Psychologia

Zachowania pasywno-agresywne – oto 6 objawów męskiej „agresji nie wprost”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
fot. kieferpix/iStock
 

Kobiety chętniej stosują strategię „komplementowania z drugim dnem”. Mówią: „Świetnie wyglądasz w tej sukience, kochanie! Cudownie ci maskuje brzuszek”. Mężczyźni stosują sarkazm, cichy sabotaż i milczenie. Jak to rozpoznać?

Jeśli myślisz, że tylko kobiety są mistrzyniami biernej agresji, jesteś w błędzie. Wprawdzie wydaje się, że to panowie dążą do bezpośredniego starcia i „walą” prosto między oczy argumentami, to jednak najnowsze badania pokazują, że wcale niekoniecznie. Według publikacji w „Journal of Physics” 30,19% ankietowanych mężczyzn i 31,92% kobiet odpowiedziało „tak” na pytanie: „Wolałbym zachować swój gniew dla siebie, niż skonfrontować osobę z jakimś problemem”. Co ciekawe aż 20,75 procent ankietowanych mężczyzn i tylko 14,89% pań odpowiedziało „zgadzam się” na pytanie „Używam dużo sarkazmu”. Co z tego wynika? Mężczyźni tak samo, jeśli nie bardziej, stosują bierną agresję.

Warto jednak na początek odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest bierna agresja?

Klinika Mayo amerykańska organizacja non profit zatrudniająca blisko 5 tysięcy lekarzy oraz naukowców definiuje zachowanie pasywno-agresywne jako „wzorzec pośredniego wyrażania negatywnych uczuć zamiast otwartego zajmowania się nimi. Istnieje rozbieżność między tym, co mówi pasywno-agresywna osoba, a tym, co robi”. Pasywną agresję można również scharakteryzować jako „gniew, wrogość lub wyuczoną bezradność w przebraniu”, czyli wyrażoną w pokrętny sposób z nadzieją, że… jakoś mi się to „upiecze”. Dlatego właśnie tak trudno poradzić sobie z biernym agresorem. Jego działania i słowa sprawiają nam dyskomfort, ale trudno uchwycić, co konkretnie go wywołuje. Trudno takiego człowieka złapać na konkretnym przykrym działaniu. Niby po wierzchu wszystko wygląda ok, a jednak w relacjach z nim czujemy dużo tłumionej złości i agresji.

1. Rozmyślna cisza

Jedną z najczęstszych form męskiej biernej agresji jest coś, co można nazwać: milczeniem lub milczącą urazą. Moja przyjaciółka twierdzi, że mąż często karze ją… ciszą. On milczy, macha ręką i zachowuje się tak, jakby marzył tylko o świętym spokoju. Czasem też obraża się, gdy przyjaciółka pyta go o coś już piąty raz. Nic więc dziwnego, że ona wtedy zaczyna czuć się winna, bo przecież myśli: „Może ja niepotrzebnie go tak ciśnieniuję?” Owszem, ciśnieniuje, bo on milczy i się obraża. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała, gdyby mąż powiedział wprost: „Kochanie, ja nie zrobię tego, o co mnie prosisz, bo nie potrafię”, albo nawet: ”Nie zrobię tego, bo mi się dziś nie chce”.

To są słowa wprost i od razu wiadomo, na czym się stoi w tym sporze. Natomiast osoba pasywno-agresywny, zamiast werbalizować niezadowolenie, ucieka się do środków wywierania nacisku poprzez opór i kontrolę. Milczenie umożliwia jej unikać konfliktów oraz odpowiedzialności.

2. Fałszywe obietnice

Łatwym sposobem działania pasywno-agresywnego jest powiedzenie, a potem po prostu niedotrzymanie słowa. Opowiadają o tym wszystkie moje koleżanki, które słyszą od mężów: „tak, owszem wytrzepię ten dywan” albo „zreperuję zatkane kolanko w umywalce” i czekają na to, jak to się mówi do… śmierci. Maż natomiast wtedy czuje natychmiastową ulgę, że w ten sposób „zdjął sobie z pleców” ciśnienie i presję, a potem przez celowe zwlekanie ma nadzieję, że problem zostanie zapomniany. Czas jest tu wykorzystywany jako forma manipulacji i kontroli. Co ciekawe, jeśli taka „sztuczka” udaje się kilka razy, to bierny agresor może dojść do wniosku, że to jest jego ukryta moc, z której czerpie nawet satysfakcję, irytując innych brakiem odpowiedzialności. Wiesz już, o czym mówimy?

