Psychologia

„Im było łatwiej, tym było gorzej”. U męża stwierdzono borderline, zostałam wdową w wieku 33 lat

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 czerwca 2021
Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash
 

W odpowiedzi na artykuł o depresji u mężczyzn przyszedł do redakcji list. List o tym, co jeszcze może świadczyć o problemie być może bardziej uciążliwym niż depresja.


Wychowywałam się w domu, gdzie tata cierpiał na alkoholizm, a mama na przeniesiony Zespół Munhausena (do dzisiaj mama nie wie, że spuszczałam w toalecie leki, które mi podawała a szkodziły – terapeuta stwierdził u mnie wyjątkowo silny instynkt przetrwania, bo mój brat ma uszkodzone do dzisiaj zdrowie).

Gdy miałam 17 lat po dwóch poprzednich chłopakach poznałam D., który był później moim mężem. Imponowało mi, że ambitny, pracowity, z planem na życie, 3 lata starszy. Co przeszedł z moją mamą, to przeszedł, nie dał się, bo mama nie chciała oddać chomika do eksperymentów, w sensie mnie.

Gdy miałam 18 lat, zaręczyny – choć nie po mojej myśli, poszliśmy na kompromis, że powiemy moim rodzicom za jakiś czas.
21 lat – wprowadziłam się do niego – kochałam go, ale trochę to na mnie wymusił. Inna sprawa, że w domu sytuacja tragiczna. Co wydawało się być szczęściem, stało się później pasmem spraw różnych.  2 lata było cudownie.

W wieku 23 lat ślub cywilny, zaraz po śmierci taty na raka. Wzięliśmy kredyt na mieszkanie, zaraz potem zobaczyłam, że zaczynam być traktowana jak podpis… Kupiliśmy motor. Byliśmy szczęśliwi, mimo poważnego wypadku, który przetrwaliśmy. Zaraz ślub kościelny – wzięty, bo podobno tylko ja chciałam…

D. przeszedł na pracę zdalną, co mogło być zapowiedzią całej reszty. Zaczęła się zazdrość, urojenia, że latam po chłopach. Brak prawa do zakupu lakieru do paznokci, ładnej bluzki, fajnej fryzury.

25 lat – urodził się syn. Szybka decyzja, bo nie było wiadomo, co dalej z moją hiperprolaktynemią. Ciąża mnie osłabiła fizycznie i psychicznie. 9 miesięcy w domu. Miałam status, że nie mam kasy, więc nie mam władzy. Zaczął się brak prawa do  wyjścia z synem bez D., bo mamy być pełną rodziną, a ja go traktuję jak maszynkę do zarabiania kasy. On wyjeżdżał swobodnie, kiedy chciał w delegacje, ja nie miałam prawa. Były kłótnie i kompromisy, bo były rozmowy, ale to się zaraz skończyło. Zaczęło się po porodzie jak usłyszałam, że dla zabawy wydłużyłam akcję.

Po perturbacjach z mieszkaniem przeprowadziliśmy się, a ja za 4 miesiące chciałam się wyprowadzać. Miałam dość. Uprosił mnie, zostałam, chwilę było dobrze. Przy dziecku ani zdrowym ani chorym nie pomagał, oprócz kąpieli, choć był w domu, a ja do pracy chodziłam. Namawiał mnie, żebym zrezygnowała z ciepłego urzędniczego „k**widołka” i z nim pracowała. Odmówiłam. Pretensje.  D. upił nowy motocykl, sportowego diabła. Po kilku przejażdżkach odmówiłam dalszej jazdy z nim – w dupie miał, że ja jestem z tyłu, zaczęłam się go po prostu bać.

W Boże Narodzenie moja mama wkroczyła z policją do domu, że się znęcamy nas synem – pół roku życia z głowy na policji, w pomocy społecznej i w sądzie rodzinnym. Po wszystkim odcięliśmy się od niej.

