Macierzyństwo

Jesteś matką? O tych przyjemnościach możesz zapomnieć…

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
15 października 2015
iStock/Nomadsoul1
 

Wolny wieczór, nieskrępowany wypad na miasto, szalona imprezka z przyjaciółkami? O nie, jeśli jesteś matką, pewne przyjemności już dawno odłożyłaś na bok. A bo nie ma czasu, albo nie wypada. Bo przecież matce jedyne co wypada, to włosy ze zgryzoty nad myślami o swoich dzieciach. W życiu nie jest aż tak źle, matki zdrowia ani życia nie tracą z samego faktu zaistnienia dzieci w ich świecie. Natomiast jest długa lista spraw, do których być może już nigdy nie powrócisz, albo okropnie się nagimnastykujesz, bo masz dzieci.

Od czego zaczęłabyś wypisywanie własnej listy? Ja zdecydowanie na miejscu pierwszym umieszczę rzecz o której już nawet nie myślę, czyli oklepany wolny czas.

Czas nie goni nas

Nie musi, bo to my, matki zasuwamy ile sił, by wyrobić się ze wszystkim. Próbujemy z marnym skutkiem wydłużyć dobę choćby o 5 minut. A i tak najpewniej coś się sypnie, i te bezcenne sekundy odchodzą w niebyt. Marzysz o chwili z książką, ale chwile później nachodzą cię dzikie myśli, że sensowniej będzie rzucić prozę w kąt i wyciągnąć na światło dzienne wszystkie ubrania, które zalegają w szafie dopraszając się o dotyk żelazka. Sama wiesz, na czym polega twoja praca w domu, nie będę więc powtarzać, dlaczego matki boli brak kontroli nad uciekającym czasem.

A przyjemności, które cię omijają jest o wiele więcej

Poczynając od błahostek – kawa, herbata i ciastko przestały być synonimem odprężającego wypadu z koleżankami. Co prawda, matki nie dostają bana na wyjścia do miasta, jednak podobne pragnienia nikną szybko, tyle obowiązków jest do wykonania. Dzieckiem trzeba się zająć, niania kosztuje, a przedszkole jest otwarte w konkretnych godzinach. Szczególnie łatwo wynieść kawę we własnym fotelu, w towarzystwie brzęczącego radia, ponad luksus plotek z koleżankami poza domem, szczególnie gdy kobieta pracuje zawodowo. W tym pierwszym przypadku po prostu jesteś w domu, nie musisz być ani odpicowana, ani uśmiechnięta. Co więcej, w tzw. międzyczasie ogarniesz również dom i dziecko, więc jesteś do przodu o wszystko to, czego nie zrobisz siedząc na kawie z dziewczynami.

Bania u Cygana….

Kojarzycie tekst mało ambitnego utworu, który jakąś dekadę temu królował podczas domówek?A pamiętacie domówki?To dobrze, fajnie było się wyszaleć, nawet jeśli oznaczało to rozmowę z wielkim białym uchem do bladego świtu. Wiecie, kiedy ja byłam ostatnio na tzw. baletach? Jak dobrze pogrzebię w pamięci, gdzieś ze 3 lata wstecz, na studniówce w szkole w której uczę. Bosko, prawda? A czemu studniówka i nic więcej? Bo ja mając opcję ciągania się po parkiecie w stanie nieważkości, wolę – wręcz domagam się – spokojnego snu. Robię się stara i zmęczona, dzieci to wampiry energetyczne, więc z błogą przyjemnością wskakuję nie w szpilki, a w pościel, bo chcę jedynie spać. Żebym nie wyszła na pustelniczkę, jakieś tam imprezy w domu się działy, ale skala i moc była nieporównywalnie mniejsza od złotych czasów studenckich imprez…Ehhh, cudowne wspomnienia 🙂

Używki? Tak, przecież używasz kremu na zmarszczki

I to już coś. Kiedyś być może zażywałaś przyjemności innego kalibru, choć jakich dokładnie,  to wolę nie wnikać. Wracając do tematu imprez, i nie tylko, procenty, dymki i białe proszki pojawiały się pewnie tu i ówdzie. Ale chwała Bogu mając dzieci, nie masz czasu ani ochoty na głupoty. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby kiedykolwiek moje dzieci widziały mnie naprutą do bólu. No i kac, niegdyś słowo – klucz do studenckiej imprezy, obecnie czynnik niepożądany, który wyłącza rodzica z funkcjonowania na kolejny dzień na dochodzenie do stanu normalności.

Jest ryzyko, jest zabawa?

Nie w życiu matki. Która z nas będzie ryzykować swoim życiem mając do wychowania dzieci? I ja się temu nie dziwię, bo na samą myśl, że przez głupią decyzję np. o brawurowej jeździe autem, nie zatrzymaniu się przed przejazdem kolejowym czy skoku ze spadochronem, dostaję gęsiej skórki. Owszem, są matki ryzykantki, ale ja zupełnie nie rozumiem takiej postawy. Przecież mają dla kogo żyć i chyba ja jestem staroświecka, ale dobro rodziny jest dobrem nadrzędnym. I w takim przypadku rezygnacja z ryzykownych pasji to nie jest coś, za czym  ja osobiście bym rozpaczała.


