Lifestyle

Życie jednak nie kończy się na jednej walizce, a i tę zawsze można przepakować. Co w głowie, to w życiu!

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
17 września 2017
Fot. iStock / South_agency
 

Człowiek to taki twór trochę skomplikowany. Ma ciało, które funkcjonuje w niezwykły sposób, umysł, pełen obrazów, który ma moc kształtowania rzeczywistości i duszę, która zna człowieka na wylot i jak nic na świecie nadaje kierunek ludzkim żywotom. Wszystkie trzy elementy składają się na perfekcyjną całość jeżeli są zbalansowane, zadbane, otoczone uwagą i miłością. Gorzej, jak na skutek samego życia, podejmowanych decyzji, czynionych wyborów, a także okoliczności zewnętrznych, takich od człowieka niezależnych, cała ta harmonia chwieje się niebezpiecznie, a bywa też, że niczym domek z kart, rozpada się w drobny mak.

Ludzkie ciało, jak się tak dobrze zastanowić, samo z siebie nie choruje. Jeżeli człowiek rodzi się zdrowy, bez wad jawnych czy ukrytych, to jego ciało stanowi zdrowy punkt wyjścia. Ma też ciało potencjał na utrzymanie dobrego zdrowia przez lata całe, aż starość stanie się zbyt oczywista i w naturalny sposób w proch człowieka na powrót obróci. Zadbane, dobrze odżywione ciało, regularnie wyprowadzane na spacery i sprawnie usuwane z sytuacji stresowych czy toksycznych, to ciało do polegania. Ciało na bank. Nawet w sytuacji lekkiego zagrożenia takie ciało już dobrze wie, jak naprawiać urazy i szkody.

Żeby jednak ciało mogło z powodzeniem swoją rolę spełniać, centrum ludzkiego dowodzenia, z którego zarządzają człowiekiem myśli i emocje, nie może sabotować wysiłków ciała. Tymczasem zapraszam wszystkich do własnej głowy, na taką, nazwijmy ją: małą inspekcję. Śmiało człowieku… weź i przyjrzyj się swoim myślom. Przejedź po nich dłonią i poczuj ich fakturę, weź je w rękę i poczuj ich wagę, spójrz na nie i powiedz jaki maja kolor.

Nosimy myśli w głowie przez cały boży dzień. Jesteśmy jak fabryka myślowych obrazów, która nieustannie pracuje. Sama myśl przy tym to jeszcze nic. Bo człowiek ma taką tendencję, że aby myśl przywieść do życia na pełnych obrotach, odziewa ją w emocje. Ubiera myśl w coś, co nadaje jej potencjał zamanifestowania się w fizycznym świecie. Miłość dla przykładu.. gdy kochamy, myśli mamy najpiękniejsze i tworzymy świat pełen niezwykłości. Kiedy jednak myśli mamy czarne, świat nasz też kolorów raczej nie nosi. A w ślad za światem, ciało jak na komendę zaczyna nas boleć, uwierać, snuć się bez energii, chorować na różnorakie przypadłości. Tak właśnie ciało komunikuje, że coś się psuje, coś burzy harmonię. To coś najczęściej w naszej siedzi głowie i postać ma myśli powleczonej emocją. Bo co w głowie to i poza głową. Na to nie ma bata.

Oczywiście, że czasem niezwykle jest trudno przywołać myśli do zdrowego porządku. Myśli bowiem mamy takie jakie doświadczenia, a te nierzadko bywają bolesne. Także nasz system wartości, który wzrastał w nas przez całe lata, jest niczym innym jak interpretacyjnym filtrem, przez który przeciska się myśl za myślą, stając się w rezultacie emocją i zyskując konkretne znaczenie. Wszystko ma dla nas taki sens, jaki sami mu nadajemy, korzystając z takich narzędzi w jakie zostaliśmy wyposażeni. Innymi słowy to, jak interpretujemy świat i zachodzące w nim zdarzenia, bierze się właśnie z naszych przekonań. Wszystko poniekąd wsparte jest obserwacją, doświadczeniem i tym systemem zasad, które podarowali nam rodzina i społeczeństwo. Bywa, że pakiet ten jest tak skomplikowany że, kumuluje się w toksyczną bombę, która w naszych słabszych momentach pęka jak purchawa powodując powszechne skażenie.

