Macierzyństwo

Patchwork ma same plusy

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
13 czerwca 2016
 

Zdaję sobie sprawę, że ten tytuł może wyglądać na taki, którego zadaniem jest jedynie generowanie dużej liczby wejść, ale na swoją obronę napiszę tylko tyle, że… naprawdę tak uważam. Jasne. Mogę wymienić zjawiska, bez których mógłbym się obyć, ale parafrazując klasyka: najważniejsze, że minusy nie przysłoniły plusów. Przy dobrej organizacji rodziny, to bardziej, niż możliwe.

Zawsze, kiedy zabieram się do pisania artykułów, w których mam przekazywać swoje spostrzeżenia, żeby nie powiedzieć rady, dotyczące funkcjonowania w związku patchworkowym czuję lekki dyskomfort. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie mam do tego żadnego przygotowania. Nie jestem ani psychologiem, ani seryjnie nie angażuję się w takie związki. To byłoby chore… Ten, w którym jestem teraz jest pierwszym tego typu i nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek zaangażował się w jakikolwiek inny. Bez bicia przyznaję się też, że niewiele na ten temat czytałem. Co akurat nie jest złym rozwiązaniem, bo wśród pierwszych wyników wyszukiwania znajdują się takie kwiatki… Po drugie, w naszej rodzinie największy ciężar organizacji i układania wszystkich klocków nie spoczywa ani na mnie (może szczęśliwie), ani na naszej 9-latce. Trudno, żebym nagle pozycjonował się na niesamowitego specjalistę.

Z drugiej strony – dlaczego miałbym tego nie robić? Zwłaszcza, że (może to przeceniam, ale nie sądzę) nasz patchwork może świecić przykładem dla wielu osób zmagających się z taką formą rodziny. Nie dość, że nie jest polem walk, bitew, czy przepychanek, to jest dobrze funkcjonującym mechanizmem. Nie mówię, że to absolutna sielanka i pewnie niektóre elementy można w nim poprawić, ale wszystko przyjdzie z czasem. Wracając jednak do zalet…

Nie korzystaj z Google’a

Wspomniałem o tym, że poszukiwanie informacji na temat niestandardowych rodzin w Internecie powoduje, że Twoim oczom ukażą się tak niesamowite rzeczy… Na jednej z popularnych stron, na której można znaleźć rady na temat wychowania dzieci, jedna z autorek chciała się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat zalet rodziny patchworkowej. Wśród kilku jak najbardziej sensownych punktów znalazło się tez kilka kwiatków. Między innymi taki, że „rodzina patchworkowa jest większa – na rodzinnych uroczystościach bywa wesoło i gwarno”… Co kto lubi, ale nie wydaje mi się, że to jedna z czterech najważniejszych zalet takiego układu. Żeby nie wyjść na krytyka, przedstawiam moje spojrzenie na ten temat. Zapraszam do czytania, krytyki, pohukiwania i wyśmiewania J

Komunikacja

Umiejętność komunikowania się z otoczeniem, bliskimi, współpracownikami jest moim zdaniem jedną z umiejętności, która zanika makabrycznie szybko. Podobnie jak np. bycie szarmanckim, tak często mylone z podrywem. Widzę to na każdym poziomie. Nie wiem, czy to wynika z niecierpliwości, nadmiaru agresji, braku empatii, egoizmu – niech specjaliści to ocenią. Może dlatego coraz na rynku pojawia się coraz więcej szkoleń, kursów z komunikacji interpersonalnej. Nie mam jeszcze pomysłu na sensowne przeniesienie tego pomysłu na grunt komercyjny, ale pół roku życia w rodzinie patchworkowej jest pewnie odpowiednikiem kilku semestrów takich kursów.