Zdarzało ci się czekać na odpowiedź szefa tygodniami w sprawie podwyżki. A co działo się, gdy dyskretnie upominałaś się, czy rozmawiał już w tej sprawie z odpowiednimi osobami? Kolejny raz zostałaś spławiona? Tak, to właśnie jest bierna agresja w najczystszej postaci.

3. Wymyślanie wymówek

Aby usprawiedliwić brak odpowiedzialności, bierny agresor często wylicza jak z nut – wymówki i te rzeczywiste i te wymyślone – by usprawiedliwić swoje niepowodzenie. To sprytne, bo w ten sposób odwraca uwagę od siebie. Co istotne, taka osoba, nigdy nie podaje sposobu, w jaki zamierza rozwiązać problem. Bo jak szef ci powie: „Niestety nie udało mi się z porozmawiać w twojej sprawie w dziele IT, by wymieniono ci sprzęt komputerowy na szybszy, ponieważ najpierw byłem na urlopie, ale już dzisiaj napisałem w tej sprawie maila i czekam na odpowiedź od Kowalskiego”, to jest okej. Gorzej, jeśli szef odpowiada mętnie: „Od tygodnia jestem chory, za dużo spraw ma głowie, spytam o to, ale muszę najpierw ustalić do kogo napisać. W naszej firmie w tej kwestii panuje ogromny rozgardiasz. Sama wiesz, że w dziale IT zmieniono szefa i nie wiadomo już kto się tym zajmuje…”. Cóż, jeśli coś takiego cię spotkało, to możesz mieć do czynienia z biernym agresorem.

4. Przerzucanie winy

Inną taktyką związaną z wymyślaniem wymówek jest obwinianie innych za własne niedociągnięcia. Taki mężczyzna często stawia siebie w świetle „ofiary”, co akcentuje, mówiąc: „Nic nie mogę na to poradzić, że cieknie woda z kranu, to wina tego fachowca, co przyszedł i wszystko popsuł”. Brzmi znajomo? Niestety wzruszanie ramionami w ważnej dla ciebie kwestii, to też jest biera agresja.

5. Cięty sarkazm

Mężczyźni częściej od kobiet używają sarkastycznych żartów, by wprowadzić rozmówcę w zakłopotanie. Moja przyjaciółka miała szefa, który często do niej mówił niby na wesoło: „Szczegóły twojej niekompetencji kompletnie mnie nie obchodzą”. Wszyscy zarykiwali się ze śmiechu, kiedy to słyszeli, bo szef oczywiście mówił to przy publiczności. A moja przyjaciółka czuła się poniżona, ale odpuszczała. Ba, ona nawet śmiała się z innymi pracownikami, gdy słyszała takie złośliwości na swój temat. Zasadniczo, nie dochodziła dalej swoich racji. A to przecież nie było nic innego jak stosowanie biernej agresji w celu uzyskania przewagi psychologicznej. Gdy dochodziło do konfrontacji, jej szef łatwo mógł przecież mógł „wycofać się” i powiedzieć „nie znasz się na żartach?” A tak naprawdę był to jego sposób na zastraszanie i wykorzystywanie pracowników.

6. Cichy sabotaż

Ten typ działania jest już bardziej perfidny. Polega na celowym sabotowaniu twoich działań, przy jednoczesnym unikaniu konfrontacji. Zdarzyło ci się, że ktoś w pracy nie poinformował cię celowo o przeniesieniu terminu albo godziny ważnego spotkania i musiałaś potem tłumaczyć się gęsto, dlaczego nie dotarłaś? Po co to zrobił? Na złość albo dla własnych korzyści.

Czasem każdy z nas jest złośliwy, ale…

Jeśli zdarza się to od czasu do czasu, w porządku. Wszyscy czasami jesteśmy ludźmi i zachowujemy się mało elegancko albo przykro. Ale jeśli zachowania bierno-agresywne stają się nagminne, jest kłopot. Niestety osoba patologicznie pasywno-agresywna będzie regularnie uciekać się do jednej lub więcej z poniższych machinacji, bez świadomości i troski o to, jak negatywnie wpływa to na relacje z drugą osobą.


