Lifestyle

Na walizkach, w pogoni za szczęściem. Co skłania nas do ciągłych przeprowadzek?

Karolina Krause
Karolina Krause
20 lutego 2017
Fot. iStock/Neyya
 

W czasach, gdy znalezienie pracy w zawodzie coraz częściej wiąże się z osiedleniem na drugim końcu kraju lub wyjazdem za granicę, kolejna przeprowadzka wydaje się być czymś normalnym. Nie mówiąc już o pracodawcach, którzy oczekują dziś od nas całkowitej mobilności. Każdy z nas powinien jednak wiedzieć, że kiedyś wypadałoby się zatrzymać i zapuścić korzenie. Sęk w tym, że gro osób nie potrafi dziś tego zrobić. Amerykańska dziennikarka Melody Warnick wyznała ostatnio, że przeglądanie serwisów z nieruchomościami stało się dla dzisiejszych trzydziestolatków tym, czym metaamfetamina dla nastolatków w latach 80.– „brzydki nałóg, którego nie można porzucić”. Co więc skłania nas dziś do ciągłego „mieszkania na walizkach” i dlaczego nie potrafimy się zatrzymać?

 Między pracą a rodziną

Mając coraz większe możliwości w kwestii wyboru miejsca zamieszkania, coraz częściej też zastanawiamy się, jakie powinno ono być. Zaczynamy więc wyobrażać sobie dom naszych marzeń: najlepiej żeby znajdował się w mieście, które da nam wiele różnych możliwości  – przyjaźni ludzie, świetne szkoły (dla dziecka), szansa na dalszy rozwój (dla siebie), wyższe zarobki, a przez to wyższy standard życia (dla wszystkich). Skuszeni świetną ofertą pracy decydujemy się więc na przeprowadzkę, która jak się później okazuje, wcale nie jest tym wyśnionym ideałem.

Zamiast tego okazuje się, że tracimy godzinę w korku na to, by dojechać do pracy, a w weekendy jesteśmy już tak wypompowani, że na samą myśl o wyjeździe za miasto i spędzeniu kolejnej godziny za kółkiem już nam się odechciewa. Stopniowo też stajemy się bardziej samotni i zaczynamy tęsknić za rodziną i dobrymi przyjaciółmi. Co ostatecznie staje się kolejnym powodem do przeprowadzki, sprowadzając nas  z powrotem w rodzinne strony.

Co ciekawe, w jednym z brytyjskich badań udowodniono, że jeśli przeprowadzka sprawi, że pracownik zamieszka bliżej rodziny i przyjaciół na tyle, by widywać ich kilka razy w tygodniu, to poziom jego satysfakcji wzrośnie porównywalnie do otrzymania 85 tys. funtów rocznej podwyżki.

Może więc powinniśmy bardziej doceniać więzi, które mamy? No chyba, że w najbliższym czasie spodziewacie się właśnie takiej podwyżki. Wtedy nie mamy, o czym mówić.

Ekstrawertyk na walizkach

Zdaniem psychologów większa skłonność do przeprowadzki, zależy także od tego, jaki mamy temperament. Okazuje się, że te osoby, które mają wysoki poziom pobudzenia w układzie nerwowym (czyli tak zwane osoby wysoko reaktywne), częściej będą unikać dodatkowego stymulowania. Z kolei tych, o niższym poziomie pobudzenia, będzie ciągnęło do działań, które dostarczają dużej ilości wrażeń, takich, jak właśnie zmiana miejsca zamieszkania, poznawanie nowych ludzi, czy odkrywanie nowych zainteresowań.

Na chęć zmiany wpływa też to, czy jesteśmy intro- czy ekstrawertykami. U introwertyków częściej pojawia się lęk przed tym, co nowe, nieznane. Dlatego w przeciwieństwie do ekstrawertyków, będą unikać przeprowadzek.

Czysta karta

Wraz z przeprowadzką pojawia się także nadzieja na nowy początek – szansa na to, by zacząć wszystko od zera. Tak, jakby cała przeszłość nie miała żadnego znaczenia. I prawdopodobnie  właśnie to uczucie staje się dla nas tak pociągające.

