Macierzyństwo

„Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka. Szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2021
fot. Ilya Burdun/iStock
 

Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce jest w mojej sytuacji. Samotna matka bez alimentów. Pracowita, dumna i zarabiająca. Były partner płacił alimenty w „kratkę”. Od roku nie płaci wcale. Ona od kilkunastu lat radzi sobie sama z wychowaniem dzieci, poklepywana po ramieniu przez znajomych i rodzinę, że jest taka dzielna i wspaniała. Znasz takie matki? Ja myślałam, że jestem tak silna, że zawsze będę, że dam radę. Jednak dziś, z perspektywy 16 lat samotnego macierzyństwa, wiem już, że to chore myślenie. Ktoś już dawno powinien mi pomóc! Jednak w Polsce nie ma przepisów, które chroniłyby kobiety w mojej sytuacji.

Nie lubię narzekać, jestem pracowita i zaradna.

Przez lata chętnie brałam dodatkowe prace, by wyjechać za granicę, wysłać córkę na obóz narciarski, kupić jej rower. Takie były moje priorytety. Oszczędzałam na innych rzeczach. Nie chodziłyśmy do restauracji, nie kupowałyśmy drogich ubrań. „Lubię lumpeksy. A grzywkę mogę sobie podciąć sama, nie potrzebuję zawsze fryzjera”, przekonywałam samą siebie i lata jakoś biegły. A ja sobie radziłam raz lepiej raz gorzej, ale zazwyczaj lepiej. Chciałam, by córce niczego nie brakowało i w moim poczuciu tak było.

Niespecjalnie też myślałam o rosnącym długu alimentacyjnym, nie zjadały mnie emocje, że jestem okradana (A nie! To przecież moje dziecko jest okradane!). Wychodząc z założenia, że to toksyczne uczucia, nie chciałam się nimi karmić. „Po co mi to?” – myślałam.

Nie, nie jestem wariatką!

Ani świętą, ani masochistyczną siłaczką. Oczywiście, że rozmawiałam z prawnikiem i złożyłam u komornika wszystkie papiery potrzebne do egzekucji długu. Tyle że Państwo Polskie nie wspiera takich kobiet jak ja. Moje dochody w dwuosobowej rodzinie (ja i córka) przewyższają 900 złotych na jedną osobę. A w Polsce Fundusz Alimentacyjny nie przewiduje już żadnej pomocy dla matek ciężko pracujących i płacących podatki. Jeśli komornikowi nie uda się wyegzekwować długu, zostajesz już sama i musisz liczyć na własne siły.

Owszem, jest jeszcze jedno rozwiązanie – o długi alimentacyjne można pozwać rodziców ojca dziecka. Uwierzcie, choć wielokrotnie się nad tym zastanawiałam w ostatnich latach, to nie miałam serca ciągać po sądach 80-letniej staruszki (jakkolwiek wredna by nie była!). Może jestem frajerką? Może w ten sposób i ja też okradłam swoje dziecko?!

Kiedy patrzę wstecz…

Myślę, że byłam jednak w dużej mierze naiwna (czy to dobre słowo?). Pamiętam, że kiedy trafiłam do prawniczki, by pomogła mi napisać pozew o alimenty, ona przekonywała mnie, że powinnam żądać wyższej kwoty, bo fakt, że kupuję córce ubrania w lumpeksie, jest moim sprytem i zaradnością, a nie normą. Proszę, nie pomyślcie o mnie teraz źle, bo opowiadając o tym, strasznie się dziś wstydzę. Nie chciałam się kłócić z byłym partnerem o pieniądze. Po prostu zawsze ceniłam sobie święty spokój. Poza tym byłam bardzo zmęczona i nie miałam siły na wojnę. Fakt, że musiałam walczyć w sądach i u komorników, sprawił, że czułam się poniżona. Starałam się więc żyć i nie myśleć o ojcu dziecka, który tak bardzo na każdym kroku zawodził.