W niedługo po tym nasiliły mu się bóle głowy, na które D. od zawsze cierpiał – po wielu leczeniach neurologicznych dostał leki przeciwpadaczkowe. Na ból pomogło, zaczęła się w stosunku do nas przemoc słowna, a w stosunku do psa fizyczna. Po pierwszym uderzeniu czworonoga na oczach dwuletniego syna prawie wyszłam z domu – zostałam, uprosił, zmienił leczenie.

Za dwa miesiące skończył się jego świat – obraził mnie przy rodzinnym stole, mówiąc źle o mojej pracy. Zaczęłam po wielu latach dbać o siebie, kupiłam sobie ubranie, kosmetyki, schudłam, „wylaszczyłam” się. Znalazłam kogoś, kto potrzebował tego, co ja – odrobiny czułości i akceptacji. Nie narzekałam z D. na brak seksu, ale to już było mechaniczne, stawało się puste. Równocześnie zniknęła z jego życia koleżanka z branży, co do której ja miałam podejrzenia. Wszystkie problemy u D. się nasiliły. Pretensje, że chcę kupić zmywarkę, pralko-suszarkę, bo jestem wygodna, nie chce mi się robić, a on musi wszystko, bo ja mało zarabiam. Zarabiałam więcej, on też, a im mniej było problemów, tym było gorzej. Zaczęłam go namawiać na terapię – odmówił. Zaczęłam zastanawiać się nad chorobą dwubiegunową – u teściowej identyczny świat, identyczne zachowania.

Zaszłam w drugą ciążę – dla syna, żeby nie był sam, jak to wszystko się rozleci, choć miałam status inkubatora, Niezadowolenie, że chodzę do pracy, nie chcę z nim być, z rodziną. Obie z córką mogłyśmy nie przeżyć, ciąża przenoszona, szybka cesarka, obserwacja, czy nie ma zakażenia. Obrażony, bo nie planował w swoim życiu cesarki.

Było niby lepiej, ale tylko na chwilę. Po 6 miesiącach uciekłam do pracy – pretensje. D. zaczął opowiadać, że ja nie muszę pracować bo on zajebiście zarabia. Zauważyłam, że twarz po prawej stronie mu drętwieje, nie umiał podjąć decyzji, zdania dokończyć, zahaczał prawym bokiem w trakcie chodzenia czy jazdy samochodem. Przyszła pandemia – myślałam, że jest lepiej. Coś się wydarzyło między nim a jego rodzicami, z którymi bardziej się liczył niż ze mną, wreszcie po 10 latach małżeństwa pierwszy raz mi śniadanie zrobił, a ja to miałam już w dupie. Znowu go namawiałam na terapię – nie. Zaczęłam myśleć o rozwodzie, szukać mieszkania – czekałam na koniec wspólnych zobowiązań.

Zaczął się wyżywać na synu, nie udało się, to zaczął na trochę ponad rocznej córce, bo ciągnęła kable od myszki. Wywrzeszczałam mu, że jest ch**jem, w odpowiedzi usłyszałam, że to ja mam problem i dzieci też, bo nie widzimy jego dobroci i przeszkadzamy mu pracować. Czerwony alarm w głowie kazał jeszcze chwilę wytrzymać…

Szykowaliśmy syna do szkoły. W sierpniowy piątek D. pojechał na motocyklu na basen. Długo nie wracał, zaczęłam dzwonić. Odebrał policjant, wypadek. Za 40 minut przyjechali do mnie – śmierć na miejscu, 160 km/h na liczniku. Wezwali do mnie karetkę, byłam wg ich doświadczenia za spokojna. Nie rozumieli, co poczułam. Mimo wielu zobowiązań i problemów, które na mnie spadły, przetrwałam, chodzę zadbana z podniesioną głową. Ale im było łatwiej, tym było gorzej. Nie rozumiałam skąd ta prędkość przy wypadku, w mieście, w godzinach szczytu.

Zgłosiłam się do terapeuty. U D. stwierdzono na podstawie moich licznych żali zaburzenie osobowości typu BORDERLINE, a ja od dnia wizyty policji uczę się radzić sobie z tym, czego sama nie rozumiałam i oni też – z poczuciem ulgi…

To wszystko w dużym skrócie, na szybko przed końcem pracy samotnej mamy biegnącej do dzieci. Zostałam wdową na 3 tygodnie przed 33. urodzinami. Uświadamiajcie ludzi dalej – dodajecie skrzydeł.