Ciało nasze niestety jest czułe na takie wewnętrzne zawirowania i niemalże natychmiast zaczyna nas boleć i uwierać. My jednak często nie traktujemy takiego ciała poważnie. Chodzimy z bólem pleców, głowy, zasmarkani, przeziębieni, przemęczeni. Pozwalamy by stres nas dręczył, toksyczni ludzie zatruwali, telewizor wciągał w kolejny głupi serial. Nie kochamy i nie szanujemy siebie, często dlatego, że nie wiemy nawet co takiego taka miłość oznacza. Jesteśmy dla siebie surowi, nieczuli, nierzadko po prostu okrutni. A kiedy powala nas rak jesteśmy w szoku.

Naprawdę? Czy my naprawdę mamy podstawy by czuć się tak bardzo zaskoczeni? Czy nasze życie przed rakiem to taki był cud, że słowem złym nie można go potraktować? Czy nasze myśli były piękne i wzmacniające, a nasze pragnienia realizowane? Tak szczerze. Tak prawdziwie… odpowiedzmy sobie na te pytania. Bez naciągania i oszukiwania. Spójrzmy w najgłębszy głąb siebie i zapytajmy o stan naszego życia przed rakiem…

Nie twierdzę, że rak to tylko wina złego myślenia. Choroba ta aż nadto jest skomplikowana, a do tego rozwija się latami, podstępnie, zanim uwypukli się w rakowego guza. Skażone środowisko czy zmutowane geny to dorzutki do pieca, których co gorsza za bardzo kontrolować nie możemy. Wiele jednak rakotwórczych czynników, zależy bezpośrednio od nas. W tym stres, który narzuca nam niezdrowy styl życia powiązany z beznadziejnym z reguły myśleniem.

Tymczasem, nad jakością naszych myśli możemy przecież pracować. Nad systemem naszych przekonań również. Ktoś nam może i wmówił kiedyś, że niewiele jesteśmy warci, że na szczęście nie zasługujemy, że nie jesteśmy perfekcyjni (choć przecież powinniśmy być) i że naszym zadaniem jest spełnianie oczekiwań innych ludzi. Ktoś nam kiedyś może nawet i krzywdę jeszcze większą zrobił. Każdy z nas ma jakiś bagaż przecież. Życie jednak nie kończy się na jednej walizce, a i tę zawsze można przepakować. Identyfikacja i eliminacja tych przekonań, które zaczerniają nasze myślenie powinna stać się nasza misją. Tym bardziej, że przekonanie, choć wydaje nam się być czymś nieziemsko trwałym, jest niczym innym jak nomen omen, nieustannie powtarzaną myślą. To powtórka tak ją utrwaliła i powtórka może ją zmienić. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie tego by zacząć powtarzać sobie nową myśl. Zdrową, pozytywną, budującą, wspierającą myśl, która zastąpi starą śpiewkę, dając nam nowy, silny fundament i dziką chęć do życia.

amazonka w dzubki agata

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź Amazonkę w Dżungli na blogu oraz na Facebooku.

 


Lifestyle

„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam…

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 września 2017
Fot. iStock/elenaleonova
 

Mam 45 lat. Przez ostatnie dwadzieścia wydawało mi się, że mam cudowne życie. Fajnego męża, którego poznałam na studiach, a który był zawsze opiekuńczy. Fajną dwójkę dzieci, które teraz studiują. Piękny dom, ciekawą pracę. Czego można chcieć więcej? Ile razy słyszałam: „Ty to masz dobre życie” i nikt nie musiał mi tego udowadniać, bo sama tak czułam.

„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam, ale gdy dotarło do mnie brzmienie tych słów, już wiedziałam, co znaczy, że jest i że ktoś. Ten ktoś może miał blond włosy, mniej lat ode mnie, długie nogi i uśmiech podkręcony botoksem. Na pewno na czas pofarbowane włosy, żeby nie było widać odrostów i nigdy nie widział jej w dresie zmęczonej po całym dniu pracy i innych obowiązków.

