Macierzyństwo

A walnij dziecko w tyłek, co będziesz z nim rozmawiać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 września 2016
A walnij dziecko w tyłek, co będziesz z nim rozmawiać
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Oj rozpętała się dyskusja, dyskusja wywołana słowami profesora Zbigniewa Stawrowskiego , który na łamach dodatku do Rzeczpospolitej w minionym tygodniu pisał, że klaps to nic złego, wręcz przeciwnie to wyraz rodzicielskiej miłości, troski i odpowiedzialności.Oburzyły się tłumy pedagogów psychologów, rodziców, a dziś przeczytałam, że jest to przejaw „lewackiego” prania mózgów. „Lewackiego” podejścia do relacji rodzic-dziecko, które każe traktować dziecko jak partnera i mówić o jego dojrzałości równej, choć różnej od tej dorosłych. No tak, nie ma jak podciągnąć kwestię klapsów pod polityczne dywagacje. Ba, co więcej, wskazać skłonność do klapsów, jako jedną z najwyższych rodzicielskich morali, dać przyzwolenie i usprawiedliwienie rodzicom, którzy podnoszą rękę na dziecko.

Podobno „lewacy” dążyli do tego, i (o zgrozo) udało im się zmodyfikować pojęcie przemocy, tak by raz na zawsze była ona źle kojarzona.

Więc jak czekam aż „prawacy” wytoczą ciężkie działa udowadniając, że przemoc jest dobra, żeby dostrzegać w niej pozytywy, i cieszyć się, że jesteśmy jej ofiarami, albo sprawcami.

Bo może ja czegoś nie rozumiem? Bo może trzepnięcie dziecka w tyłek nie jest żadną formą przemocy? Może pójście jedyną słuszną drogą klapsów jest dostatecznym rozwiązaniem wychowawczym?

Niech ktoś mi to do cholery wytłumaczy? Dziecko nie chce iść do domu, zostaje na podwórku i żadne argumenty do niego nie trafiają – trzask w tyłek, no tak, przecież, kiedy dorosły podniesie rękę na dziecko, z czym ono ma dyskutować? Z jego siłą, dominacją?

W sklepie płacze, tupie nogami, że chce tego właśnie batona – w końcu nikt stojący w kolejce, nie będzie musiał słuchać tego krzyku. Wystarczy klaps, by dziecko zaciągnąć pod kasę i wyjść bez zbędnych ceregieli. No tak, jakie to ku*wa proste.

I kiedy na placu zabaw uderzy inne dziecko, to jaka jest najlepsza forma wytłumaczenia mu, że tak nie można. No oczywiście uczynić to, co dla innych jest niemiłe. Walnąć w tyłek. No bo jak inaczej dziecku wytłumaczyć, że nie wolno innych bić? No jak? Jak powiedzieć, że to forma przemocy, agresji i nauczyć, że te złe emocje powinniśmy uczyć się rozładowywać, a z trudnym sytuacjami sobie radzić. Jak dziecku pomóc sobie z nimi radzić?!?

Czy nikt z tych, co popierają klapsy, nie widzi, że to nic innego jak forma przemocy? Przemocy fizycznej! Bo to przejaw dominacji, braku przyjęcia jakiegokolwiek sprzeciwu.

To małe dziecko, nad którym staje silny i zdecydowanie większy dorosły, co ma zrobić, kiedy ktoś komu ufa, kogo kocha, podnosi na niego rękę? Co ma czuć za wyjątkiem strachu, że skoro uderzył raz, to uderzy i drugi, i ósmy i dzisiąty i ku*wa 25-ty raz?

Niech nikt nie próbuje mi wmówić, że klaps nie jest przejawem bezsilności rodziców! Bo czym innym jest? Nie umiesz wytłumaczyć, usiąść, wyjaśnić, być konsekwentnym, to bij?!? A bij tyle razy, ile uznasz w swoim ograniczonym mózgu za słuszne. Bo dziecko jest tylko dzieckiem, jest kimś, to nie myśli, nie rozumie i nie czuje. Ktoś, komu nie opłaca się poświęcić czasu tłumacząc, dlaczego pewne zachowania są nie do zaakceptowania. Po co stawiać dziecku granice? Granice, które wyznaczają jego poczucie bezpieczeństwa. Nieee, zamknijmy je w klatce z klapsami. Gdziekolwiek się nie ruszy, cokolwiek zrobi niezgodnego z naszym światopoglądem dajmy mu klapsa, którego jego zwolennicy traktują wręcz jako nagrodę! Jako przejaw ku*wa miłości!

