Lifestyle Psychologia

8 zasadniczych różnic między dobrym, a toksycznym związkiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 marca 2017
Fot. iStock/AtnoYdur
 

Toksyczny związek to relacja, która zamiast przynosić satysfakcję i poczucie spełnienia w miłości, wypełnia życie cierpieniem, przekonaniem, że ciągle musimy o coś walczyć, oraz poczuciem bezradności. Może trwać latami, zanim się zorientujemy, że niszczy nas, zabiera energię, wiarę we własną wartość i czas. Zobaczcie, jak odróżnić toksyczny związek od dobrej, pozytywnej miłości.

tytuł

 

12

34

56

78


Na podstawie: lifehack.org

 


Lifestyle Psychologia

Choroby, których nie wyleczysz pigułką! Rozpoznaj objawy, nim będzie za późno

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
30 marca 2017
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Na apetyt i na jego brak, na ból głowy, zęba, zatok, poprawę trawienia, bujne włosy, mocne paznokcie, zdenerwowanie czy nadmierny stres. W dzisiejszych czasach tabletki w sklepach i aptekach można znaleźć na każdą niemal dolegliwość. Są jednak „choroby”, którym żadne farmaceutyki nie straszne i o których na próżno szukać informacji u specjalistów i w księgach medycznych – jedynym lekarstwem na nie jest zmiana w nas samych. Sprawdźcie, czy nie dolega wam któraś ze współczesnych przypadłości.

Pośpiech

Choroba ta znana jest także jako syndrom „nie mam teraz czasu, później” lub „nie mogę, zarobiona jestem”. Charakterystyczne objawy w tej przypadłości to zaczerwienione od biegu policzki, rozwiany włos, nerwowe zerkanie na zegarek i długa lista rzeczy do zrobienia, na której wciąż za mało podpunktów zostało odhaczonych.  Choroba ta rozprzestrzenia się w zawrotnym tempie i bardzo łatwo przenosi na inne osobniki ludzkie. Specjaliści alarmują, że nie umiemy już wyłączyć trzeciego biegu i gnamy przez życie w każdej jego dziedzinie – chcemy mieć fast food, fast love, fast work, co kończy się zbyt późnym stwierdzeniem, że oto mamy fast life. To fast.

Perfekcja

Gwałtowny rozwój tej choroby nastąpił wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych i bakterii typu „insta-life” oraz „fake reality”. Objawy nasilają się szczególnie po zbyt dużej dawce idealnie wykreowanych zdjęć i nie mających nic wspólnego z prawdą wpisów na Facebooku. Dodatek hasztagów, często zamieszczanych jedynie na pokaz, może dodatkowo pogłębić dolegliwości pacjenta i jego obsesję na punkcie perfekcji. Zaleca się terapię wstrząsową polegającą na realnym spojrzeniu na życie innych i brutalnym uświadomieniu chorego, że rzeczywistość jest znacznie mniej idealna i uporządkowana.

Żądza pieniądza

Choć wydawać się może, że charakterystycznym objawem tej choroby jest symbol dolara w miejscu źrenic, to tylko fałszywy przekaz znany z kreskówek. Pierwszym objawem jest zastąpienie odwiecznego pytania człowieka „dokąd zmierzam?” pytaniem „za ile?”. Obsesyjne przeliczanie zysków, skąpstwo, skupienie się na pomnażaniu posiadanych zasobów, rezygnacja z inwestycji i znajomości nie przynoszących dostatecznych dochodów oraz stopniowe pozbywanie zasad moralnych i etycznych dla pieniędzy, to kolejne stadia rozwoju ten podstępnej choroby.  Ciężka w leczeniu, zazwyczaj pacjent potrzebuje mocnego kopniaka od losu lub twardego upadku, by zmienić swoje priorytety i zauważyć, co w życiu naprawdę się liczy.

