Magia Miłość

Wróżba zniszczyła mi życie! Ludzie, po co chcecie znać swoją przyszłość?

Redakcja
Redakcja
31 stycznia 2022
fot. 9parusnikov/iStock
 

Zastanawiam się, dlaczego ludzie tak chętnie biegają do wróżek, tarocistek i jasnowidzów. Prosimy o stawianie sobie kart i wykreślanie horoskopów. Czy gna nas tam niecierpliwość? Czy nie potrafimy zaufać sobie? Zaufać życiu? Skorzystałam z tego dwa razy i za każdym razem było z tego więcej nieszczęścia niż korzyści.



Wiem, że jestem w mniejszości. Wiem, że większość ludzi kocha horoskopy. Wiem, że ludzie lubią ważną decyzję (taką, jak zmiana pracy czy ślub) skonsultować z siłą wyższą. Czymkolwiek by ona nie była. Powiem więcej, ja zazdroszczę nawet tym, którzy potrafią wierzyć, że przyszłość jest determinowana siłą przyciągania ciał kosmicznych albo „czegoś/kogoś innego mądrzejszego”.

Jeśli jesteś w tej grupie, proszę nie wściekaj się na mnie. Piszę o własnej perspektywie i zupełnie nie chcę cię do niej przekonywać. Naprawdę zazdroszczę tym, którzy mają odwagę i pokorę, by posłuchać kogoś zaufanego i korzystać z jego magicznej wiedzy. Wiem, że ona wielu osobom  pomaga w życiu. Ale nie mnie!

Wizyta u jasnowidzki

Opowiem ci o swoich dwóch doświadczeniach. Pierwsze pamiętam jak dziś. Miałam wtedy 33 lata i rozstałam się z chłopakiem. Moja przyjaciółka, w dobrej wierze, namówiła mnie na wizytę u popularnej warszawskiej jasnowidzki. Niestety ta kobieta miała wszystkie terminy na kilka miesięcy naprzód zajęte, ale był jeden wolny u jej mamy. Zdecydowałam się.

Już w poczekalni czułam się nieswojo. Zza zamkniętych drzwi dochodziły do mnie głosy dwóch kobiet jesnowidzek, rozmawiających z klientkami.
– Nie martw się, jesteś już w wieku chrystusowym. Masz mądrość, teraz już wszystko będziesz lepiej analizować i szczęście samo się pojawi – mówiła ta młodsza (córka) do kogoś. Nie chciałam podsłuchiwać, ale to zdanie wpadło mi samo do ucha.

W pewnym momencie otworzyły się drugie drzwi (od gabinetu starszej kobiety, czyli matki) i zostałam zaproszona do środka.

– Kawę czy herbatę – usłyszałam propozycję.
– Nie, ja dziękuję – odparłam.
– Ale musi pani, bo ja wróżę z fusów – odpowiedziała.

Ta sytuacja już była groteskowa. Ale potem zrobiło się jeszcze śmieszniej, bo usłyszałam:
– Masz 33 lata i jesteś już wieku chrystusowm i…”. Dalej to zdanie brzmiało tak jak to podsłuchane trzy minuty wcześniej w poczekalni. Zrozumiałam wtedy, że obie panie operują podobnymi „zwrotami-wytrychami” do swoich klientek. Może nawet nie powinnam być podejrzliwa. Bo niby co w tym złego? Nic!

Dalej usłyszałam wróżbę, że nie powinnam się martwić, bo ona widzi, że mój ukochany, ten wybrany „Jeden Jedyny” idzie już do mnie.

– Kochaneczko, on jest już w drodze. Zmierza do ciebie, byście byli szczęśliwi – mówiła jasnowidzka od fusów.
– A jak będzie wyglądał? – dopytywałam.
– Z zawodu będzie księgowym. A z wyglądu? Będzie miał okulary – dostałam odpowiedź.

Powiem wam tyle, że minęły trzy miesiące i na moim horyzoncie pojawił się dokładnie taki mężczyzna. Rozwodził się po dziesięciu latach z żoną, która go zdradziła. Księgowy. W okularach. Wszystko się zgadzało. Koleś był moim starym kumplem, znałam go jeszcze z podstawówki, wydawał mi się bardzo porządny i… bezpieczny. Zaczął do mnie dzwonić i proponował randki. Umówiłam się i choć ten związek trwał ostatecznie osiem miesięcy, był największą traumą mojego życia. Facet okazał się ściemniaczem i zwykłym złodziejem. Dobrze, że szybko się zorientowałam.