Psychologia

Krystyna Janda: Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
Krystyna Janda, fot. Adam Kłosiński
 

„Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać”, mówi Krystyna Janda w wywiadzie o przyjaźni, sile rodziny i odpowiedzialności za ponad 400 osób w teatrach prowadzonych przez jej fundację. Przyznaje, że jest chorobliwą wręcz optymistką!

Widzowie wracają do teatrów?

– Tak, mamy prawie 100% dozwolonej frekwencji i rekordowe sprzedaże na jesień! Pracujemy bez przerwy od 16 lat, nie stać na wakacyjne zamknięcie. I jest pełno. Nasze spektakle uliczne, które pokazujemy na Placu Konstytucji i przy ul. Grójeckiej 65 i w przestrzeni Konesera, biją rekordy widzów. W soboty i niedziele, kiedy gramy bajki dla dzieci, przychodzi 500-600 osób. Stoją, siedzą, oglądają, biją brawo, krzyczą, wstają w podziękowaniu. Jestem szczęśliwa, tym bardziej że w tym roku zdecydowaliśmy sfinansować nasz teatr uliczny z datków widzów.

Pani miała kilka miesięcy przerwy w pracy w związku z epidemią?

– Przeciwnie! Nie grałam, ale jestem szefową, byłam przez cały ten rok w pracy bardziej niż zwykle, podejmowaliśmy setki decyzji, pisaliśmy wnioski, przez fundację przeszły tony papierów. Tak intensywnej pracy organizacyjno-biurowej, księgowej, koncepcyjnej nie pamiętam. Te teatry to duże przedsiębiorstwo i odpowiedzialność, cały właściwie czas, z przerwami, odbywały się także próby do nowych rzeczy. Po tym roku pandemii wypuściliśmy pięć premier, z których trzy zrobiłam ja, wyreżyserowałam je i w jednej z nich gram.

To był dziwny i bardzo, bardzo pracowity i trudny czas przetrwania. Trudny także od strony emocjonalnej, psychicznej, do tego wszystkiego dołączyła się gigantyczna nagonka na mnie i na naszą fundację. Nie, o przerwie nie było mowy. Mam uczucie, że stoję w krajobrazie po bitwie.

Większość teatrów ma teraz wakacje. Wy gracie pełną parą!

– Może dlatego u nas takie tłumy, że inni są zamknięci!? (śmiech). Gramy jak zwykle latem. No i pokazujemy nowości. Powstał w reżyserii Andrzeja Domalika wspaniały „Minetti. Portret artysty z czasów starości” Thomasa Bernharda z wielką rolą Jana Peszka to teraz nasza „perła w koronie”. Mamy „Aleję zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego, „Cwaniary” Sylwii Chutnik w reżyserii Agnieszki Glińskiej, spektakl, na który wszyscy długo czekali.

Podczas pandemii zrobiłam dwie komedie: czeską i bardzo nam bliską „Wspólnotę mieszkaniową” i „Coś tu nie gra” kanadyjski tekst, komedię polityczną, gatunek u nas w Polsce prawie niespotykany, a jego temat bardzo „rymuje się” z aktualnymi polskimi problemami. Wreszcie Cezary Żak „postawił” kryminał według bardzo znanej książki „Dziewczyna z pociągu”. Większość z tych tytułów wystartowała w czerwcu i wszystkie mają już swoją publiczność.

Wielu aktorom zapewniła pani w ten sposób pracę?

– To był nasz cel także, by nie zostawiać ich samych. W obu naszych teatrach rocznie występuje około 400 artystów. W czasie pandemii starałam się nie tracić z nimi kontaktu i robiliśmy wszystko, żeby pracownikom etatowym płacić pensje. Zachować „tkankę” za wszelką cenę. Niestety stało się dużo dramatycznych rzeczy. Aktorzy zmieniali zawody, wielu młodych wróciło do rodziców, żeby koszty utrzymania podzielić z bliskimi, zdarzyły się tragedie i naprawdę smutne historie, a śmierć Piotra Machalicy była i jest dla nas prywatnie i dla fundacji wielkim dramatem. Jego nieobecność to wielka zmiana w naszych teatrach. Umarł w pełni sił twórczych, zostawił u nas trzy duże role i niezrealizowane plany. Dla mnie umarł ktoś najbliższy z najbliższych. Było i jest trudno.