Tu nie ma miejsca na zgłoszenie nieprzygotowania, podejście do poprawki, zlecenie napisania pracy komuś innemu. To, co robisz jest od razu weryfikowane. Zamykanie się, unikanie kontaktu i komunikacji z wszystkimi uczestnikami układu wyrzuca Cię na pobocze. Rodzi masę frustracji. Jest wsypywaniem worku piasku w tryby. Jeśli to do Was nie przemawia, pomyślcie o patchworku jeszcze inaczej. Błędy popełniane w takim układzie powodują konsekwencje dużo dalej idące, niż w jakichkolwiek innych. W tzw. normalnych rodzinach, to oczywiście moje wrażenie, margines błędu jest jednak szerszy. Patchwork = komunikacja.

Miłość

Tego uczucia nie da się zważyć, zmierzyć, ocenić, bo jaką miarą i skalą? „Kocham Cię na 70%”, „Oceniam naszą miłość na 8 punktów w skali 1-10. A jak Ty dzisiaj oceniasz swoje uczucie?”. Wiem o tym wszystkim, dlatego nie będę wartościował tego, o czym zamierzam napisać. Przypominam, że cały czas mówię o dobrze zorganizowanym patchworku. Weźmy na przykład mój 🙂 Nasza 9-latka ma wokół siebie kochających ją rodziców, dwie pary dziadków, którzy są w stanie zrobić dla niej absolutnie wszystko. W tę samą rolę weszli także moi rodzice, zwłaszcza mój tata. Aha. I jeszcze moja skromna osoba. Traktuję ją jak moją córkę i tyle w tym temacie. Całkiem pokaźna grupa osób.

Wracam do tego, o czym pisałem wyżej – nie będę liczył miłości w żaden sposób, w tym liczbą osób. Trudno jednak nie zwrócić uwagi, że w życiu naszej 9-latki jest teraz więcej ludzi, które ją najzwyczajniej w życiu kochają. Nikt też nie rywalizuje o to, kto kocha mocniej. To byłoby dopiero tragiczne… Nie byłoby to możliwe gdyby nie komunikacja,  której pisałem wyżej. Patchwork = miłość.

Satysfakcja

Na koniec trochę egoizmu, dlatego będzie najkrócej. Satysfakcję, podobnie jak miłość, trudno mierzyć. Nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe, ale spróbujmy ubrać ją w „jakąś” wartość. Przypomnijcie sobie satysfakcję ze zdania bardzo trudnego egzaminu, ale nie takiego, do którego się nie uczyliście, ale takiego, dla którego zarywaliście noce ślęcząc nad książkami. A pamiętacie satysfakcję z dostania się do upragnionej pracy, szkoły, uczelni? To uczucie, kiedy dziecko dostaje pierwszą ocenę, osiąga jakikolwiek sukces… To teraz dodajcie to wszystko do siebie. Przemnóżcie przez liczbę dwucyfrową. Jesteście blisko połowy uczucia, jakie daje świetnie funkcjonujący patchwork. Patchwork = satysfakcja.

Czekam na Wasze opinie.


Macierzyństwo

Nie mam czasu, włącz YouTube

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
20 czerwca 2016
 

Jest godzina 20:00 i do domu wpadają cztery dziewczynki. Poza ogromnym hałasem, zamieszaniem, wyciąganiem dziesiątków niepotrzebnych zabawek, ponieważ będą tańczyły przed telewizorem, te wizyty są momentami niezwykle interesujące. Dla mnie. Dowiaduję się, co interesującego dzieje się na podwórku i co jest teraz na topie. Z ostatniej takiej wizyty dowiedziałem się o uzależnieniu koleżanki od mediów społecznościowych.

Nie pamiętam, jak na imię ma na imię dziewczynka, o której rozmawiały, ale przyjmijmy, że jest Anią. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

– Ta Ania to już w ogóle nie wychodzi na dwór.

– Ona chyba ciągle siedzi w tym YouTubie.

– Bez sensu. W ogóle nie wie, co się dzieje na podwórku.

Z tonu ich głosu trudno określić, czy to było rzeczywiste oburzenie / zdziwienie, że można spędzać słoneczne dni w domu przed ekranem komputera lub telefonu komórkowego, czy było w tym nieco zazdrości. Chciałbym, żeby chodziło o to pierwsze, ale obawiam się, że każda z nich chciałaby być Anią.