Jednak do dziś zadaję sobie pytanie, czy zwiodły mnie słowa wróżki? Czy gdyby nie jej przepowiednia, to oddałabym mu się cała z tak naiwnym zaufaniem? Czy bez przepowiedni nie byłabym bardziej uważna, bo musiałabym liczyć tylko na siebie? A tak weszłam w ten związek z marszu, polegając na hura-optymistycznej przepowiedni.

Już wiem, co teraz myślicie! Przecież przepowiednia nie zwalnia żadnej kobiety z suwerennego myślenia! Ja to wiem, a jednak… chociaż wyszłam od tej kobiety początkowo sceptycznie nastawiona, to cieszyłam się chyba na jej optymistyczne zapewnienia o rychłym szczęściu i o mojej zdolności (w wieku chrystusowym) do rozpoznawania prawdziwej miłości. No niestety! Dla mnie to działa trochę jak przekaz podprogowy. Niby nie wierzysz we wróżbę, ale gdzieś z tyłu głowy realizujesz przepowiedziany scenariusz, bo przyjmujesz go podświadomie za pewnik, na który nie masz wpływu.

Spotkanie z astrologiem

Coś podobnego zdarzyło mi się jeszcze raz. Po kilku latach poszłam do astrologa. Tym razem przyrzekłam sobie, że nie będę mu dawać znaków, nawet mimiką twarzy, o mojej sytuacji. Astrolog wydawał się bardzo kompetentny, mówił różne rzeczy, które absolutnie wbijały mnie w fotel. Opowiadał, jakie mam cechy charakteru. Dużo mówił o mojej przeszłości, szczególnie skupiając się na relacjach z matką i nawet o tym, że mam już dwóch synów. Podał nawet zbliżone daty ich urodzenia. Naprawdę byłam pod wrażeniem. Wszystko się zgadzało. Na sam koniec stwierdził, że mam wielkie intelektualne perspektywy, ale nie potrafię budować relacji z mężczyznami. „Cholera jasna”, pomyślałam. Znowu trafił! Ale nie dałam po sobie poznać. Siedziałam wyprostowana jak struna. W końcu nie wytrzymałam.

– Proszę mi powiedzieć, kiedy ja w końcu będę szczęśliwa? – zadałam jedno, jedyne niewinne pytanko.

A on zaczął coś długo wyliczać w tym swoim komputerze. Przyrzekam wam, że trwało to całe wieki. Minuty, sekundy dłużyły mi się niemiłosiernie. Słyszałam brzęczenie jego lodówki. I on te coś mruczał pod nosem: „Tu nie, nie, mmm, eh”.

– Pierwszy raz tak naprawdę to będzie pani szczęśliwa w 2038 roku – zabrzmiał werdykt.
Parsknęłam śmiechem.
– A czy świat wtedy jeszcze będzie w ogóle istniał? – spytałam oszołomiona.

Niby się śmiałam, ale te słowa zostały ze mną z całej tej rozmowy do dziś. Nic innego z półtoragodzinnego spotkania z astrologiem nie pamiętam. Tylko ten nieszczęsny rok odległego szczęścia.

 I co ja mam teraz zrobić? Niby się z tego śmieję. Opowiedziałam tę historię już chyba wszystkim moim przyjaciółkom na sto możliwych komicznych sposobów. Ale przyznam wam się po cichu, że od momentu tego spotkania już nie szukam miłości. Nie wchodzę na portale randkowe. Nie flirtuję z facetami, nie rozglądam się bacznie w sytuacjach towarzyskich. Chyba się poddałam. A może czekam do tego 2038 roku? Chyba tak!

Może to ze mną jest coś nie tak? Że tak mocno sugeruję się słowami astrologów i wróżek. Dziś jestem samotna i nieszczęśliwa. Jedno wiem na pewno, że już nigdy nie pójdę do takiej osoby, która ma kontakt z „wiedzą tajemną”. Boje się! A może lepiej nigdy nie mówić „nigdy”. Pewnie pójdę, jak coś mnie podkusi. A wy co o tym wszystkim myślicie? Mieliście podobne doświadczenia?