Psychologia

„Stojąc po drugiej stronie, nie jest wcale łatwiej. Nie, nie jest, obie cierpicie tak samo, każda na swój sposób. Obie z jego powodu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 czerwca 2021
Photo by Andrei Lasc on Unsplash
 

Czasem spotykamy kogoś zupełnie obcego i wydaje nam się, że ta osoba jest tym kogo nieświadomie lub świadomie szukaliśmy przez całe życie. Jest naszym przeznaczeniem, naszym dopełnieniem, przy nim czujemy się sobą, nie musimy nic udawać lub udowadniać, w końcu możemy być sobą.

Znajomość się rozwija, spędzamy ze sobą coraz więcej czasu, poznajemy się i lubimy się coraz bardziej. Ta osoba zaczyna być dla nas nieodłącznym elementem naszego życia. Nie chodzi o to, że spędzamy z nią cały czas ale cały czas mamy ją w myślach. Myślimy o niej zaraz po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem. Ta osoba staje się naszym punktem odniesienia przy podejmowaniu decyzji, pytamy ją o radę, zwierzamy się i szukamy pocieszenia. Po jakimś czasie okazuje się że słowo „lubimy się” to zdecydowanie za mało by oddać to co czujemy.

W końcu któreś z nas (zwykle to bardziej odważne) mówi „kocham”. I okazuje się, że ta druga osoba czuje to samo i wtedy dopiero jest pięknie… Motylki w brzuchu i unoszenie się kilka centymetrów  ponad ziemią, uczucie że wszystko jest możliwe. Jest pięknie i nic się nie liczy. Nie ważne, że jest środek zimy bo w sercach mamy maj.

„Wszystko co dobre kiedyś się kończy, nic nie trwa wiecznie” . Kiedy emocje opadną, a w naszych żyłach przestają krążyć endorfiny zaczynamy zadawać sobie pytania: Czy to wszystko nie dzieje się za szybko? Czy to jest prawdziwe? Co będzie z nami dalej? Bo przecież on ma żonę i swoją rodzinę… I choć twierdzi, że nie jest z nią szczęśliwy, a jego małżeństwo jest fikcją już od lat, to nadal są razem. Pytam: Dlaczego? Po co? Odpowiada: Bo dzieci, majątek, rodzina, znajomi, szkoda tego niszczyć. No tak szkoda…Tylko co ze mną? Gdzie ja w tym wszystkim jestem?… Kim ja dla Ciebie jestem?…Odpowiada: Jesteś przyjaciółką mojej duszy. Na dowód jego uczucia dostajesz błyskotkę.

Super…Masz dość, wkurza Cię jego brak zdecydowania, jesteś zmęczona tym, że nie ma go przy Tobie kiedy go naprawdę potrzebujesz, tym że dzwoni tylko wtedy gdy jest sam i gdy może z Tobą rozmawiać. Masz go dla siebie tylko przez chwilę, gdy powie jej, że załatwia coś na mieście lub gdy wychodzi na dłuuugi spacer z psem. Kiedyś to wystarczyło. Było nawet romantycznie gdy tak wpadał na chwilę żeby przytulić i powiedzieć, że kocha i tęskni. Ale to było kiedyś. Już tego nie mówi.

Święta spędzasz sama, Sylwestra i kolejne święta też.…To nie tak miało być. Przecież się kochamy planujemy wspólną przyszłość. Znów pojawiają się pytania. Tym razem zaczynasz wątpić we wszystko, w to co sama czujesz i w szczerość jego uczuć. Zastanawiasz się nad sensem tego wszystkiego…i dochodzisz do bolesnego wniosku, że tego sensu brak. Nie jesteś już szczęśliwa bo uświadomiłaś sobie, że tkwisz w tym po uszy.

