Psychologia

Dlaczego boimy się innych ludzi?

Redakcja
Redakcja
11 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Boisz się kontaktu z obcymi osobami? Co czujesz? Jesteś zdenerwowana, serce ci wali, ręce się pocą. Uświadamiasz sobie, że to zwykły strach. Zazdrościsz wszystkim, którzy na luzie poznają nowe osoby, a nawet traktują to, jako nowe doświadczenie i coś ekscytującego. Ty tego nienawidzisz. Ale nie wiesz kompletnie dlaczego. Nie cierpisz przecież na socjofobię, czyli strach przed ludźmi. Jakie mogą być powody twojego lęku? Aby lepiej ci się żyło, powinnaś rozpoznać przyczynę i w miarę możliwości ją pokonywać.

Odrzucenie przez rówieśników

Psychologowie najczęściej powodów strachu przed ludźmi doszukują się w przeszłości. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak mocno na ciebie wpłynąć może nawet jednorazowe odrzucenie ze strony rówieśników. Pamiętasz sytuację, kiedy podeszłaś do grupy koleżanek i zapytałaś, czy możesz z nimi zagrać w grę? Chórem odpowiedziały, że mają już komplet i że nie potrzebują kolejnej dziewczynki. Kolejnej, czyli konkretnie ciebie – takie przeświadczenie pozostało w twojej podświadomości. Pamiętasz, jak się wtedy czułaś? Złość. I było ci po prostu cholernie przykro. To zdarzenie zostało w tobie. I jeśli w ciągu swojego życia sobie z tym nie poradziłaś, mogło się odbić na twoim podejściu do obcych ludzi. Czyli ludzi, którym nie ufasz i w kontakcie z którymi istnieje możliwość, że mogą ci odmówić. A ty nie chcesz kolejny raz czuć tego, co poczułaś w przeszłości.

Utarte przekonania

To, co zostało nam przekazane gdy byliśmy dziećmi, mocno wwierca się nam w podświadomość. Dzieci są jak gąbki, które chłoną zachowania rodziców, nauczycieli, rówieśników, rodziny i innych osób, wśród których dorastają. Przejmują ich perspektywę, podejście do świata i ludzi. Dlatego, jeśli często słyszałaś „uważaj na obcych”, w twojej podświadomości utarło się przekonanie, że obcy mogą być źli, mogą zrobić ci krzywdę i lepiej ich unikać.

Osobiste doświadczenia

Jeśli doznałaś kiedyś krzywdy od obcych ludzi, zarówno tej słownej, jak i fizycznej, możesz czuć strach przed obcymi. Nikt z nas nie chce ponownie zaznać aktu przemocy, dlatego unika tego, co może być jej narzędziem. Każde złe słowo wypowiedziane pod naszym adresem ma mocny wpływ na nasze dalsze życie i to, jak postrzegamy siebie, świat i ludzi. Dlatego tak ważne jest, aby pamiętać o potędze słowa. Raz rzucony tekst do kogoś, z pozoru nic nieznaczący, może zaważyć na czyimś życiu.

Brak wiary w siebie

Niska samoocena skutecznie może pozbawić się odwagi i chęci poznawania nowych osób. Stając oko w oko z obcym, czujesz, że on cię w tym momencie ocenia. Wiesz, że na pewno nie podoba mu się to, co przed sobą widzi. „Na pewno nie będzie chciał ze mną dłużej rozmawiać, bo przecież jesteś tak mało interesująca…” – myślisz. Niestety, zdarza się tak, że ludzie oceniają nas tak, jak my siebie postrzegamy i pokazujemy to na zewnątrz poprzez naszą postawę, sposób ubioru i język. Ale uwierz – w ocenie samego siebie jesteśmy bardziej krytyczni niż obcy ludzie w ocenie innych. Dlatego przestań myśleć, że jesteś beznadziejna i nie masz nic do zaoferowania. Nie skazuj siebie na pozycję przegranej, której nikt nie chce poznać. Pokochaj siebie i zaopiekuj się sobą.

