Lifestyle Psychologia

6 pytań, na które warto sobie odpowiedzieć, zanim powiesz „kocham cię”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
24 lutego 2017
5 rzeczy, które dzieją się, gdy spotykasz swoją drugą połówkę
Fot. iStock
 

Zawsze ktoś musi być pierwszy. Zastanawiamy się, kto powinien powiedzieć, kiedy, jak… Ale zanim padnie jedno z najpiękniejszych (i czasem najtrudniejszych) słów świata, warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Bo „kocham cię” to obietnica i zobowiązanie. To prawdziwie magiczne słowo, które ma moc tworzenia, a nawet dawania życia; ale też siłę zniewalania i niszczenia – jeśli wypowiemy je zbyt pochopnie.

Co zrobić, by nasze „kocham cię” coś znaczyło?

Sześć pytań, na które warto sobie odpowiedzieć, zanim powiesz „kocham”

1. Czy masz swoje tajemnice?

Wiem, to pytanie wydaje ci się abstrakcyjne. Ale gdy chwilę się nad nim zastanowić, jest wręcz odwrotnie.

„Kocham cię” – to przepustka do wspólnego życia. To nadzieja na wspólną przyszłość (rodzinę, starość, a może i dzieci). Więc zanim z twoich ust wypadnie, to najważniejsze wyzwanie miłości, zapytaj samą siebie – czy naprawdę jesteś gotowa by wpuścić ukochanego w te wszystkie tajemnicze miejsca? W swoje sekrety?

Czy potrafisz być z nim na sto procent? Nie wstydzić się czegoś ważnego powiedzieć, ba – przedyskutować to, jeśli może mieć wpływ na WASZE życie.

No to jak, czy macie przed sobą jakieś tajemnice?

2. Czy oczekujesz i pragniesz doskonałości?

Miłość zaczyna się od akceptacji. Ta prawdziwa.

To ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że pewne rzeczy pozostaną takimi, jakimi są – i kompletnie ci to nie przeszkadza. Mało tego, wiesz, że nie będzie ci to przeszkadzało za 5, 10 czy 20 lat – a przynajmniej pragniesz tego całym sercem.

Bo jeśli już na początki twój plan opiera się na liście rzeczy, które się zmienią (ty zmienisz w nim oczywiście), gdy tylko wejdziecie na kolejny etap. Chyba nie ma sensu ranić czyjegoś serca.

Tylko nie myśl, że to nieważne, że ty wszystko zmienisz i każdego uratujesz. Tak się nie stanie, to działa tylko przez jakiś czas.

Miłość to wzloty i upadki – nawet ta z pozoru idealna. To czasem wtrącająca się teściowa, nietaktowna ciotka, niezamknięty żel pod prysznic albo choroba. Czy jesteś pewna, że chcesz takiej miłości?

3. Czy to twój przyjaciel?

Namiętność, pociąg fizyczny czy intelektualny – to wszystko bardzo ważne, wręcz konieczne. Ale czy oprócz romantyzmu jest między wami coś więcej?

Może pomyślisz, że to banał, ale cofnij się do czasów szkoły, gdy podobał ci się jakiś X. Był na pewno wysoki, przystojny, cudowny i rozchwytywany (przynajmniej w twoich oczach), dałabyś się za niego pokroić. Te wszystkie westchnienia i serca w brudnopisie, skrobane ukradkiem żelowym długopisem, pamiętasz jeszcze?

I czasem dochodziło do spełnienia marzeń, X pojawiał się w twoim życiu. Siadaliście razem i… zgrzyt, siedzieliście tak milcząc, gapiąc się w korytarz, może nawet padało sławetne „czy będziesz ze mną chodzić”, ale nie działo się absolutnie nic. X nie był jak Krzysiek, twój kumpel, z którym biegałaś po osiedlu. Po prostu. Po jakimś czasie patrzyłaś w lustro i myślałaś „oesu, za czym ja tak wzdychałam, nawet nie można z nim o niczym pogadać…”.

I w dorosłości jest podobnie, ale zamiast serduszek z zeszycie są romantyczne kolacje, nieziemski seks, prezenty.Lecz to dokładnie taka sama iluzja. Zanim powiesz „kocham”, odpowiedz sobie na pytanie, czy to prawda. Czy chcesz słuchać jego opowieści – czy robisz to z grzeczności. Czy gdy będzie całował inaczej – twoje uczucia pozostaną niezmienione. Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale to zawsze najtrudniejsza droga do miłości. A dojrzały związek bez romantycznej przyjaźni i zaufania, tego nie potrafią nawet wróżki.

