Go to content

Każdy ma swój niewysłany list. „Niewysłany, niedokończony, jak dżin wysączył się z butelki czerwonego wina…”

Fot. iStock / Alina555

Niewysłany, niedokończony, jak dżin wysączył się z butelki czerwonego wina, a zaczął się tak:

 

… Nikt nie wie co chodzi mi po głowie. Ja sama nie wiem. Kiedy jestem pijana świat jest jakby bardziej przejrzysty. A może jest tylko wrażeniem? Jak większość tej naszej egzystencji z serii: ceci n’est pas une pipe? Don’t really know. Dzisiaj jednak jestem pijana i palce mi się plączą na klawiaturze życia. Muzyka, wino, Marylin na niebieskim tle, zwyczajem Andy’ego Warhol’a. I smutek na dnie duszy przepełniony tęsknotą nie do pojęcia. Więc komunikuję, żeby było uczciwie. Ale pomimo wszystko, nawet potencjalni kochankowie są tej nocy jakby w Palm Springs. To życie jest poezją choć wolałabym być nią ja. Ale Lucy… it is what it is and it is not what it is not.

Palce mam zwinne i cała jestem giętka niczym żółte tulipany popołudniem. Lecz mimo to błagam o ten dotyk, o spojrzenie, o oddech, który wdycha mnie całą, po sam pępek ludzkiego obłędu. Czy to takie jest trudne doprawdy? Rozbłyszczeć dwie kule?

Dzielę się z Tobą bo chyba nie mam wyjścia. Wywęszyłam w Tobie outsider’a i to wystarczyło bym zapragnęła zainicjować prowokację. Wzorem Almodovara po prostu. Wydawało się, że jesteś podatny i wszechmogący. Lecz potem jakbyś zgasł. Więc i ja zgasłam, taka wywiedziona w pole. Como la flor de mi secreto. 

Tęsknię za  Nowym Jorkiem, you know. Tam, moja dusza była w pięknej harmonii. Tu, hoduję raka piersi z entuzjazmem godnym Trzeciej Rzeszy.

Więc sobie płaczę. Po cichutku tak. Spoglądam w oczy Marylin, wgryzam się w jej zęby i usta, które sączą krew pod pędzlem mistrza. I niewiele doprawdy trzeba, bym stała się złotym lokiem. 

Więc zawieszam się w diamentowej przestrzeni pomiędzy płatkiem ucha, linią szyi i erotyką. I czekam na cud, miracle,  of course, bo po angielsku cud jest jakby cudowniejszy. 

Widziałam dzisiaj księżyc w totalnej pełni. Niewiele rzeczy ma wymiar totalny, a księżyc ma, bez wysiłku tak. Więc może wzorem księżyca należałoby się udoskonalić. Tyle bowiem wzorów dookoła. Choć to już nie ten sam dekadentyzm i nie to samo ciało, wygięte w miłosnym pocałunku. Oto jak się zmieniamy wbrew zdrowemu rozsądkowi i zawodzącym smyczkom. Tymczasem jeden pocałunek tuż za uchem mógłby zmienić kierunek, w którym kręci się Matka Ziemia. Lecz któż to wie droga Lucy, skoro nikt już nie czyta między wierszami? I love you, moja boska siostro. 33 minuty, 10%, oto ile pozostało mi z życia. Więc śpij kochana. Śpij kochany. Niech to będzie boski sen.  

Przez chwilę myślałam, że może jesteś jak M. Tylko, że  M to ja kochałam miłością totalną. Dopóki miłość ta wieczna nie skończyła się zabita słowami na śmierć. M. o nic się nigdy nie pytał. Po prostu potargał na mnie koszulę, a ja byłam zachwycona bo uśmiech miał zupełnie nonszalancki. Zaczęło się oczywiście jak w filmie (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że życie jest filmowe takie). Powiedział, że ma na imię M. i że kochać się chce. A ja naiwna taka, nie rozróżniałam znaczenia słów i nie przeczuwałam nawet, że ta zwierzęca miłość tamtej nocy to nie było kochanie. Wszystko jednak jakoś tak pięknie mi pasowało. M. był silny i zdecydowany i zawijał moje ciało w ten w swój uśmiech Mona Lisy z precyzją niemalże bolesną. Jak pająk jakiś, tkał sieć dookoła mojej cielesności, aż cała byłam najsłodszym kokonem niemocy. 

M. pojawiał się i znikał w oceanicznym cyklu. Przypełzał najczęściej nocą, pachnący alkoholem i nieco rozmowniejszy. Czarne włosy kosmykami opadały mu na twarz gdy tak przeistaczał się w pajęczaka. Z reguły szybko mnie łapał w te swoje lepkie, słodkie sieci. Jakaż ja byłam wtedy bez szans. Mała muszka złapana w sieć. A M. podpełzał powoli i zanim jeszcze wbił zęby i zanim wpuścił jad, obwąchiwał mnie jak zwierz, który kalkuluje soczystość swej ofiary. A potem mnie brał. Jak chciał. I trząsł całym moim wszechświatem, rozpuszczając te moje delikatne skrzydła w soczystej rozkoszy okupionej potem i krzykiem. 

Seks. Języki, zęby, usta, poznawały ciała po milimetrze. Tonęliśmy w oceanie śliny, potu i soków roztarzani w cyklopich oczach i długich, jedwabnych włosach.  Zamienialiśmy się na ciała, pletliśmy się w gordyjski węzeł. Tańczyliśmy dookoła ognia jak szamani w transie. I tylko ciągle nie mogliśmy się nasycić. Więc piliśmy kielich za kielichem, aż przychodziło nieludzkie zmęczenie i sen mordował w nas kochanków. Nie wiem dlaczego, ale M. zawsze pozwalał mi żyć. Wegetować pomiędzy odpływem a przypływem…. 

Niewysłany, niedokończony i jak dżin albo miraż rozpłynął się w nicość…

 A.

Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO