Lifestyle

Zanim znów napiszesz test za swoje dziecko, zastanów się, czy jego oszukana szóstka, to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka

Poli Ann
Poli Ann
17 marca 2021
Fot. iStock
 

Jestem mamą od dziesięciu lat, kochającą swoje dziecko ponad wszystko. Jestem nauczycielką, od hmm… można powiedzieć nawet i piętnastu lat, bardzo lubiącą swoją pracę.

Dlaczego o tym piszę? Bo w trwającej już ponad roku sytuacji pandemicznej doskonale rozumiem rozterki jednej i drugiej strony. Wiem, co to znaczy siedzieć po kilkanaście godzin przy komputerze, jako belfer i po kilka jako rodzic.

Początki były trudne, dla wszystkich bez wyjątku. Czy dziś jest lepiej? Nie wiem, nie mnie oceniać. Na pewno jestem zmęczona w każdej roli, i jako matki, i jako nauczyciela. I zapewne jak zdecydowana większość z Was marzę o powrocie do normalności. Do kontaktów z ludźmi bez obaw zarażenia, do swobodnego przemieszczania się, robienia zakupów, wyjazdów. Tego potrzebuję jako człowiek.

Jako belferka tęsknię za rozmowami z moimi uczniami twarzą w twarz, o szkole bez obostrzeń, które i tak bardzo trudno wprowadzić w życie pracując z dziećmi. Tęsknię za tradycyjnym nauczaniem, bo widzę, że to które uprawiam teraz z przyswajaniem wiedzy często nie ma nic wspólnego. I wiecie co? Jestem świadoma swoich ograniczeń i być może niedoskonałych metod pracy. Niemniej jednak ręce mi opadają, gdy orientuję się, że prace uczniów nie są samodzielnie. I nie mówię tu o ściąganiu. Dzieciaki mają możliwość to sobie radzą, czasem w życiu trzeba pójść na skróty. Czy warto? To już ono im pokaże. W tej kwestii jestem w stanie uczniów zrozumieć. Pewnie też bym ściągała (z fizyki i chemii szczególnie:)

Co mnie jednak dobija?  To postawa rodziców. Nie wszystkich oczywiście. Mówię tu o wyjątkach, niechlubnych niestety. Na litość boską, przecież znam swoich uczniów (nie tylko wychowanków), głupia nie jestem i w mig się orientuję, że sprawdzian na przykład był pisany przez dzieciaka ze wspomaganiem. I to takim turbo! I to nie co któryś test (bo a nuż, widelec dziecko naprawdę pojęło coś trudnego), lecz każdy! Szóstka goni szóstkę, błędów nie ma żadnych. Nic a nic, a to samo dziecko wzięte do odpowiedzi (nie na ocenę, podkreślam) nie jest w stanie powiedzieć mi najprostszej rzeczy nawet mając podręcznik przed nosem. I wiem, że taki uczeń potrzebuje nakierowania, podpowiedzi i owszem musi mieć szansę na sukces. I prawidłowo, każdy dzieciak powinien ją mieć i sukces ów odnosić. Ale do cholery jasnej, pracując samodzielnie, a nie z rodzicem u boku, który zadanka rozwiąże za swoją latorośl zapewniając mu same celujące. I kto tu jest głupkiem ja się pytam? No przecież nie uczeń. I pozwalam sobie użyć mocnego przymiotnika o nacechowaniu wysoce pejoratywnym (wszak głupek brzmi małostkowo).

Drogi Rodzicu, czy Ty naprawdę myślisz, że pomagasz swojej latorośli? Że w ten sposób wyposażasz ją w odpowiednią wiedzę? Że sprytnie omijasz system?