Jak zaczęłam odzyskiwać honor

Pamiętam, że podczas odbierania praw rodzicielskich sędzina zapytała mnie, czy moje dziecko dostaje od ojca prezenty. Zastanawiam się chwilę i powiedziałam, zgodnie z prawdą, że kiedyś przesłał dwie paczki na rozpoczęcie roku szkolnego, w której były zeszyty i kredki. Sędzina spojrzała mi głęboko w oczy: „Ja się pytam, czy pani dziecko dostaje prawdziwe prezenty. Rower? Tablet? Opłacony kurs języka angielskiego?”.

Ten moment był dla mnie przełomem. Popłakałam się na sali sądowej, bo poczułam jakby ktoś przywrócił mi honor i powiedział głośno, że coś mi się powinno zwyczajnie należeć. Nikt nigdy z rodziny ojca mojego dziecka nie wziął mojej strony. Nie podarował mojej córce pięknego prezentu. Nie „potrząsnął” alimenciarzem. Ani jego ojciec, ani matka, ani nawet  jego starszy brat. Tu chodzi o właśnie o honor, który przez lata traciłam, gdy prosiłam, by ojciec lub babcia dołożyli się do zimowych butów dla córki, czy wakacyjnego obozu sportowego. Od ex-teściowej słyszałam: „Nie mam”, a od ojca dziecka: „Odczep się”, „Nie dręcz mnie”, albo „Spierdalaj!” Niech więc nie dziwi was fakt, że wolałam nikomu o tym nie opowiadać. Pod skórą czułam, że jeśli ktoś dowie się, że w ten sposób traktuje mnie rodzina byłego partnera (z którym spędziłam siedem lat życia), to będą mieli mnie za… życiowe zero.

Kiedy się przebudziłam?

Moment przebudzenia nastąpił, kiedy poszłam na terapię i moja terapeutka zaczęła wobec mnie używać słów: „Musiało wtedy ci być bardzo trudno” albo „Dlaczego nie prosisz nikogo o pomoc?”. Byłam zszokowana, bo wydawało mi się, że to nie mi jest ciężko i że to nie ja potrzebuję pomocy. Pomocy potrzebuje ktoś, kto wychowuje piątkę dzieci, albo ktoś chory na nieuleczalną chorobę. Jednak ponieważ ufałam tej terapeutce i widziałam w jej oczach niekłamaną troskę o moje zdrowie i siły, postanowiłam coś zmienić. Zaczęłam mówić, że jest mi ciężko… na głos. I muszę wam powiedzieć, że to było trudne doświadczenie. Początkowo bardzo dyskomfortowe.

Myślę, że wcześniej tłumiłam w sobie emocje – takie jak frustrację, lęk, złość, strach, by móc jakoś funkcjonować i żyć. Kiedy zaczęłam prosić o pomoc rodzinę i przyjaciół, poczułam się więc ekstremalnie słaba i zaczęłam niejako rozpadać się na kawałeczki. Kiedyś jak spotykałam się z koleżanką, która skarżyła się, że jej mąż wyjechał w delegację i jest sama w domu z dwójką córek od tygodnia, to jej doradzałam i pocieszałam. Byłam tą silną i wysłuchującą skarg koleżanką. Po terapii jednak zaczęłam głośno mówić o swoich frustracjach, że mi też jest ciężko i że żongluję kartami kredytowymi jak w cyrku i że jestem już zmęczona przelewaniem z pustego w próżne. Zaczęłam też pozwalać sobie na płacz. Co ciekawe nie wszyscy moi znajomi polubili smutniejszą wersję mnie. Przyjaciele również potrzebowali czasu, by oswoić się z sytuacją.

Dziś z perspektywy czasu jestem wdzięczna sobie za to, że przyznałam się sama przed sobą i przed światem, że pracuję ponad siły, że nie szanuję swojego ciała, nie dbam o siebie, nie mam dla siebie czułości i zrozumienia. Nie jestem z tego dumna, ale przebaczyłam sobie. Robiłam tak, by zapewnić byt rodzinie. Trudno, w tamtym momencie nie potrafiłam inaczej.

