Lifestyle REPORTAŻ

„Znam kobiety, które straciły ponad 30 mężczyzn ze swojej rodziny podczas tego ludobójstwa”. Nikt nie ucieka z bezpiecznego domu…

Małgorzata Gąsiorowska
Małgorzata Gąsiorowska
20 grudnia 2015
Fot. Archiwum prywatne
 

Z Eminą Ragipovic, Bośniaczką, muzułmanką, prezeską Fundacji Kultura Bez Granic spotykam się w jej warszawskim mieszkaniu. Prosi o przypilnowanie piekarnika, w którym rumieni się bałkański burek. Coś jeszcze załatwia w locie. Mam chwilę, żeby się rozejrzeć. Pokój tonie w książkach: religioznawstwo, historia, reportaże. Na półkach zdjęcia.  Na jednym uśmiechnięty 12– letni Ali, syn Eminy. Obok stoi portret Tadeusza Mazowieckiego, z którym przez wiele lat współpracowała.

Małgorzata Gąsiorowska: Znasz wiersz Warsany Shire „Dom”?

Emina Ragipovic: Nie, chyba nie…

Przeczytam ci początek: „nikt nie opuszcza domu, chyba że dom jest, jak paszcza rekina”

Rozumiem, bardzo symboliczne. Ja opuściłam swój dom z powodu represji politycznych. Pracowałam na Bałkanach jako koordynatorka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i niezależna dziennikarka w najgorszych okresach reżimu Miloševića. Wspólnie z demokratyczną opozycją serbską walczyliśmy o ochronę praw człowieka licznych mniejszości narodowych zamieszkujących terytorium byłej Jugosławii, m.in.: albańskiej, bośniackiej, węgierskiej, romskiej.  Ale represje się nasilały, zwłaszcza wobec serbskiej opozycji wewnętrznej. Ludzie po prostu znikali bez śladu. Sprawę załatwiały służby specjalne, ręka w rękę z mafią i z błogosławieństwem reżimu. Byłam prześladowana i wielokrotnie zatrzymywana. Gdy stało się to pierwszy raz, nie miałam jeszcze 18. lat. Obserwowałam represje i procesy bośniackich opozycjonistów. Ale walczyłam. Dopiero kiedy sama zostałam matką, i przestałam być odpowiedzialna tylko za swoje bezpieczeństwo, postanowiłam wyjechać do Polski. Ali miał wtedy około roku.

To było już po wojnie, zbrodniarze wojenni zostali skazani …

Tak, góra tak. Zostały całe „doły”. Ci, którzy te rozkazy realizowali, ci którzy strzelali, aresztowali i gwałcili, szczególnie w Bośni. Oni zostali w aparacie urzędniczym, służbach bezpieczeństwa, na wysokich pozycjach w państwie. Dla mnie niewiele się zmieniło. Zresztą, nie wgłębiając się w historię wojny na Bałkanach, nie możemy zapominać, że reżim trwał jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, a pogranicze długo pozostawało niespokojne. Mieliśmy z moim zespołem co robić.

Zajmowałaś się jakimś szczególnym obszarem łamania praw człowieka?

Od pewnego momentu tak. Raportowaniem sytuacji kobiet, pomocą ofiarom gwałtów i przemocy wojennej. To Tadeusz Mazowiecki jako specjalny wysłannik UNHCR (Wysoki Komisarz Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców) wywalczył, aby przemoc wojenna i gwałty zostały uznane przez Trybunał w Hadze za zbrodnię wojenną. Premierowi należy się najwyższy szacunek za to co zrobił dla prawdy o Bośni i zbrodniach dokonanych podczas tego konfliktu.

Kobiety są szczególnie narażone w czasie wojen …

Nie tylko w czasie wojen, ale tak. Mężczyzn często nie ma, bo walczą lub zostają wymordowani w pierwszej kolejności, by im tę walkę uniemożliwić. Na kobietach spoczywa ciężar utrzymania i przetrwania rodziny, a co za tym idzie szerzej – przetrwania narodu.

Kobiety są też narażone w czasie wojny na przemoc seksualną?