A czy pomyślałeś co się stanie z Twoim dzieckiem, które wróci do ławki szkolnej i bez Twojej pomocy samo nie napisze nic? Rozważałeś jego samoocenę, która drastycznie spadnie, gdy wcześniejsze szóstki zastąpią dwóje? Czy w życiu nie chodzi o to, by doświadczać i sukcesów, i porażek (przecież z tych ostatnich wyciągamy naukę)? Czy nie po to mamy pisklaka, by samodzielnie wyfrunął z gwiazda i poleciał w wielki świat? I sobie w nim poradził bez Twoich skrzydeł? Ja wiem, że nauczanie zdalne wywołuje w nas-rodzicach silny instynkt opiekuńczy. Najchętniej sami byśmy usiedli do kompa i zrobili wszystko za dzieciaka. Oj kusi, kusi. Jak cholera! Ja na dodatek dysponuję testami, które pisać będzie moje dziecko i jakoś nie pokazuję jej ich przed sprawdzianem. Wyrodna matka, nie? No Ludzie Drodzy, przecież dzieciak w szkole do tej pory jakoś funkcjonował bez Waszej pomocy!!! Pisał te testy i kartkówki. I zapewne jeszcze je tradycyjnie pisać będzie. Takie życie.

Moja dziesięcioletnia córka wygania mnie z pokoju, gdy ma lekcje. Ledwo herbaty mogę sobie zrobić. Nawet gdybym chciała ją wyręczyć to ona na szczęście mi nie pozwoli.

Jakoś żyjemy tak od roku, ona i ja. Uczennica i córka. Nauczycielka i matka.

Idealnym rodzicem nie jestem. Wciąż uczę się, jak być dość dobrą mamą. Jedno wiem, chcę na świat wypuścić jednak samodzielne pisklę, które poradzi sobie beze mnie, a gdy będzie w potrzebie przylecę, by mu pomóc, a nie będę holować lub trzymać w gnieździe, aby zły świat go nie daj Boże nie skrzywdził. Nie tędy droga Kochani! Więc Drogi Rodzicu zanim kolejny raz usiądziesz do komputera, by z dzieckiem lub co gorsza za dzieciaka napisać test, zastanów się, czy jego oszukana szóstka to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka. I jak dotarło?

 


Lifestyle

11 rzeczy, które warto robić razem dla dobrego związku

Poli Ann
Poli Ann
12 kwietnia 2021
11 rzeczy, które warto robić razem dla dobrego związku
 

Związek, nieważne czy z papierkiem czy bez, to pozornie taka oczywista sprawa. Jesteś z kimś, jest Wam dobrze, ciągnięcie razem jeden wózek. Raz pod górkę, raz z górki. Raz po błocie,  kamieniach lub gładko po asfalcie. W słońcu, deszczu, na wietrze. Różnie bywa. Jak to w życiu. Dzień mija za dniem. Gorzej się dzieje, jak ten wózek ciągnie tylko jedno z Was i życie robi się za ciężkie.


A przecież kochasz swoją drugą połówkę. Lubisz na nią patrzeć, wiesz jak drapie się po czole, czy gada przez sen i co uwielbia na śniadanie. Mało co Cię zaskakuje, znacie się jak łyse konie a jednak zwyczajnie przychodzi refleksja, że być może tego wspólnego życia jest za mało… Jeżeli więc nie chcecie któregoś dnia obudzić się z poczuciem, że jest za późno, tych 11 rzeczy róbcie razem!

1. Interesujcie się sobą!

Pytaj jak jej mija dzień, jak się czuje, napisz fajnego SMS-a, nawet kiedy jesteś w pokoju obok! Może ona właśnie tego potrzebuje. Twoja uwaga na pewno dobrze jej zrobi, zapewnienie, że da radę, że jesteś z nią w tym, czasem jest na wagę złota. I odwrotnie. Dostał awans, ciężko pracuje, a Ty przyjęłaś i wróciłaś do rozpakowywania zmywarki?
A może by tak powiedzieć mu, że jest świetny i najlepszy, że jesteś cholernie dumna, że to właśnie on jest Twoim facetem! Niech wie, że cieszysz się jego szczęściem.

2. Przytulajcie się!

Banalne, prawda? Ano niekonieczne. Przecież to dotyk, bliskość ciała, odprężenie tak potrzebne nam w tym trudnym życiu, gdzie niemal wszystko dzieje się wirtualnie. Człowiek zawsze potrzebował przytulania. Ono koi, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa. A w związku tak właśnie chcemy się czuć – bezpiecznie i PRZYTULnie.