4. Czy jesteś zazdrosny/a?

Zanim powiesz kocham, naucz się ufać. Miłość jest na zaufaniu zbudowana.

Nie da się tego „załatwić” inaczej. Jeśli nie ufasz, masz jakieś podejrzenia, nie masz wewnętrznej pewności czy poczucia bezpieczeństwa przy swoim wybranku, to jeszcze nie czas, na tak poważne deklaracje.

5. Czujesz czy pożądasz?

Chemia miłości, czyli zaklęcie na motyle w brzuchu, drżenia i uniesienia. Tego uczucia i emocji, które rodzą się na początku znajomości po prostu nie da się niczym zastąpić. Ale to jeszcze nie „kocham”, na pewno nie to dojrzałe.

Przeczytała ostatnio piękne stwierdzenie – że związek oparty tylko na seksie, prowadzi do nudy. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo jakby cudownie nie było, kiedyś z łóżka trzeba będzie wyjść… i co wtedy?

6. Czego nauczyłeś się z przeszłości?

Poprzedni związek? Nie chcesz o nim nawet myśleć, coś wciąż boli i uwiera, gdy próbujesz się zmierzyć z przeszłością?

Uważaj, daj sobie więcej czasu, bo zupełnie niechcący możesz zamienić czyjeś uczucia w chwilowy plasterek. To ważne, abyśmy potrafili sami przed sobą przyznac się błędów z przeszłości, stanąć z tymi często trudnymi czy bolesnymi doświadczeniami oko w oko  i szczerze powiedzieć sobie: „nie szkodzi, dzisiaj jestem zupełnie gdzie indziej i bardzo się z tego cieszę. Dziś już wiem, że…”.

Życzę wam, żebyście zawsze słyszały „kocham” dojrzałe, takie, które ma tylko dobre moce! I również takie „kocham” z siebie dawały.


Na podstawie: iheartintelligence.com


Lifestyle Psychologia

Godzinna przerwa w pracy na… seks! Co wy na to? Jeden z radnych chce wprowadzić taki obowiązek w Szwecji

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 lutego 2017
Fot. iStock/nd3000
 

Gdyby ktoś wam powiedział: możesz sobie zrobić przerwę w pracy, ale ten czas musisz przeznaczyć na seks ze swoim partnerem? 

Na taki pomysł wpadł szwedzki radny Per-Erik Muskos, radny miasta Overtornea. Zaproponował, by wprowadzić obowiązkową godzinną przerwę w trakcie wykonywania pracy, w czasie której Szwedzi będą mogli pojechać do domu, by pokochać się ze swoją drugą połówką.

I tak, jak nas taki pomysł może szokować, tak w Szwecji pewnie nie ma w tym jakiegoś zbytniego zaskoczenia. Dlaczego? Ponieważ Szwedzi bardzo dbają o zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym, towarzyskim. To właśnie w tym kraju czas pracy przerywany jest nawet trzema przerwami na kawę, herbatę, tylko po to, by zintegrować się z kolegami z pracy. Porozmawiać, oderwać się od obowiązków i tym samym naładować akumulatory.

Co więcej, Szwedzi pracują o 9% godzin mniej niż wynosi średnia Europy, a tylko 1% z nich zostaje po godzinach w pracy. Work-life balance nie jest tu tylko czczą przesłanką, ale faktycznie wprowadzoną w życie ideą. Więc pomysł na seks w trakcie pracy nikogo pewnie nie szokuje, zwłaszcza, że wiadomo, że seks jest jedną z bardzo ważnych podstaw szczęśliwego związku.

Oczywiście od razu nasuwa się pytanie, jak będzie można zweryfikować, czy Szwedzi faktycznie te godzinę przerwy wykorzystują na seks… Radny podkreśla, że to też kwestia budowania zaufania między pracodawcą a pracownikiem. Hmmm…

Oczami wyobraźni widzę mieszkańców szwedzkiego miasta Overtornea, którzy nagle wybiegają z pracy, by jak najszybciej dostać się do domu… Pytanie, ilu z nich wróci jeszcze do pracy. 😉 A u  nas? Gdybyście dostali taką możliwość w waszej pracy? Ilu z nas, by faktycznie tę przerwę przeznaczyło na wspólne spędzenia czasu, na intymność – bo przecież tu nie tyle chodzi o seks, co o pobycie razem, na skierowanie swojej uwagi na drugą osobę, którą kochamy. Wszystko to ma prowadzić do utrwalenia miłości i szczęścia w związku.