Kobiety, szczególnie bośniackie muzułmanki były podczas tej wojny gwałcone masowo i większość z nich w sposób zorganizowany. Tworzono nawet specjalne obozy. Aresztowane kobiety były gwałcone przez żołnierzy, przez członków grup paramilitarnych, a nawet przez żołnierzy i dowódców przysłanych tam w ramach misji ONZ.  Wiele kobiet w wyniku tych gwałtów zachodziło w ciąże. Upokarzało je to dodatkowo. „Zobacz, zostawiłem ci ślad na całe życie, ślad w twoim ciele, w krwi, i w domu”. Gwałty i inne akty przemocy oczywiście zdarzały się po wszystkich stronach tego konfliktu. Nie mam co do tego wątpliwości, jednak skala terroru jaka dotknęła bośniackie muzułmanki, była największa. Trybunał w Hadze szacuje, że takich kobiet było ponad 25 tysięcy. Ich dramat ciągnie się długo po odzyskaniu wolności, szczególnie tych, które zdecydowały zatrzymać przy sobie dzieci, owoce tych gwałtów. Niejednokrotnie były odrzucane przez męża, rodzinę czy środowisko.

Kobiety są wobec wojny bezbronne

Bardzo polecam film „Grbavica” z 2006 roku, który dostał nagrodę Złotego Niedźwiedzia w Berlinie. Poruszający. Bohaterka, Esma już po wojnie mierzy się ze wszystkimi demonami. Przed córką utrzymuje, że jej ojciec zginął podczas wojny, bolesna prawda jest inna, co wreszcie wychodzi na jaw przypadkiem. Nie chcę zdradzać fabuły, ale to uniwersalne doświadczenie wielu bośniackich kobiet. Na świecie ten film był przyjęty entuzjastycznie, w Serbii wywołał oburzenie i nie wszedł do dystrybucji. Szczególnie to, że rolę Esmy zagrała Serbka – Mirjana Karanović, która w serbskiej nacionalistycznej  prasie została nazwana zdrajczynią.

Kobiety w czasie wojny muszą też patrzeć na śmierć swoich dzieci …

Takie osierocone matki zorganizowały się wokół Stowarzyszenia Matki Srebrenicy, którego byłam przedstawicielką w Polsce na pogrzebie Premiera Mazowieckiego. To kobiety, które niejednokrotnie straciły wszystkich synów podczas masakry w Srebrenicy. Nie tylko synów zresztą, braci, ojców, mężów. Znam osoby, które straciły ponad 30 męskich członków swojej rodziny podczas tego ludobójstwa.

Po czymś takim można żyć? I jeszcze walczyć?

Można, jak widać. I trzeba. Przy życiu utrzymuje je nadzieja na choćby gram sprawiedliwości w stosunku do sprawców tej zbrodni.

Przecież zostali pojmani i osądzeni….

Owszem, tak jak wcześniej mówiłam, głównie ci na górze, dowódcy, wydający rozkazy. Ci, których rękoma mordowano, często nie. Nadal żyją w swoich środowiskach i często mają się doskonale. Pracują, kłaniają się i uśmiechają do swoich ofiar, których są sąsiadami. Wielu z nich pracuje nadal w  aparacie urzędniczym i służbach bezpieczeństwa, są nietykalni. Matki Srebrenicy walczą o rozliczenie także wykonawców rozkazów, nie tylko mocodawców. Nadzieja na sprawiedliwość utrzymuje te kobiety przy życiu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

W Polsce kontynuujesz swoją pracę w Fundacji Kultura bez Granic?

Pomagam nie tylko kobietom, ale rzeczywiście one potrzebują czasem specyficznej pomocy. Przyjeżdżają tu po strasznych przeżyciach, doświadczały najgorszych form przemocy. Tu spotykają ich kolejne dramaty, bo stykają się z bezduszną machiną urzędniczą i niewydolnym systemem. W ośrodkach nie ma sensownej polityki integracyjnej. Są wspierane przez krótki czas niewielkimi kwotami, które nie wystarczą na życie, wynajęcie mieszkania. Jeśli mają pod opieką dzieci są w jeszcze trudniejszej sytuacji. Mają problemy ze znalezieniem pracy, ze wszystkim.

Nie rozumiem  tego, jesteśmy wśród 30 najbogatszych krajów świata. Jesteśmy najszybciej rozwijającym się krajem w Europie. Argument, że nie ma mieszkań komunalnych dla polskich matek, bo nie ma, nie jest problemem spowodowanym tym, że zabierają je emigrantki. To plama na sumieniu tego systemu. Tego też nie rozumiem w państwie deklarującym ochronę i wspieranie rodziny. W kraju, w którym tak się faworyzuje postać „matki”, a de facto polityka jest antyrodzinna i antyspołeczna.  Te sprawy pozostają głównie w sferze działań organizacji pozarządowych i kościelnych.