Nie mogłam zasnąć. Jak to na idealnym zdjęciu naszego rodzinnego zdjęcia pojawiła się rysa? Przecież było tak dobrze, wszyscy nam zazdrościli, że bez kryzysów, upadków wspólnie za rękę idziemy przez życie? Ale jak to? Jak to „ktoś”? Jak on mógł tak po prostu, jednym zdaniem przekreślić wszystko to, co zbudowaliśmy, w co – wydawało mi się, wierzyliśmy.

Nie chciał odejść. Mówił o tym, ile nas łączy, ile wspólnego razem przeżyliśmy. On nie wie, jakie to ma znaczenie, czy coś z tego będzie, a może w ogóle… A ja przecież jestem, tyle lat. Skok w bok niczego między nami nie musi zmieniać. On tylko poczuł się staro i nie chciał w życiu żałować czegoś, czego nie spróbował, choć miał okazję.

Ja chyba ku*wa śnię?

Przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa byłam cała dla niego, pełna poświęcenia i miłości. To dla niego zrezygnowałam z kariery zawodowej, zostałam w jednym pewnym miejscu pracy niezmiennym od lat, bo karierę robił on. Musiał się szkolić, wyjeżdżać na konferencje, musiał się uczyć po nocach, pracować dłużej niż inni. Byleby osiągnąć sukces. Ja byłam żoną, która prasowała jego koszule, pakowała mu walizki, która w nocy wstawała do dzieci, żeby on mógł się wyspać. Gotowałam, sprzątałam, siedziałam z dziećmi nad lekcjami, siedziałam przy ich łóżkach, gdy miały gorączkę, przytulałam, gdy zawiódł ich przyjaciel. Chodziłam z nimi do kina, wyjeżdżałam na wieś do babci. Co miałam w zamian? Męża, który mógł bez problemu piąć się po szczeblach awansów, który zarabiał coraz więcej, dzięki czemu stać nas było na cudowne wakacje, na narty czy dobre szkoły dla dzieci. Byłam z niego dumna. Byłam dumna, gdy na kolejnych konferencjach gratulowali mu osiągnięć. Byłam żoną spełniającego się faceta, żoną, która mu to umożliwiła, która miała wkład we wszystko do czego on dążył, do czego wspólnie dążyliśmy. Mówił, że to dzięki mnie, że jest wdzięczny za cudowne dzieci, za to, że zawsze na niego czekam, że nie mam pretensji, gdy on dłużej musi zostać w pracy lub pracować w weekend. Przełykałam wtedy gorycz, żal, że jemu wydawało się to takie łatwe, że uważał, iż nie stanowi dla mnie problemu siedzenie w jego cieniu. I nie, nie chodziło o to, że ja chciałam się wybić przed niego, że chciałam świecić mocniejszym blaskiem. Chciałam też się spełniać. Też mieć czas wyskoczyć na siłownię, na plotki z przyjaciółkami. Dusiłam w sobie te myśli. Przecież tak, jak jest, jest idealnie, po co komplikować.

W pracy było mi dobrze, znane kąty, przestano mi już proponować awans, bo zawsze odmawiałam, za to nigdy nie odmawiałam większej ilości obowiązków. Potrafiłam się zorganizować, a im dzieci były starsze, tym było mi łatwiej.

