Lifestyle Macierzyństwo

Niania widzi więcej… „Nie każdy zasługuje na to, by mieć dziecko”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 kwietnia 2016
Fot. iStock / ipekata
 

Ma na imię Ania. Właśnie skończyła 24 lata i za dwa miesiące dostanie termin obrony swojej pracy magisterskiej na wydziale pedagogiki. A potem wyjedzie, do Finlandii, dalej się uczyć. Pracować pewnie też, jako niania oczywiście. Ania pochodzi z niewielkiego miasteczka nad morzem. Ostatnio była nianią Jasia i Frania (2,5 roku), a wcześniej Poli (8 lat) i Helenki (18 miesięcy). Już pierwsze 15 minut rozmowy z Anią utwierdza mnie w przekonaniu, że opiekowanie się dziećmi rodziców którzy sami mają problemy wychowawcze, to ciężki kawałek chleba. Ale, przeczytajcie sami.

Kurz to twój najgorszy wróg

Debiutuję w roli etatowej niani na drugim roku studiów. Pamiętam swój entuzjazm: trochę teorii wychowawczych już liznęłam, ale przede wszystkim mam doświadczenie w pracy z dziećmi (sama mam czworo młodszego rodzeństwa i kocham zajmować się maluchami). Pierwsza pracę dostaję po znajomości. Koleżanka „oddaje mi swoją rodzinę”, bo jak mówi, zaoferowano jej pracę w szkole. Dopiero potem dowiaduje się, że to nieprawa. Zdezerterowała po prostu, a mnie wpuściła w maliny. Nie mam żalu. Pracując tam nieraz zastanawiałam się nad tym, czy nie postąpić podobnie.

Na pierwsze spotkanie z Helenką i jej mamą przychodzę 5 minut przed czasem, bo wiem, że pani Kasia szczególnie ceni sobie punktualność. Jestem potwornie spięta i przygotowana najlepiej jak umiem (zanim dotknę dzwonka videofonu powtórzę jeszcze w głowie to, co chciałam o sobie powiedzieć). Drzwi otwiera mi elegancka, młoda kobieta na wysokich obcasach. Uśmiecha się szeroko i czuję, że jej wzrok mierzy mnie od stóp do głów i zaprasza by oprowadzić po swoim, jak mówi „królestwie”.

Kątem oka rozglądam się wokół. Dom jest ogromny, urządzony minimalistycznie i… chłodno. Trudno uwierzyć, że mieszka tu dziecko. Moja uwagę zwraca mnóstwo pustych przestrzeni i brak książek. Dopiero później dowiaduje się, że pani domu preferuje Kindla. Ma na nim „wszystko, a co najważniejsze, „nic się nie kurzy”. A jak wiadomo, kurzyć nic się nie może. Kurz to najgorsze zło. Gorsze jeszcze mogą być tylko porozrzucane bezładnie dziecięce klocki. Nasza rozmowa szybko zamienia się w monolog. Pani Kasia informuje mnie, że Helenka jest całkiem samodzielna (mówi już pełnymi zdaniami, posługuje się widelcem, samodzielnie pije), do żłobka chodzić nie będzie. Powinna otrzymać indywidualny tok nauczania.

– Znasz oczywiście angielski? – pyta pani Kasia (właściwie nie mam pojęcia dlaczego zwraca się do mnie na „ty”, ale stres odbiera mi mowę, a jej pewność siebie – odwagę). Oczywiście, znam. Mam do Helenki mówić po angielsku dwie godziny dziennie, opisywać czynności, które wykonuję i zachęcać małą do powtarzania słówek. Pani Kasia prosi o próbkę akcentu. Z testu wychodzę obronną ręką, od dwunastu lat wakacje spędzam u cioci w Birmingham. Pani Kasia jest usatysfakcjonowana. Na koniec dostaję wydrukowany na ekologicznym papierze regulamin poruszania się po domu, który będę studiować przez najbliższy wieczór. Wewnątrz 23 zakazy. Nie wolno między innymi otwierać szaf, ani wchodzić do sypialni „pani i pana” (cytat!) Wychodząc na spacer z dzieckiem nie wolno mi zapomnieć o włączeniu wszystkich alarmów (kody zostaną mi przesłane SMS-em,) kawę i herbatę powinnam przynosić sobie z domu, jeżeli jem (jeżeli! – opieka nad małą ma zajmować mi około 9 godzin dziennie, choć w praktyce przedłuży się do 11, a czasem i 12 godzin) mam po sobie „sprzątać okruszki”. Prócz tego wolno mi korzystać tylko z dolnych łazienek i dbać o czystość domu. Później okazuje się, że „dbanie o czystość” w domu to czyszczenie blatów kuchennych, zlewu, umywalek i odkurzanie.