A potem, kiedy już dorośnie powiemy: „Kochanie, idź tam gdzie chcesz, mów, co myślisz, żyj tak, jak ty tego chcesz nie pozwalając innym narzucać swojego zdania”. Powodzenia. A jak ci się nie uda i ktoś ci się przeciwstawi, to wal go po ryju. Bo o tym też pisał profesor Stawrowski nawołując, że w przypadku braku porozumienia między dorosłymi można sobie raz po pysku trzasnąć. No przecież tak nas rodzice klapsami wychowali: jak się nie da wytłumaczyć to lej w ryj, bo w tyłek już tak bardzo nie zaboli.

I nie ma co się oburzać, przecież to przejaw miłości. To kara mniejsza niż godzina rozmowy z próbą dojścia do porozumienia, znalezienia kompromisu. No przecież przemoc nie może źle się kojarzyć? Bijcie się na zdrowie – w małżeństwie, w pracy, na ulicy, w knajpie. Obiecuję wam, że żadne dziecko, któremu rodzice w imię miłości sprzedają klapsa nie zdziwi się i nie pomoże nikomu, kto na ich oczach jest bity. Dlaczego? Bo temu dziecku też, kiedy było małe, nikt nie pomógł.


Macierzyństwo

Nigdy nie jest za późno na zmiany. Rozwodząc się miałam 50 lat, nigdy tej decyzji nie żałowałam

Anika Zadylak
Anika Zadylak
19 września 2016
Fot. iStock / Dinic
 

Bylejakość to nie życie. To powroty do domu i powielanie czynności wyuczonych i zakodowanych przez lata. Przez lata, gdy wychowywało się dzieci, pracowało i prowadziło dom. Nie każdy chce się na nią godzić, bo przychodzi taki czas, kiedy pragniemy w końcu żyć z sensem. Zwłaszcza, gdy nasze dorosłe dzieci same już zakładają swoje rodziny. A my nagle dochodzimy do wniosku, że lubienie kogoś i zwykłe przyzwyczajenie to trochę za mało, żeby nadal ze sobą być. A raczej obok siebie. Bo mamy coraz mniej czasu na to, żeby coś jeszcze przeżyć, zwłaszcza, gdy skończyło się 50 lat i już dłużej nie chce się stać w miejscu. 

– Znajomi pukali się w czoło, syn jakiś czas do mnie w ogóle nie odzywał. Nikt nie mógł pojąć, że rozwód to nie tylko przemoc, zdrada, kłopoty finansowe czy brak uczuć. Bo ja nie mogę powiedzieć, że męża nie kochałam i nie kocham, że coś mi odbiło, czy jak stwierdziła, wścibska sąsiadka, że mi menopauza na łeb siadła. Przez tyle lat byliśmy razem, urodziłam dwoje naszych dzieci, spłaciliśmy kredyt za dom. Ranki, popołudnia, wieczory. Jak schemat, powielany tak długo, że robisz już później wszystko, jak robot, automat. Szarpiesz się z poranną niechęcią dzieciaków, które nie chcą wstawać do szkoły. Słuchasz głosu męża pełnego pretensji o za gorącą kawę. I przyglądasz się coraz bardziej obcej kobiecie patrzącej na ciebie z lustra. Miliony takich samych dni, nocy i w końcu rezygnacji. Uświadamiałam sobie z przerażeniem, że ja mam coraz mniej czasu, bo lata lecą, a ja wciąż czuję niewypełnioną pustkę, tęsknotę za czymś nieznanym.