Nowe miasto było dla mnie fascynującą pustą kartką. Przeprowadzka stanowiła rozgrzeszenie z błędów popełnionych w starym miejscu, np. rozczarowujących przyjaźni. Za każdym razem, gdy wóz do przeprowadzek ruszał z podjazdu, te utrapienia znikały, a ja zaczynałam się napawać perspektywą nowego początku.” – wspomina Melody Warnick, w swojej książce „This Is Where You Belong: The Art and Science of Loving the Place”. Czytaj więcej

Moc geografii

Wraz z uczuciem „czystej karty” pojawia się także silna wiara w „moc geografii”. Wierzymy, że nasze życie ulegnie diametralnej zmianie, gdy przeprowadzimy się do nowego miejsca. „Gdy przeprowadzę się do „Nibylandii” na pewno szybko znajdę grono oddanych przyjaciół, zacznę lepiej dbać o swój związek i zapiszę się na jogę. Będę bardziej cierpliwa dla dzieci i milsza dla męża.” Tak, jakby wszystko to miałoby zadziać się za sprawą „czarodziejskiej różdżki”, bez żadnego wysiłku, a jedynie za sprawą magicznej „mocy geografii”.

Nie trzeba tu chyba dodawać, ze takie wierzenia, spokojnie moglibyśmy wpisać między bajki o Świętym Mikołaju i Wróżce Zębuszce. Choć bardzo piękne, w dalszym ciągu – to tylko bajki.

„Pokochaj miejsce, w którym mieszkasz”

Co zatem może sprawić, że przywiążemy się do jakiegoś miejsca i raz na zawsze zdecydujemy się zapuścić korzenie? Prawdopodobnie tylko my sami. Jak tłumaczą eksperci: „przywiązywanie się do miejsca wymaga emocji i działania. To proces, w którym wyposażamy miejsca w pamięć i znaczenia”.

Po szóstej już przeprowadzce, od momentu ukończenia studiów Warnick zrozumiała, że to, czy zapuści korzenie, zależy tylko od niej. Tak rozpoczął się jej eksperyment – „Pokochaj miejsce, w którym mieszkasz”, w trakcie którego zrozumiała, że od zakochania się w dowolnym miejscu na ziemi dzieli nas zaledwie kilka kroków:

1. Znajdź swoje ścieżki

„Zakorzenienie wiąże się z tym, że zaczynamy w danym miejscu czuć się bezpiecznie, poznajemy topografię i wiemy, w którą ulicę skręcić, by dojść do szkoły swego dziecka czy kina” – potwierdza Magdalena Nowicka, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Przechadzanie się po naszych ulubionych miejscach sprawia, że nie tylko poznajemy nasze miasto, ale zaczynamy się z nim związywać. Szczególnie podkreślają to architekci i urbanisty, mówiąc o umiejętnym planowaniu ścieżek i parków.

2. Zdobądź prawdziwych przyjaciół

Jeśli nie jesteś w stanie mieszkać w tym samym mieście, co twoja rodzina zadbaj o to, by mieć w nim prawdziwych przyjaciół. Niestety nie da się tego zrobić od razu, często trwa to latami. Najważniejsze jest jednak to, aby od czegoś zacząć, wyciągnąć do kogoś rękę i zrobić pierwszy krok. I co najważniejsze regularnie dbać o taką znajomość.

3. Zapoznaj się z sąsiadami

Istnieją też pewne czynniki, które sprawiają, że niektóre miejsca mają po prostu „żyźniejszą” glebę do „zakorzenienia”.  A są nimi: estetyka – to, jak miasto wygląda, otwartość – to, jak jego mieszkańcy przyjmują nowo przybyłych, oraz oferta społeczna (od klubów sportowych po parki).

Nie na wszystkie z nich mamy, co prawda, wpływ. Wprowadzając się do nowego miejsca, możemy jednak zadbać o nasze bliskie kontakty z sąsiadami. Zamiast standardowego „dzień dobry” posunąć się o krok dalej i zaprosić ich na kawałek ciasta. Świadomość, że w razie czego możemy liczyć na pomoc ludzi, którzy wokół nas mieszkają, pomaga nam poczuć się w nim, jak w domu.