Czas kryzysu!

Aż przyszła pandemia… i moje życie posypało się jak domek z kart. Straciłam dwóch najlepszych klientów i sytuacja finansowa znacznie się pogorszyła. Najpierw sprzedałam samochód, potem skreśliłam zajęcia jazdy konnej dla córki. Następnie rzucałam palenie (tak nie jestem święta, a wyszło mi na zdrowie!) i zaczęłam liczyć i zapisywać każdy grosz. Aż w końcu u mojej córki zdiagnozowano depresję. Czy w tej sytuacji mogłam liczyć na fundusz alimentacyjny? Na szybko podjętą refundowaną z NFZ-tu terapię dla dziecka? Nie i nie! Byłam dla nich nadal zbyt zaradna. Dziś we mnie jest bardzo dużo złości. Chcę krzyczeć!

Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka! Bo nie dość, że nie zajmowałeś się nim, to nawet nie płacisz na niego alimentów, okradasz młodego człowieka z beztroski, stabilizacji i spokoju. Bo dziś nie stać mnie na wizyty u dobrych fachowców i lekarzy! Bo jestem ekstremalnie zmęczona. Bo obie z córką nie czujemy żadnego wsparcia. Bo swoją nieobecnością sprawiłeś, że twoja córka boi się mężczyzn i choć jest piękna, nie wierzy w to i ma niskie poczucie swojej wartości! Alimenciarzu, szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!

Jak dochodzi się długów alimentacyjnych w Europie?

W większości krajów w Europie istnieją organy, które wspomagają rodziców i dzieci, którzy nie dostają alimentów. W Szwecji Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznaje zasiłek alimentacyjny, który ma zagwarantować dziecku środki na godne utrzymanie, zwłaszcza gdy rodzic, na którym spoczywa obowiązek alimentacyjny, nie wywiązuje się z niego. Co ciekawe, taki rodzic musi zwrócić państwu kwotę wypłaconego zasiłku alimentacyjnego. Czyli staje się dłużnikiem państwa, a nie swojego dziecka! W Niemczech istnieje Urząd do spraw Dzieci i Młodzieży, który pomaga w ściąganiu należnych świadczeń. Dzieci dostają pomoc finansową, a roszczenia alimentacyjne przechodzą na Urząd do spraw Zaliczek, który dochodzi długów od alimenciarzy. W Polsce dziecko może liczyć jednie na 500 złotych z Funduszu Alimentacyjnego i to pod warunkiem, że dochody w rodzinie nie przekraczają 900 złotych na głowę. 400 złotych dostanie, jeśli dochody nie przekraczają 1000 złotych. Jednak jeśli zarobki w rodzinie na głowę wynoszą już 1400 złotych — rodzic, wychowujący samotnie dziecko, zostaje kompletnie bez pomocy. Dlatego ja chętnie nazywam się… „samotną matką”.

Kim jest polski alimenciarz?

To najczęściej mężczyzna w średnim wieku 45 lat, mieszkaniec województwa śląskiego lub mazowieckiego. Na koniec maja 2020 roku wszystkich niepłacących alimentów było prawie w Polsce 282 tysięcy, najczęściej są to jednak mężczyźni (94 proc.) Według Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor — alimenciarze zalegają swoim dzieciom z blisko 11,4 mld zł. Rekordzista z Mazowsza winien jest swoim dzieciom 640 tys. zł. Szacuje się, że blisko milion dzieci w Polsce nie otrzymuje od swoich rodziców alimentów, mimo sądowego orzeczenia o takim obowiązku. W Polsce działa Fundusz Alimentacyjny, ale tylko jedna trzecia uprawnionych spełnia kryteria pozwalające na otrzymanie pomocy od państwa. Pozostali muszą radzić sobie sami! Ani dzieciom, ani matkom nie wychodzi to na zdrowie.

Mam dla was happy end tej historii

Ostatnio moje sąsiadki z osiedla, kobiety, które znają moje dziecko od piaskownicy, zebrały pieniądze. Obiecały, że będą płacić za terapię mojej córki. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją! I niech to będzie piękne zakończenie historii.