Dziecko

Pytam nieśmiało, czy mogłabym poznać dziecko, w końcu mam zostać zatrudniona jako opiekunka do córki pani Kasi. Zostaję wprowadzona do pokoju dziecięcego, który rozmiarem przypomina mi ogromny salon w domu mojej cioci. Pokój urządzony jest bardzo gustownie, ale jest w nim… pusto i smutno. Pluszaki starannie poukładane na białej półeczce wyraźnie dobrano tak, by pasowały do siebie rozmiarami i kolorystyką.

Helenka okazuje się śliczną, ciemnowłosą dziewczynką o wielkich migdałowych oczach. Jest bardzo poważna i rzadko się uśmiecha. Gdy kilka tygodni później zwracam na to uwagę jej mamie, ta odpowiada: „widocznie przy tobie nie ma powodu”. Dziecko ma na sobie za to najmodniejsze dziecięce ciuszki i opaskę na głowie. Przez cały czas mojego pobytu próbuje sobie tę opaskę zdjąć, ale mama kategorycznym ruchem jej to uniemożliwia. Kiedy mała zaczyna płakać, pani Kasia natychmiast oddaje mi ją na ręce – Zobaczymy jak sobie poradzisz – mówi. Dziecko jest przerażone, widzi mnie pierwszy raz w życiu. Czuję jak małe ciałko spina się w moich ramionach. Delikatnie masuje więc małą po pleckach, żeby się rozluźniła. Ten ciepły gest pomaga, dziecko przywiera do mnie nieco ufniej. Pani Kasia jest zadowolona. Mam zacząć następnego dnia, z samego rana.

Pierwszy tydzień upływa szybko, poznaję Helenkę, uczę się rozpoznawać jej nastroje i zaczynam się do niej przywiązywać. Przychodzę zawsze punkt ósma, daje Helence śniadanie (potem okazuje się, że jej mama czeka z tym punktem dnia specjalnie na mnie i jest bardzo niezadowolona, jeśli dziecko zgłodnieje przed ósmą) ubieram ją w przygotowane wcześniej (i starannie dobrane kolorystycznie) ubranko. Moim obowiązkiem jest również dbanie o to, by te ubranka się nie plamiły, co właściwie mogłoby sprowadzać do pilnowania dziecka, żeby się nie przewróciło w trawie, nie korzystało z huśtawek (wolno nam chodzić na tylko jeden, zamknięty plac zabaw i do jednego, specjalnego parku) jadło przez specjalną sondę albo w jakiejś ochronnej tubie i nie bawiło niczym, czym potencjalnie mogłoby się ubrudzić. Więc śniadanie, potem spacer, drzemka (zawsze punkt 13), podgrzanie, a z czasem przygotowanie ekologicznego obiadku, spacerek, zabawa.

Przez pierwszy tydzień pani Kasia zjawiała się punktualnie, o 17. Po tym okresie czas oczekiwania na nią tylko się wydłużał. Po dwóch miesiącach zjawiała się już tak późno, że kiedy mała zaczęła zasypiać mi czekając na nią postanowiłam sama kłaść ją spać. Pani Kasia zareagowała na moją decyzję z ulgą. Ja miałam coraz bardziej mieszane uczucia i wrażenie, że mama chce spędzić ze swoją córką jak najmniej czasu, że wręcz ucieka przed kontaktem z dzieckiem.