 


Magia Miłość

Perły księżniczki, czyli ryzykowny sposób na oczyszczanie pochwy z toksyn. Dlaczego wzbudza niepokój wśród ginekologów?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
1 lutego 2022
Fot. Screen z Instagrama /marta_lekarzkobiet
 

Perły księżniczki to nowa moda, która pojawiła się w internecie i już zdążyła wzbudzić zaniepokojenie wśród lekarzy ginekologów. Ziołowe tampony oczyszczające pochwę, bo to o nich mowa, mają wspierać detoks tej części ciała. Tylko czy takie oczyszczanie rzeczywiście jest potrzebne? Czym są perły księżniczki i o czym trzeba wiedzieć, nim ciekawość pchnie do wypróbowanie tego produktu?

Perły księżniczki znane są od dawna na świecie, ale w Polsce pojawiły się stosunkowo niedawno. Wzbudzają one od pewnego czasu ciekawość wśród kobiet, ale i głosy krytyki ze strony lekarzy ginekologów. Specjaliści zabierający głos w tej sprawie zwracają uwagę, że sięganie po tego typu produkty nie jest potrzebne kobietom, za to może mieć poważne konsekwencje. Dlaczego?

Czym są perły księżniczki?

W internecie można znaleźć mnóstwo stron proponujących oczyszczające pochwę perły księżniczki, czyli chińskie tampony ziołowe. Można na nich wyczytać, że są one unikatowym preparatem Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, o szerokim działaniu na zdrowie intymne kobiet. Produkowane są one jako kulki składające się z ziołowego wypełnienia oraz bawełnianej osłonki przypominającej gazę. Wśród ziół, które wchodzą w skład pereł księżniczki znajduje się m.in.: korzeń rabarbaru, sok z liści aloesu, ekstrakt z żywicy czarciuka smoczego, palony ałun, modrzewnik chiński, kamfora borniejska, krokosz bawierski, inne zioła stosowane w tradycyjnej chińskiej medycynie, a nawet boraks.

Perły księżniczki


Fot. Screen z Instagrama /marta_lekarzkobiet

Jak działają perły księżniczki?

Można znaleźć informacje, że służą one przywróceniu i podtrzymaniu zdrowia układu moczowo-płciowego. Perły księżniczki stosowane są w celu:

  • oczyszczenia dróg rodnych z toksyn i zanieczyszczeń (np. skrzepów po miesiączce i toksyn);
  • pomocy w leczeniu kuracji stanów zapalnych;
  • likwidacji nieprzyjemnego zapachu;
  • likwidacji stanów grzybiczych, bakteryjnych i mieszanych, które są oporne nawet na kuracje farmakologiczne;
  • nawilżenia, przywrócenia elastyczności, zmniejszenie uszkodzeń i istniejących blizn;
  • pobudzenia wydzielania prawidłowego śluzu i łagodzenia dokuczliwej suchości narządów;
  • przywrócenia prawidłowej owulacji i nie tylko.

Jak należy stosować perły księżniczki? Jedną globulkę umieszcza się w pochwie na 3 dni (72 godziny). Po jej usunięciu należy zrobić dwa dni przerwy, po czym cykl powtarza się przez miesiąc. Po upływie tego czasu, dla podtrzymania efektu, należy stosować jeden tampon miesięcznie, a kiedy trzeba, jeden tygodniowo. Co na to lekarze?

Zobacz również: Chlor i pestycydy? Nie zgadniesz, co jeszcze może „siedzieć” w tamponach

Perły księżniczki okiem specjalisty

W sprawie działania pereł księżniczki wypowiedziała się m.in. Marta Wójcik, ginekolożka, prowadząca na Instagramie profil o nazwie marta_lekarzkobiet, który obserwuje ponad 64 tys. osób. Według lekarki stosowanie tych tamponów może mieć poważne konsekwencja dla zdrowia, a nawet i życia.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Marta Wójcik (@marta_lekarzkobiet)

Lekarka podkreśla, że nie przeprowadzono badań naukowych, które potwierdziłyby skuteczność i bezpieczeństwo stosowania chińskich tamponów ziołowych, jako naturalnego preparatu oczyszczającego pochwę z toksyn. Co więcej, zwraca uwagę, że wkładanie czegokolwiek do pochwy na 72 godziny jest niebezpieczne, nawet jeśli poszczególnym ziołom obecnym w „perłach” przypisuje się działanie prozdrowotne.