Ty nie wyjeżdżałaś w tak dramatycznych okolicznościach jak obserwujemy to teraz podczas kryzysu uchodźczego?

To była trudna decyzja, chociaż nie tak dramatyczna. Ale bardzo trudna. Długo nie mogłam jej podjąć, chciałam walczyć. W pewnym momencie zdawałam sobie już sprawę, że dalekie jest to od normalnego, spokojnego życia. Miałam dobre kontakty z polską ambasadą. Postanowiłam się ubiegać o azyl polityczny. Teraz jestem polską obywatelką.

Gdy patrzysz na tych ludzi w łodziach, teraz i na to jaka atmosfera społeczna wokół uchodźców panuje, co czujesz, co myślisz?

Jestem zła. I widzę ogromną hipokryzję tych, którzy mianują się wyznawcami podstawowy wartości europejskich. Europejskiej solidarności. Tych, którzy tak bardzo podkreślają szacunek i ochronę  każdego życia ludzkiego. Brakuje tej solidarności i na poziomie przywódców i niestety zwykłych ludzi. Myślimy, że gdy coś się dzieje daleko, to nas nie dotyczy. Nie obchodzi nas, że w Syrii ginie 250 tysięcy ludzi, a ucieka 4 miliony. Jesteśmy bezpieczni w naszej potężnej Europie, a że ludzie giną w Somalii, Erytrei i Kongo lub topią się na tych łodziach. Cóż … Z mojego punktu widzenia to europejski kulturowy szowinizm, też się poczuwam, chociaż nie podzielam tych postaw,  jestem Europejką. Do tego dochodzi islamofobia. To teraz główna oś oporu przed pomocą dla tych ludzi.

Skąd to się bierze? Nie mówmy może o Europie, ale w Polsce?

Za tę sytuację najbardziej obwiniam media, które konsekwentnie, od lat budowały obraz muzułmanina terrorysty. Mówiono o Państwie Islamskim, podkreślano wyznanie ludzi dokonujących aktów przemocy, o ile był nim islam. Nie wymienia się wyznania każdego mordercy lub robi się to rzadko. A przez nas, muzułmanów, człowiek, który aktów terroru dokonuje nie jest uważany za muzułmanina, bo godzi w filary naszej wiary. Fundamentem naszej wiary jest jeden z wersetów, który mówi, że kto zabija niewinnego człowieka, zabija cały świat. A kto ocali jednego niewinnego człowieka, ratuje cały świat. Niewiele możemy poradzić na to, że radykałowie wypaczają te prawdy i te zasady. Najwyżsi przywódcy duchowni wydali fatwę – dekret w którym wykluczają takie organizacje, jak ISIS, z grona muzułmanów. Potępili też wszystkie zamachy, w których giną cywile.

Z Syrii uciekają zwykli ludzie, którzy nie mogą normalnie żyć i wychowywać dzieci w chaosie i ciągłym poczuciu zagrożenia. I  ja to doskonale rozumiem, bo sama to przeżyłam, ale wystarczy trochę empatii i zrozumieć jest to w stanie każdy. Bojąc się robimy tylko prezent radykałom, którym zależy na pogłębianiu chaosu i destabilizacji.

A wy jakoś doświadczacie niechęci?  Twój syn Ali jest w szkole dyskryminowany?

W zasadzie nie. Był  może taki moment, co mnie zaskoczyło, bo Ali jest bardzo lubiany w klasie. Ale szybko wspólnie z rodzicami, pedagogiem i wychowawcą opanowaliśmy sytuacje i jest dobrze. Ja chodzę bez chusty, zakładam ją tylko do modlitwy, więc tym bardziej nie widać na pierwszy rzut oka, że jestem muzułmanką. Natomiast dziewczyny pod hidżabami boją się ostatnio nawet wychodzić.

Powszechnie uważa się, że kobieta muzułmanka ma niską pozycję, jest cichutka, skromniutka. Ty burzysz stereotyp.

Tak, my wszystkie burzymy. Szczególnie samodzielne mamy, jaką i ja jestem.