A wy, co myślicie o tym pomyśle?


źródło: tvnmeteo

 


Lifestyle Psychologia

„Nie, nie jest w porządku. Walczę z depresją, ty też możesz mi pomóc, proszę”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 lutego 2017
Fot. iStock / finwal

Wydaje ci się, że mam jakiś spadek formy? Tak, wiem, tłumaczę się zmęczeniem, pracą. Ale tylko tobie, bo nikt inny nie pyta, nie zauważa.

Nie wiem, kiedy zaczaiła się na mnie. Kiedy powoli zaczęła oplatać mnie swoimi mackami… Było mi z nią dobrze, wiesz. Poddałam się jej. Te chwile ciszy były mi wtedy tak potrzebne.

Siadałam w fotelu i odcinałam się od wszystkiego, co wokół. Nic nie słyszałam, niczego nie chciałam. Tym pozornym stanem spokoju mnie uwiodła. Pokazała, że może mi się nie chcieć, mogę nie mieć siły, chęci na cokolwiek.

Była jak dobra przyjaciółka, która głaszcze po głowie i mówi: „chodź, przytul się, odpocznij”. A ja tak wtedy potrzebowałam odpocząć. W całym tym zawirowaniu, stresie, jedyne o czym marzyłam to wyłączyć się z tej goniącej wszędzie rzeczywistości. I wiesz, dzięki niej mogłam. Lubiłam ten stan takiego zamrożenia. Z czasem okazało się, że mogę nawet uczucia wyłączyć. Że w tych spędzanych z nią wyjątkowych chwilach nic nie czuję. Jakby wyłączono mi zdolność odczuwania stresu, strachu, radości i miłości.

Myślałam, że nie ma w tym nic złego. Że to taki nasz stan wspólnej medytacji. Byłam dumna z tego, że potrafię zamknąć oczy i nie czuć tego wszystkiego, co na zewnątrz, być poza tym, zamknąć się w swoim obiegu.

A potem polubiłam te chwile jeszcze bardziej, chciałam, by trwały dłużej. Chowałam się w sypialni, kładłam na łóżku i… zamierałam.

Mało rzeczy zaczynało mnie obchodzić, choć starałam się długo zachowywać pozory. Robiłam dzieciom kanapki do szkoły, zakupy, gotowałam obiad, sprzątałam. Ale moją głowę zajmowało jedno: uciec do tych magicznych z nią chwil, gdzie nikt nic ode mnie nie chce, niczego nie wymaga. Gdzie się nie denerwuję, nie wpadam w panikę, gdy czegoś nie zdążę zrobić lub o czymś zapomnę, gdzie nikt mnie nie ocenia, nie krytykuje. Jestem tam z nią i dobrze mi tak.

Znikałam, kiedy tylko mogłam. Ogarniałam wzrokiem mieszkanie, odhaczałam wykonane codziennie zadania i leżałam… Patrzyłam w sufit i leżałam.

I miałam do tego swoje święte prawo – tak mówiłam, gdy ktoś pytał, co się ze mną dzieje. Prawo do odpoczynku, do pobycia samej ze sobą. Usprawiedliwiałam się, że muszę zregenerować siły, nabrać dystansu. Że w końcu nikt nie może dźwigać na sobie całego ciężaru i odpowiedzialności bez skutków ubocznych. Moimi było zmęczenie i chęć pobycia sam na sam ze sobą i… z nią.

Nikt o niej nie wiedział. Nikomu nie mówiłam, że w tych chwilach, kiedy nie czuję nic, kiedy mi najlepiej ona mi towarzyszy. Bałam się, że odbiorą mi te momenty dnia, kiedy było mi naprawdę dobrze.

Więc nie mówiłam o niej nikomu.