Nawet ich za to nie winię, bo pęd do poznawania tego, co nowe, czy tego, co mają koleżanki, jest naturalny. Zresztą my mieliśmy podobnie, ale nasze zainteresowanie wzbudzały zupełnie inne rzeczy. Oburzanie się na fakt, że dzieci wyciągają ręce po nowe rzeczy, czy zadają pytanie o możliwość skorzystania z komputera 146 razy w ciągu dnia jest niepoważne. Dla jasności. Sam tak robię, ale to jest głupie, bo – jak wspomniałem – zachowywałem się dokładnie tak samo. Kiedy mój kolega dostawał nową piłkę, a moja traciła ostatnie łaty, nie dawałem moim rodzicom żyć. Też musiałem mieć taką! Takie narzekanie przypomina mi legendarne mówienie o „dzisiejszej młodzieży”, która z każdym pokoleniem jest „gorsza”. Jak to mierzyć? No i czy za wychowanie tej „gorszej” młodzież odpowiedzialności nie ponoszą poprzednie pokolenia?

Wróćmy jednak do dzieci. Tak. Są roszczeniowe i bywają męczące usilnie prosząc o kolejne rzeczy, pozwolenia, zezwolenia, etc. Dzieci nie zawsze są słodkimi brzdącami słodko bawiącymi się lalkami lub samochodzikami w swoim pokoju J Ciągle zgłaszają wszelakiej treści prośby. Największą sztuką jest im nie ulec, albo ulegać tak, żeby… nie ulec totalnie. Kiedy to się stanie – zaczynamy najzwyczajniej szkodzić dziecku. Tak – wiem, że każdy to wie. I tak – wiem, że ludzie i tak się tym nie przejmują. Swego czasu na ekranach kin królował film pt. „Super Size Me”, który był zapisem życia jednego z Amerykanów z dokładniejszym przyjrzeniem siędiecie, jaką stosował. A ta opierała się tylko na żywieniu się w sieci McDonald’s. Efekty były oczywiście słabe i po kilku tygodniach jego ciało z zewnątrz i od wewnątrz nadawało się do naprawy. Z drugiej strony, czy żywiąc się np. tylko jabłkami lub tylko kalafiorem, nie zaszkodziłoby mu to podobnie?

Przesada jest słowem kluczem. I to dotyczy absolutnie wszystkiego. Słodyczy, telewizji, grania na konsoli, czytania w ciemności, jedzenia TYLKO warzyw (czekam na atak radykałów), itp. itd. I pewnie masz swój sposób na racjonalizowanie dawek każdej z tych przyjemności. Jedna bajka obejrzana wieczorem (u nas rządzi Miraculum) i Scooby-Doo w weekend? Słodycze tylko w weekend? Gra na konsoli raz na jakiś czas, po odrobieniu lekcji? Ile rodziców, tyle sposobów. Ale pewnie żaden lub baaaardzo niewielu z nich w ogóle zabrania dziecku korzystania z takich dobrodziejstw. To zahaczałoby o sadyzm. Tylko, że akurat w przypadku mediów społecznościowych, nie wyobrażam sobie, co musiałby się stać, żebym się na coś takie NIE zdecydował.

Może to wynika z tego, że na co dzień pracuję w oparciu o nie i widzę, jakim śmietnikiem potrafią być i jak absolutnie straszne, szkodliwe i w żaden sposób niecenzurowane treści można tam spotkać. Tylko w ostatnim czasie można było przeczytać o tym, że nastolatka prowadziła relację na żywo… z gwałtu swojej znajomej. Namierzenie filmu z egzekucji wykonywanej przez terrorystów nie jest trudne. To skrajne przykłady, ale w sieci znalezienie treści pornograficznych, wulgarnych, agresywnych jest jeszcze prostsze. Nie znajdą tego na Disney Channel, bajkowym paśmie Polsatu, czy na podwórku (pomijając jakieś skrajnie patologiczne miejsca). I teraz pytam się: jak można świadomie pozwalać dziecku spędzać godziny przed komputerem bez jakiejkolwiek kontroli? Bo nie wierzę, że rodzice są w stanie dbać o to, żeby do dziecka trafiały jedynie właściwe treści. Pytanie co dwie godziny „co oglądasz?” nie jest najbardziej skutecznym z filtrów.