Jakim cudem w obliczu tych wszystkich spraw udaje się wam jeszcze grać dla ludzi za darmo?

– Już mówię! Przez dziesięć lat ministerstwo kultury lub władze miasta dofinansowywały nasze akcje letnie na poziomie rzędu 100-180 tysięcy i za to graliśmy zależnie od dotacji 30-50-60 spektakli na ulicach Warszawy. Ponieważ jednak już drugi raz nie dostaliśmy pieniędzy, podjęłam decyzję, że nie czekam na „litość” władz i przeznaczymy na to pieniądze, które ludzie podarowali fundacji, odpisując 1% swojego z rocznego podatku. Zwykle za te dodatkowe jakby pieniądze robiliśmy jedną z premier w sezonie, w tym roku widzowie sfinansowali teatr uliczny, za darmo, dla wszystkich!

Ta dwuletnia przerwa w plenerowym graniu…

…zrobiła wielką wyrwę. A my przecież w naszym repertuarze „ulicznym” mamy wiele tytułów, w tym najważniejsze, bajki dla dzieci. Jest „Lament”, „Starość jest piękna”, „Flamenco namiętnie”, „Związek otwarty”, „2 000 000 kroków” i dwie bajki dla dzieci: „Czerwony kapturek” i „Jaś i Małgosia”. Przy okazji muszę powiedzieć, że entuzjazm i zaangażowanie dziecięcej widowni uświadomiło mi kolejny raz w tym roku, jak są ważne i potrzebne spektakle dla nich.

Dlatego w przyszłym roku trzeba koniecznie zrobić nową bajkę, może „Lisa Witalisa”, o którego proszą. Dzieci przychodzą po kilka razy oglądać ten sam spektakl, może dla ich rodziców znaczenie ma także to, że spektakle są za darmo.

Zastanawiam się, jak może pani pamiętać te wszystkie role i znajdować w sobie ciągle pokłady nowych chęci, by jeszcze reżyserować premiery?

– Ależ to wszystko jest rozłożone w czasie. Poza tym zapamiętywanie tekstów to dla aktora umiejętność zawodowa. Ja prywatnie nie pamiętam czasem, jak się nazywam! (śmiech). Tylko kiedy wchodzę na scenę, tekst przychodzi do mnie w sposób naturalny. No moze nie zawsze… Z nauczeniem nowej roli, robionej teraz w pandemii, miałam problem, ale też tekst „Alei zasłużonych” jest trudny jak piekło i szatani.

Pani wiele razy w wywiadach mówiła, że w trudnościach zawsze widzi perspektywę jasną. Skąd ta siła?

– Od 16 lat jestem szefową dużego przedsięwzięcia, fundacji i dwóch teatrów, które muszą się praktycznie utrzymać same. Wzięłam odpowiedzialność za ludzi, którzy mają rodziny, dzieci, kredyty, zaufali mi. To nie jest tak, że nie odpuszczam, bo jestem dzielna i mam wyjątkowy charakter. Ale to prawda, jestem chorobliwą wręcz optymistką. Szukam zawsze nie tylko najlepszego wyjścia, ale także rozsądnego, bezpiecznego, nie szarżuję. To mój obowiązek.

Podobno nawet wypoczynek na wakacjach zwyczajnie panią nudzi, bo tak kocha pani pracę w teatrze. Nie lubi pani pospać, poleniuchować?

– Spać nie mogę, czytanie to dla mnie przyjemne leniuchowanie i zawsze mówiłam, że praca jest o wiele bardziej interesująca niż zabawa, szczególnie praca twórcza, rozwijająca i budująca, której rezultaty widać natychmiast, każdego dnia. A poza tym, naprawdę muszę być stale pod ręką i do dyspozycji naszych teatrów, tak zdecydowałam 16 lat temu i jestem temu obowiązkowi wierna. W Polonii i Och-Teatrze mamy około 75 tytułów, w tym 8. z moim udziałem. A na szczęście ja się wciąż „sprzedaję” jak świeże bułeczki (śmiech), mimo kamieni rzucanych w moją stronę.

Od 12 lat gra pani w Och -Teatrze „Białą Bluzkę”. W te wakacje również! Czy to znaczy, że publiczność pokochała ten spektakl na podstawie tekstu Agnieszki Osieckiej w jakiś wyjątkowy sposób?