 „Być może w składzie znajdują się substancje, którym rzeczywiście tego typu działanie można przypisać. Jest jednak jedno wielkie ale: trzymanie czegokolwiek w pochwie przez długi czas będzie sprzyjać namnażaniu się bakterii i grzybów […]”

„Wstrząs septyczny i następująca po nim śmierć to najgorszy scenariusz”– pisze Marta Wójcik

Lekarka podkreśla także, że pochwa nie potrzebuje żadnego detoksu, tym bardziej przy użyciu produktu, którego działanie nie jest potwierdzone odpowiednimi badaniami. Warto pamiętać, że pochwa oczyszcza się samodzielnie, oraz reguluje ilość dobrych i złych bakterii, dzięki naturalnemu mikrobiomowi, działającemu ochronnie. Wprowadzanie różnych przedmiotów do niej może ten mikrobiom poważnie zaburzyć.

Zobacz również: Jak każdego dnia szkodzisz swojej pochwie? 11 zdradliwych nawyków

Czym jest zespół wstrząsu toksycznego (TSS)?

Ginekolodzy przestrzegają przed tym, by unikać umieszczania tamponów w pochwie na dłużej niż 4 do 6. godzin. Zaleca się to ze względu na ryzyko rozwoju bakterii w samym tamponie oraz możliwości wystąpienia niebezpiecznego dla życia kobiety zespołu wstrząsu toksycznego. Czym jest wspomniany zespół wstrząsu toksycznego (toxic shock syndrome – TSS) ?

Jest to szybko postępująca choroba wywołana bytującym m.in. w pochwie gronkowcem złocistym, wytwarzającym szkodliwe toksyny. Zazwyczaj gronkowiec nie powoduje żadnych objawów, ale tampon włożony do pochwy i pozostawiony na co najmniej kilka godzin to świetne miejsce do ich nadmiernego rozmnażania i wytwarzania dużej ilości toksyn. W efekcie może nastąpić wstrząs, w którym dochodzi do niedotlenienia wielu narządów, a w konsekwencji ich uszkodzenia i niewydolności. Jest to sytuacja rzadka, ale śmiertelność w przypadku wystąpienia TSS jest duża. Wczesne wykrycie TSS pozwala na leczenie ambulatoryjne, natomiast poważniejsze przypadki muszą być leczone w szpitalu.


źródło:  www.medonet.pl, dziendobry.tvn.pl 
 

Magia Miłość

Ratunku! Zalałam laptopa!

Redakcja
Redakcja
31 stycznia 2022

Laptop w przeciwieństwie do domowych zwierzaków nie lubi ludzkiego jedzenia i nie warto go karmić niczym poza prądem. Wypadki się jednak zdarzają i wiedza o tym jak uratować sprzęt i dane może oszczędzić wiele stresu i  wydatków.

Na pewno każdy wiele razy słyszał uwagę, żeby nie jeść przy komputerze. I co? I nic. Nadal będziemy tak robić, bo w pośpiechu niekiedy nie ma czasu na właściwy posiłek, albo zwyczajnie jest tak  wygodnie. A tak w ogóle to dlaczego nie należy jeść zwłaszcza przy laptopie? Pomijając kwestie estetyczne, prawdziwa przyczyna ma podłoże czysto ekonomiczne. Prawidłowe zachowanie może zaoszczędzić sporo stresu i pieniędzy.

Zabójcze okruchy

Przede wszystkim nie należy jeść nad klawiaturą laptopa niczego co się kruszy. A okruchy generowane są przez prawie każdy rodzaj żywności. Wredne okruszki lubią bowiem zostawać w
klawiaturze. A o ile klawiaturę peceta łatwo wyczyścić a jej wymiana to po prostu wyjęcie jednej wtyczki, to w wypadku laptopa jest zupełnie inaczej. Mechanizm klawiatury laptopa jest znacznie delikatniejszy i kompaktowy od pecetowego. Może  zostać zablokowany nawet przez mały okruch. Zablokowany klawisz nie da się wcisnąć.  Wyczyszczenie laptopowej klawiatury wcale nie jest proste, bo z ciasnego mechanizmu paprochów łatwo nie da się usunąć. Rozebranie klawisza najczęściej nie wchodzi w grę bez specjalnych narzędzi  lub konieczności wymiany mechanizmu przycisku. A wymiana całej klawiatury wymaga rozebrania całego laptopa, co ani nie jest proste ani tanie.

Powstrzymanie się od jedzenia nad laptopem uchroni więc od konieczności naprawy lub wymiany klawiatury. Jeżeli jednak nie możemy powstrzymać się od jedzenia, to przynajmniej przykrywajmy czymś klawiaturę. To się zwyczajnie opłaca.