Pozycja kobiet w islamie jest i była zawsze bardzo wysoka. Cieszymy się prawami w niektórych obszarach bardziej postępowymi niż kobiety  innych wyznań. Na przykład mamy prawo do rozwodu. Mamy prawo do dziedziczenia, prawa wyborcze, prawo do edukacji oraz prowadzenia modlitwy, to nasze prawa koraniczne. Miałyśmy je znacznie wcześniej niż inne kobiety.

To, że w niektórych krajach te prawa są łamane wynika z regionalnych uwarunkowań, a nie z religii i tak samo dotyka to muzułmanek jak i na przykład chrześcijanek. To są inne procesy, związane z kulturą patriarchalną, ale nie z religią jako taką. Przed Bogiem i prawem jesteśmy równi, chociaż oczywiście we współczesnym świecie jest to utopia. Tak jak każda religia może być używana do politycznych rozgrywek.

W stosunku do kobiet?

Dokładnie. W niektórych regionach te prawa koraniczne się kobietom odbiera, islam sie  asymiluje do lokalnych tradycji. Te najgorsze rzeczy, kojarzone stereotypowo z islamem, nie mają z religią nic wspólnego. Jak, na przykład, obrzezanie kobiet, kamienowanie (które jest podkreślone w Starym Testamencie). To są okrutne, ale bardzo lokalne „tradycje”.

Nasi religijni przywódcy niejednokrotnie potępiali takie praktyki jako niezgodne z islamem. Przemoc wobec kobiet jak terroryzm, nie ma religii, nie ma narodowości i dotyka nas pod każdą szerokością geograficzną. W Europie nie jest z tym różowo, skala przemocy wobec kobiet jest ogromna, więc zanim zaczniemy zamiatać czyjeś podwórka, warto najpierw zrobić porządek na swoim.


Emina Ragipovic. Bośniaczka, muzułmanka, obywatelka polska. Absolwentka kulturoznawstwa i  literatury południowo-słowiańskiej na Uniwersytecie w Sarajewie. Na Bałkanach pracowała jako niezależna dziennikarka i koordynatorka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Była współpracowniczką Tadeusza Mazowieckiego (od czasu gdy pełnił funkcje specjalnego wysłannika UNHCR na Bałkanach). Dla przyjemności studiuje stosunki międzynarodowe w Collegium Civitas. Była koszykarka. Prezeska Fundacji Kultura Bez Granic, a przede wszystkim mama 12 letniego Alego, młodego sportowca, który idzie w jej ślady i też trenuje koszykówkę.


Lifestyle REPORTAŻ

„Cześć kochani, znów święta, mam przesrane. Ale większość z was też”. List singielki do całej reszty ludzi

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
20 grudnia 2015
Fot. iStock / nandyphotos
 

Zawsze, gdy słyszę w radiu nieśmiertelną piosenkę „Last Christmas” myślę, że oto zaczyna się czas, gdy będę miała przej**ane.

To kolejny rok, gdy jestem sama, znów nie przedstawię rodzinie nowego chłopaka, narzeczonego. Nie pojawię się u ciotki, siostry z przystojniakiem u boku, dowodem na to, że jeszcze jestem kobietą, że istnieje w moim życiu coś poza pracą.

Tata znów powie: „No to miłości ci w końcu życzę, kochanie”, mama da mu  ukradkowego kuksańca, bo przecież wie, jak mnie to złości. A potem, po cichu, w kuchni powie siostrze, że bardzo się o mnie martwi, bo ja wciąż jestem sama. I czy siostra może wie co z tym Pawłem, z którym ostatnio, nawet miło, rozmawiałam przez telefon.

No cóż, mamusiu, my się tylko od czasu do czasu bzykamy. Nie kocham go, ale sama widzisz, czasem potrzebuję seksu. Jednak nie chcę tworzyć w swojej głowie iluzji, że kocham kogoś z kim tylko łączy mnie fizyczność. Może chciałabym inaczej, ale sama rozumiesz, serce mam puste. Nie rozumiesz?

Myślałam, że twoje serce jest puste od dawna.