– Gram teraz po latach nową wersję „Białej Bluzki”, z innymi piosenkami. To inny spektakl, choć też według pomysłu i adaptacji Magdy Umer. Minęło od tamtej pierwszej wersji, robionej w okolicach stanu wojennego wiele lat, a dojrzała kobieta opowiada o tych sprawach inaczej. Myślałyśmy z Magdą, że będzie to spektakl w jakimś sensie historyczny, dla młodych pokoleń. Niestety sytuacja polityczna sprawia, że jest coraz bardziej aktualny. Za chwilę zagram dwusetny spektakl tej nowej wersji. Zamknęłam w pewnym momencie granie a teraz po dwóch latach przerwy, wznowiliśmy go na prośbę publiczności i za namowami reżyserki Magdy Umer. Ona ma rację, zyskał on nowe konteksty i ma inne znaczenie. Magdzie wierzę jak nikomu.

Może siła tego spektaklu to kwestia wyjątkowego porozumienia, jakie ma pani z Magdą? Ona z kolei przyjaźniła się z autorką tekstu Agnieszką Osiecką. Ile lat przyjaźni się pani z Magdą?

– Zaczęłyśmy się przyjaźnić w latach 80. przy okazji pracy nad sztuką „Abelard i Heloiza” dla Teatru Telewizji, zagrałam w nim z Zygmuntem Hübnerem, a Magda była reżyserką tego przestawienia. To był cudny czas i pan Zygmunt w wielkiej formie. Powstało wtedy coś ważnego i dobrego, także w naszym życiu prywatnym. Potem zrobiłyśmy też telewizyjną wersję tamtej pierwszej „Białej bluzki” i było jeszcze kilka naszych z Magdą wspólnych przedsięwzięć: „Kobieta zawiedziona”, „Marlena”, a ostatnio „Zapiski z wygnania”. To wiele, wiele wspólnych dni, godzin i lat.

Jaka „iskra” połączyła was z Magdą Umer tak mocno na lata?

– Cenimy się nawzajem, myślimy podobnie, mamy podobne poczucie humoru. Poza tym razem przeżyłyśmy dużo życiowych zakrętów. Kiedy poznałyśmy się, Magda była w ciąży i niedługo potem urodził się jej drugi syn Franek. Zaprzyjaźniłam się z jej mężem Andrzejem Przeradzkim, dla mojego męża także stali się bliskimi ludźmi. Dzięki Magdzie poznałam najbliższy mi krąg kobiet: Zuzię Łapicką, Magdę Czapińską i Agnieszkę Osiecką.

Tworzyłyście wyjątkową grupę – wszystkie piękne i diabelnie utalentowane. O takich kobietach Agnieszka Osiecka mówiła, że mają „zapalenie duszy”. Czy namówię panią na chwilę wspomnień?

– O naszych spotkaniach, lamentach i rozmowach napisałam już setki słów. To były lata spędzanych razem wakacji, wspierania się, wspólnie podejmowanych decyzji na różnych rozstajach dróg. Magda Czapińska, którą wszyscy kochają i do której zgłaszają się po jej piękne teksty, autorka arcydzieł w tej dziedzinie („Remedium”, „Święty spokój”, „W moim magicznym domu”) jest też uznaną terapeutką. To ona zawsze wspierała tę naszą „szaloną grupę”, spokojem i mądrymi radami i nadal jest opoką. Natomiast Zuzia Łapicka? Jej błyskotliwość, ogląd świata i ludzi bawił nas i nauczał. Ona była zawsze naszym srebrem i złotem, naszym szampanem. A Agnieszka Osiecka to Agnieszka! Pyta pani, co nas połączyło?… Wszystko. Trudno powiedzieć!

O swoich przyjaciółkach myślę jak o najbliższej rodzinie. To tak jakby mnie pani zapytała, co mnie połączyło z moją matką czy siostrą. Życie, podobne odczuwanie, „kalejdoskop zdarzeń”, jak mówiła Agnieszka. Niestety Zuzi i Agnieszki już nie ma z nami. Zostałyśmy we trzy. Obie Magdy i ja i każda tak samotna jednocześnie, osierocona.