Wysłuchała Iwona Zgliczyńska


Macierzyństwo

Dlaczego ciche dni ranią czasem bardziej niż gwałtowna awantura?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2021
fot. Yuliya Apanasenka/iStock
 

 

„Pochodzę z rodziny, w której zawsze kłóciliśmy się gwałtownie i głośno. Mówiliśmy sobie wprost, co nas bolało, często kompletnie nie przebierając w słowach. Niedługo się gniewaliśmy. Wykrzyczane w emocjach słowa przynosiły albo rozwiązanie sytuacji albo ulgę. Zawsze też wiedzieliśmy, że bardzo się kochamy, dlatego nikt nie nosił w sobie zbyt długo żalu, nawet jak usłyszał nieprzyjemne słowa”, opowiada 43-letnia Grażyna, matka dwojga dzieci, żona, lekarz ginekolog.

Dodaje dalej: – Kiedy zrobiłam przed laty swoją pierwszą awanturę mężowi, on oniemiał. Chodził nadąsany i powiedział mi: Ja tak nie potrafię szybko o wszystkim zapomnieć. Daj mi czas. Wtedy zrozumiałam, że on musi wszystko przemyśleć i zaczęłam bardziej uważać na swoje słowa i postanowiłam zrezygnować z rzucania obraźliwych epitetów. Z biegiem lat przeżyliśmy wiele wzlotów i upadków. Raz kłóciliśmy się głośno, to znowu potrafiliśmy milczeć cały dzień. Odkryłam, że mnie też czasem przydaje się ta cisza po burzy. Na przemyślenia. Zdarzało się, że po sporze, w którym argumenty kompletnie nie trafiały do męża, zamykałam się w sobie, głównie po to, by odpocząć, wycofać się i dać mu czas na ochłonięcie. Bo co zrobić, jak nic nie przebijało się przez jego światopogląd? Jak na milimetr nie chciał zmienić zdania! Takie spory głównie dotyczyły wychowywania naszych dzieci.

Mąż uważał na przykład, że podczas pandemii naszym synom trzeba dać luz i pozwolić uczyć się w piżamach i przysypiać na wyłączonych kamerkach. Twierdził, że to im nie zaszkodzi. Nie przejmował się nawet tym, że młodszy syn przestał prowadzić zeszyty. Mówił: Na dobre to im wyjdzie! Nasz syn ma swoje zdanie i jest odważny. Wolę to, niż gdyby był dziś wzorowym uczniem, a potem, żeby chodził na sznurku w jakiejś korporacji. Mnie trafiał szlag, kiedy po powrocie z pracy odkrywałam, że wszyscy w piżamach nie zjedli nawet obiadu. To mąż pracował podczas p

Ale ostatnio nie wytrzymaliśmy już tych kłótni. Choć jestem kobietą świadomą, czytam poradniki i wiem, że to krzywdzi dzieci, nie potrafiłam przerwać ciszy, która zapadła. Zaczął milczeć mąż. Byłam wkurzona, bo ta cisza to dla mnie jak kara dla małego dziecka. Przyznaję, robiliśmy dziwne rzeczy. Kiedy mąż zamawiał przez telefon pizzę na „spóźniony obiad”, pytał naszego syna, by ten spytał mnie, czy mam ochotę dołączyć do nich do stołu. Podczas cichych dni unikaliśmy nawet krzyżowania wzroku. Mąż spał na kanapie w salonie, dzieci zachowywały się wzorowo, ale wszyscy wtedy torturowaliśmy się tym milczeniem. Szczególnie ja czułam się odrzucona, nieważna i zignorowana. Mąż wydawał mi się zimny i nieprzejednany. Nie potrafiłam nawet zadzwonić do przyjaciółki, by się wygadać, bo to byłoby jednak moim zdaniem trochę jak zdrada. Dlatego wolałam tkwić w emocjonalnym impasie. Zimna wojna wykańczała nas emocjonalnie.”