Oczywiście, że próbowałam coś z tym zrobić. Pierwszy raz, gdy dzieci porozjeżdżały się na studia. Poprosiłam, żebyśmy coś zmienili, zrobili mały remont, wyjechali gdzieś, może zapisali na kurs tańca czy chociaż basen. Mąż patrzył na mnie pobłażliwie i stwierdził, że jestem dziwna i że wymyślam zamiast w końcu odpocząć. Pomyślałam ok, może ma rację, tyle lat ciężkiej harówy, wychowywanie dzieci, budowa domu, ciągła gonitwa. I rutyna. I ciągłe obiecywanie, że jak tylko dzieci się usamodzielnią, to zrobię coś dla siebie. Ale mąż nawet nie chciał słuchać, mówił, że teraz nareszcie jest trochę spokoju, którego tyle lat nie mieliśmy. I siedział przed telewizorem, albo spał. W porywach choć bardzo rzadko, jechaliśmy na działkę. Plewiłam te cholerne kwiatki i inne warzywa, i klęłam w ziemie, bo chciałam żyć, a nie siedzieć na dupie i zaglądać przez okno, czy już nadeszła starość. Zrobiłam nam kawy, usiadłam, złapałam go za rękę. Spokojnie opowiadałam o swoich planach, o tym, że chcę wrócić do pracy, którą kochałam, chociaż na jedną trzecią etatu, bo praca ze studentami dawała mi mnóstwo satysfakcji. Proponowałam wyjazd, podróż o której marzyłam, chociażby na Węgry, do Wiednia czy do Lwowa. Gdziekolwiek, byleby coś przeżyć, coś jeszcze zobaczyć, poznać coś nowego, bo kiedy jak nie teraz? Usłyszałam, że jak na starość chce mi się wariacji to proszę bardzo, on w tym nie będzie brał udziału. I wtedy zrozumiałam, że ta codzienność nas rozdzieliła, zgasiła wszystko. A ja przecież nadal byłam kobietą, chciałam być kochana i pożądana! A nawet nie pamiętam, kiedy mąż ostatnio mnie dotknął, spaliśmy przecież w jednym łóżku, a jak obcy ludzie.

Zapisałam się na aerobik i flamenco. Zaczęłam też wypytywać o powrót do pracy. Odświeżyłam garderobę, zakryłam pierwsze siwe włosy u fryzjera, wyszłam na wino z koleżanką. On siedział, „odpoczywał” i krytykował każdy mój krok, każdy pomysł. Pękłam, gdy w nowej naprawdę sukience, usiadłam naprzeciw mojego mężczyzny, z którym przeżyłam ponad 20 lat i zapytałam, czy nie miałby ochoty zabrać mnie do kina. A potem, do łóżka. I poczułam się jak ostatnia idiotka, gdy burknął, że w telewizji też lecą dobre filmy i żebym przestała odmładzać się na siłę, bo uciekającego czasu nie oszukam.  Że trzeba umieć się zestarzeć, z godnością. Schowałam się w łazience i patrzyłam w lustro, na podstarzałą 50-tkę ze sporą nadwagą. I zrozumiałam, że przecież go nie zmuszę, ale ja albo zrobię coś teraz, albo już nigdy. Przy śniadaniu spokojnie oznajmiłam, że odchodzę, że chcę rozwodu. Że zrobiłam już wszystko, co mogłam. I, że szanuję jego decyzję o przesiedzeniu przed telewizorem reszty życia, ale ja się na to zwyczajnie, nie godzę. Chcę czegoś więcej, zanim umrę z poczuciem niespełnienia. Patrzył na mnie z wyrzutem, z żalem, jakbym zmarnowała mu życie.

Tyle lat… A on nie zatrzymywał, nie dyskutował, nie pytał i nie prosił. Spakowałam kilka rzeczy, na szybko wynajęłam mieszkanie. Pierwszą samotną noc przepłakałam, bo ogarnęło mnie zwątpienie i strach. Córka mnie nie rozumiała, syn, kiedy się dowiedział, stanął murem za ojcem, którego jego zdaniem zostawiłam przez swoje fanaberie. A ja całemu światu chciałam wykrzyczeć, że nie jestem zimną, obojętną kobietą, której się w dupie poprzewracało.  Bo zamiast z kimś, ale już tylko obok, wolałam byś sama i się jeszcze realizować. Brat powiedział mi tylko jedno: – Skoro już taką decyzję podjęłaś, to przestań się zadręczać i zacznij robić to, dlaczego wywróciłaś swoje życie do góry nogami. Dzieci cię kochają, więc z czasem zrozumieją. On też. Więc spakowałam się po raz kolejny i… wyjechałam 500 kilometrów stąd, do innego miasta i innego życia.