Jest jeszcze pani najbliższa rodzina – córka Maria, synowie Adam i Andrzej oraz wnuki. Może to oni dają dziś pani ten nieprawdopodobny napęd do pracy?

– Raczej pracuję dla nich i mimo nich, bo moja praca jest egoistyczna i wymagająca. Są dorośli, wspaniali. Jest jeszcze córka mojego męża Magda Kłosińska i jej syn, wnuk męża. Magda pracuje w naszej fundacji, jest z nami od samego początku, wiele jej zawdzięczamy. Cieszy przede wszystkim to, że moim bliskim dobrze się układa, że realizują swoje plany, są prawymi, mądrymi i szlachetnymi ludźmi. Chyba są w rezultacie, mimo wielu zawirowań, szczęśliwi – to ma dla mnie największe znaczenie. Nie myślę o tym, ile oni mi dają. Myślę o tym, ile ja im mogę dać.

To pięknie, co pani mówi. Mam wrażenie, że ludzie w dzisiejszych czasach skoncentrowani są najbardziej na tym, by być kochanymi i by brać, nawet od najbliższych.

– Jak w każdej sytuacji zagrożenia. O dzieci jestem dziś spokojna, ale ciągle myślę o wnukach. Czekam z niecierpliwością, jakie będą ich wybory życiowe. Moja córka Marysia, wiadomo jest świetną aktorką, a ostatnio reżyserką. Magda, córka mojego zmarłego męża, jest stale ze mną, z nami w fundacji i jest opoką wielu naszych produkcji teatralnych, oparciem i przyjaciółką aktorów, ma wpływ terapeutyczny, zbawienny na sytuacje konfliktowe. Moi synowie Adam i Andrzej, odwiedzają mnie i są stale w kontakcie. Adam robi doktorat z fizyki i pracuje na uczelni, a Andrzej jest grafikiem komputerowym, wiecznie zajętym, robi między innymi nasze plakaty, ale też wiele innych rzeczy. Lena, starsza córka Marysi studiuje reżyserię filmową i już pracuje na planie, a młodsi są jeszcze niepełnoletni i szukają swoich dróg. Poza tym nie wiem, czy ich rodzice chcieliby, żebym o nich mówiła publicznie. W każdym razie nie tracimy kontaktu.

Nie boi się pani zatrudniać młodych aktorów, twarze zupełnie nieznane np. w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”?

– Nie boję się, to mój konik zresztą – nowi aktorzy. W Och-Teatrze mamy chyba najwięcej debiutów w Warszawie, dlatego młodzi aktorzy do nas piszą, przychodzą, pokazują się. Liczą na nas. Stawiam na nich w nadziei, że przyniosą pomysły, nową krew, zrobią piękne role. Stawiam na ich młodość, talent, wyobraźnię, temperament. Ja w ogóle wierzę w nich i szanuję młodych! Rozumieją teraz często z tego świata więcej niż my i lepiej sobie z nim radzą. Dookoła w fundacji, w teatrach mam prawie samych młodych współpracowników, bez nich nie dałabym sobie rady.

Zresztą, krąży o mnie wśród nich dziesiątki anegdot na temat mojego zakręcenia i braku wiedzy na tematy bliskie nowym „normom” życia. Powoli staję się szefową specjalnej troski. Dobrze mi z tym.


Psychologia

„Wszyscy byli brzydcy, śmieszni albo wydawali mi się ułomni. Najgorsze, że wyglądali jak mój własny ojciec”. 7 błędów, jakie popełniamy na portalach randkowych

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
fot. serpeblu/iStock

Przepytałam siedem moich koleżanek, które korzystały z portali randkowych. Oto ich wspomnienia, które pomogą ci unikać pomyłek. Przeczytaj, żeby nie dać się oszukać i nie tracić czasu. Teraz już będziesz wiedziała, dlaczego nie możesz się zakochać.

1. Biadolenie

Marianna: „Jak tylko wchodziłam na któryś z portali randkowych, widziałam tam nie mężczyzn, tylko „przypadki kliniczne do leczenia”. Wszyscy byli brzydcy, śmieszni albo wydawali mi się ułomni. Najgorsze, że wyglądali jak mój własny ojciec, choć metrykę wypisywali sobie identyczną z moją. Jak już mi się jakiś spodobał, to zaczynałam zastanawiać się, czy nie jest zbyt ładny dla mnie. Potem, jak coś mi już odpisał, zaczynałam rozważać, czy przypadkiem nie jest to typowy narcyz? Jednak najbardziej bolało mnie, gdy faceci pisali do mnie wprost, proponując seks i podając swoje wymiary intymne w centymetrach. No co za chamstwo i impertynencja!? Natychmiast łapałam telefon i opowiadałam o tym przyjaciółce. I tak w kółko”.