Dlaczego ignorowanie rani bardziej niż awantura?

1. Milczenie obniża nam samoocenę

W bezpośredniej kłótni, która nawet jest „rozciągnięta” w czasie, dochodzi do argumentacji, w której przyczyna konfliktu nadal jest w jakiś sposób komunikowana. Natomiast kiedy ludzie zaczynają się ignorować, informacje są odcinane. Oznacza to, że uczestnicy sporu udają się na wewnętrzną emigrację. Wtedy czujemy niepewność, która sprzyja dywagacjom i zastanawianiu się, co zrobiliśmy źle. Zaczynamy tworzyć listę nieprzyjemnych i obraźliwych słów, które rzuciliśmy w gniewie podczas kłótni i naszych fatalnych cech charakteru. Wewnętrzny krytyk ma wtedy pole do popisu. A kiedy już przytłoczy nas lista własnych domniemanych win, samoocena nieuchronnie szybuje w dół.

2. Nie rozmawiając, utwierdzamy się we własnych racjach

Po kłótni osoby, które mają skłonność do ruminacji, nadal prowadzą burzliwą dyskusję, tylko że nie na jawie, ale w swojej głowie. A to bywa bardzo wyczerpujące. Uporczywe myśli i wyimaginowane argumenty nie prowadzą przecież do rozwiązania konfliktu, ale do psychicznej udręki i mocniejszego utwierdzania się tylko we własnych racjach. W koło zadajemy sobie pytania i sami sobie na nie odpowiadamy. Formułujemy w myślach cięte riposty i cieszymy się, jak bardzo „naszemu wrogowi” poszło w pięty, gdy wygłosiliśmy je spokojnym tonem. Obłęd!

3. Nie mamy już kontroli nad tym, co się dzieje

Milcząc, nie dajemy szans na ocalenie sytuacji. Uciekamy w samotność, by lizać rany, ale nie rozwiązujemy konfliktu. Udajemy, że nie obchodzi nas partner, a to przecież kłamstwo. Cały czas jesteśmy napięci i z uwagą śledzimy gesty drugiej strony, bo a nuż ona się pierwsza przełamie i wyciągnie rękę na zgodę. Ale to też nie przybliża nas do niczego konstruktywnego.

4. Czujemy się niewarci uwagi i odrzuceni

A może druga osoba nas ignoruje, bo tak naprawdę nie jesteśmy wystarczająco ważni, aby zasługiwać na jakąkolwiek uwagę? Kłótnia wymaga zaangażowania i jest dowodem na to, że drugiej stronie jednak zależy. Dlatego osoby, które są ignorowane, mogą wywnioskować, że partner tak naprawdę ma nas gdzieś i nie obchodzi go podejmowanie wysiłku, by poszukać kompromisu lub wyjaśnić nieporozumienie. Milczenie wtedy oznacza: nie jesteś już dla mnie ważny/ ważna.

5. Czasem milczenie wychodzi na dobre!

Każda strategia w kłótni ma swoje plusy i minusy. Ciche dni także. Nie można powiedzieć, że są wyłącznie złe. Cisza czasem pozwala uniknąć większych zniszczeń, uspokoić się, wyciszyć. Milczenie może pomóc nam też przetrwać przeciągający się konflikt albo nabrać wobec własnych argumentów dystansu. Nie może jednak trwać w nieskończoność. Grażyna twierdzi, że u nich zawsze sprawdzają się dwie strategie „na zgodę”. Mąż daje jej subtelny znak, kiedy wstawia pranie, czego zazwyczaj unika jak ognia. To dla niej znak: „jestem gotowy do dalszych negocjacji”. A ona po prostu przychodzi i bez słowa się do niego przytula, bo wie, że choć mąż milczy, to bardzo potrzebuje bliskości.
 Jesteśmy ciekawi, jakie wy macie strategie na pogodzenie się.


Macierzyństwo

8 powodów, dlaczego nie chudniesz! Mimo diety.