Uzależnienie od telefonu

Choroba ta zwana jest także syndromem przyrośniętego telefonu. Często towarzyszy jej facebookoholizm – obsesyjne sprawdzanie poziomu lajków i szerów na posiadanym koncie społecznościowym. W przebiegu schorzenia obserwuje się zaburzenia widzenia (pacjent przestaje widzieć cokolwiek poza ekranikiem), słyszenia (słyszy tylko dźwięki przychodzących rozmów i powiadomień), skupienia i koncentracji uwagi oraz znaczne pogorszenie się funkcji społecznych i tych w zakresie komunikacji werbalnej. Dodatkowo zwyrodnienia kręgosłupa od ciągłego pochylania głowy oraz częste urazy kciuków. W celu uzdrowienia zaleca się izolację, ograniczenie kontrolowane lub tzw. terapię offline.

Przerośnięte ego

Pacjent cierpiący na to schorzenie posiada zniekształcony obraz samego siebie i otaczającej go rzeczywistości – wydaje mu się, że jest pępkiem świata, a wszyscy dookoła są gorsi, stworzeni po to, by mu służyć. Inne objawy przerośniętego ego to m.in. zwyrodnienia kręgosłupa (zbyt wysoko uniesiona głowa), problemy ze wzrokiem (patrzenie na innych z góry), nadmierna sztywność (zwłaszcza w poglądach i opiniach), a nawet kanibalizm (zjedzenie wszystkich rozumów).  Możliwe także omamy i złudzenia – często chorym wydaje się, że wszystko im się należy i/lub wyolbrzymiają swoje zasługi i posiadane zalety. Leczenie jest bardzo trudne i bolesne dla pacjenta – wymagane jest bowiem chirurgiczne odcięcie od złudzeń i zderzenie z rzeczywistością, które dla wielu okazuje się szokiem.

Brak życzliwości

Pierwotnie wiązano tę dolegliwość z problemami kardiologicznymi (dokładniej z brakiem serca), jednak najnowsze badania udowadniają, że nawet pomimo posiadania sprawnego układu krążenia może wystąpić u osobników ludzkich brak życzliwości. do drugiego człowieka. W miarę rozwijania się choroby zanika uśmiech na twarzy, pojawia się zimne spojrzenie i ogólny chłód w postawie. Niektóre badania dowodzą, że przyczyną może być duże nagromadzenie frustracji i niewyleczone kompleksy, inni naukowcy wskazują na wpływ nieodpowiednich programów telewizyjnych i czytanie tabloidów. Bez względu na przyczynę jedynym działaniem naprawczym jest dawanie dobrego przykładu, zwalczanie nieżyczliwości życzliwością i udowadnianie, że można inaczej, lepiej.


Lifestyle Psychologia

Podstawowym zadaniem kobiety jest rodzić. Czy po ludzku, to dla niektórych, jak widać, nie ma najmniejszego znaczenia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 marca 2017
Fot. iStock / RealCreation

Pamiętam swój pierwszy poród. Ponad 11 lat temu. To był czas, kiedy szkoły rodzenia nie były niczym popularnym, ale w mieście w którym rodziłam taka szkoła już działała, zwłaszcza, gdy zebrała się odpowiednia grupa. W piwnicy szpitala cudowne położne uczyły nas oddychania, opieki nad noworodkiem, rozwiewały wątpliwości. Mam koleżanki, które wtedy nie miały tyle szczęścia.