Pod koniec trzeciego tygodnia następuje pierwszy kryzys. Pewnego dnia, kiedy po zakończonej pracy zbieram się do wyjścia pani Kasia przywołuje mnie do stojącego na gustownym stoliku komputera. – Chciałam ci coś pokazać – uruchamia nagranie, na którym widzę siebie karmiącą Helenkę specjalną ekologiczną zupką z fajansowej miseczki. – Tej miseczki nie wolno ci nigdy więcej używać – informuje mnie pani Kasia z pretensją. –  Używam jej do swoich płatków z jogurtem. To moja miseczka na dobry nastrój. Jeśli zrobisz to jeszcze raz potrącę ci z pensji – przez chwilę myślę, że moja pracodawczyni pozwala sobie na „taki żarcik”, ale tonu jej głosu wskazuje na to, że mówi całkiem poważnie. Jestem tak oszołomiona, że nie pytam nawet dlaczego nie poinformowano mnie o tym, że ktoś mnie nagrywa. Nie wiem nawet, czy powinnam zostać o tym powiadomiona. Wiadomo, rodzice stosują takie metody, żeby mieć pewność, że ich dzieci są bezpieczne.

Z tygodnia na tydzień przybywa mi obowiązków. Prócz opieki nad dzieckiem, mam jeszcze robić codzienne, drobne zakupy i przygotowywać posiłki dla niej. W piątki gotuje obiady na cały weekend, z ekologicznych warzyw. I mięsa z bazarku. Dostaję za  to podwyżkę, całe dodatkowe dwa złote więcej za godzinę. Powoli utwierdzam się w przekonaniu, że w tym domu brak dobrej, szczerej miłości do dziecka, a może i do drugiego człowieka. Zaczynam myśleć o odejściu. Ale trzyma mnie lęk o małą,  to, co z nią będzie. Często ją przytulam, a ona powoli zaczyna odpowiadać mi tym samym.

Kiedy malutka mocno gorączkuje dzwonię do Pani Kasi z prośbą by przyjechała. Zjawia się szybko, ale widzę, że nie jest zadowolona. Mała płacze, jest rozdrażniona, zaczyna jej się infekcja. Mama bierze ją na ręce między laptop a duży notes . Nie wychodź – prosi – nie poradzę sobie bez ciebie. Jedziemy do lekarza. To ja trzymam małą  na ręku podczas badania, ja uspokajam ją kiedy drażni ją nieprzyjemny stetoskop. I ja obmywam ją w domu, kiedy brudzi się wymiocinami.

„Pani i Pan”

Po kolejnym miesiącu w domu pojawia się pan domu. Człowiek który uśmiech ma przyklejony do twarzy. Jest w wieku pani Kasi, po trzydziestce. Wita mnie przyjaznym klepnięciem po ramieniu, wydaje mi się całkiem miły. Dopiero potem dochodzi do mnie, że o Helence nie mówi inaczej niż „dziecko”. Od tej pory przez kolejne pół roku jestem świadkiem codziennych awantur, wulgarnych wyzwisk. W ogóle się mną nie krępują. Jestem jak mebel. Helenka zdaje się być do krzyków swoich rodziców przyzwyczajona, jakby obojętna. Kiedy jednak podczas jednej z awantur robi się naprawdę głośno, mała zaczyna płakać. Mama próbuje ją uspokoić, prawie wyrywa mi Lenkę z objęć, ale to nie działa, bo sama jest zdenerwowana. Kiedy dziecko uspokaja się przytulone do mnie, pani Kasia dostaje szału. Wyrzuca mnie z domu. Nad ranem dzwoni z przeprosinami. Wracam ze względu na Helenkę.