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 lipca 2021
Błędne koło odchudzania
Fot. iStock/ereidveto – Błędne koło odchudzania
Przechodzisz na dietę. Dzień drugi, trzeci…. ważysz się i nic. Ani drgnie. Zaciskasz zęby i kolejne trzy dni jesz jeszcze mniej. Kiedy wchodzisz na wagę, widzisz pół kilograma więcej. „Co się dzieje?”, pytasz samą siebie. Kiedyś wystarczył tydzień, żeby na wadze zanotować błyskawiczny spadek: przynajmniej trzech kilogramów. A teraz? Właśnie, co dzieje się z tobą teraz?

1. Dieta MŻ = mniej żreć

Powodów braków efektów podczas odchudzania mogą być dziesiątki, ale jeden jest niepodważalny i niestety … trudno się z tym faktem pogodzić. Po prostu nadal za dużo jesz! Spokojnie, nie podejrzewamy cię o to, że kłamiesz sobie w żywe oczy.

Najprawdopodobniej faktycznie zmniejszyłaś kaloryczność posiłków, ale nadal nakładasz zbyt dużo na talerz lub pojadasz pomiędzy obiadem, kolacją i śniadaniem. Prawda jest taka, że większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że kawa z mlekiem to też posiłek, w którym dostarczamy sobie kalorii. Jeśli w ciągu dnia pijesz dwie mleczne kawy, to należy je odhaczyć je w swoim jadłospisie. Musisz też (niestety) liczyć kalorie.

By stracić na wadze tylko jeden kilogram, trzeba odmówić sobie w ciągu miesiąca… 7 tysięcy kalorii. A z pozoru niewinny jogurt w kubeczku 500 gram może mieć tyle kalorii, co panierowany kotlet schabowy. Natomiast porcja sera feta, którą kruszysz do sałatki, bywa tak tłusta jak kiełbasa z patelni. Jeszcze jedna porada: jeśli polewasz sałatkę oliwą, proszę koniecznie odmierzaj tłuszcz za pomocą łyżki. Z doświadczenia wiem, że do jednej porcji sałatki potrafimy wlać z butelki naprawdę zbyt… obfity haust. A to ogrom kalorii!

2. Dymek nakręca

A może niedawno rzuciłaś palenie? Naukowcy twierdzą, że ludzie tyją w ciągu pierwszego roku „rzucania plenia” około 4-5 kg. Dlaczego? Jest kilka powodów. Po pierwsze: nikotyna hamuje nieco łaknienie. Po drugie: odrobinę przyspiesza metabolizm. Po trzecie: kiedy nagle przestajemy ją sobie dostarczać, to musimy inaczej odreagować stres. A nasza szczęka i usta oraz dłonie przyzwyczajone są do pewnych gestów związanych z papierosem. Dlatego niejako „w zamian” papierosów grane są… cukiereczki, chipsy i orzeszki. To wszystko działa na nas jak „środek uspokajający”.

3. Pigułki nieszczęścia

Koniecznie musisz przejrzeć swoją apteczkę. Niektóre lekarstwa mogą sprzyjać przybieraniu na wadze i utrudniają zrzucenie zbędnych kilogramów. Zwróć uwagę na tabletki antykoncepcyjne, lekarstwa przeciwhistaminowe (czyli stosowane na alergie), sterydy (doustne) oraz leki antydepresyjne. Dowiedziono, że niektóre substancje mogą pobudzać apetyt, sprzyjać zatrzymywaniu wody w organizmie, zmniejszać libido i motywację do ćwiczeń. Na szczęście dziś do wyboru różne zamienniki i alternatywy. Porozmawiaj ze swoim lekarzem, czy stosowany od dłuższego czasu lek nie utrudnia ci… chudnięcia.

4. Przyszła baba do lekarza

Czasami zrzucenie kilku kilogramów uniemożliwia choroba związana z zaburzeniami metabolicznymi lub hormonalnymi. Na liście chorób utrudniających utratę wagi są: insulinooporność, niedoczynność tarczycy, zespół metaboliczny X, zespół Cushinga i zespół policystycznych jajników. Dlatego zawsze przed rozpoczęciem diety warto skonsultować się z lekarzem i dokładnie przebadać. To oszczędzi ci niepotrzebnych stresów.