Kiedy tylko nikt nie wiedział, dzwoniłam do pracy, że źle się czuję, że problem z dziećmi, że nie dotrę do biura. Odwoziłam dzieci i wracałam. Mogłam leżeć i nikt mi nie przeszkadzał. Czasami prosiłam męża, żeby zawiózł dzieciaki do szkoły. Mówiłam, że boli mnie głowa, że chyba grypa… Byłam w stanie wymyślić każdą wymówkę, byleby zostać z nią w domu.

Nie odbierałam telefonów, nie umawiałam się ze znajomymi. Nie chciałam wychodzić. Chciałam jednego – spokoju. Nasz dom przestał pachnieć obiadem. Nawet tego nie zauważałam. Czasami przepraszałam, że zapomniałam, że to migrena, że nie wiem, co się ze mną dzieje… Ale nic nie czułam. Ani wyrzutów sumienia, ani skruchy, ani niepokoju. Było mi wszystko jedno. Czy dzieci zrobią zadania domowe, co zjedzą na kolację. Co ja zjem, w co się ubiorę. Chciałam leżeć. Moje życie sprowadziło się do jednego: odpoczynku – tak nazywałam ten stan. „Nie martw się, odpocząć muszę” – tłumaczyłam mężowi, choć wiedziałam, że się zapadam, że tracę kontrolę nad swoim stanem.

Nie odebrałam dzieci z zajęć, telefon dzwonił, a ja nie mogłam się zmusić, żeby odebrać. Przyjechały zapłakane, a ja patrzyłam na nie i na szalejącego ze złości i niepokoju męża, jak na obce mi osoby. Nie wiem, co mówili, czego chcieli. Byłam jedynie w stanie poczekać aż skończą i pójść do sypialni, zamknąć drzwi, odciąć się od tego, co wokół mnie się działo.

Chciałam się do niej przytulić, przykryć się nią, chciałam, by jak zawsze zamknęła mnie w sobie. Chciałam nie czuć, być nią.

Nie widziałam, jak niszczy mi życie. Jak oddalam się od dzieci, od męża. Nie widziałam ich zatroskanych spojrzeń, nie słyszałam, kiedy pytał, czy mi pomóc. Uśmiechałam się: „Ale wszystko jest dobrze”, mówiłam. On wiedział, że nie jest. Ja też… ale było już za późno, żeby się wyrwać, żeby od niej uciec.

Widziałam w lustrze kobietę, której nie znałam. Z szarą cerą, smutnymi oczami, włosami nieumytymi. Zawsze w tym samym dresie. Wychudzoną. Rozdrażnioną, gdy ktoś o coś ją prosił. Zbywającą każdego, kto chciał jej pomóc.

Bezpiecznie czuła się tylko tam, w zaciemnionym pokoju, leżąc na plecach, śpiąc, patrząc w sufit, znowu śpiąc. Bez siły. Zupełnie. Im dłużej odpoczywała – jak to nazywała, tym coraz mniej miała energii do życia.

Chciała, by to się skończyło, by ten stan zawieszenia między obecnością a jej brakiem, między sobą a nią przestał istnieć…

Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam, co się stało, gdzie byłam… On płakał przy moim łóżku. Próba samobójcza. Ta kobieta, którą znałam z lustra, chciała przestać żyć, chciała, by ten stan spokoju trwał nieprzerwanie… Patrzyłam na siebie jej oczami. Po bardzo długim czasie zaczęłam płakać… I nie mogłam przestać.

A dzisiaj, jeśli już pytasz… Pozwoliłam sobie pomóc, żegnam się ze swoją przyjaciółką, ale nie jest to łatwe. Ona siada na skraju łóżka, gdy się kładę na chwilę. Boję się jej, wiem, gdzie mnie zaprowadziła, kim się stałam. Odebrała mi radość i chęć życia, zdolność czucia, pogrążyła mnie w szarości zaciemnionego pokoju… Nie chcę tam wracać. Chcę znowu żyć, kochać, śmiać się. Ale by tego doświadczyć, muszę godzić się na strach, złość, niepokój i smutek… Nazywam ją po imieniu. Więc, jeśli szczerze pytasz, czy wszystko u mnie w porządku, odpowiem: „Nie, nie jest w porządku. Walczę z depresją, ty też możesz mi pomóc, proszę”.


Zobacz także

Portret Zakazanej Miłości

5 strategii dla każdej kobiety, która chce wyeliminować lęk i stres ze swojego życia

Jak się malować, żeby wyglądać młodziej? Poznaj podstawowe zasady