Źródło: focus.pl


Lifestyle

Uwaga! Baba za kierownicą… na taksówce, w autobusie i za kółkiem TIR-a. Panowie, przyzwyczajajcie się

Anika Zadylak
Anika Zadylak
20 lutego 2017
Fot. iStock / kali9
 

Śmieją się, gdy słyszą hasło: – Uwaga! Baba za kierownicą! Nie zgadzają też ze stereotypem głupiej blondynki za kółkiem, nawet gdy jest brunetką. Przytakują, że faktycznie, jeśli jest chwila w korku na to, żeby poprawić oko czy machnąć usta, to czemu nie. Nie mówią, że są lepsze czy gorsze, bo uważają, że dobry kierowca, to ten rozważny, ale też pewny siebie. Bo na trasie liczy się refleks, umiejętność szybkiej analizy i cierpliwość, jakiej żadnej z nich nie brakuje. Są kobietami kierowcami, tymi, które robią to zawodowo. I tymi ” zwykłymi”, które po prostu lubią i potrafią jeździć. Wypadki? Zdarzają się nawet najlepszym. Nie tylko tym, którzy do auta wsiadają w spódnicy.

Ewa, na taksówce od czterech lat

– Nie chcieli mnie do korporacji, nie ze względu na to, że słaba płeć, a na taksie, wiadomo, różnie bywa. Zresztą kobiety rzadko jeżdżą na nocnych zmianach. Jak mnie pierwszy raz szef zobaczył, to się pytał, czy to prima aprilis. Bo jak to, dziewczyna taka niepozorna i w ogóle, żeby się  za kółko pchała. Czasem, mam wrażenie, że prowadzenie samochodu to taki hermetyczny świat, do którego faceci niechętnie nas wpuszczają. Zasłaniają się tymi legendami, że nie rozróżniamy biegów, ani kolorów na światłach. Kiedy zaczęłam jeździć, ciągle patrzyli mi na ręce, jedyna wtedy byłam, w stadzie męskiej części załogi. Ostrożni i nieufni przekonali się z czasem, że warto mi dać szansę. Że popełniam błędy, jak każdy, że się nie wymądrzam, tylko pytam. Po roku pracy mój przełożony zatrudnił kolejne trzy dziewczyny. Bywa różnie, czasem nerwowo, a czasem wręcz zabawnie. Bo koledzy trochę są o nas zazdrośni, troszczą się i nie pozwalają, żeby nas ktoś obrażał. Jeden mi się przyznał, że stukał się w głowę, gdy mnie pierwszy raz zobaczył i,  że laska za kierownicą kojarzyła mu się tylko z kłopotami i niewiedzą. Pomylił się bardzo i cieszy go to. Dziś już nie twierdzi, że kobieta to żart, a nie kierowca.

Monika, od ponad roku jest miłą panią, kierującą autobusem linii nr 28

– Chyba największy problem ze mną mieli sami pasażerowie. Czasem miło, bo zagadywali, wypytywali, dziwili się, ale sympatycznie. Słyszałam, że szacunek, bo to nie łatwo, prowadzić taki kolos. A to prawda, inaczej osobowe inaczej autokar, bo wcześniej też wycieczki woziłam. Dlaczego akurat taki zawód? A dlaczego nie? Nigdy nie myślałam o tym pod względem podziału jakiegokolwiek, że są zawody bardziej dla kobiet i tylko dla mężczyzn. Tak jak oni potrafią być świetnymi niańkami, pielęgniarzami czy kucharzami, tak my kierowcami. Oczywiście, choć to trudne, przyznaję, że sama, spotykam na drodze panie rodem z dowcipów. Nie raz niestety zdarzało mi się głośno taką jazdę skomentować. Bo lusterka nie są tylko do poprawiania włosów. Ba! Od tego są na samym końcu. Ale też nie dajmy się zwariować, że jak niektóre z nas faktycznie za kierownicę siadać nie powinny, to od razu fama idzie po wszystkich. W mojej robocie wiadomo, odpowiedzialność ogromna, przewożę dziennie wielu ludzi. Kobiety, dzieci, młodzież, jak to w autobusach. Ale kiedy kończę zmianę i przesiadam się do swojej osobówki, nadal kieruje mną, przede wszystkim, zdrowy rozsądek. Na drodze, nikt nigdy nie powinien o tym, zapominać. Bez względu na płeć.