Zawiedzione zaufanie

Zaufałaś… a ta osoba cię zdradziła. Oddałaś jej całą siebie, swoje tajemnice i kawał życia. Zawód strasznie bolał i ciężko było ci się pogodzić ze stratą. Od tej pory wytworzył się w tobie mechanizm obronny. Nikogo nie dopuszczasz do siebie i już na pewno nikomu nie zaufasz. Dlatego każdą osobę traktujesz z dystansem i boisz się, że znowu cię to może spotkać.

Ktoś cię zaatakował

Szłaś ciemną ulicą, nagle poczułaś mocne szarpnięcie. Nawet nie zdążyłaś zareagować, a złodziej już biegł z twoją torebką. Nic ci się nie stało, na szczęście. Ale od tego momentu bacznie rozglądasz się na boki. Zaczynasz bać się ludzi i starasz się unikać poznawania nowych osób. Od tamtej nocy widzisz w ludziach tylko ich złe zamiary względem ciebie i posądzasz ich, że chcą cię skrzywdzić.

Strach przed poruszeniem tematu

Nie należysz do osób przebojowych i starasz się jak najrzadziej zabierać głos. Zawsze przerażały cię rozmowy z nowymi osobami, bo po prostu nie wiesz, o czym możesz z nimi rozmawiać. Gorączkowo rozmyślasz nad tematem, który możesz rozpocząć. Wydaje ci się, że każdy jest durny i błahy oraz zostanie źle odebrany przez rozmówcę.

Wyolbrzymianie sytuacji

Boisz się, że każdy ma wobec ciebie nieczyste zamiary i chce cię wykorzystać. To jest wręcz twoja paranoja, bo nie potrafisz realnie ocenić intencji poznawanej osoby i wyolbrzymiasz sytuację. Niby masz odebrać od niej tylko przedmiot, który wystawiła na sprzedaż na stronie internetowej, ale ty widzisz, jak cię okrada i wywozi do domu publicznego. Dla każdej sytuacji masz swój okropny scenariusz.

Każda z wymienionych przyczyn jest bardzo poważna. Możesz sama zacząć z nią walczyć, jednak najczęściej potrzebna jest pomoc specjalisty. Dzięki szczerej rozmowie z psychologiem bądź psychiatrą uświadomisz sobie, jak głęboko leży w tobie problem. Znajdziecie wspólnie jego rozwiązanie, a twoje życie stanie się łatwiejsze. Ludzie nie są źli i warto się na nich otworzyć, choć bywa to czasami bardzo ciężkie.


Źródło: quora.com


Psychologia

„Nie mamy domu, ale mamy siebie. Bezdomność jest jak choroba. Czasem się z niej wychodzi”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
11 kwietnia 2017
Fot. iStock / timoph
 

Mam pełną szafę i lodówkę. To co jest na koncie spokojnie wystarczy do kolejnego przelewu. Mieszkanie choć małe jest miejscem do którego wracam, bo daje mi spokój, tworzy moją oazę, daje schronienie. Od napotkanych przypadkowo ludzi usłyszałam, że żyję i tego mi zazdroszczą. Bo oni swoje życie nazywają walką o przetrwanie.

Zofia

Siedzi na ławce przy miejskim targowisku, w dłoniach ściska torbę w kratę. Zaciąga się papierosem. Podaje mi rękę, przedstawia się, czeka na moją reakcję. Wyciągam swoją dłoń w jej stronę, uśmiecha się kącikiem ust szepcząc, że myślała, że się będę brzydzić.

Ma czterdzieści pięć lat, wygląda na dziesięć więcej.

Edward

Towarzysz życia Zofii. Jest starszy od niej o trzy lata. Poznali się dwa lata temu na wigilii dla bezdomnych organizowanej przez jeden z kościołów.

– Zwyczajna miłość od pierwszego wejrzenia – mówi Edward. Tutaj nie ma żadnej różnicy, nie ma znaczenia, czy masz dom, czy go nie masz. Uczucia działają zawsze tak samo. Jak ktoś pyta skąd się znamy to ja mówię, że z jednej z imprez. No co, przecież nie kłamię – pokazuje braki uzębienia w szczerym uśmiechu.

