Uroda

Retro na czasie. Stylizowane kosmetyki przeżywają swoją drugą młodość

Redakcja
Redakcja
27 września 2016
Fot. Materiały prasowe
 

Fiolka serum niczym ze starej apteki, czerwona pomadka w stylu pin up girl, perfumy do wnętrz oparte na XIX-wiecznej recepturze… Kosmetyki stylizowane przeżywają swoją drugą młodość. Niech jednak nie zmyli Cię ich wygląd, wewnątrz skrywają ultranowoczesne składniki i superskuteczne formuły.

Kosmetyki w stylu retro budzą nasze zaufanie. A to dlatego, że ufamy sprawdzonym recepturom, często opartym  na naturalnych składnikach. Ponadto kojarzą się nam z powrotem do dawnych rytuałów pielęgnacyjnych. Jakie składniki skrywają te piękne fiolki, słoiczki i butelki?

Precyzyjna pielęgnacja

Szklane buteleczki z pipetą przypominają kosmetyki dostosowane do indywidualnych potrzeb skóry przygotowywane przez farmaceutów. Dlaczego producenci kosmetyków stawiają na takie opakowania? Szkło chroni niektóre składniki przed utlenianiem, jak np. witaminę C. Dodatkowo aplikatory w postaci kroplomierzy pomagają precyzyjnie odmierzyć optymalną dawkę kosmetyku. Takie rozwiązanie znajdziemy m.in. w Professional-C Serum marki Obagi,  żelu pod oczy Essence of Skin Caviar Eye Complex La Prairie czy Amber Bronzing Elixir Clarena.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Naturalne składniki

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wyciągi z roślin, olejki i ekstrakty słyną ze swoich pielęgnacyjnych właściwości. Formułę Szamponu Łopianowego Barwa Ziołowa oparto o ekstrakt z łopianu bogatego w kwas krzemowy, który wzmacnia cebulki i zapobiega wypadaniu włosów oraz inulinę o właściwościach łagodząco-nawilżających. W pielęgnującym olejku do mycia Le Petit Marseillais wykorzystano olejek arganowy, który posiada liczne właściwości odżywcze i regeneracyjne. Ten sam składnik znajdziemy też w wegańskim zmywaczu do paznokci Pardon My French. W olejku marchewkowym Diaderma wykorzystano m.in. wyciąg z marchewki, który dzięki wysokiej zawartości beta-karotenu poprawia koloryt cery, pomaga uzyskać ciemniejszą karnację. Natomiast maska do włosów Rene Furterer zawiera masło Karité o właściwościach odżywczych i nawilżających. Ponadto zapach maski przypomina recepturę odżywek, które wykonywały nasze babcie
z naturalnych składników.

Perfumy inaczej

Aplikatory w postaci pompek służyły do aplikacji perfum czy pudru. Klasycznym rozpylaczem zainspirowali się twórcy jedwabnych perfum do… włosów marki Balmain. Już sama ich aplikacja sprawia, że możemy poczuć się jak w klimatycznym buduarze. Perfumy zazwyczaj kojarzą się z formą sprayu. Jednak perfumy do wnętrz Papier d’Arménie (dostępne w Aptekach i Drogeriach Medicover) mają formę pasków papieru, które uwalniają zapach po zapaleniu. To całkowicie naturalne perfumy do wnętrz, odświeżające i dezynfekujące powietrze, pochłaniające niepożądane wonie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Styl(istyka) retro

W tym sezonie widać też wyraźne nawiązanie do dawnej stylistyki w modzie. Koszule
z bufiastymi rękawami, stójkami i wiktoriańskimi detalami, np. Marlu. Eleganckie koronki i pop-artowe nadruki odnajdziemy w najnowszej kolekcji marki Camaieu. Chcesz stylowo wkroczyć w sezon jesień-zima? Załóż buty typu Oxford (np. Steve Madden) i pomaluj usta czerwoną pomadką, np. Arbonne.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Uroda

Nawet niedzielni tatusiowie mają dobry wpływ na zdrowie psychiczne swoich córek. Lepszy „jakiś” tata niż żaden

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 września 2016
Fot. iStock/svetikd
 

Obecność ojców w życiu córek przyczynia się do ich zdrowego, zrównoważonego rozwoju na wiele sposobów – to wiemy od dawna. Ale najnowsze badania wykazują, że nawet ojciec, który pojawia się w życiu swojej córki jedynie okazjonalnie jest dla niej lepszy niż brak ojca w ogóle.

Obecność „niedzielnego” tatusia albo tatusia – bumeranga (takiego, który zjawia się i znika, by za jakiś czas znowu wrócić) może zmniejszyć ryzyko wystąpienia depresji u dziewcząt w okresie dojrzewania (w tym czasie jest ono podwójne). Naukowcy z University of Houston przypuszczają, że nawet tata „na niepełny etat”  obniża poziom stresu swoich córek.

Relacje między matką i ojcem biologicznym zostały przez nich sklasyfikowany następująco:

– stabilny ojciec (mieszka z dzieckiem do 18 roku życia)

– niestabilny i nieobecny ojciec  (nigdy nie mieszkał z dzieckiem, lub nigdy nie mieszkał z nim na stałe)

– ojciec „bumerang” (powrócił do domu po jakiejś nieobecności i mieszka z dziećmi na co dzień przez pewien czas.)