3. Razem – chociaż raz w tygodniu!

O co chodzi? Róbcie razem coś, co Wam sprawia przyjemność. Rower, gotowanie, planszówki, bieganie, puzzle, zbieranie znaczków czy wyścigi na to, kto szybciej wypije kufel piwa. Nieważne. Grunt, żebyście naprawdę robili to razem. Żeby była interakcja, rozmowa, śmiech.

4. Wspierajcie się!

Pomocna dłoń jest szalenie ważna w każdej relacji międzyludzkiej. W związku szczególnie. To najprzyjemniejsze poczucie bezpieczeństwa, kiedy wiesz, że możesz na niego liczyć. On od Ciebie też tego oczekuje. Generalnie w związku chyba chodzi o to, by brać tyle, ile się samemu daje. A może i dawać jeszcze więcej nie oczekując nic w zamian? To bardzo indywidualna kwestia. Najważniejsze, by obie strony czuły się ze sobą komfortowo.

5. Rozmawiajcie!

Oj, nie każdy to lubi, prawda? Panowie uciekają od zwierzeń, znikają w swojej jaskini i bardzo często udają, że problemu nie ma. I nie bądźmy tu stereotypowi. Niektóre babki też tak robią. Nie mniej jednak bez komunikacji nie ma relacji. Trzeba ze sobą rozmawiać, a nie tylko do siebie mówić. Milczenie nie załatwia żadnych spraw. Wymiana zdań, argumentowanie wzajemny szacunek i szanowanie odmiennego punktu widzenia – to kluczowe, by uniknąć nieporozumień, tłumionej złości czy frustracji. Nazwijmy to tak – słowa to klucze, które otwierają drzwi z tabliczką „udany związek”.

6. Mówcie sobie komplementy!

Ale jak to? Przecież ona/on wie, że mi się podoba, to po cholerę mam to mówić? Serio tak myślisz? Mam nadzieję, że nie. Czy nie czujesz się lepiej, gdy Twój osobisty facet mówi, że jesteś wspaniała i bosko wyglądasz w tej sukience? Odgarnia Ci grzywkę i chwali, że świetnie sobie poradziłaś? Na pewno wtedy czujesz się lepiej, bardziej dowartościowania, atrakcyjniejsza, pewniejsza siebie, zbudowana…
On też lubi, gdy go komplementujesz. Może się do tego nie przyzna, bo wychowany po męsku nie powie na głos, że również potrzebuje zapewnienia o swojej atrakcyjności. Wiedz jednak, że na to czeka, gdy pochwalisz jego wysiłek na siłowni, danie, jakie przyrządził, fakt  że uporał się z problemem oraz to, że świetnie wygląda w nowych dżinsach.
Bo to żadna sztuka podobać się komuś na początku znajomości. Sztuką jest podobać się nadal, mimo że ten ktoś zna Cię na wylot, z wszelkimi wadami. I wciąż patrzy na Ciebie z zachwytem.

7. Róbcie sobie drobne prezenty!

Bez okazji. A musi być okazja? Serio? Imieniny, urodziny, Walentynki itp.? Tak po prostu, bo ją/go kochasz, bo wiesz o czym marzy lub zrobi się jej/mu najzwyczajniej w świecie miło… Jakież to przyjemne dostać czekoladki w ponury czwartek albo śmieszny podkoszulek w nudny poniedziałek! Bez powodu, tylko dlatego, że chcesz zwyczajnie sprawić radość.

8. Przepraszajcie i dziękujcie!

Magiczne słowa, choć tak oczywiste, najtrudniej jest wypowiedzieć. Szczególnie, gdy włączycie tryb „duma” i zacietrzewieni tkwicie przy swojej racji. Trudno jest się przemóc, ale warto. Dla siebie i dla Was, wyciągnąć rękę, pogadać na spokojnie, przytulić się. Powiedzieć, co komu leży na wątrobie, a potem iść do łóżka. I się godzić. Słowem „dziękuję” można zbudować równie silną relację. Znam kobietę, której facet dziękuje po każdym seksie. Kiedyś tego nie rozumiałam. Dziś sobie myślę, że coś w tym jednak jest… dobrego. Że dla niego taka bliskość to coś wyjątkowego, co może dać mu tylko ona.