Pytani o powód, dla którego znaleźli się na ulicy oboje podkreślają, że nie warto o tym mówić. Delikatnie próbuję drążyć temat, język nieco im się rozwiązuje.

– Z zawodu jestem elektrykiem. Pracowało się tu i ówdzie, często na budowach. Była robota, była wódka i zawsze jakiś kompan do picia. Taka praca to nieustające pasmo imprez. Człowiek nie czekał na weekend, żeby się napić bo dla mnie weekend był codziennie. Miałem kiedyś dziewczynę, ona mi powtarzała, że ci moi kumple wyprowadzą mnie w pole, moja matka mówiła to samo. Ja ich wtedy nie słuchałem, i to był mój błąd bo mając wiele przegrałem życie. Zbłądzić jest łatwo, dużo trudniej jest wyjść na prostą.

O sobie Zofia mówi niewiele.

– Kiedyś byłam szwaczką, a potem poupadały tu te wszystkie zakłady. Ja od zawsze byłam sama, taką mam osobowość. Mieszkanie miałam po dziadkach na poddaszu, praktycznie to na strychu starej kamienicy. A potem przyszła decyzja, że dom do zburzenia, dziadkowie umarli, oni mnie wychowali, pracę straciłam, nie było znikąd pomocy. Zaczęłam pić, trochę pomieszkiwałam u kuzynki, trochę u koleżanek, zamiast iść do przodu ja upadałam coraz niżej – zamyśla się kobieta. Nie ma o czym gadać dodaje. Nie mam żalu do życia, każdy jest kowalem swojego losu.

W kwadratowym zamykanym wiaderku Edward przyniósł kilka porcji pomidorówki.

– Dzisiaj poszedłem po nią pieszo, Zosia tu czeka bo nogi ją coś ostatnio bolą. Czasem jeżdżę autobusem bo do jadłodajni stąd jest spory kawałek, ale jak raz czy drugi złapała człowieka kontrola to mi się jeździć na gapę zdecydowanie odechciało. Kiedyś miałbym to gdzieś, ale dziś wolę się zupy niż wstydu najeść.

Pytam dlaczego większą część dnia spędzają akurat tutaj, przy targowisku, skoro do ‘domu’ mają stąd też kawałek drogi.

– Tylko połowę dnia – mówi Zofia. Potem sprzedawcy zaczynają pakować stragany. Wiesz ile dobrych rzeczy ląduje w koszach na śmieci? Mnóstwo. My czekamy, czasem coś ktoś da z dobrej woli, pamiętają o nas, mają nas na uwadze. Tutaj są planty obok, więc można posiedzieć. Ja czasem pomogę coś sprzątnąć, to ktoś rzuci groszem. Nie stoję z kubkiem, nie żebrzę. Może nie mam meldunku, ale mam swój honor.

Mówią, że muszą się stąd zbierać, i że jeśli chcę mogę pójść z nimi.

Ogródki działkowe. Idziemy wąską alejką, mijamy kolejno nazwy uliczek – brzoskwiniowa, morelowa, jagodowa. Ziemia jest mokra, buty mam całe w błocie, wczoraj padało. Zofia mówi, że deszcz to taka trochę ich zmora, bo wtedy altanka zawsze przecieka. Stajemy przy niskim kolorowym płocie, kobieta wyjętym z kieszeni kluczem otwiera kłódkę, zaprasza dalej. Moim oczom ukazuje się mały domek, jawiący się jakby był z papieru, postawiony jest z kilku płyt, z prowizorycznym dachem, światło do środka wpuszcza ściana z kilkoma szybami tworzącymi coś na kształt okien. W środku wersalka, odrapane ściany. Mała dwupalnikowa kuchenka, trochę nieumytych naczyń, dwa krzesła, mała ława, kartony z niezidentyfikowaną zawartością. Na środku niewielki piecyk. Wszechobecny zapach wilgoci, ściany miotane wiatrem. Pytam czy mają tu toaletę, w odpowiedzi słyszę, że nie, ma.