W domu musi być czysto. Bardzo czysto. Choć ode mnie wymaga się ciągłego odkurzania i przecierania blatów, parapetów i stołów, dwa razy w tygodniu przychodzi Swietłana, Rosjanka do sprzątania. Helenka zna ją i lubi, Swieta jest jedną z nielicznych osób na którą reaguje uśmiechem. Swietlana łamaną polszczyną opowiada mi, że jestem już czwartą nianią małej. W pewnych kwestiach rozumiemy się bez słów.

Pewnego dnia nie wytrzymuję. Mała jest chora, potrzebuje czułości, rodzice wybierają się mimo to do teatru. Najbardziej kulturalnie jak się da, zwracam im uwagę, proszę, tłumaczę. Potem mówię o kłótniach, że to dla dziecka bardzo niedobrze. Wychodzą.

Po siedmiu miesiącach i jednym dniu pracy, rezygnuję. Jestem wyczerpana psychicznie i nie radzę sobie emocjonalnie. Ale najbardziej szkoda mi małej Helenki. Myślę o niej często, zastanawiam się kto się nią opiekuje, czy coś się zmieniło. Następne doświadczenia w pracy mam bardzo pozytywne ,”dobrze trafiam”. Ale jednego jestem pewna. Nie każdy zasługuje na to, by mieć dziecko…


Lifestyle Macierzyństwo

Twój związek nie sprawia, że jesteś szczęśliwa? Sprawdź, czy nie związałaś się z narcyzem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
28 kwietnia 2016
Twój związek nie sprawia, że jesteś szczęśliwa? Sprawdź, czy nie związałaś się z narcyzem
Fot. iStock / m-gucci
 

Poznaliście się niedawno, a może jesteście razem kupę lat. Kochasz go, ale nie czujesz się dobrze w tym związku. Coś ci zgrzyta. Bywasz smutna, brak ci energii i chęci na uśmiech? A może związałaś się z narcyzem? Jeśli tak, uciekaj, gdzie pieprze rośnie! Jasne, łatwo powiedzieć. Bo właściwie skąd mieć pewność, że on narcyzem jest? Może ma trudny charakter, jest zagubiony, miał trudne dzieciństwo, a może boi się bliskości i jego zachowanie to reakcja obronna? Usprawiedliwień można znaleźć tysiące .

Nie mam zamiaru cię przepytywać, czy on narcyzem jest, czy nie, ani też zmuszać do jakiejkolwiek refleksji. Więc może lepiej sama odpowiedz sobie na kilka pytań.

Czujesz się gorsza od niego?

On sprawia, że jesteś przy nim taka malutka, takie trochę nic. Odkąd z nim jesteś twoje poczucie wartości spadło  z hukiem na łeb na szyję, bo robisz wszystko, by mu się przypodobać, by sprostać jego oczekiwaniom, a tymczasem on wiecznie cię krytykuje, potrafi w niewybredny sposób zażartować z ciebie przy innych? Za to on, to istny pępek świata. Pan sytuacji i czasu. To on w waszym związku ma lśnić, ma być najlepszy i podziwiany. Nie daj Boże, jeśli będziesz chciała zabrać mu trochę tego blasku, ty co najwyżej możesz gdzieś przez chwilę się w nim ogrzać. To wszystko.

Brak ci poczucia bezpieczeństwa?

Nigdy nie go nie poczujesz. Bo życie z narcyzem jest jak rollercoster. To zawsze huśtawka, bo nigdy nie wiesz, na jaki jego humor trafisz, w jakim nastroju wstanie i właściwie, jak ciebie potraktuje. Potrafi wpaść z kwiatami po południu, a po godzinie wyjść i nie odpowiadać na twoje telefony. On zawsze będzie zabiegał o twoją uwagę, będzie żądał dowodów twojego dla niego uznania. To ty masz mu stworzyć przestrzeń, w której on będzie czuł się dobrze i bezpieczenie, jak ty się czujesz mało go obchodzi.

Jest zazdrosny o sukces innych?