9. Miejcie wspólne marzenia!

One scalają Wasza relację. Wtedy łatwiej ciągnąć ten wózek. Nawet pod górę i po kamieniach. To może być mała lub wielka sprawa, o której marzycie. Najważniejsze, by dla Was obojga była równie istotna i motywująca do działania. Przecież związek to trochę jakby gra zespołowa i chodzi o dobro całej drużyny, gdzie ma się wspólny cel, czyż nie? Zacznijcie na początek od zbierania na małą działkę nad jeziorem. Malutką!

10. Rozśmieszajcie się!

Moja przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że jej mąż po kilkunastu latach małżeństwa nadal potrafi ją rozbawić. I uznała, że takie właśnie niby drobnostki cementują ich więź, bo wciąż śmieszą ich te same rzeczy. I chyba jest w tym trochę racji. Śmiech oczyszcza atmosferę, rozluźnia. Miło jest widzieć śmiejącą się Twoją miłość, szczególnie, gdy to Ty ten uśmiech wywołujesz. A przecież chcesz, by Twoja druga połówka śmiała się jak najczęściej i to w Twoim towarzystwie.

11. Dbajcie o Waszą intymność i grę wstępną!

O tym, że seks to cudowna sprawa, nie trzeba nikogo przekonywać. Intymna bliskość, raz czuła i spokojna, innym razem namiętna i szalona. Łóżko to Wasz świat, do którego wstęp macie tylko Wy. I cały ambaras polega nie tylko na tym, by dwoje chciało na raz. Chodzi o to, by znać swoje wzajemne potrzeby, by nadal się pragnąć i chcieć dawać rozkosz tej drugiej osobie. Gdy seks staje się obowiązkiem to sygnał dla Was, że coś się wypala. Trzeba zatem na nowo wzniecać ogień i nie traktować bliskości jak ćwiczeń do wykonania. Tak wiecie, na zaliczenie. Na odwal. Może by tak poświęcić więcej czasu na flirt albo w ogóle zacząć flirtować, umawiać się na randki? Albo grę wstępną rozpocząć już od rana, jakimś soczystym smsem?

To jak? Który krok od dziś wdrażacie? 🙂


Lifestyle

Pewnego dnia okazuje się, że to zawsze, nie jest na zawsze… Mama

Poli Ann
Poli Ann
5 lutego 2021
Fot. iStock

Masz pięć lat i myślisz sobie, że mama jest czarodziejką i że będzie na zawsze. Da plasterek na zbite kolanko. Podmucha, gdy zupa za gorąca. Przytuli, gdy zgubisz zabawkę.

Masz piętnaście lat i myślisz sobie jak ta mama mnie wkurza, ale wiesz, że w razie czego jest. Zawsze. Co prawda nic nie kuma, na pewno celowo czegoś Ci zabrania, ale jak odwalisz jakiś numer to pierwsza wybawi Cię z opresji.

Masz dwadzieścia pięć lat i myślisz sobie, jak dobrze, że ta mama jest i czasem sobie pomyślisz, co by było gdyby jej zabrakło. Pomoże Ci przy dziecku, da obiad po niedzielnym spotkaniu, pomoże dobrą radą.

Masz trzydzieści pięć lat i myślisz sobie, że mama nieźle się trzyma, ale powinna się badać, dbać o siebie, żeby jak najpóźniej jej zabrakło. Mimo to sądzisz, że mama będzie zawsze. Przecież jest niezniszczalna.

Zawsze będzie ugotować Ci krupnik, piec udka, cerować rajstopy, zrobić kanapki. Nawet prasowanie Ci zrobi, gdy Ty jesteś zalatana.

I pewnego dnia okazuje się, że to zawsze nie jest na zawsze. Że mama nie jest robotem, jest człowiekiem, silnym i słabym jednocześnie. Że nie wiesz kiedy baterie jej się wyczerpią.

Uświadamiasz sobie, że to czas najwyższy, by o nią zadbać, a nie pozwalać opiekować się Tobą. I gdy to pojmiesz, nie liczy się kasa, awanse, nowe ciuchy czy podróże. W dupie masz, czy choinka jest ubrana, pierogi zrobione i mak ukręcony. Czy są prezenty, biały obrus i świąteczna zastawa stołowa. Nie widzisz tego. Rzeczy materialne przestają się liczyć. Liczy się tylko to, by przedłużyć to zawsze o ile się da.