Karina, jest kierowcą TIR-a. Za kółkiem już od 11 lat, nie tylko zawodowo

– Gdy mnie pytają, gdzie pracuję i mówię prawdę, że jeżdżę na tirze, to czasem chamsko słyszę : „tirówka?”. Rura im mięknie, gdy mnie widzą w kabinie ogromnego samochodu z kilkutonowym załadunkiem. I szczęki opadają, gdy bez mrugnięcia okiem zmieniam koło, czy naprawiam co drobniejsze rzeczy. Nie, żeby się popisać, bo po co i przed kim? W dzieciństwie przeżyłam dość poważny wypadek, wpadł na nas nietrzeźwy kierowca. Ani mi ani ojcu, nic się nie stało, ale pamiętam to do dziś. I traktuję jako ostrzeżenie, taki talizman, który podświadomie każe mi ściągnąć nogę z gazu. Prawko zdawałam dwa razy, wcale nie było tak łatwo.  Nie mam jakiś cudownych genów, bo w domu, nikt zawodowo nie jeździł nigdy. Imponowała mi koleżanka, która jest kurierem, choć się utarło, że to faceci raczej prowadzą dostawcze. Chwilę pracowałam w hotelu, woziłam gości. Jednak, gdy widziałam dużą kabinę, solidny kawał auta, tęskniłam za czymś. Poszłam na kolejny kurs, potem kolejny i zrobiłam większość możliwych kategorii. A potem bardzo długo siedziałam bez pracy, bo nigdzie mnie nie chcieli. W niektórych firmach słyszałam wprost, że szukają kierowców, a ja nim według nich nie byłam. Pomógł mi wujek kumpla, kilkanaście ładnych lat w branży. Poręczył za mnie, choć powiedział mi potem, że się obawiał. Myślał, że spękam, będę dzwonić zapłakana z trasy, że nie dam rady. Na szczęście nie dałam się, choć bywały ciężkie momenty i zwątpienia. Z prywatnych pobudek, bo faceci się mnie trochę bali. Podjeżdżasz na randkę ogromną ciężarówką i koleś głupieje. Myśli, że jestem wulgarna, bez seksapilu, nie potrafię być kokietką, tylko twardym babo chłopem. Mój obecny facet też tak sądził. Dziś, nie odstępuje mnie na krok i jest dumny, że jego dziewczyna ma takie poważanie u innych kierowców.

Magda – matka, żona, kucharka i praczka. Pracuje w sklepie, prowadzić auto zwyczajnie lubi

Jeżdżę ot tak dawna, że nawet nie pamiętam już ile to lat. Nie tylko autem, ale też sporym motocyklem.  Jasne, że bywam jak ta kobietka. Loki poprawię, rzęsę pociągnę i nos przypudruję, bo niby czemu nie? Stoję w korku, to przelew za rachunek zdążę zrobić i przedszkole córce opłacić. I pana z samochodu obok poderwać, ot tak, żeby się uśmiechnąć i zrobić komuś miły dzień. Myślę, że jak na 6 lat jazdy jedna mała kolizja, a w zasadzie, zarysowanie to niezły bilans. Zdarza mi się przyspieszyć, jak sama jestem i widzę, że mogę depnąć więcej. Taka kontrolowana adrenalina, bo bezpieczeństwo najważniejsze. Sama miałam mieszane uczucia, gdy odebrałam prawko, bo tak trochę się wmawia wszystkim, że kobieta to gorszy kierowca. Pewnie, że bywamy tak irytujące, że w ubiegłym tygodniu, choć jestem stateczną matką i żoną, chciałam takiej jednej, przyłożyć. Za kompletny brak wyobraźni, czyli pisanie SMS- ów podczas jazdy. Przecież nie chodzi tylko o nią i jej samochód, komuś może się coś stać i to przypadkowemu. Prowadzenie to wysiłek, trzeba być zawsze uważnym i przygotowanym, bo droga zaskakuje, czasem aż przerażająco. Ale nie uważam się za mistrza kierownicy, wolę mieć w tej sprawie, głęboką pokorę. Już nie raz, bardzo mi się to opłaciło. Nie panikuję, gdy wpadnę w poślizg, myślę jak rasowy kierowca w spodniach ( śmiech ) oczywiście mrugając okiem. Ale koła zmienia mi mąż. Mam za długie paznokcie i delikatne dłonie – w końcu, jestem kobietą, prawda?