Jak się uwolnić, kiedy się nadal kocha i to tak bardzo, że aż boli? Nie da się… ale próbujesz. Wiec jest taki moment, w którym emocje sięgają zenitu i czara goryczy się przepełnia. Coś w Tobie pęka. Wyrzucasz z siebie to co czujesz, mówisz mu o wszystkim z nadzieją, że to coś zmieni. Jednak nie zmienia to niczego… Przepraszam – to jego jedyna odpowiedź. Zamykasz za nim drzwi i zaczyna się piekło.

Na początku jest odrętwienie, potem gdy wszystko do Ciebie dociera zaczyna się ból i płacz, kiedy kończą się łzy pozostaje Ci już tylko ból. Czujesz, że chcesz umrzeć ale nie możesz bo przecież masz dla kogo żyć, jest jeszcze Twoja rodzina, nie możesz im tego zrobić. Nie umarłaś, a szkoda bo to jeszcze nie koniec.

Od tej pory zamiast spotykać się z nim przy różnych okazjach przy których zwykle się spotykaliście zawodowo lub prywatnie, widujesz ją. Tak jego żonę, która chyba zaczyna się czegoś powoli domyślać i od tej pory wyręcza go w obowiązkach. Znacie się więc nie możesz udawać, że jej nie widzisz. Jesteś zmuszona do kontaktu z nią mimo że wiesz, że to może źle się skończyć. Nie ważne oby tylko się skończyło. W swej głupocie mimo wszystko starasz się odwrócić od siebie podejrzenia by chronić jego i jego rodzinę. Jednak sumienie masz spokojne bo przecież zapłaciłaś za ten romans wysoką cenę.

Poznajesz tę kobietę bliżej. Okazuje się, że nie jest taka zła. Tzn. taka, jak ją sobie wyobrażałaś na podstawie tego co on Ci o niej powiedział. Zaczynasz jej współczuć, bo sama dobrze wiesz jak to jest być oszukiwaną przez męża. Już to kiedyś przerobiłaś. I co? Stojąc po drugiej stronie, nie jest wcale łatwiej. Nie, nie jest, obie cierpicie tak samo, każda na swój sposób. Obie z jego powodu.

Jest dziwnie, czujesz się niezręcznie, ale starasz się uśmiechać i robić dobrą minę do złej gry. Bo to jest gra. Ona bacznie Cię obserwuje, zadaje pytania i sprawdza Twoje reakcje. Czasem powie coś o planach na rodzinne wakacje, innym razem o weekendzie ze znajomymi. A ty musisz udawać obojętność, kiedy w środku czujesz ból zazdrości.

Jego widujesz rzadko bo tak niby ma być łatwiej, w końcu sama tego chciałaś. Oboje cierpicie i wiecie, że jedynym sposobem na ukojenie tego bólu jest znów wtulić się w jego ramiona. Bo tylko przy nim czujesz się jak w domu, czujesz że nic złego Ci się nie stanie i wszystko znów jest możliwe.

Więc wracasz. Tym razem będzie inaczej. Wyznaczasz granice, ustalasz terminy, będziesz teraz wymagać bo chcesz być tego pewna. Pewna tego, że będziecie razem. Ale wszystko jest po staremu. On znów dostaje klucze do Twojego mieszkania, ty znów dostajesz jakąś błyskotkę i nadal karmi Cię pustymi słowami. Pilnując się by Ci niczego nie obiecać.

I tak mijają kolejne miesiące. Kochasz, ale czasem, nie czujesz się kochana. Czasem czujesz się kochana, ale wciąż czujesz się samotna. Żyjesz z dnia na dzień, przestajesz cieszyć się z życia bo nieustannie czekasz. Na to, że on w końcu odejdzie i będziecie mogli być razem. I wtedy będziesz mogła cieszyć się życiem. Ale on wciąż nie robi nic by od niej odejść. Mało tego stara się „zachowywać pozory” normalnych relacji, wszystko oczywiście dla dobra dzieci.

Ale kiedy słyszysz, jak ją pociesza przez telefon, gdy ty jesteś obok, coś w Tobie pęka. Już wiesz, że on od niej nie odejdzie. Bo jest jej niewolnikiem, kocha ją i nienawidzi zarazem. Klasyczny „syndrom sztokholmski”. Możesz kochać go najbardziej na świecie, ale i tak tego nie zmienisz.