Na czym polegał błąd Marianny?

Dziś Marianna już wie, że niepotrzebnie traciła czas i energię na straszenie się i dywersję miłości. Zamiast skupić się na poszukiwanie fajnego faceta, patrzyła z przerażeniem na „to targowisko”, jakby każdym spojrzeniem próbowała siebie przekonać, że to poszukiwanie i tak nie ma sensu.

2. Pasywność

Krystyna: „Mnie konto na jednym z portali randkowych założyła przyjaciółka. Długo nie wstawiałam tam żadnego swojego zdjęcia. Wobec tego pisali do mnie tylko tacy bez zdjęć. A to ktoś wysłał emotikon „mrugnięcia oczkiem”, a to znowu „kwiatek”. Myślałam sobie tylko: „Po co mi facet bez inicjatywy? Nie jest w stanie napisać dwóch sensownych zdań, żeby się, że mną umówić?” I czekałam! Czekałam! Czekałam, aż w końcu pojawi się może ktoś cudowny, kto mnie cudem wybawi od samotności.

Na czym polegał błąd Krystyny?

Zamiast działać i szukać mężczyzny, liczyła jak mała dziewczynka, że w końcu pod jej wieżę przyjedzie na białym rumaku piękny i mądry książę, który jakimś cudem będzie znał atuty jej wyglądu (nie publikowała zdjęcia) oraz atuty jej serca (wpisała na portalu byle jakie informacje o sobie). W dodatku Krystyna liczyła na to, że ten boski mężczyzna będzie walił w drzwi kołatką z całych sił. Bo przecież nie zamierzała mu od razu otworzyć.

3. Zwlekanie

Jagoda: „Kiedyś pisałam z jednym facetem przez cztery miesiące. Był czuły, co wieczór pytał, jak minął mi dzień. Kiedy moje pieski zachorowały i codziennie musiałam jeździć z nimi do weterynarza, on wydawał się tym problemem szczerze zainteresowany. Czułam, że w końcu mam kogoś, komu na nie zależy. Zwlekaliśmy jednak ze spotkaniem, ponieważ on mieszkał w Madrycie. Po czterech miesiącach jednak udało mi się kupić bilet i poleciałam. I teraz… okazało się, że facet nie był w stanie dotrzeć na randkę przez trzy godziny. Czekałam w pubie, a on próbował wszystko przełożyć na kolejny dzień. Ale ja się uparłam. I dobrze, bo okazało się, że przyszedł pijany. Nie miał z przodu zęba i po godzinie próbował zaciągnąć mnie do łóżka. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam tego faceta”

Na czym polegał błąd Jagody?

Jagoda dziś już nie zwleka i nie traci swojego czasu na piękne słówka w internecie. Wie, że wiele osób woli prowadzić długie rozmowy on-line, ponieważ nie potrafi nawiązać prawdziwej więzi w realnym świecie. Twierdzi, że w opisach prawie każdy mężczyzna ma zaznaczone, że jest: wysoki, wysportowany oraz ma niepowtarzalną osobowość. A w realu… to już same wiecie!

4. Nadwrażliwość

Iwona: „Kiedy mi nagle jakiś facet z portalu przestawał odpisywać, zamęczałam siebie, że może zrobiłam coś nie tak. Kiedy przyszedł na randkę nieogolony, w rozciągniętej i poplamionej bluzie, pomyślałam, że to przez przypadek. Kiedy dałam swój numer telefonu kolesiowi, który potem zadręczał mnie po nocy esemesami (były w nich jego strasznie głupie wiersze), pomyślałam, że jestem idiotką. A kiedy facet nie zapłacił za pierwsze piwo, zadręczałam się, że jestem za brzydka i za gruba na randki.”

Na czym polegał błąd Iwony?