Siostra też się pomartwi, w końcu wszystko lepsze od przyglądania się temu, że jej małżeństwo już dawno jest trupem. W końcu to zawsze małżeństwo, prawda? Kilka dni przed świętami wypoleruje je, wyczyści, wypcha jakąś treścią. W Wigilie będzie wyglądało nawet jak żywe. Pozwoli uspokoić  ciotki, zatka je choć i tak wypowiedzą słowa, które wypowiadają zawsze: „Ależ ta Madzia szczęśliwa, i on taki przystojny, piękna para”.

Madzia co prawda wyje mi w słuchawkę co weekend, co jego podróż służbowa, co nieudany seks, co (nie)pomoc przy dziecku. Ale nie ma się co martwić, od czego są doraźne pastylki na spokój. Dzięki nim chociaż Madzia zachowa twarz, ona jest taka miła i spokojna, nie to co ja, ta gniewna karierowiczka. Nic dziwnego, że nikomu się nie podobam.

Ale to nie jest tak, kochani. Podobam się żonatemu M. Jest nawet fajny, ale znam tę żonę, ona myśli, że są dobrym małżeństwem. Ale pewnie są, prawda? No i jeszcze jest Paweł. Ale o tym pisałam już wyżej. Nawet jeśli myślę, że jednak spróbuję go pokochać, nawet gdy zaciskam oczy i powtarzam sobie jak mantrę, że to moja ostatnia szansa – to nic,  nie działa. Nie umiem tak pięknie czarować jak wy.

Usiądziemy i będziemy się do ciebie wszyscy uśmiechać przesadnie. Ciotka jeden wypije duszkiem wino, żeby nie zrobić afery babci, która nie zapisała jej domu, ale za to zapisała połowę wujkowi i innym wnukom. Ciotka nie rozumie, bo to bardzo dziwne, przecież ona babcią opiekuje się najbardziej. Ciotka dwa nie przestanie opowiadać o sobie, o tym jak jej dzieci są genialne, te języki, to wykształcenie, ta praca w najbardziej światowych korporacjach, ten sukces wpisany w drogę życia i licho wie co jeszcze. Ciotkę trzy ledwo zniesiemy wszyscy, bo przecież wie najlepiej jak robić rybę po grecku, karpia, uszka, i cholera, nie ma rzeczy na której ktoś może znać się bardziej, więc pomilczmy lepiej, bo po co strzępić sobie język. Mi tam, na przykład, szkoda energii.

Potem i tak pewnie ktoś się z kimś pokłóci, bo jednak tego wina za dużo. No cóż, polskie święta, nie może być bez emocji.

Zniosę to wszystko, bo jestem naprawdę grzeczną dziewczynką. Mam ładnie zasznurowane usta, zasznurowane ciało, pragnienia też mam zasznurowane wyku**iście pięknie. Świetnie udaję, że jestem szczęśliwa, że nic mi nie przeszkadza, że wszystkich i wszystko rozumiem.

Obiecuję, nie powiem więc, że:

– wolałabym, żebyście przestali być dla siebie sztucznie mili, żebyśmy rozmawiali na proste wyrazy, żebyście nawet klęli, ale byli prawdziwi.

– moja samotność czasem przeszkadza mi mniej, czasem bardziej. Ale nie jestem nieszczęśliwa, przepraszam. Nie pożeram wieczorem paczki wafelków i pudła lodów, nie słucham smutnych kawałków, moje ciało nie jest głodne seksu i bliskości. Biorę co mi życie daje i nie oszukuję, że jest inaczej.

– wolałabym, żebyście nie patrzyli na mnie ze współczuciem czy znajdowali czasu dla mnie tylko w święta. Żebyście przestali wciskać mi frazesy, że mogę na was liczyć tylko, żebyście kiedyś pomogli mi wnieść tę kanapę czy naprawić kran.

  wolałabym, żebyście byli wolni od tych wszystkich „musisz”, „powinnaś”, bo jedyne co ja muszę to być szczęśliwa i w miarę dobra dla siebie i innych.

– powinniście przestać wkładać świat do tych szufladek. „gruba”, „chuda”, „właściwe”, „piękne”, „brzydkie”, „beznadziejni” , bo ciężko się tego słucha i to bardzo męczące.

Kochani, ja wciąż mam szansę na miłość, na dom prawdziwy, bez frazesów, głodnych kawałków, mam szansę na ciepło, wsparcie i bliskość. Wciąż mogę żyć jak chcę, mam czas. Wciąż jestem prawie czystą kartą i nie godzę się na półśrodki, bo wiem jak półśrodki wyglądają i dopóki mogę marzyć– to będę.