Efekt. On kogoś ma. Dlaczego o tym piszę? Bo chcę, żebyście zrozumiały, że zawsze w każdym związku powinniście pozostawić część samej siebie, nim będzie za późno. Przez te dwadzieścia lat ani przez chwilę nie pomyślałam o sobie. Przez myśl mi nie przeszło, żebym zrobiła to, na co właśnie mam ochotę. Nigdy. Najważniejszy był mąż, zadowoleni teściowie, moi rodzice, a później jeszcze szczęśliwe dzieci. Całe swoje życie im poświęciłam. Gotowałam obiady, słuchałam „dobrych” rad teściowej bez cienia sprzeciwu. Czekałam z ciepłą kolacją na męża bez względu na to, o której godzinie wracał, a o której ja musiałam wstać czy to do dzieci, czy do pracy. Moje potrzeby były na samym końcu. Chciałam chodzić na basen, na masaż, bo miałam problemy z plecami, ale kiedy? Kiedy? Skoro dzieci trzeba było rozwieźć, zakupy zrobić, odebrać od męża telefon z informacją: „kochanie będę później, dasz sobie radę?”. Zawsze dawałam, z czasem przestał pytać. Może bał się, że w końcu powiem, co naprawdę gdzieś w sobie czułam, że wydobędę na zewnątrz cały swój bunt przeciw temu status quo. Przyjaciółki jeździły wspólnie do SPA na weekend, ja wyjeżdżałam zawsze z mężem i dziećmi, kiedy tylko on miał czas. Zawsze razem. Jak pie*dolona nierozłączna rodzina, idealna.

Jasne, że się buntowałam, że nie chciałam być tylko kurą domową, która przy okazji chodzi do pracy. Ale on miał zawsze gotową odpowiedź: „Chcesz, zatrudnimy panią do sprzątania, do prasowania. Tylko powiedz, nie musisz robić wszystkiego”. Ale jak nie robiłabym wszystkiego, to do czego byłabym potrzebna, co bym miała? Mój status był moją wartością, nie miałam nic więcej.

Dzieci zawsze były blisko. Dopiero na studia się rozjechały. I nagle dom stał się pusty, a ja zyskałam masę dodatkowego czasu. On też. Bo nagle nigdzie nie trzeba było dzieci wozić, odbierać z imprez, zabierać na zakupy. Nie było rozmów popołudniowych i wieczornych. Zostałam sama. I nagle tych koszul do prasowania było jakby za mało. Tych naczyń do umycia także. Mniej gotowania, mniej sprzątania. Mogłam usiąść z książką, z winem bez poczucia, że czegoś nie zrobiłam. Mogłam zostać dłużej w pracy, gdzie patrzyli na mnie ze zdumieniem.

W jego życiu nic się nie zmieniło. Tylko nam zabrakło tematów do rozmów. Nie było zwykłej wymiany informacji, co u dzieci, co na obiad, jak u niego. Lista zaczęła niebezpiecznie się skracać. Nie potrafiliśmy wspólnie usiąść, obejrzeć film. Jak para obcych sobie ludzi. On patrzył na mnie ze zdumieniem, gdy wyrzucałam z siebie, że nie wiem, kim jestem, że pozwoliłam, by zabrał mi tyle lat, że on nigdy nie zauważył, jak mnie używa, że jak mógł myśleć, że to dla mnie pełnia szczęścia. Patrzył, słuchał i nie rozumiał. A ja? A ja nie wiedziałam, czego chcę, nie znałam siebie, nie wiedziałam, co lubię robić, z czym mi dobrze. Bałam się pomyśleć o sobie. Samotne wyjście do kina, teatru, kiedy jego nie było, wypełniały mi czas.

Dwadzieścia lat, kiedy zapomniałam zupełnie o sobie, a on teraz kogoś ma. On żyje swoim życiem, takim, jakim chciał, o jakim decydował, w którym podejmował samodzielnie wybory. Mówi, że mnie kocha, że łączy nas przeszłość. Ale co teraz? Co z dzisiaj? Czy dzisiaj coś nas jeszcze łączy, czy dzisiaj nie jestem już mu potrzebna, bo wypełniłam swoją rolę – matki jego dzieci i organizatorki jego życia, ułatwiającą mu sięgnięcie po to, czego on pragnął? Już to ma. Ja mogę zejść na drugi tor. I wiecie co, chyba tak zrobię, chyba w końcu muszę zadbać o siebie i pójść swoją własną drogę. Boję się jak diabli, ale na co mam jeszcze czekać? Ryzykować swoim czasem? Nikt mi go nie zwróci.

Nie przegapcie tego wszystkiego, czego ja nie zauważałam. Pamiętajcie o sobie.