Mimo tego tak się dzieje. Być może jest to efekt mody na bezstresowe wychowanie, która jest dla mnie przykładem kolejnej szkodliwej skrajności. A może sprawa bierze się z tego, że w dzieciństwie rodzice zabraniali ojcu / matce na zbyt wiele i teraz Ci próbują na zasadach kompensacji wyrównać te różnice. Może być też odwrotnie i powielają wychowanie przez samowolkę. Z jakimkolwiek nie mamy do czynienia powodem, nic nie uprawnia bycie leniwym i/lub nieświadomym. Może to zbyt zdecydowana opinia, ale nie znajduję innych powodów bycia tak nieodpowiedzialnym rodzicem czy opiekunem. A powiedzenie dziecku „nie”, nie czyni z Ciebie złego rodzica. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Odmawiasz dziecku jedzenia codziennie słodyczy, a wpuszczasz je bez kontroli do sieci? Gratuluję i polecam film „Sala Samobójców”. O efektach bycia „nowoczesnym”.


Macierzyństwo

Nauka handlu z dzieckiem

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
6 czerwca 2016

Od urodzin minęły dwa tygodnie. Dokładne liczenie czasu jest trudne, bo jak pisałem wcześniej nasza 9-latka ma to szczęście, że tak ważny dzień świętuje nie raz i nie dwa. Dostała całą masę prezentów i… o dziwo nadal cieszą się wzięciem. Pod tym względem ten rok jest absolutnie rekordowy. Nie dość, że otwarte zostały wszystkie paczki, to jeszcze żaden z prezentów nie wylądował w jednej ze stref niebytu w przepastnych zakamarkach różowawego pokoju. Wcześniej bywało z tym różnie.

Do tej pory zdarzało się tak, że niektóre podarunki, których nabycie wymagało finansowego udziału kilku osób – i to nie przez skąpstwo – mogło być inspiracją do wprowadzenia na stałe określenia słomiane prezenty. Im większa była chęć jej pojawienia się, tym szybciej zapał wynikający z zabawy nimi gasł. Myślę, że są dwie główne przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Po pierwsze przedmiot nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Przykład? Kot Textra ma kilka funkcji – wydaje bliżej nieokreślone dźwięki, porusza się do przodu, skacze niezdarnie na mechaniczną myszkę. Jak długo to może być interesujące? Generalnie ten typ prezentu po kilku minutach zmienia status na „to on nie…?”. Za wielokropek można wstawić: lata, śpiewa, pływa, …, jest taki fajny jak na reklamie. Itp. Itd.

Powód drugi tworzę sam. To znaczy nie bezpośrednio, ale czuję się współodpowiedzialny, bo pracuję w branży, która jest winna szybkiemu znudzeniu się dzieci. Marketingu. Bo to pracownicy tego działu (bez względu na nazwę, są Goliatem, a rodzice Dawidem. To pracownicy marketingu tworzą wszystko to, co nowe. Wracając do biblijnej metafory… Różnica jest taka, że dzisiaj celne trafienie kamieniem wykonane przez Dawida jedynie spowalnia Goliata. Przykład z życia? W weekend wybraliśmy się poprzebijać piłkę na korcie. To znaczy moim celem w takich konfrontacjach jest przebijanie piłki, a Marii kończenie każdej wymiany. Zostawmy to. Wyszliśmy z domu niedługo po tym jak wspólnie tańczyliśmy przy Dance Central – prezencie urodzinowym. Dla niewtajemniczonych to gra, która polega na powtarzaniu kroków wyświetlanych przez konsolę na ekranie telewizora. Wyszła podekscytowana, powtarzając co chwilę, jakie „specjalne ruchy mocy” musi wykonać, żeby przejść do „następnego świata, żeby uratować planetę” swoim tańcem. Tego zapału wystarczyło na kilkadziesiąt kroków. Do czasu, aż nie minął nas chłopiec szusujący na… No właśnie nie wiem, co to było. Jedno koło, platformy na stopy po obu jego stronach. Bliżej było temu do latającej deski z „Powrotu do przyszłości”, niż czemukolwiek innemu. Błysk i Maria niemal wpada na słupek wypowiadając „Jakie fajne, ja…”.