Kierowcy, bywają różni. Tak samo jak ludzkie charaktery i przyzwyczajenia. Przekonanie, że kobieta to zły kierowca, jest tak samo prawdziwe, jak to, że to faceci się na to miejsce bardziej nadają. Jesteśmy od nich inne, co nie oznacza, że choć trochę gorsze. Dotyczy to każdej dziedziny, nie tylko tej odpalanej kluczykiem i pachnącej paliwem. I działa sprawiedliwie w obie strony.


Lifestyle

Garść złotych zasad dla samotnych rodziców szukających miłości oraz dla tych, którzy chcą się z nimi związać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 lutego 2017
Fot. istock/Anchiy

Żyjemy w taki czasach, gdy rozwody, rozstania i patchworkowe rodziny, „połatane” z sukcesem dorosłe i dziecięce serca nie są już niczym nadzwyczajnym. Jednak układanie sobie życia na nowo, z nowym partnerem, w sytuacji kiedy mamy dzieci z pierwszego związku nie jest łatwy procesem, dla każdej z zaangażowanych stron.

Randkowanie we dwójkę bywa trudne, randkowanie z całym tłumem (nawet jeśli pozostaje on tylko w naszej głowie – myśli o dzieciach przychodzą w różnych, najmniej oczekiwanych momentach), to prawdziwe wyzwanie. Do tego dochodzą trudne emocje, nasze lęki i obawy, zazdrość córki czy syna, niepewność… Warto nieco ułatwić sobie życie i kierować się kilkoma, złotymi zasadami.

Złote zasady dla tych, którzy chcą się związać z rodzicem samotnie wychowującym dziecko

1. Opieka nad dziećmi

Już na samym początku znajomości, musisz zdawać sobie sprawę z tego (i zaakceptować ten fakt), ze twój partner jest odpowiedziany przede wszystkim za opiekę nad swoimi dziećmi. Jasne, czasem będzie mógł zostawić je z drugim rodzicem, z kimś z rodziny lub z opiekunką, ale nie zawsze jest  to łatwe. Spotkanie w porze obiadu, gdy dzieci są w szkole lub w weekendy (przy opiece naprzemiennej) to ci musi na razie wystarczyć.

2. Czas

To może to być frustrujące: zakochujesz się, chcesz spędzać z ukochaną osobą jak najwięcej czasu, ale… ona po prostu nie ma go dla ciebie tyle, ile byś chciał. Dzieci chorują, odrabiają lekcje, uczestniczą w różnych zajęciach, a przede wszystkim – wymagają obecności i uważności rodzica.  Staraj się nie brać tego do siebie – ukochana osoba na pewno chciałaby spędzać z tobą więcej czasu. Szukaj innych rozwiązań, by pozostać w bliskim kontakcie: SMS-ów, e-maili, rozmów telefonicznych. I doceniaj czas, który spędzacie razem.

3. Spotkania

To, kiedy i gdzie możesz spotkać się z dziećmi partnera musi być decyzją ich rodzica. Przygotuj się na to, że mogą być niechętnie wprowadzeniu kogoś nowego do ich życia, zbyt szybko.

4. Uwaga

Jest naturalnym, że chcesz by twoja nowa miłość traktowała cię z uwagą i wyłączną czułością, ale jeśli spotykasz się z samotnym rodzicem, jest spora szansa, że największą część uwagi poświęca on oczywiście swoim dzieciom… J. Nawet jeśli wiesz, że tak właśnie powinno być, możesz odczuwać zazdrość. Zachowaj to uczucie da siebie.

5. Były partner

Niektórzy rodzice, nawet po rozstaniu, nadal mieszkają razem lub pozostają w bardzo bliskich stosunkach, aby dzielić ze sobą odpowiedzialność za wychowanie dzieci. Co to oznacza dla ciebie? Konieczność pogodzenia się z jego/jej obecnością.  Jeśli nie możesz sobie z tym poradzić, być może nie jest to właściwy związek dla ciebie.

6. Rodzicielstwo

Skoncentruj swoje wysiłki na budowaniu solidnych, dobrych relacji z dziećmi swojego partnera, ale nie na siłę. Nie wchodź w rolę rodzica „z automatu”, w tej sytuacji, o wiele bardziej niż w każdej innej, trzeba czasu i cierpliwości. Pamiętaj też, że dzieci czują lojalność w stosunku do obojga rodziców.