Dziś, po czterech latach od tamtej decyzji mogę śmiało powiedzieć, że żyję. Realizuję się zawodowo, wydałam książkę, zjechałam pół świata, poznaję nowych ludzi, odkrywam nowe pasje. Z byłym mężem mamy dobre stosunki, dogadaliśmy się i choć on chyba do dziś nie rozumie tego jak żyję, nie wypomina mi niczego, nie krytykuje. Śmieje się nawet czasem, że faktycznie z nim przyrosłabym do fotela, bo nadal w nim głównie odpoczywa, bo tak mu dobrze. Mi natomiast dobrze w biegu i wtedy, gdy zasypiam zmęczona z głową pełną pomysłów na kolejne dni. I wszystkim kobietom powtarzam, żeby nie dały sobie wmówić, że to normalne, że po tylu latach małżeństwa, stajecie się tylko przyjaciółmi, że wszystkie tak mamy. Żebyśmy nie pozwoliły sobie myśleć, że w tym wieku, to już niczego od życia nie możemy żądać czy zwyczajnie chcieć. Że zostało nam już tylko chowanie wnuków, przesadzanie kwiatów i lepienie pierogów na wigilie.  Że już nie potrzebujemy czułości, bliskości i tego, żeby czuć się kobietą.

Wiesz, że miewam romanse? Tak, spotykam się z kimś, chodzę na randki, spędzamy ze sobą upojne noce. Nie szukam nikogo na stałe. Przecież w końcu, jeszcze jestem taka młoda.  Ale gdy usłyszałam od moich dzieci: – Przepraszam mamo. Miałaś rację, nie poznajemy cię, tak bardzo odżyłaś, zakwitłaś. Ten rozwód, to najlepsza rzecz jaką mogłaś zrobić. Dla siebie, dla nas. Bo patrzenie na to, jaka jesteś szczęśliwa i pełna życia, jest lekcją. Lekcją, że zmian można dokonać w każdym momencie. I, że trzeba pamiętać o sobie, bo nikt inny tego za nas nie zrobi. Jesteśmy z ciebie dumni – to poczułam, że obrałam dobry kierunek. I,  że płynę przez swoje życie dobrym kursem. I już nie zawrócę, bo zbyt piękne jest to, co przede mną.


Macierzyństwo

Nie chce ci się iść na siłownię? To nie lenistwo, to ewolucja!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
19 września 2016
Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna? - Oh!me
Fot. istock / Leonardo Patrizi – Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna?

Kolejny pochmurny dzień. Wszystko o czym marzysz to gorąca czekolada, ulubiony serial i wygodna kanapa. Siłownia? Trening? Domowa godzina z Chodakowską? Broń Boże! Spokojnie, nie musisz już słuchać wyrzutów swojego sumienia, które ciągle krzyczy „ale jesteś leniwa!” To wcale nie twoja wina. To wina naszych przodków – jaskiniowców.

Okazuje się, że ludzie mają genetyczne predyspozycje do lenistwa. Tak przynajmniej uważa Daniel Lieberman, biolog ewolucyjny. Według niego, od początków istnienia ludzkości, odpoczynek miał więcej wspólnego z zachowywaniem energii na ważniejsze momenty w ciągu dnia niż z czystym „nie chce mi się”. Drzemka? Dlaczego nie! Dzięki niej będziesz miała więcej siły na kolejne godziny w pracy. A może nawet ruszysz się na siłownie!

„Nikt nie wychodzi do pracy tylko po to, żeby po prostu wyjść. Mówię to z własnego doświadczenia! Wychodzimy po to, żeby nakarmić rodziny, żeby pracować, a każdy inny powód jest niezbyt mądry.” – mówi profesor Lieberman. Jednak nie sugeruje on, żeby z powodu naszego wrodzonego talentu do omijania niepotrzebnego wysiłku, rezygnować z siłowni i aktywności fizycznej. Wręcz przeciwnie! Uważa on, że należy je traktować tak, jak traktowaliby treningi nasi przodkowie – jako inwestycję w kolejne polowanie! Bo jak wiadomo, im szybszy jesteś, tym lepszą partię zdobędziesz.


źródło: Bustle.com

Nie chce ci się iść na siłownię


Zobacz także

Jak być silną matką. 10 zasad, których warto nauczyć nasze córki

Jak być silną matką. 10 zasad, których warto nauczyć nasze córki

Pokój twojego dziecka, to miejsce, gdzie tworzą się jego wspomnienia. Zadbaj o to, aby były wyjątkowe

Nie można kochać za bardzo, więc nie bój się, że miłością „zepsujesz” dziecko