W przypływie gniewu pytasz go, czy od niej odejdzie? Czy w ogóle ma taki zamiar? On mówi że tak, wiec pytasz kiedy? On mówi, że wkrótce. Nie przyjmujesz takiej odpowiedzi i pytasz o konkret. On milczy… Milczenie też jest odpowiedzią, odwracasz się w swoją stronę i znów czujesz ten ból, który tak dobrze znasz.

On po długiej chwili odpowiada, że potrzebuje ok. miesiąca na „pozałatwianie swoich spraw”. Wiesz ,że ten miesiąc niczego nie zmieni, bo znasz go dobrze i wiesz, jak jest, ale zgadzasz się i mówisz, że poczekasz pod jednym warunkiem, że przez ten miesiąc nie kontaktujecie się tak, jak do tej pory.

Mijają kolejne dni ciszy… jest dziwnie, cierpisz, ale jakby mniej. Wmawiasz sobie, że nie czekasz ale prawda jest taka, że wciąż czekasz. Czekasz na kontakt, choć nie chcesz odpisywać na wiadomości, czekasz na telefon choć nie odbierasz połączeń.

Zastanawiasz się co się dzieje teraz w jego życiu? Co się dzieje w jego głowie? Nie wiesz tego, bo on już od dawna Ci tego nie mówi. Kiedyś mówił Ci o wszystkim, a przynajmniej tak Ci się wydawało.

No właśnie może Ci się tylko wydaje, że go kochasz. Może gdybyś skończyła tę znajomość, zanim zdążyłaś się w nim tak zakochać, to teraz byłabyś szczęśliwa z kimś innym. Albo przynajmniej nie cierpiałabyś tak, jak teraz. Nie wiem co jest gorsze cierpieć z miłości czy z samotności?

Prawda jest taka, że długo byłaś sama i dawałaś sobie jakoś radę. Raz lepiej raz gorzej ale ogólnie było ok. Przestałaś sobie dawać radę kiedy spotkałaś jego. Był dla Ciebie oparciem, wypełnił życie czymś czego Ci brakowało.. poczucia bezpieczeństwa, poczucia przynależności do kogoś, wsparcia, opieki, pomocy, szacunku i zaufania. Zdejmował z Ciebie  Twoje troski i lęki, przy nim mogłaś odetchnąć i odpocząć od dźwigania codziennych problemów. Oswoił Cię na nowo jak „Mały Książe” Lisa. Zabawne jak niewiele trzeba dać człowiekowi bo go tak mocno do siebie przywiązać.

I tak mijają kolejne dni. Nie widujecie się, za to widujesz ją. Chwilami masz wrażenie, że ona o wszystkim wie ale nie wie co z tym zrobić. Jest jej zbyt głupio by zapytać Cię wprost. Jego pytała pewnie z milion razy, a on milion razy się wypierał. Czujesz się tak samo zażenowana jak ona. Obie jesteście oszukiwane i obie cierpicie.

Czasem zastanawiasz się jakby to było gdybyś jej powiedziała lub dowiedziałaby się od kogoś znajomego, który przypadkiem widziałby Was na mieście. Myślę, że rozpętałaby się burza, pewnie wyrzuciłaby go z domu zagroziła rozwodem i próbowała ograniczać kontakty z dzieckiem. On by tego nie mógł znieść i zrobiłby wszystko by wrócić do domu. Kajałby się i przepraszał, robiąc wszystko by wrócić do jej łask. A ona pewnie przyjęła by go z powrotem bo sama nie miałaby ochoty zmagać się z życiem w pojedynkę. Utrzymanie domu, działki, samochodów, opieka nad dziećmi, zwierzętami, praca to dość sporo jak dla jednej osoby. I tak dzięki tej „przygodzie” ich małżeństwo znów przeżyło by „odrodzenie”.