Iwona twierdzi, że kiedy poznała swojego obecnego narzeczonego, wszelkie „zmory” zniknęły. To nie z nią było „coś nie tak”, tylko z tymi facetami, z którymi wiązała nadzieję. Dziś uważa, że niepotrzebnie siebie tak zadręczała. Jakiś facet nie odpisuje? Dziś pomyślałaby, że to jego strata!

5. Wyrozumiałość

Dominika: „Moja koleżanka opowiadała mi randkach, które wyglądały tak, że umawiała się na placu w centrum miasta i prosiła gościa, by miał w ręku czerwoną różę. Kiedy przejeżdżała obok niego autobusem, miała chwilę, by mu się przyjrzeć. Jeśli jej się nie podobał, to nawet nie wysiadała z autobusu. Kiedy usłyszałam tę historię, byłam w szoku. Jak można tak traktować ludzi? Przecież ten „człowiek z wąsem” czy „w idiotycznym kaszkiecie” mógł mieć cudowną duszę. Po latach randkowania przez internet niestety zmieniłam zdanie. Sama dawałam gościom szanse na drugie i trzecie spotkanie, choć czułam, że to kompletna pomyłka. Korespondowałam z facetami, którzy mnie nie kręcili, tylko dlatego, że było mi ich żal. Gdy poznałam jednak mojego obecnego partnera, zaiskrzyło natychmiast”.

Na czym polegał błąd Dominiki?

Dziś Dominika już wie, że dawanie n-tej szansy i umawianie się na siłę, nie ma kompletnie racji bytu. To tak, jakbyś zaprzeczała swojej intuicji. A przecież każda kobieta podświadomie potrafi rozpoznać, czy konkretny człowiek jej pasuje. Być może jednak z powodu niskiego poczucia wartości, myśli sobie, że już nikogo lepszego nie spotka i warto jednak dać szanse. Najczęściej jednak nasza intuicja dobrze nam podszeptuje. To jej warto dać szanse! Należy ufać sobie.

6. Naiwność

Marta: „Kiedyś na wstępie nie wypytywałam gości o dzieci, żony i szczegóły dotyczące przeszłości. Wychodziłam z założenia, że ludzie nie kłamią. Bo po co? Tym oto sposobem nieświadomie dwa razy weszłam w krótkie romanse z żonatymi facetami. Teraz już wiem, że na samym początku trzeba o wszystko wypytać Jednym z moich pierwszych pytań jest więc: „Czy jesteś z kimś w związku?”. I uwaga, nie pytam się: „Czy masz żonę?”, tylko: „Czy z kimś się spotykasz?” Kiedyś na takie pytanie facet mi odpisał: „Jestem półsinglem”. Ja na to: „A co to znaczy?” On: „Że mam laskę, ale z nią nie mieszkam”. (śmiech). Skreśliłam go od razu!”

Na czym polegał błąd Marty?

Niestety naiwnością, jest wiara, że ludzie nie kłamią. Kłamią! Dlatego nie ma sensu się krygować. Warto zabezpieczyć się i zadać kilka kluczowych pytań i oczywiście nie „łykać odpowiedzi jak młody pelikan”. Mówisz, że nie wypada tak od razy prosto z mostu pytać, czy ktoś ma dzieci, żonę, pracę? Cóż, wypada! Takie teraz są czasy.

7. Nie ten portal

Klaudia: „Szukałam miłości, a siedziałam na Tinderze. Niby to oczywiste, że ludzie szukają tam głównie seksu, ale ja liczyłam, że jednak znajdę coś więcej. Dopiero jak zapłaciłam pieniądze i zapisałam się na eDarling i na Sympatię, zaczęłam poznawać fajniejszych facetów, którzy podobnie jak ja liczyli na związek.”

Na czym polegał błąd Klaudii?

Oczywiście, że wiele fantastycznych par poznało się na Tinderze. Jednak z doświadczenia moich przyjaciółek wynika, że na portalach, gdzie trzeba zapłacić minimalną kwotę, łatwiej znaleźć mężczyzn, którzy szukają poważniejszych relacji.


Zobacz także

Rozstać się

Rozstać się i nie palić za sobą mostów. Sztuka „zrywania” z klasą

Komentarze w sprawie gwałtu nie pozostawiają złudzeń: w Polsce to wciąż ofiara jest winna przestępstwa. Szczególnie jeśli jest kobietą

Otyłość problem zasługujący na poważne traktowanie