Rodziłam w obskurnym szpitalu. Ciasna sala, dwa łóżka – przyjęto mnie po odejściu wód. Włóczyłam się po korytarzu kilka godzin, bo skurcze były byle jakie i dalekie od regularności. Wspólna łazienka na korytarzu, sala porodowa z trzema stanowiskami, gdzie każdy otwierając już drzwi mógł mi zajrzeć między nogi. Oksytocyna. Masaż szyjki. I dwie i pół godziny leżenia na łóżku w mega skurczach. Jak bardzo bolały czuł mój mąż, bo poród zakończył z siniakami na rękach od mojego ich zaciskania. Pamiętam jedną myśl: „Dasz radę, przeżyjesz”. Leżałam z zamkniętymi oczami skupiając się na bólu, by go jakoś siłą własnej woli osłabić. Co jakiś czas ktoś przeszedł. Na szczęście o tej godzinie zresztą 12 godzin po Sylwestrze rodziłam sama. Na sali był worek sako – nie miałam okazji na nim usiąść, choć był dla ciężarnych, piłek, innych rzeczy też nie było, nie pamiętam. Kiedy przyszły bóle parte urodziłam bardzo (bardzo) szybko. Bez problemów. Położyli mi mojego syna na piersi, mogłam go karmić, podczas gdy lekarz zszywał mi krocze. To było moją największą traumą – to nacięcie, tylko tego się bałam, choć koleżanki mojej mamy opowiadały: „Nic nie czuć, nawet nie wiesz, kiedy to robią”. Brrrr. Na samą myśl do dzisiaj mam ciarki na plecach. Wiem, kiedy mnie nacięły. Czułam, jak mnie zszywano.

Na sali leżałam z koleżanką, która rodziła po mnie. Słyszałam, jak krzyczała. Słyszałam przez te kilka dni inne krzyczące kobiety i krzyczący na nie personel szpitala. Ktoś mówił: „same sobie winne, jak nie słuchają,co się do nich mówi”. W duchu myślałam, że dobrze, że ja nie krzyczałam.

Poród nie był dla mnie traumą. Ale kiedy po raz drugi zaszłam w ciążę to właśnie porodu się bałam. Tłumaczyłam sobie, że to pewnie dlatego, że już wiem, co mnie czeka. Minęły zaledwie dwa lata od mojego pierwszego porodu, a już wtedy szkoła rodzenia znajdowała się w przestronnej, jasnej sali nowej części szpitala. Mogłam wybrać sobie salę, w której chcę rodzić – salę jednoosobową. Była wanna. Do sali przylegała łazienka, w której mogłam wziąć prysznic. Było wesoło. Siedziałam na piłce, robiłam głupie miny – do dziś śmiejemy się z tych zdjęć. Delikatne położne, które przychodziły pytać, jak się czuję, które podpowiadały, jak kucnąć, mówiły, żeby znaleźć dla siebie najlepszą pozycję. Puściliśmy swoją muzykę i było jakoś tak… rodzinnie bardzo i spokojnie. Urodziłam bez nacięcia – dzięki położonym, które tłumaczyły lekarzowi, że spokojnie powinno się udać. Mój młodszy syn leżał ze mną bardzo długo. Nikt, jak starszego, nie zabrał mi go do mycia. Ważenie i badanie odbywało się w tej sali, w której rodziłam. Wszystko widziałam, we wszystkim uczestniczyłam. I płakałam po tym porodzie myśląc, że mogłabym urodzić jeszcze jedno dziecko.

Tak, miałam szczęście trafiając do szpitala, który szanował kobiety, na położne, którym ufał lekarz i które były przy mnie, dawały poczucie bezpieczeństwa.

Wiem jednak, że wiele kobiet nie miało tyle szczęścia. I dzisiaj, kiedy czytam raport o sytuacji rodzących kobiet w Polsce przygotowany przez Fundację Rodzić Po Ludzku myślę, jakiego farta miałam.

W przedstawionym raporcie martwi duży odsetek cesarskich cięć, to aż 43% wszystkich porodów. Jesteśmy w tym przypadku w niechlubnej europejskiej  czołówce. Mówi się, że kobiety są wygodne, wolą cesarkę, bo mniej bólu, mniej zmęczenia, lekarz wykonują cięcia „na życzenie”. Ale dlaczego nikt nie zastanowi się, dlaczego tak się dzieje. Słusznie podkreślono w raporcie, że gdyby porody odbywały się zgodnie ze standardami, z poszanowaniem kobiety i jej potrzeb, to z pewnością rodziłybyśmy chętniej naturalnie. My się cały czas boimy porodów. Boimy się, że odmówi się nam znieczulenia, że masaż szyjki, którym starszą nas nasze matki nam też się przytrafi. I skąd mamy pewność, że lekarz nie przetrzyma nas przy porodzie naturalnym na samym końcu decydując jednak o cesarce – przecież wiele takich historii słyszałyśmy.