Nie będę jak stary tetryk mówił, że kiedyś było inaczej, a nowymi zabawkami były raczej te, które zrobiłem ja, bądź z pomocą rodziców z desek, patyków, gwoździ i taśmy. Tak było i już. Nie ma potrzeby, żeby drążyć temat. Takie były czasy. Rzecz w czymś innym – w uleganiu presji dziecka. Z tym jest zresztą tak, jak z percepcją reklam. Kiedy ktoś Cię pyta, czy reklamy mają na Ciebie wpływ odpowiesz pewnie, że „nie” lub „raczej nie”. To samo pytanie o innych skomentujesz „tak” lub „raczej tak”. Nikt z nas nie chce przyznać, że nasza odporność na komunikaty marketingowe, generalnie, jest dość niska. Jeśli nadal uważasz, że nie – idź do jakiegokolwiek supermarketu i przejdź do sekcji, gdzie pośród kilku marek własnych lub nieznanych (np. mydeł) jest jedna, którą kojarzysz – Palmolive. Nawet nie używasz, ale kojarzysz. Uczciwie. Sięgniesz po coś innego, niż produkt znany Ci z telewizji? Dziecko, ze swoim upartym namawianiem nas do zakupu raz tego a raz innego produktu jest taką reklamą. Jeżeli uznałeś reklamy Media Expert z nieśmiertelnym „Codziennie niskie ceny…” za nadmiernie występujące, to dziecko dostarcza Ci tego samego z kilkukrotnym wzmocnieniem. I to zgodnie z takim media planem, o jakim domy mediowe mogą tylko marzyć.

To jest jeszcze trudniejsze, bo do samej prezentacji produktu czy usługi dodaje cały kanon argumentów przełamujących opór. Do najczęstszych należą:

  • Wszyscy w szkole to mają
  • Tylko ja tego nie mam
  • To jest mi bardzo potrzebne
  • Bez tego nie mam, o czym rozmawiać z koleżankami
  • Nie lubicie mnie
  • Niszczycie mi życie
  • Kupujecie wszystko tylko sobie

Tę listę można ciągnąć jeszcze dłużej. Może nawet w nieskończoność. Tak długo zresztą będziesz poddawany silnej perswazji. Jeśli jakimś cudem uda Ci się wytrzymać, zawsze zostaje drugie z rodziców / opiekunów. Nie. Nakłanianie w parze nie wyklucza sprzedaży idei pojedynczym osobom. Krąg można zresztą rozszerzyć na dziadków, rodziców partnera/partnerki w patchworku. Dochodzą też chrzestni i bliscy wujkowie oraz ciocie. Ktoś się złamie. I jest sukces!

Kupujesz w sobotę pstrokatą koronę wyłożoną dziesiątkami tandetnych „kryształków”, która tego samego dnia zyskuje kilkanaście zastosowań, przez następne kilka wypełnia je. Wychodzi też z dzieckiem na dwór. W okolicach środy jest poszukiwana, bo „ktoś ją wyniósł z kuchni i nie powiedział, gdzie jest”. Znajduje się w czwartek na biurku, tuż pod kupionymi dzień wcześniej kartami Star Wars. W piątek na chwilę wpada do koszyka. Od kolejnej soboty jest symbolem niezwykłej elastyczności wikliny, plastiku, drewna. Każdego materiału, który tworzy pudełko. W sobotę jest zastępowana przez inteligentną plastelinę lub cokolwiek, na czym jest Yoda lub Luke Skywalker.

Mówi się, że dzieci mają talent do tych lub innych zawodów, ale każde jest od urodzenia idealnym materiałem na skutecznego handlowca z marketingowym zacięciem. Wystarczy tylko szlifować jego talent.