchodzą i pozostawiają po sobie ogromną pustkę.

Pierwsze dni są bardzo trudne, człowiek musi sobie poradzić, tak jak potrafi. Z tym wszystkim, co się stało i czego doświadczył. Okazuje się, że nagle jest więcej czasu, którego tak brakowało. Nagle z przerażeniem odkrywa, że nie musi pamiętać już o tym, by na czas podać leki, poprawić poduszkę, by reagować na każdy jęk bólu, a nawet sprawdzić na Facebooku, kiedy był ostatni oddech chorego. Czy czuje wtedy, że mu coś odebrano? Czy nie wie, co ze sobą zrobić? Czy czuje się bezużyteczny?

Każdy przechodzi przez ten bolesny moment inaczej. Ja do teraz znajduje w kieszeni szlafroka brudne i pozasychane łyżeczki po kawie. Wszędzie pełno pomiętych chusteczek. Mam wrażenie, że moje mieszkanie zamarło. Nie pachnie już jak dawniej, ulotnił się gdzieś ten zapach życia. Nie chce mi się nawet pozmywać, a przecież tak nie znoszę brudnej kuchni.  Nie chce mi się ugotować tego, co tak bardzo lubię i jest zdrowe. Najchętniej jadłabym tylko czekoladę. Ignoruję dzwoniący telefon. Unikam kontaktu z ludźmi. Pielęgnuję te relacje na odległość. Najczęściej poprzez klawiaturę. Dobrze, że jest pralka, która wypierze. Gorzej natomiast, kiedy brakuje sił, by rozwiesić to mokre pranie. Ale jest coś, co zrobiłam, bo uważałam to za konieczność absolutną – wypełniłam dokumenty, które umożliwią mi rozpoczęcie terapii z psychologiem.

Wiele odejść mam za sobą, ale żadne jeszcze nie pozostawiło po sobie takiego śladu, jak odejście tego uśmiechniętego młodego chłopaka. Nawet żałoba po moim ukochanym Tatku, wiele lat temu, była jakaś taka łagodniejsza. A może to ja byłam bardzo młoda i jeszcze tak nie rozumiałam życia. Czy można zrozumieć życie? Można. To zależy od tego, kogo do niego wpuścimy. Nauczycieli można mieć wielu, ale tylko jeden z nich nauczy nas – czym jest empatia, miłość i pokora. Tylko jeden. I tej lekcji nie wolno nam zapomnieć.  

Ale są i tacy, którzy nie chcą się uczyć i nie chcą wchodzić tak głęboko w stany zbyt dla nich emocjonalne. Nie chciałabym im absolutnie zarzucić, że nie cierpią. Ale świadomość tego, że mogli pewne sprawy poukładać inaczej, podjąć ryzyko i zrezygnować z siebie na ten czas, by okazać więcej zrozumienia dla samego umierającego, mam nadzieję, że będzie ich doświadczać długo. I tylko dlatego, by mogli zrozumieć to, że życia nie da się kupić, że życia nie da się przejeść po swojemu.  Można je po swojemu przejść, ale nie przejeść.  Trzeba się umieć dzielić. Sobą i swoim światem. Trzeba ludzi do niego wpuszczać. A przede wszystkim trzeba zacząć im się przyglądać, a nie wyciągać jedynie tępe i pozbawione życia wnioski.

I dlatego jest mi bardzo ciężko pogodzić się z tym, z czym poradzić sobie nie potrafię od kilku tygodni.

Przepraszam, że tak tu i teraz, ale swojej rodzinie, zarówno tej bliskiej i tej dalszej – wystawiam dwóję za ten sprawdzian. Oblaliście najważniejszy swój egzamin. Egzamin z bycia człowiekiem. Są wśród was matki. Są wśród was ludzie, którzy będą kiedyś rodzicami. Nie potrafiliście nawet złożyć nam kondolencji. Nie potrafiliście napisać nawet SMS-a. Niech to będzie dla was lekcja na przyszłość, że nie tylko umierający was potrzebują, ale i ci, którzy po nich płaczą.

Potrzebowaliśmy was, na długo przed odejściem tego dzieciaka, który przecież był i waszym dzieciakiem. To WAM i wielu takim dedykuję swój dzisiejszy wpis. Nie wstydzę się tego, ale WY powinniście. Za ten mój katar i kaszel. Za to obecne samopoczucie moich najbliższych. Za ten katar z tęsknoty i za ten kaszel z całego tego bólu. Zamiast pielęgnować problemy, zacznijcie pielęgnować miłość do drugiego człowieka. Nie bójcie się kochać ludzi. Będzie Wam się o wiele łatwiej żyło.

To moje najserdeczniejsze życzenia z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. I niech smakuje wam zupa grzybowa. Mnie będzie. Bo gotuję ją dla mojego nauczyciela, który właśnie dziś, na kolanach swojej matki, dotarł do swojego domu. Prochy mojego Brata są już w kraju. I dziękuję obcym ludziom, którzy pomogli nam w tym najtrudniejszym momencie naszego rozsypanego świata. Nigdy o Was nie zapomnimy.