– Łazienka to luksus, tutaj jej nie ma, ale jak możemy to o siebie dbamy. W schronisku są łaźnie, tam można wziąć prysznic, dają mydło, ręcznik, na koniec czyste ubrania. Te które mamy na sobie niekiedy nadają się już tylko do wyrzucenia. Tam mają magazyn odzieży, zawsze się coś dla nas znajdzie. Wiosną odkręcają na działkach wodę, to jest trochę łatwiej. Zimą mamy taki patent, że nosimy z cmentarza. Zima była lekka, więc tam nie pozakręcali.

Zbliża się wieczór, pytają mnie czy mam ochotę na zupę, bo dla nich to czas by się posilić. W ich ‘domu’ jest zimno. Mimo wczesnej wiosny pogoda wciąż płata nam figla. Pytam czy nie lepiej by było, gdyby korzystali z noclegowni.

– Może byłoby cieplej, ale nie lepiej, to na pewno. Tam jest tłoczno, nie zawsze jest miejsce, czasem dokładają materace na środku choć i tak ledwo można przejść, wszędzie są piętrowe łóżka. No i ten zapach. Może tu nie pachnie fiołkami, ale tam ten zapach jest nie do zniesienia – mówi Edward.

– Tam dominuje hałas i tłumy ludzi, tam nie ma cienia prywatności, wszyscy są skupieni jak w jakimś barłogu. Może teraz faktycznie będzie tam mniej tłoczno, jak się robi ciepło to bezdomni wolą jakieś pustostany czy nawet klatki schodowe, zresztą wówczas nie podlegają kontroli, mogą pić, w schronisku wymagają trzeźwości. No chyba, że mróz jest trzaskający to wtedy się nikt nie ogląda czy piłeś czy nie, bo wtedy to gra się toczy o ludzkie życie. Nie można kogoś wystawić za próg, bo się napił.

Pytam jak znaleźli się na tych ogródkach działkowych i czy nikt ich stąd nie przegania.

– Ta działka była od lat opuszczona, ja to uważnie obserwowałem. Tutaj trawa rosła wyższa niż ten domek. Powoli żeśmy się tutaj sprowadzali, obok są inni działkowicze, ale my nikomu nie zatruwamy życia, to też nikt się nie skarży na nas. Jak któregoś dnia przyjdzie nam się stąd wynieść bo przyjdzie jakiś właściciel to nie ma problemu. Człowiek już nie raz spał na kartonach ułożony na samej górze jakiejś klatki schodowej, Nie raz się płonęło z upokorzenia, kiedy trącała cię straż miejska mówiąc, że masz stąd iść, że masz się wynieść, to powiedz, co gorszego może jeszcze nas spotkać?

Zofia mówi, że bezdomni mają swoje rewiry i że nie można sobie wchodzić wzajemnie w drogę.

– Nawet puszki czy złom każdy powinien zbierać w określonych miejscach. To taka niepisana umowa.

– Widzisz, można być bezdomnym przy tym całkiem normalnie żyjąc. Z toalety można korzystać w galerii, to niedaleko. Żeby się najeść wystarczy mieć kwit z opieki społecznej, wtedy jadłodajnia zawsze wyda posiłek. My to umownie nazywamy kartkami. A wraz z wiosną budzi się w nas nadzieja do życia. Zima to dla bezdomnego taka trochę kara od losu.

Zofia opowiada, że zdarzało się, że trafiała do szpitala z odmrożeniami.

– Wtedy niby człowiekowi pomogą, ale tak naprawdę traktują cię jak dodatkowy kłopot. Nie dość, że bezdomna to jeszcze nieubezpieczona, wiadomo. Nic nie ma za darmo, za wszystko trzeba zapłacić. Kiedy mały dziecięcy wózek którym zwozisz złom jest całym twoim majątkiem i źródłem utrzymania, nie licząc złapanych na szybko dorywczych robót, to jak ktoś okaże ci serce, to nie wybrzydzasz. Nawet jeśli jest to pielęgniarka, która zmienia ci opatrunek w szpitalu i się do ciebie uśmiecha. Mimo, że przed momentem słyszałaś za drzwiami, jak mówiła o tobie koleżance, że strasznie śmierdziałaś.