W innej rzeczywistości mogłoby to wyglądać tak, że ona się dowie, wścieknie się i karze mu odejść. Tylko co dalej? Powinnaś się cieszyć, że w końcu będzie wolny prawda? Ale niestety nie, bo przecież to ona zdecydowała za niego. To nie on wybrał Ciebie. On został postawiony przed faktem dokonanym. Więc z czego tu się cieszyć?

I tak mijają kolejne dni. Ból jakby słabnie, ale w głowie nadal kłębią się setki myśli. I jedno pytanie: Na co Ty czekasz, kobieto? Co on musi zrobić, żebyś przestała? Żebyś straciła nadzieję? Nie umiem odpowiedzieć, więc czekam nadal.

W ramach radzenia sobie z emocjami postanowiłam to napisać. W sumie nie wiem, czy ktoś to kiedyś przeczyta ale musiałam to z siebie wyrzucić.

M.

 

 


Psychologia

Lemoniada – idealny napój na upalne dni. Wypróbuj 5 przepisów na zdrowe i orzeźwiające napoje

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
24 czerwca 2021
Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, z ogórka
Fot. iStock

Lemoniada to idealny napój na lato. Odpowiednio przygotowana i schłodzona przynosi ulgę podczas wysokich temperatur. Istnieje wiele przepisów na pełne smaku lemoniady, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować ich co najmniej kilka. Sprzyja temu sezon na świeże owoce, które dodają latem są najsmaczniejsze i najzdrowsze. Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, czy z  ogórka? To tylko kilka możliwości.

Czym jest lemoniada?

Lemoniada znana jest od bardzo dawna. W wersji klasycznej to nic innego, jak przegotowana i schłodzona woda z cukrem, do której  dodaje się sok wyciśnięty z cytryn. Dodać można do niej startą skórkę cytrusów oraz ich całe plasterki. W powstających później przepisach pojawiają się inne warzywa i owoce, które nadają lemoniadzie wyjątkowego smaku. W zależności od tego, jaki owoc lub warzywo zostanie wykorzystane do lemoniady, dostarczy ona nieco innych witamin i składników mineralnych wspierających prawidłowe funkcjonowanie organizmu.

Lemoniada arbuzowa — przepis

Arbuz to owoc, który rewelacyjnie sprawdzi się w orzeźwiającej lemoniadzie na lato. Składa się on w około 92% z wody, zawiera białko, błonnik. Dostarcza do organizmu witaminy A, E i witaminy z grupy B, oraz minerały: potas, żelazo, magnez, miedź, mangan, cynk oraz sód. Jest bogaty w działające antynowotworowo i przeciwstarzeniowo karotenoidy. Jest niskokaloryczny – na 100 g miąższu przypada ok. 30-40 kcal.

Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, z ogórka

Fot. iStock/Lemoniada arbuzowa

Lemoniada arbuzowa — składniki:

  • 1/2 arbuza
  • 1 szklanka wody
  • limonka (lub cytryna)
  • 10 kostek lodu
  • 3 łyżki miodu
  • kilka gałązek świeżej mięty

Przygotowanie:

Z arbuza odetnij skórę i usuń pestki. Przełóż do miski, i zblenduj wraz z miodem i wodą, przelej do dzbanka. Dodaj lód, limonkę pokrojoną w plastry i świeże gałązki mięty. Odstaw na chwilę do lodówki, by smaki mogły się przejść.

Lemoniada truskawkowa — przepis

Warto dodawać truskawki do letniej lemoniady nie tylko dla smaku. Truskawki zawierają więcej witaminy C niż cytrusy, ponadto dostarczają witaminy z grupy B, witaminę E, A, PP. Nie brakuje w nich mikroelementów takich jak: żelazo, fosfor, wapń, magnez, mangan. W 100 g truskawki zawierają tylko 28 kcal.

Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, z ogórka

Fot. iStock/Lemoniada truskawkowa

Lemoniada truskawkowa — składniki:

  • 1 litr wody
  • szklanka świeżych truskawek
  • sok z połowy limonki lub cytryny
  • 3-4 łyżki miodu
  • świeże listki mięty
  • kostki lodu

Przygotowanie:

Truskawki, umyj, usuń z nich szypułki. Wrzuć do miski i dodaj sok z limonki – zmiksuj na gładką masę. Dodaj wodę i miód, wymieszaj. Przelej do dzbanka, dodaj kostki lodu i udekoruj listkami mięty.