7. Chaos

Jeśli nigdy nie miałeś tak bliskiego kontaktu z dziećmi, możesz być zdzwiony i ogromem obowiązków i nagłą zmianą stylu życia, jaka nastąpi, jeśli zdecydujesz się być częścią tej rodziny (zawsze pamiętaj, że wchodzisz w ten układ jako nowy członek rodziny). Uczucie zagubienia i lęk przed tym, że sobie nie poradzisz, są jak najbardziej naturalne.

8. Bądź sobą

Nie staraj się „przekupić” dzieci prezentami, nie zdobywaj na siłę ich sympatii. Nie udawaj, że je lubisz, jeśli tak nie jest.

9. Związek dorosłych

Upewnij się, że twojemu partnerowi zależy na tobie jako na drugiej połowie związku dwojga dorosłych osób, a nie jako na „pomocy przy dzieciach”.

10. Bądź szczery

Spotykanie się z samotnym rodzicem, może być dla niektórych z nas wyjątkowo trudne. Taki związek wymaga umiejętnego radzenia sobie z dużą ilością różnych, niewygodnych uczuć. Jeśli nie „kupujesz tego pakietu w całości”, lepiej w porę się wycofaj.

Złote zasady dla tych, którzy są samotnymi rodzicami i szukają miłości

1. Poznajmy się

Upewnij się, że wiesz wystarczająco dużo o osobie, którą chcesz zaprosić do swojego domu. Nie rób tego od razu, zbyt wcześnie. Daj mu/jej zdobyć twoje zaufanie.

2. Nie angażuj się zbyt szybko

To może być bardzo trudne, ale postaraj się zaprzyjaźnić zanim się zakochasz. Oszczędzisz sobie rozczarowań, a one nie są w twojej i tak już trudnej sytuacji, potrzebne.

3. Nie angażuj w związek dzieci, gdy to jeszcze „nic pewnego”

Dzieciom nowego znajomego przedstaw jako przyjaciela, a nie „kogoś więcej”.

4. Nie lekceważ zdania dzieci

Jeśli twoje dzieci są na tyle duże, aby mieć wyrobić sobie opinię co do twojego nowego znajomego, słuchaj tego, co mają do powiedzenia. Czasem dzieci widzą więcej.

5. Nie wywieraj presji

Nie namawiaj dzieci ani partnera do wspólnego spędzania czasu, nie wymuszaj poczucia, że obie strony powinny się od razu polubić.

6. Bądź szczery wobec drugiej strony

Nie obiecuj, że zawsze znajdziesz czas, że „zawsze będziesz”. Postaw sprawę jasno: masz obowiązki, które są elementem stałym w twoim życiu.

7. Wymagaj szacunku

Od nowego partnera wobec dzieci, ale także od nich wobec nowego znajomego.

8. Bądź świadomy

Swoich uczuć i pragnień, ale także uczuć i pragnień drugiej strony. (No, chyba, że oboje nie traktujecie tego związku „na serio”). Jeśli on/ona nie akceptuje twojej sytuacji, raczej nic z tego nie będzie. Dzieci nie znikną z twojego życia, są jego częścią.

9. Nie umawiaj się na randki kosztem dzieci

Obiecałeś kino, wspólny spacer, odrabianie lekcji? Nie odwołuj dlatego, że nadarzyła się okazja do spotkania z ukochaną.

10. Nie idealizuj

Życie rodzica nie jest łatwe, nie ma co tworzyć mitów o domowej „idylli”. Napięcia i konflikty są czymś naturalnym, dobrze, żeby twój partner od początku zdawał sobie z tego sprawę. Nie idealizuj też jego – to ostatnie czego ci teraz trzeba.

To się naprawdę może udać, nie rezygnuj z miłości. Warunek jest przecież zawsze taki sam – i dla tych „wolnych i niezależnych” i dla tych, którzy mają dzieci: trzeba znaleźć właściwą osobę…


Na podstawie: eharmony.com.au, yourtango.com


Zobacz także

Jak żyć szczęśliwie? 40 niezwykłych wskazówek, by nasze życie było lepsze

Zaparcia, ból głowy i depresja. Poznaj 10 sygnałów świadczących o tym, że twój organizm wymaga oczyszczenia

Co jest w życiu naważniejsze? Ciepła kołdra. I jeszcze, żeby czuć się dobrze ze sobą