Edward mówi, że nieba by Zosi przychylił, że nie lubi kiedy jest smutna.

– To dla niej zbieram te tony złomu, puszek, makulatury. Żeby na jedzenie było, bo co to taki jeden obiad dziennie. Żeby głód nam nie doskwierał, bo znamy to bardzo dobrze i uwierz, że to jest okropne. Głód i chłód są tym, co najbardziej doskwiera.

– Ludzie często myślą, że bezdomni to tylko menele. A myśmy się nasłuchali tylu przeróżnych historii. W tych noclegowniach poznaliśmy różnych ludzi. Jedni oszukani przez współmałżonków, inni przez pracodawców, a nawet tacy co na ulicy wylądowali bo stracili cały dorobek życia w pożarze. Nikt nikogo nie wybiela, bo ludzi często gubi alkohol i inne nałogi. Na przykład hazard, też znam taki jeden przypadek. Przykro jednak czasem człowiekowi, kiedy się go wrzuca do jednego wora z innymi. Dziś jesteśmy tutaj, co będzie jutro? Tego nikt nie wie.

Rozmowa z Zofią i Edwardem pokazała mi, ze świat ludzi bezdomnych to taki trochę świat nadziei i poszukiwania nowego sensu życia.

Na koniec rozmowy kobieta dodaje.

– Kiedy jest się bezdomnym to schronisko potencjalnie jest w stanie ci wszystko zapewnić. Dostaniesz łóżko, jedzenie, ubranie. Dla niektórych noclegownia jest jak dom. Kiedyś można było tu przychodzić po osiemnastej w sezonie zimowym i po dwudziestej latem. Teraz można z niej korzystać całą dobę. My nie mamy domu, ale mamy siebie. W głowie wciąż jest nadzieja na lepszą przyszłość, a w sercu przekonanie, że tylko miłość się liczy. A bezdomność jest jak choroba. Czasem się z niej wychodzi.


Psychologia

Problem dłużników alimentacyjnych wychodzi z podziemi. Są nowe propozycje zmian prawa, by rodzice w końcu zaczęli płacić na swoje dzieci

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 kwietnia 2017
Alimentacyjny absurd goni absurd, a rząd myśli, że dokonuje przełomu. Śmiech na sali, proszę Państwa
Fot. iStock/ SinanAyhan

Pamiętam pierwsze publikacje na temat alimentów i radość środowisk związanych z zadłużeniem alimentacyjnym. „My już pewnie tych pieniędzy nie odzyskamy, ale może dla innych dzieci się uda” – mówiły założycielki Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci”, które miały dość siedzenia cicho i pracowania na trzy etaty. Miały dość obserwowania innych kobiet, które nie upominają się o pieniądze należne ich dzieciom, a które stają na głowie, by te nigdy nie poczuły się gorzej, bo tatuś lub mamusia o nich zapomnieli.Znaleźli się ludzie, którzy dotarli do mediów, zrobili wszystko, by nagłośnić problem, by pokazać, że ponad milion dzieci nie otrzymuje alimentów od swoich rodziców. Że są rodzice, którzy po rozwodzie umyli ręce od byłej żony czy męża i od własnych dzieci.

Dotarli do mediów, dotarli do rządu, w którym dłużników alimentacyjnych także można spotkać i którym z pewnością nie na rękę jest zmiana dotychczas obowiązującego prawa. Prawa, które dotychczas chroniło dłużników alimentacyjnych, a pozostawiało ponad milion dzieci bez wsparcia finansowego. Zaczęto pokazywać palcem, że ja i że ty płacimy na te dzieci, to pieniądze z naszych podatków zasilają Fundusz Alimentacyjny, na którego pomoc i tak mogą liczyć nieliczni.

Powoli wszystko się zmienia. Dłużnicy alimentacyjni mogą zostać ukarani grzywną bądź więzieniem, jeśli będą zalegać z wpłatą alimentów. Mówiło się, że dotychczasowe zmiany w prawie, to jedynie zmiany kosmetyczne, z których rewolucji nie będzie, ale rozpędzonej machiny już się nie da zatrzymać. Obecnie resort rodziny pracuje nad kolejnymi projektami dotyczącymi alimenciarzy. Co może się zmienić?