Mordercza fala

Zupełnie inaczej wygląda kwestia napojów spożywanych zbyt blisko laptopa. Drobne krople płynów zazwyczaj niczego nie uszkodzą i nie są specjalnie groźne. Warto jednak czyścić klawiaturę ze śladów  po słodkich napojach – takie plany lubią się lepić, przyciągać brud lub nawet mogą posklejać klawisze. Najgorsze jednak co może się przytrafić to rozlanie napoju na klawiaturę. Kawa, herbata bardzo często towarzyszy nam w pracy a potrącenie kubka i przewrócenie go na klawiaturę jest znacznie  częstszym wypadkiem niż mogłoby się wydawać.
W wypadku peceta, zakładając, ze solidnie zalaliśmy obudowę a nie klawiaturę, pierwszy odruchem powinno być wyciągnięcie wtyczki z gniazdka, aby wyłączyć komputer. Im szybciej to zrobimy – liczą się dosłownie ułamki sekund, tym większa szansa, że nie dojdzie do poważnej awarii. W wypadku laptopa jest trudniej. Po pierwsze zalewamy od razu cały komputer a nie tylko klawiaturę, a po drugie nie da się szybko wyłączyć zasilania ze względu na wbudowaną baterię. Można skorzystać z przycisku,  lub otworu do resetowania, ale szukanie go lub igły zabiera czas. W praktyce i tak najszybciej będzie  standardowo zamknąć system.

Odłączenie zasilania jest niezbędne, aby ograniczyć prawdopodobieństwo zwarcia. Jeżeli laptop ma wyjmowaną baterię to należy ją wypiąć z komputera. Można to zrobić nawet bez wyłączania komputera – to zdecydowanie najszybszy i najlepszy sposób. Należy też odwrócić komputer do góry nogami tak, aby płyn nie wciekał w głąb obudowy w kierunku
płyty głównej, ale wypływał z powrotem przez klawiaturę na zewnątrz. Laptop z otwartym ekranem  należy położyć do góry nogami na stole, tak aby klawiatura leżała na płasko. Jeżeli ekranu nie da się otworzyć o 180 stopni to trzeba sprzęt położyć na krawędzi stołu. To nie jest jednak takie proste jak wygląda. Ważna kwestią jest, aby nie potrząsać i nie kołysać
laptopem w celu wytrząśnięcia całego płynu. Wszystkiego i tak nie usuniemy za to pomożemy mu dostać się tam, gdzie sam by nie wpłynął.

I to już absolutnie wszystko co możemy zrobić w ramach pierwszej pomocy. Niestety kolejnym krokiem musi być rozebranie laptopa i wyczyszczenie. Resztki płynu, nawet jeżeli komputer działa poprawnie spowodują korozję i po jakimś czasie drogą do naprawienia awarię. Nawiasem mówiąc  uruchamianie zalanego komputera nie jest dobrym pomysłem. Jeżeli zalałeś komputer czystą wodą, to masz szanse, ale tylko szanse – nie pewność, że po 24 godzinach wyparowała i sprzęt będzie  poprawnie działał. Inne płyny zostawiają osad, który jeżeli nie doprowadzi do natychmiastowego zwarcia to zapoczątkuje korozję. Można to dobrze zobaczyć na zdjęciach pochodzących z zalanych laptopów, które trafiły do serwisu firmy Hyperbook.

Jeżeli nie czujesz się na siłach, aby rozebrać i wyczyścić komputer, nie ma się czego wstydzić – potrafi to może kilka procent użytkowników. W takim wypadku naprawdę należy skontaktować się z serwisem.

Zalanie komputera oznacza pozbycie się go na kilka dni, być może droga naprawę, a w najgorszym wypadku także utratę danych z dysku. Dlatego najlepszym sposobem zabezpieczenia się przed takimi wypadkami jest nie tylko trzymanie kubka z napojami z dala od laptopa, ale też regularne tworzenie kopii bezpieczeństwa – wartość danych utraconych w wypadku zalania, może wielokrotnie przewyższać koszt sprzętu. Ale to już zupełnie inny temat.


Zobacz także

Horoskop chiński 2022 na Rok Tygrysa. Sprawdź, co cię czeka!

Dlaczego zdradzamy wg horoskopu? Barany z nudy, Raki tylko z miłości…

Bycie żoną, a znak zodiaku – ranking od „najlepszych” do „najgorszych”