A wy gdzie jesteście? W jakim punkcie swojego życia? Zamiast się mnie pytać co będę robić na Sylwestra i z kim, spytacie sami siebie czy we będziecie robić w tego Sylwestra to czego naprawdę pragniecie. Bo to chyba jest dużo ważniejsze pytanie. Uwierzcie, wiem gdzie jestem. A wy to wiecie?

Wasza singielka, wasza czarna owca, wasz powód do rozmów.

Wasza ucieczka przed sobą:)

P.S Tekst powstał na podstawie wczorajszej rozmowy z pewną trzydziestolatką, która napisała do mnie, że nienawidzi świąt. I żebym wytłumaczyła ludziom, że warto się w święta i Sylwestra odczepić od singielek i przestać je zadręczać głupimi pytaniami.


Lifestyle REPORTAŻ

Dobre czy złe? Optymistyczne czy pesymistyczne? Czy mamy wpływ na swoje życie?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
20 grudnia 2015
Fot. iStock

Często słyszę od swoich pacjentów „Nie można nikomu ufać”. Albo „Ludzie są źli”,  „Człowiek nie liczy się właściwie we wszechświecie”. Mówią „Życie jest nieustającą walką z cierpieniem”, „Jestem skazany na nieszczęście”. Pytają też „Czy praca nad sobą ma sens skoro tak mało od nas zależy?”,”Po co to zmieniać, skoro i tak za chwilę wszystko złe wróci?”. A ja uśmiecham się pod nosem i mimo iż daleko mi do filozofa egzystencjalnego, odpowiadam „Masz tylko dwie odpowiedzi: tak lub nie. Pomyśl, jak każda z nich zmieni scenariusz twojego życia”.

Jeśliby założyć, że istnieje głównie zło. Ludzie są z natury źli, życie pozbawione sensu, a człowiek nie ma wpływu na to, co się dzieje wokół niego – to rzeczywiście nasze działania powinny ograniczyć się tylko do korzystania z farmakologii, która będzie uśmierzać nasz ból i pozwoli wytrwać do śmierci. Wytrwać, nie żyć. Możemy tylko modlić się (jeśli jesteśmy wierzący), że zło nie zostanie zasymilowane do większego systemu ideologicznego jak totalitaryzm, który doprowadzi świat do katastrofy. Możemy też łudzić się, że nasz scenariusz życia zapisany w gwiazdach (dla wierzących w astrologię) lub dziejący się z przypadku będzie o tyle łaskawy, że pozwoli nam godnie przeżyć długie lata do starości i zminimalizować cierpienie fizyczne i psychiczne. Bo to, że będziemy cierpieć (bardzo) – to pewne.

Mój znajomy melancholik (tak siebie określa) jest w stanie przeprowadzić całkiem logiczny wywód filozoficzny, by udowodnić mi, że to myślenie jest jedynym zasadnym, a założenia psychologii pozytywnej, która dynamicznie rozwija się obecnie w mojej dziedzinie nauki – to czysta racjonalizacja. Próbuję go przekonać, ale bynajmniej nie dlatego, że miałabym taką moc i wiedzę by udowodnić swoją rację. Jest mi go po prostu żal, bo to człowiek dobry i niezwykle zdolny, ale wciąż jest smutny. I wciąż nie ma motywacji by fajnie żyć. – Dlaczego nie zgłosiłeś się do tego „konkursu”? – pytam zdziwiona, będąc przekonaną, że ze swoim talentem pokonałby swoich przeciwników. – Nie wiem. Nie mam siły – odpowiada. Rzeczywiście na jego miejscu myślałabym podobnie, gdybym zakładała, że na niewiele spraw mam wpływ, a mocowanie się z przeznaczeniem jest bez sensu, bo i tak wszyscy umrzemy?