Otóż mówi się o tym, by dłużnicy alimentacyjni trafiali na tak zwaną czarną listę. Dotychczas w systemie widoczni byli jedynie ci mający dług wobec Funduszu Alimentacyjnego, teraz ma się to zmienić i na czarną listę mają trafiać także ci majętni alimenciarze, którzy ukrywają się za plecami swoich nowych żon (pewnie też mężów, jeśli chodzi o kobiety), matek i pracodawców, którzy udają, że ich nie zatrudniają. W Niemczech dłużnik alimentacyjny trafia do „systemu”,w którym jest widoczne jego zadłużenie – ma on problem z wynajęciem mieszkania, ze zmianą pracy, z kupnem samochodu. Może takie działania utrudniające codzienne życie sprawią, że i u nas dwa razy ktoś pomyśli, nim nie zapłaci.

Poza tym w resorcie rodziny pojawił się pomysł sprzedania długu alimentacyjnego do firmy windykacyjnej. Oczywiście nie pozwoli to ściągnąć całości zadłużenia, ale czasami nawet jego część już w dużym stopniu pomoże domowemu budżetowi tych, którzy dzieci utrzymują samodzielnie biorąc za nie całkowitą odpowiedzialność. Nie raz słyszałam o długach alimentacyjnych sięgających ponad 100 tysięcy złotych, w których odzyskaniw matki przestały wierzyć.

Kolejnym sposobem na pokazanie dłużnikom, że ich postawa nie przyniesie im niczego dobrego, jest propozycja prac publicznych. Nie płaci, bo nie pracuje, bo nie ma pieniędzy? Państwo mu pomoże, zleci prace publiczne za odpowiednie stawki i z tego dłużnik spłaci swoje zaległe alimenty. I pewnie są tacy, którzy na propozycję pracy, by się ucieszyli, ale nie oszukujmy się – większość alimenciarzy pracuje, tylko ukrywa swoje zarobki, udaje, że wpada codziennie na kawę na osiem godzin do firmy, w której wcześniej pracował. Przymusowe prace publiczne zmuszą ich do określenia się – gdzie tak naprawdę pracujesz? Może i wtedy pracodawcom się oczy otworzą, że krycie dłużnika nie jest dla nich żadną korzyścią.

Jest jeszcze jeden pomysł, by dłużnikom alimentacyjnym potrącać świadczenia, które otrzymują na swoje kolejne dzieci w nowych związkach, tu idealnym narzędziem może okazać się się 500 plus, którego w domowym budżecie dłużnika mogłoby zabraknąć. Taka konsekwencja obejmowałaby tych, którzy odmówiliby podjęcia pracy proponowanej przez urzędy pracy.

Myślę, że już same rozmowy o tym, jak rozwiązać problem ściągalności alimentów to krok milowy w tej sprawie. W końcu wszyscy usłyszeli głośno, że alimenty nie są na waciki dla byłych żon, ale dla dzieci, które rodzic porzucił, o których zapomniał i nie ma zamiaru brać za nie żadnej odpowiedzialności. Może przestanie obowiązywać zmowa milczenia, może zaczniemy publicznie piętnować tych, którzy nie płacą na swoje dzieci, a nie udawać, że problem nas nie dotyczy i właściwie nie istnieje. Może rząd zaostrzy prawo tak, by każdy, kto zapomina o swoim dziecku, odczuł to na własnej skórze.


źródło: Gazeta Prawna

 


Zobacz także

Koniec tak naprawdę jest zawsze początkiem. Pętelki twojego życia: doświadczenia, ludzie, emocje, kryzysy i zwycięstwa; zahaczają jedna o drugą

Czasami budzisz się i czujesz w sobie ogromną pustkę… Wszyscy czasem ją czujemy, nie zawsze jest zła

Zawsze mówiąc o kimś innym, tak naprawdę opowiadamy o nas samych, co nas w sobie drażni, do czego boimy się przyznać, co chowamy przed światem