Boimy się o własne zdrowie, o zdrowie naszych dzieci. Nie mamy pewności, że nie zostaniemy potraktowane przedmiotowo, jak kolejny numerek od odhaczenia, kiedy nikt przy nas nie stanie, nie porozmawia, nie spyta, czego oczekujemy, nie uspokoi naszych lęków i strachów. Fundacja Rodzić Po Ludzku od wielu lat zabiega o jak najlepsze warunki dla rodzących kobiet. I to nie jest żadne widzimisię, to nie są wyssane z palca pomysły, które mają utrudnić pracę personelowi szpitala, czy jak twierdzi Minister Zdrowia – pracę samych lekarzy. W Polsce nadal 50% porodów odbywa się z nacięciem krocza, kobiety nadal mają podawaną kroplówkę, choć niemal wszystkie szpitale deklarują, że pozwalają rodzącym napić się.

Światowa Organizacja Zdrowia postuluje, że porodów ze stymulowaną akcją skurczową powinno być nie więcej niż 10%. Tymczasem według statystyk otrzymanych od szpitali ma to miejsce w 25% porodów. Więcej

W ponad połowie szpitali kobiety nadal rodzą na salach wieloosobowych. Są jeszcze placówki, w których nie ma możliwości skorzystania z przedmiotów – takich jak piłka, mata, które pomagają kobietom przy porodzie, umożliwiają przyjęcie najlepszej dla niej pozycji.

Najczęściej stosowanymi w polskich szpitalach pozycjami w czasie II okresu porodu są pozycje na łóżku porodowym – na boku (62%) i na plecach (59%). Są to pozycje, które utrudniają fizjologiczny przebieg porodu. Więcej

W zdecydowanej większości rodząca nie może decydować, kto będzie przy porodzie. Opieka medyczna przydzielana jest odgórnie…

Jedynie 32% szpitali przestrzega prawa do nieprzerwanego, dwugodzinnego kontaktu „skóra do skóry”. W pozostałych placówkach jest on zakłócany przez ważenie, mierzenie i ubieranie noworodka. W większości szpitali czynności te wykonywane są w trakcie dwóch pierwszych godzin po porodzie. Więcej

I jasne, że jest lepiej. Rodzą nasze przyjaciółki, siostry i widać, jak zmienia się, podwyższa standard opieki okołoporodowej. To cieszy, bo mamy większe zaufanie do personelu, do samych siebie, do własnej intuicji. Ale to co lepsze nie przyszło samo, to ciężka praca środowisk na czele z Fundacją Rodzić Po Ludzku, które edukują kobiet, które podkreślają jak ważna jest edukacja położnych i samych lekarzy.

Niestety ostatnie doniesienia o tym, że standardy opieki okołoporodowej przyjęte kilka lat temu przez rząd i powoli, ale jednak wdrażane w życie, mają zostać wycofane. Bo ważniejsi są lekarze, niż kobiety, ważniejszy jest spokój i ewentualne usprawiedliwienie lekarskich pomyłek, niż kobieta – której, co ostatnio wybrzmiewa bardzo często – podstawowym zadaniem jest rodzić. Czy po ludzku, to dla niektórych, jak widać, nie ma najmniejszego znaczenia.


Zobacz także

Pan Zbieg Okoliczności czuje się usprawiedliwiony, gdy zawodzi, ale czy wierzy samemu sobie? A czy to ważne? Tak nie można żyć

Risk made in Warsaw

Gorąca czekolada czy seksowna czerwień? Walentynki z RISK made in Warsaw

Jaki jest idealny wiek do zawarcia małżeństwa, jeśli nie chcesz się rozwieść?