„Nie wiem, jakim cudem on awansował, pewnie tatuś mu znowu coś załatwił” – rzuca pewnego dnia, a ty jesteś w szoku, bo znasz sytuację i wiesz, że osoba, o której rozmawiacie awans wyrwała ciężką pracą. Ale on tego nie widzi. Bo on uważa się za lepszego. Bo to jego trzeba podziwiać i to on zasługuje jedynie na splendor i chwałę. Bo jest mądrzejszy, przystojniejszy, bardziej dowcipny, bystrzejszy i bardziej uroczy. To jego zdanie na swój temat. Sukces innych weryfikuje trochę jego postrzeganie samego siebie, dlatego jest tak o niego zazdrosny. Bo przecież, jak ktoś śmie uznać kogoś lepszym od niego?

Nie chce słuchać krytyki na swój temat?

Kiedy próbujesz mu powiedzieć, że coś ci się nie podoba, że jego zachowanie, stosunek do ciebie cię rani, on przechodzi od razu do ataku. Próbowałaś z nim rozmawiać łagodnie, trochę brać go pod włos mówiąc: „Wiesz, jesteś cudowny, ale mógłbyś czasami…”. Co to, to nie. On jest bardzo wyczulony na swoim punkcie. Kiedy ty zaczynasz go krytykować, on od razu skupia się na tobie. Na tym, że to ty masz problem, bo nie radzisz sobie z pewnymi rzeczami, nie akceptujesz. To ty jesteś ta zła, on jest ideałem, którego ty nie potrafisz nawet docenić. „To ty masz problem” – pada najczęściej.

Nie liczy się  z twoimi uczuciami?

Jego nie interesuje, czy ty akurat jesteś smutna i zmęczona. On wpada w euforii i musi natychmiast coś ci opowiedzieć, a ty musisz podzielić jego entuzjazm tu i teraz. I odwrotnie – kiedy on nie ma ochoty na rozmowę, nie ma szans, żeby ciebie wysłuchał. Jego emocje i nastrój są zawsze najważniejsze. Kiedy jest zły, ty chodzisz na paluszkach, żeby go czymś nie urazić, a kiedy wesoły, też musisz taka być. On chce wyjść do kina? Nie interesuje go, że dzisiaj akurat nie masz ochoty, najwyżej pójdzie sam. Jesteś chora? I co z tego, on i tak jest najważniejszy i wokół niego trzeba skakać.

Uważa, że zawsze ma rację?

Narcyz nie jest partnerem do dyskusji, bo on zawsze wie wszystko najlepiej i to jego zdanie jest tym jedynym słusznym. Możesz przywoływać argumenty, mówić: „Chodź, przeczytaj, zobacz”. Nie ma takiej opcji. On zawsze będzie trwał przy swoim, nigdy nie przyzna się do błędu. Bywasz zażenowana, poziomem dyskusji wśród znajomych, w których on uczestniczy? Jego agresją i atakowaniem wszystkich, którzy z nim się nie zgadzają? No i ty zawsze musisz brać jego stronę…

Innych ma za nic?

„Wiesz, ta Jola to jednak idiotka”, „Paweł to tępak, nie ma z nim o czym rozmawiać”. Krytycznie wypowiada się o waszych znajomych, bo przecież to on jest najlepszy. Przeciętny człowiek nie jest dla niego partnerem do rozmów, czy do bycia kolegą. Bardzo często w towarzystwie (bo na początku znajomości przed tobą) chwali się kontaktami z jakimiś wyjątkowymi ludźmi, a ty znasz te historie na pamięć, kiedy ktoś „ważny i znany” zaledwie podał mu rękę, ale on snuje opowieść, jakby byli dobrymi znajomymi.

Jest nieodpowiedzialny?

Nie wiesz, czego się po nim spodziewać? Nie bierze na siebie odpowiedzialności za swoje decyzje, wybory. Trochę jak rozkapryszone dziecko, które chce coś na tu i teraz, a odpowiedzialność zawsze spada na ciebie. Bo to ty ostatecznie bywasz winna temu, że wybrane przez niego auto się popsuło, albo że hotel w wakacje był fatalny. To z jednej strony, a z drugiej nie lubi opuszczać swojej strefy komfortu, miejsca gdzie czuje się pewnie i jest panem sytuacji. Musi kontrolować wszystko i wszystkich.