Lemoniada z cytryn i limonek — przepis 

W cytrusach znajdziemy witaminę A, C, E, witaminy z grupy B, oraz minerały takie jak: potas, fosfor, magnez, wapń, żelazo i sód. Zawierają przeciwutleniacze zwalczające szkodliwe działanie wolnych rodników. W 100 g cytryny znajduje się jedynie 29 kcal, a limonki 30 kcal.

Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, z ogórka

Fot. iStock/Lemoniada cytrynowa

Lemoniada z cytryn i limonek — składniki:

  • litr wody mineralnej niegazowanej (szklankę wody odlej i odstaw)
  • sok z limonki
  • sok z cytryny
  • cukier lub ksylitol do smaku
  • kostki lodu
  • listki mięty
  • plastry cytryny dla ozdoby

Cytrynę i limonkę wyciśnij do naczynia wodą. W garnku podgrzej cukier lub ksylitol ze szklanką odlanej wody, wymieszaj do rozpuszczenia. Przelej do wody z sokiem, wymieszaj i schłódź. Podawaj z plastrami cytryny i miętą.

Lemoniada z kwiatów dzikiego bzu — przepis 

Kwiaty dzikiego bzu nie tylko cudownie pachną, ale także zawierają cenne dla zdrowia substancje. Znajdziemy w nich bogactwo antyoksydantów, śluzu, olejków eterycznych oraz pewnej ilości garbników.

Lemoniada arbuzowa, truskawkowa, z cytrusów, dzikiego bzu, z ogórka

Fot. iStock/lemoniada z kwiatów dzikiego bzu

Lemoniada z kwiatów dzikiego bzu — składniki:

  • 2 litry wody
  • 15 baldachów kwiatów  dzikiego bzu
  • 3 cytryny
  • 2 łyżki miodu
  • 10 kostek lodu

Przygotowanie:

Kwiaty zbierz z dala od dróg, przełóż do miski i pozwól, by ewentualni lokatorzy opuścili je. Kwiaty wypłucz w misce z czystą, chłodną wodą. Cytryny wyszoruj i sparz wrzątkiem, pokrój w plasterki.

W wodzie rozpuść miód. Cytryny i kwiaty przełóż do wysokiego i pojemnego naczynia, zalej osłodzoną wodą i odstaw do lodówki na dwie godziny. Podawaj z kostkami lodu.

Lemoniada z ogórka — przepis 

Ogórek to orzeźwiające warzywo, które świetnie nadaje się do lemoniady na upalny dzień. Nie tylko chłodzi, ale nawilża organizm i dostarcza cenne dla zdrowia substancje. Ogórek to skarbnica m.in.: witamin z grupy B, witaminy A, C, E i K, oraz minerałów: potasu, fosforu, wapnia, magnezu, żelaza, cynku, manganu, czy miedzi. Ogórek w 100 g zawiera jedyne 15 kalorii (kcal).

Fot. iStock

Lemoniada z ogórka — składniki:

  • litr wody
  • 2 ogórki
  • miód do smaku
  • kilkanaście listków mięty
  • kostki lodu

Przygotowanie:

Ogórki umyj, pokrój w plastry (nie obieraj). Do wysokiego naczynia przełóż plasterki ogórków, dodaj listki mięty i ugnieć razem z ogórkiem, by oddały smak. Zalej wodą, dodaj kostki lodu i płynny miód do smaku.


źródło:  www.przyslijprzepis.pl 

Zobacz także

Goniłam za tym, o czym marzyłam i straciłam to, czego najbardziej potrzebowałam. Dzisiaj żałuję

Jak zachować spokój w czasie kryzysu? Przewodnik minimalistki

Gaslighting – najbardziej toksyczna manipulacja. Nie daj sobie wmówić, że jesteś wariatką