Macierzyństwo

Na endorfinach żyje się lepiej! Chcesz się przekonać? Poradnik początkującej biegaczki

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 października 2015
Fot. Flickr / CC BY-SA
 

Żadna ze mnie wytrawna biegaczka. Daleko mi do biegania wyznaczonego przez wirtualnego trenera  i potrzeby osiągania coraz to lepszych rezultatów czasowych na coraz dłuższych dystansach. Biegam, bo kocham endorfiny, bo ruch sprawia mi przyjemność. Ale nie myśl, że zawsze tak było.

Choć sport był wpisany w moje życie, bo grałam kiedyś trochę w siatkówkę, to zawsze powtarzałam, że ostatnią rzeczą, jaką będę robić, to biegać. Wypluwanie płuc, ból nóg, gonienie za nie wiadomo czym, co to, to nie. Zupełnie nie dla mnie. Mówiłam, że nigdy w życiu nikt nie zobaczy mnie na biegowych ścieżkach, a bieganie to ostatnia rzecz, która mogła mi się kojarzyć z przyjemnością.

Step, zumba, aerobik zawsze w ten sam dzień o określonej godzinie to nie dla matki dzieci, zwłaszcza, gdy ta nie ma do pomocy babć, a mąż pracuje w różnych godzinach.  Poza tym te szczupłe, piękne dziewczyny, młodsze o dziesięć lat z długimi nogami wywijające na aerobikach jakoś podkopywały zawsze moje zacięcie do tego rodzaju ruchu. Czułam się przy nich jak słoń w składzie porcelany.

Tak naprawdę to przestraszyłam się, kiedy pewnego dnia podczas zwiedzania morskiej latarni złapałam zadyszkę wchodząc po schodach i goniąc dzieci. Załamałam się. Jak to? Ja, mama nie mam siły nadążyć za własnymi dziećmi, a one dopiero co chodzą, co będzie dalej. Powiedziałam basta i wyciągnęłam buty – zwykłe adidasy ukryte w szafie. Spojrzałam na siebie z niedowierzaniem w lustrze i… wyszłam pobiegać.

Nie chcecie wiedzieć, jak się czułam, nigdy wcześniej w życiu nie naprzeklinałam się w myślach tyle co wtedy, podczas tych… dwudziestu minut. Tak, 20 minut mojej hańby, odkrycia kart przez mój organizm. Moje ciało krzyczało: „Czy ty zdurniałaś? Co to w ogóle za pomysł? Oszalałaś? Biegania się zachciało, dupę na kanapę posadź i daj sobie spokój”. Wtedy myślałam, że nigdy więcej. Że już wolę nudzące mnie aerobiki, że przecież jazda rowerem raz w tygodniu po zakupy to też jakaś forma ruchu.

Fot. Pixabay/RyanMcGuire / CCO

Fot. Pixabay/RyanMcGuire / CCO

Wróciłam do domu, złapałam oddech. Wzięłam prysznic i pomyślałam, że tak łatwo się nie poddam. Nie wiem, skąd wzięła się chęć walki, może dlatego, że zawsze pociąga mnie to, co stawia mi wysoko poprzeczkę. I tak zaczęło się moje bieganie. Był czas, kiedy chciałam szybciej, lepiej, biegałam w zawodach, miałam ciśnienie na coraz to lepsze wyniki. Ale pewnego dnia spytałam, po co? Nikt mnie na olimpiadę nie zabierze. Większą satysfakcję daje mi czas spędzony z dziećmi, przyłożenie się do pracy, niż szybsze bieganie.

Kocham biegać, ale dla siebie. Kocham bieganie za endorfiny, które budzą się we mnie i wywołują uśmiech. Bieganie pozwala mi wyrzucić z siebie złe emocje, nabrać dystansu do wielu rzeczy. To też czas, kiedy wiele emocji i myśli mogę sobie w głowie poukładać. Chcecie spróbować? Zachęcam, tylko BŁAGAM, nie róbcie tego, jak ja. Chcesz zacząć biegać? Nie wiesz, jak się do tego zabrać. To przeczytaj.