Wzbudza w tobie poczucie winy?

Zastanów się, czy nieustannie zastanawiasz się, czy wystarczająco się starasz? Czy nie zrobiłaś, nie powiedziałaś czego nieodpowiedniego? A może jesteś już na etapie wycofania – on błyszczy, on jest najmądrzejszy, a ty tylko siedzisz na taborecie obok zastanawiając się, jakim cudem zasłużyłaś na takiego wspaniałego faceta? I masz poczucie winy, że jednak nie zasłużyłaś i jesteś mu wdzięczna, że on z tobą wytrzymuje. Halooo. Przyjrzyj się sobie, temu związkowi. Nie zabrnęłaś przypadkiem w ślepy zaułek?


Lifestyle Macierzyństwo

Dlaczego powinnaś myć twarz w wodzie gazowanej? Urodowy trik na doskonałe oczyszczenie

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
27 kwietnia 2016
woda gazowana
Fot. Pixabay / yunjeong / CC0 Public Domain

Oczyszczanie skóry twarzy, to podstawa codziennej pielęgnacji i higieny. Jej właściwe przeprowadzenie jest bardzo istotne, aby skutecznie usunąć makijaż i tłustą warstwę ze skóry. Dobrze oczyszczona twarz jest świeża i rzadziej sprawia kłopoty z wyglądem.

W innym przypadku, zafundujcie swojej twarzy:

  • zaburzenia regeneracji
  • zmniejszone przenikanie w jej głąb aktywnych substancji z kosmetyków,
  • zatykanie ujść gruczołów łojowych,
  • pojawienie się zaskórników i pryszczy,
  • nieestetyczne błyszczenie się cery,
  • wysuszenie i niedotlenienie skóry,
  • szary, ziemisty koloryt i zmęczony wygląd,
  • pojawienie się stanów zapalnych
  • szybsze starzenie się skóry

Do oczyszczania twarzy, poza zwykłą wodą z kranu, najczęściej stosujemy mydła, płyny micelarne, toniki czy żele, które mają także inne, pielęgnacyjne aspekty. Pewnie myślicie, że sama woda, to zbyt mało, żeby mówić o dokładnym oczyszczeniu. A próbowałyście umyć twarz w … gazowanej wodzie mineralnej?

Japoński pomysł, który podchwycił świat – woda gazowana do mycia skóry

Czyli mycie skóry twarzy wodą mineralną z bąbelkami, okazuje się być dobrym sposobem na oczyszczenie skóry i ujędrnienie jej.

Jak to zrobić?

woda gazowana


Fot. Pixabay / LV11 / CC0 Public Domain

1. Wodę gazowaną z wodą kranową lub niegazowaną, wymieszaj w proporcji 1:1 (jeśli cera będzie podrażniona, dodaj więcej wody niegazowanej)

2. Zamocz twarz w wodzie tak długo, na ile wytrzymasz pod wodą,

3. Osusz skórę.

Stosuj takie oczyszczanie nie częściej niż 1-2 w tygodniu, ponieważ to może okazać się drażniące dla cery.

Co otrzymasz w zamian?

  • dobrze oczyszczone pory w skórze
  • jędrną i sprężystą skórę, którą skutecznie wymasują bąbelki
  • większe dotlenienie skóry, poprawę krążenia w skórze
  • odświeżoną skórę i zmniejszenie opuchlizny

Jeśli nie jesteś fanką zanurzania twarzy pod wodą, zamiast tego, możesz zrekompensować brak tego zabiegu, przecieranie twarzy płatkiem nasączonym gazowaną wodą mineralną wymieszaną z niegazowaną.


Zobacz także

Przyjaźń dobra czy toksyczna?

Przyjaźń dobra czy toksyczna? Ludzie, których należy unikać

Jak zniszczyć swoją skórę? 10 prostych sposobów. Który dziś zaliczyłaś?

Welur, dzianina oraz tiul – to one królują tej jesieni