5. Ale flauta

Jeśli na początku twoje kilogramy spadały szybko i codziennie na wadze widziałaś 200 gram mniej, to nakręcałaś się swoim sukcesem. Ale w każdym procesie odchudzania przychodzi faza plateau. Starasz się, jesteś nadal na diecie i waga ani drgnie. Mijają dni, tydzień i więcej i nic. Cóż, trzeba to przeczekać cierpliwie. Nie załamuj się, nie poddawaj. Najprawdopodobniej po miesiączce twoja waga nagle spadnie o kilogram i cały proces ruszy dalej… z kopyta.

6. Sznuruj trampki

Jeśli nie ćwiczysz, chudniesz wolniej. Sport najlepiej podkręca metabolizm. Ale taki, który trwa ponad pół godziny i jest tak intensywny, że lekko się pocisz i łapiesz zadyszkę. Jeśli spacerujesz z psem w żółwim tempie dookoła swojego domu, to niestety nie możesz liczyć, że to wpłynie na twoje odchudzanie. Podkręć tempo. Jeśli ćwiczysz raz w tygodniu, zwiększ ilość treningów do trzech. Jeśli tylko biegasz na bieżni, spróbuj to urozmaicić. Może basen albo rolki? A może wolisz rower, power-jogę lub ćwiczenia z gumą.

Trenerzy twierdzą, że organizm osoby odchudzające się „lubi” być zaskakiwany różnorodnością. Nie przekonuje cię to? To mam jeszcze jeden argument: może zauważyłaś, że mężczyźni z reguły chudną szybciej niż kobiety? Wytłumaczenie jest proste: oni mają więcej mięśni, a skuteczność spalania tkanki tłuszczowej w dużym stopniu zależy od ilości masy mięśniowej. Mówiąc w skrócie: im mamy więcej mięśni, tym spalamy więcej kalorii w ciągu dnia. Dlatego ćwicz i buduj muskuły!

7. Ach te procenty

Nawet jeśli twoja dieta jest dobrana perfekcyjnie, to możesz zaburzać jej działanie, pijąc za dużo alkoholu. Drink tu, piwko tam… Policz: 50 ml wódki to aż 231 kcal, a piwo (które zawiera cukier w postaci maltozy) znajduje się na samym szczycie produktów z wysokim indeksem glikemicznym. Jeśli odchudzasz się i jednak chcesz napić się alkoholu: polecamy pół lampki białego wina wymieszać z wodą i sączyć tak długo… aż do zakończenia imprezy 🙂

8. Koktajl emocji

W pracy stres, a w domu mało snu. Trudno w to uwierzyć, ale te dwa czynniki mogą tak namieszać hormonalnie w twoim organizmie, że trudno będzie ci schudnąć. Wystarczy wziąć pod lupę jeden hormon — kortyzol, który wyrzucany do organizmu pod wpływem niedospania czy stresu w nadmiernych ilościach sprzyja gromadzeniu się tkanki tłuszczowej w obrębie brzucha i wokół narządów wewnętrznych.

Przyrzekam, takich hormonów, które wydzielają się z powodu nerwów i niedoboru snu jest więcej. Domyślam się, że nie chcesz czytać o skomplikowanych procesach biochemicznych, więc uwierz mi na słowo.

Na koniec uprzejmie (niestety) proszę, byś wróciła do punktu nr 1. Bo jednak to, co tam napisałam jest w 90 procentach odpowiedzialne za brak sukcesu w odchudzaniu. A więc MŻ. Przepraszam!


Zobacz także

Konrad Kruczkowski | Halo Ziemia

Konrad Kruczkowski z Halo Ziemia: Mam alergię na deklaracje, które składają mężczyźni. Złapałem bakcyla na bycie ojcem

Konkurs „Chcę być mamą i obiecuję sobie, że…”

Surowy styl rodzicielstwa może zmniejszyć mózg dziecka?