Jeśli założyć, że istnieje wokół nas dobro. Człowiek rodzi się dobry, a dopiero w procesie socjalizacji uczy się negatywnych mechanizmów zachowań, mówimy wtedy o nim, że jest zły. Pytanie, czy człowiek jest zły czy po prostu robi złe rzeczy, bo: tak go wychowano, ma w sobie wielką frustrację, jest nieszczęśliwy? Jeśli spojrzymy na małe dziecko, to czy którekolwiek z nich jest złe? Ugryzie nas w rękę, bo jest złe czy może jest sfrustrowane, bo nie jest zrozumiane? Uderzy w szkole kolegę, bo jest złe czy może nie umie sobie poradzić z agresją, a może ktoś krzywdzi je w domu i tak odreagowuje? Nie znam złych dzieci, co jest dowodem na to, że zło jest tworem nabytym, nie wrodzonym. Co oznacza tym samym, że człowiek MA wpływ. Na swoje życie, samopoczucie, innych ludzi i świat. Wiem, wiem: choroby, wojny, kataklizmy – zdarzenia takie podważają ludzką sprawczość, ale jej nie przekreślają. Bo wpływ człowieka na życie to skala. Może nie mamy stu procentowego przełożenia, ale czy pięćdziesiąt to nie jest dużo? A na pewno więcej niż zero.

Moja koleżanka w kontrze do melancholika określa siebie jako nierealną optymistką (pokonała raka jajnika). Mówi do mnie „Będę żyć, bo życie kocha mnie z wzajemnością. Nie słuchałam rokowań, w których 70% przegrywa z rakiem. Wiedziałam, że będę w tej trzydziestce”. Jej postawa potwierdza wiele badań, które mówią o roli czynnika psychicznego w walce z nowotworem, z chorobami. Ale można to odnieść szerzej – chciałabym pięknie przeżyć swoje życie, a moje życie chce być pięknie przeżyte. Miłość nasza i życia z wzajemnością.

Psychologia pozytywna mówi o ludzkiej mocy i umiejętności zmiany. O tym, że przeżywania szczęścia czasami musimy się nauczyć poprzez świadomość myśli, uczuć i działań. Wtedy możemy być bardziej, więcej i lepiej. To samo zdarzenie może być dla człowieka źródłem radości, jak i smutku. Jeśli ten rok był trudny, nawet bardzo trudny możemy nazwać go kryzysem. A kryzys, jeśli podejdziemy do niego twórczo i pozytywnie, jest zawsze i to naprawdę zawsze zmianą. A często i progresem. Przewartościowanie życia, usensownienie i odzyskanie motywacji do lepszego życia. Mój przyjaciel wrócił ostatnio ze szkolnej imprezy gwiazdkowej, gdzie spotykali się wspólnie rodzice i dzieci. Był jedyny sam wśród par. Spojrzał na swoje życie z lotu ptaka i zadzwonił do mnie: „Beznadzieja. Przegrałem swoje życie”. Zaśmiałam się i odpowiedziałam „Wspaniałość. Wreszcie możesz je wygrać”. Dlaczego? Bo poczuł tak duży dyskomfort, że może mu już być trudno się z nim ułożyć. Bo w tym jednym momencie wzrosła jego świadomość, co do tego, w jakim jest momencie życia, co utracił i czego mu brakuje. Bo doświadczył kryzysu. Im głębszy kryzys, tym więcej zniszczeń. Im więcej zniszczeń tym większa przestrzeń na nowe. Nowe znaczy lepsze.

Na koniec zawsze opowiadam znaną wszystkim przypowiastkę nieznanego autora „Pe­wien in­diański chłopiec za­pytał kiedyś dziadka: – Co sądzisz o sytuacji na świecie? Dziadek odpowiedział: – Czuję się tak, jak­by w moim ser­cu toczyły walkę dwa wil­ki. Je­den jest pełen złości i niena­wiści. Dru­giego prze­pełnia miłość, prze­bacze­nie i pokój. – Który zwycięży? – chciał wie­dzieć chłopiec.- Ten, które­go kar­mię – od­rzekł na to dziadek.

Każdy z nas ma swoją walkę. Między dobrem a złem. Beznadzieją i wspaniałością. Optymizmem i pesymizmem. A przede wszystkim wpływem na życie i jego brakiem. Ja wybieram tę odpowiedź, która sprawia, że moje życie, nawet jeśli to tylko ułamek sekundy na ziemi, jest czasami znośne, często dobre, a bywa naprawdę piękne.


Zobacz także

7 prostych przepisów na dania z jagodami. Pysznie, kolorowo, ale nie zawsze słodko

Masz w sobie żyłkę przedsiębiorcy? Sprawdź, czy masz cechy bizneswoman

10 rzeczy, które robi (naprawdę) zakochany mężczyzna