Poradnik początkującej biegaczki

  1. Wyciągnij z szafy dresy i sportowe buty. Obojętnie ile mają lat. Teraz i tak szybko robi się ciemno, nikt cię nie pozna. A jeśli biegasz rano, to wszyscy i tak szykują się do pracy.
  2. Nie mów, że zaczynasz biegać, zwłaszcza znajomym biegającym. Oni potrafią wywierać presję. Udzielają rad chcąc dobrze, ale gdy słyszysz, że buty nie te, koszulka zła i ile kilometrów na początek… Każdy może się zniechęcić, zwłaszcza ten, który nie jest pewien, czy w ogóle podoła. Pamiętaj. Robisz to dla siebie.
  3. Wybierz sobie miejsce do biegania, które lubisz. Nie wybiegaj na chodnik przy osiedlu. Podjedź nawet autem do parku, na stadion. Każdy woli co innego, jednemu lepiej na początek biega się w kółku, inni wolą wybiec na łono przyrody.
  4. Nie zakładaj w ogóle odległości, którą chcesz przebiec. Skup się na czasie. Pół godziny w ruchu – idealnie. Naprawdę więcej nie musisz.
  5. Z tych 30-tu minut biegania przebiegnij około 10. Dwie minuty truchtaj, trzy minuty maszeruj. I nie przejmuj się tym, że ktoś cię obserwuje. Wytrawny biegacz uśmiechnie się ze zrozumieniem na twój widok wiedząc, że zrobiłaś pierwszy krok. Wyszłaś z domu!
  6. Pamiętaj, że nikt cię nie goni. Biegać amatorsko powinno biegać się w tempie konwersacyjnym – moim ulubionym. Czyli tak, by biegnąc móc rozmawiać z osobą obok, bez zadyszki. Obok mnie często syn jeździł na rowerze – on gada non stop i o coś pyta. Później biegałam z koleżanką, traktowałyśmy bieganie jak rozmowę przy kawie.
  7. Z czasem wydłużaj czas biegania kosztem maszerowania. Może zmiana proporcji: 3 minuty biegania, 2 marszu. Słuchaj swojego organizmu. On ci podpowie, na ile cię stać. Nie wkurzaj go wysiłkiem ponad jego siły, bo przestanie z tobą współpracować.
  8. Nie biegaj codziennie. Lepiej założyć, że będziesz biegać co drugi dzień, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu i pierwszym krokiem do zniechęcenia się w ogóle.
  9. Pamiętaj, że właśnie wolne bieganie, marszobiegi są najlepszym sposobem na spalanie kalorii. Szybko biegnę, nie znaczy – szybko schudnę. Biegasz dla kondycji i zgubienia kilku kilogramów? Biegaj wolno! Jak najwolniej!
Fot. Pixabay/Wokandapix / CCO

Fot. Pixabay/Wokandapix / CCO

Pomyśl, że może zamiast w te coraz bardziej depresyjne, bo jesienne wieczory zamiast gnić na kanapie i wcinać kolejną kanapkę lub tabliczkę czekolady lepiej ruszyć tyłek. Niech to będzie impuls. Nie obiecuj sobie, że od tej wiosny to już na pewno coś ze sobą zrobisz, zaczniesz biegać. Nie szukaj wymówek, bo zimno, ciemno i “wilki jakieś”. Bieganie w takiej pogodzie wzmacnia odporność, poza tym im zimniej, tym więcej energii organizm musi zużyć do ogrzania się, a więc spala więcej kalorii. Co na to twoje wymówki?

Ile razy składałaś sobie obietnice, których nie udało się zrealizować? Więc może tym razem zrób inaczej. Nie od jutra, od poniedziałku, od marca. Tylko od dziś. Dziś jest właśnie ten dzień, kiedy wyjdziesz z domu się poruszać! Czemu nie?.

A kiedy już wyjdziesz i nie będziesz od siebie oczekiwać przebiegnięcia 5 kilometrów od razu, to jest szansa, że ci się spodoba. Zwłaszcza, gdy po pół godzinie wrócisz do domu i okaże się, ze jeszcze masz siły wstawić pranie, sprzątnąć kuchnię po kolacji, porozmawiać z mężem i namówić go na seks.

Kocham sport za te endorfiny, które popychają nas do działania. To tak, jakby nasz organizm i mózg dostali ogromną porcję ulubionych słodyczy, które jednak nie idą w uda i pośladki, ale przekładają się w pozytywną energię. Nie wierzysz mi? To udowodnij, że jest inaczej. Wyjdź pobiegać i daj znać, że się mylę.


Macierzyństwo

Kobieta w pracy, to dom w ruinie – kontrowersyjna reklama francuskiej stacji France 3

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 października 2015
Fot. iStock/Kladyk

Oj! To nie tak miało być. Chcieli dobrze, a wyszło… źle. Francuski kanał France 3 wyemitował reklamę, która wywołała nie lada aferę i lawinę negatywnych komentarzy (niefortunny spot skomentowała na Twitterze nawet pani minister ds. kobiet). Co takiego nie spodobało się Francuzom? Stereotypowe podejście do tematu.

France 3 szczyci się tym, że zatrudnia w swych szeregach znaczną ilość kobiet i tę właśnie informację miał zapewne wyeksponować spot. Realizacja tego zamierzenia jest jednak dość kontrowersyjna.

Filmik przestawia dom kobiety, która pracuje zawodowo (we France 3). Wizja jest dość katastroficzna: bałagan, chaos – nic tylko usiąść i płakać… Przekaz jest jasny: kobieta w pracy to dom w ruinie.

Delphine Ernotte, która kieruje France 3 i jest pierwszą kobietą na tym stanowisku w historii firmy, szybko zarządziła wycofanie reklamy z wizji. Ale niesmak pozostał.

 


 

Źródło : Wysokie Obcasy


Zobacz także

Jedna rzecz, która na zawsze zmieni twoje dziecko

Emocje położnej a emocje związane z porodem

Rozwój intelektualny dziecka po 1. roku życia. Jak mama może go wspierać?