Lifestyle

Chcesz schudnąć? Pij wino! To naprawdę działa i dowodzą tego naukowcy!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 września 2017
Fot. iStock/microgen

Kto z nas nie lubi zasiąść przy lampce dobrego wina wieczorem, do kolacji albo do rozmowy z przyjaciółką. Niestety zawsze nas straszą tymi pustymi kaloriami w alkoholu, które z całą pewnością nie pójdą nam w cycki. 

Okazuje się jednak, że te kalorie, to nie jest cała prawda o winie, a ono samo posiada szereg właściwości, które – uwaga – sprzyjają naszemu zdrowiu, a ponadto pomagają nam schudnąć! W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii romans z butelką wina staje się coraz bardziej powszechny, ponieważ w coraz większym stopniu pomaga w walce z otyłością. Jedna z kobiet wypowiadająca się dla Dalimail podkreślała, że codzienne picie lampki wina zdecydowanie zmniejsza jej ochotę na słodycze.

13-letnie badanie Uniwersytetu Harvarda przeprowadzone na 20 000 kobiet wykazało, że ci, którzy piją pół butelki wina dziennie, mieli o 70 procent zmniejszone ryzyko otyłości w porównaniu do osób niepijących wina. A oficjalny urząd zajmujący się kwestią spożywania alkoholu i jego nadużyć w Stanach Zjednoczonych stwierdził, że gdy zamiast węglowodanów spożywamy alkohol, to pomimo kalorii w nim zwartych, osoby pijące mają tendencję do utraty wagi zyskując ponadto więcej energii niż te, które zajadają się słodyczami.

Inne badania, przedstawione na jednej Europejskich Konferencji o Otyłości, dowodzą, że kieliszek czerwonego wina każdego wieczoru zwiększa poziom dobrego cholesterolu. Tym samym wino może pomóc w zmniejszeniu ryzyka zachorowań na cukrzycę, gdyż korzystanie wpływa na nasz organizm, a przede wszystkim na metabolizm glukozy.

Oczywiście, że wszystko jest dla ludzi, jeśli korzystamy z głową z wszelkich dobrodziejstw. Tak też jest i z winem, czy alkoholem w ogóle. Jednak mały kieliszek wina do posiłku może sprawić, że nasza waga nie będzie rosnąć. Zobaczcie na Francuzki – one są szczupłe, a wino zawsze gości na ich stole. Tak się składa, że szczególnie czerwone wino zawiera wysokie stężenie resweratrolu, które znajduje się w skórze winogron, a ten związek według jednego z badań pomaga  nam zmniejszyć całkowitą ilość tłuszczu w organizmie.

Innym dowodem na to,  że wino może przyczynić się do naszej zdrowej wagi jest fakt, że proces trawienia wina pozwala spalić kalorie, zwłaszcza u kobiet, które wytwarzają mniejszą ilość enzymu metabolizującego alkohol niż mężczyźni. Oznacza to, że aby strawić alkohol, musimy przez dłuższy czas kontynuować produkcję enzymu, który wymaga od ciała spalania energii. To co wypijemy, to spalimy, a może nawet i ciut więcej.

Innymi słowy, nie zawsze chodzi tylko o kalorie, ale o to, jak dany produkt oddziałuje na nasz organizm i do czego zmusza nasze ciało. Zauważcie, że w zestawieniu czekolada – wino – to wino wypada zdecydowanie korzystniej, bo choć zawiera kalorie, to jednak sprawia, że dość sporo po lampce wina ich spalamy i to wcale nie wymaga biegania na siłownię. Więc może zamiast przekąsek o podobnej zawartości kalorii, lepiej sięgnąć po lampkę wina. 😉 Hmm… kusząca propozycja.


 

źródło: dailymail.com


Zobacz także

Wyskoczcie na chwilę z pędzącego pociągu. Akcja #MiesiącKobiet

Magiczna trzynastka. Książki na weekend. Odłącz się i czytaj!

Zapamiętaj do czego masz prawo, bo za chwilę ktoś może zechcieć ci je odebrać