W toku badań okazało się, że dorastające córki ojców „bumerangów” wykazały mniej objawów depresji niż dziewcząt z ojców niestabilnych lub nieobecnych.

Tata „co jakiś czas”  jest dla młodych kobiet lepszy niż tata, którego w ogóle nie ma – stwierdzili naukowcy. Chociaż „boomeranging” nie należy do tradycyjnych modeli wychowania, nie pozostaje bez wpływu (pozytywnego) na samopoczucie dojrzewających dziewcząt.

Naukowcy nie mogą dokładnie określić jakie czynniki związane z obecnością ojców zmniejszają ryzyko depresji u nastolatek, ale podejrzewają, że jest za to odpowiedzialna już sama więź między ojcem a dzieckiem, która działa jako bufor przeciwko zaburzeniom psychicznym.

Kochani tatusiowie, pora uświadomić sobie jak ważni jesteście w życiu Waszych córek!


Źródło: psychologytoday.com

 


Uroda

Ja – idealna matka, żona, córka i pracownik… Ja – alkoholiczka – piszę dzisiaj do ciebie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
27 września 2016
Fot. iStock / OcusFocus

Kobieto, która myślisz, że kontrolujesz swoje picie!

Piszę do ciebie z Ośrodka Uzależnień od Alkoholu. Ja, po dwóch kierunkach studiów, na wysokim stanowisku. Ja, matka, która odbierała listy gratulacyjne za osiągnięcia szkolne swoich genialnych dzieci. Ja, żona i kochanka swojego cudownego męża. Ja, idealne dziecko swoich wspaniałych rodziców. Najlepsza sąsiadka, fantastyczna przyjaciółka, człowiek, który nie jest obojętny na krzywdę innych. Ja, która obraziła się i zerwała wszelkie kontakty ze znajomym, gdy powiedział: – Daria, ty pijesz.

Ja piję?! Przecież ja pracuję, prowadzę dom, udzielam się charytatywnie. Jestem rozsądna, wykształcona, oczytana. Przecież to tylko lampka wina, czasem dwie. Kieliszek, który mieści trzy czwarte butelki, każdego wieczoru. Czasem też w dzień, gdy za dużo stresów w pracy czy w domu. Trochę więcej w weekendy, bo nareszcie można odpocząć. Nareszcie można zniknąć na całą noc z dwoma lub trzeba butelkami. I przed samą sobą uparcie tłumaczyć, że alkoholik to opuchnięty menel spod monopolowego. I wypierać własny, coraz gorszy wizerunek, gdy rano usiłuję sobie przypomnieć, kim tak naprawdę jestem. I dlaczego butelka wina jest pierwszą pozycją na liście codziennych zakupów.

To się w ogóle nie zaczęło. Nie było traumy po utracie pracy, zdradzie ukochanego, wypadku, w którym zginęło mi dziecko.  To wino zawsze stało w szafce, w barku, w kuchennej spiżarce. Pod ręką, blisko, komfortowo. Kupione w sklepie z dobrymi trunkami, na które stać niewielu. Szczyciłam się tym, że wydanie kilkuset złotych, czasem jednorazowo, to nie problem. Przecież mnie stać, pracuję na to, mogę sobie pozwolić na taki luksus. Kpiłam z tych, którzy są przywiązani do papierosów, a sama od lat tonęłam w kieliszku, który wypełniam po brzegi… aż do dna butelki. Nie czułam aureoli, która zsuwała się z mojej głowy i zaciskała wokół szyi. Nie chciałam jej widzieć, a uczucie duszności, zagłuszałam kolejnym łykiem. Zapijałam ten mój „luksus”, żeby się tylko do niczego nie przyznać, żeby nie prosić o pomoc, nie powiedzieć prawdy. Żeby tylko nikt nie zapytał, co się ze mną dzieje, dlaczego zestarzała  mi się skóra i roztrzęsły dotąd spokojne dłonie.

Czerwone złudzenie – tak zaczęłam nazywać ten pozorny lek na wszystko. Na zmęczenie, smutek, na poczucie bezsilności, na zły sen. Wystarczyło wyjąć korek, przechylić butelkę i zniknąć do lepszego, trochę rozmytego świata. Spokój wracał z każdym łykiem, stan euforii pojawiał po kolejnym kieliszku, błogostan władał całą mną po kolejnej butelce. I tylko przeszywający ból głowy pojawiający się wraz z bladym świtem, uświadamiał, najgorsze. – Pijesz, Daria.

Piję, bo już nie potrafię wyjść ze sklepu, bez czegoś mocniejszego. Piję, bo do szału doprowadza mnie widok pustego barku. Piję, bo dzieci za głośno krzyczą, a szef zbyt wiele wymaga. Piję, bo mąż wytknął mi, że przestałam o siebie dbać i chodzić na basen. Piję, bo starsza o 10 lat koleżanka, wygląda lepiej ode mnie. Piję, bo wtedy jakoś łatwiej znieść kolejny dzień i brak snu. Piję, bo lubię ten stan, gdy wszystko po mnie spływa, gdy każdy problem mam głęboko w dupie. Piję bo tylko wtedy potrafię się śmiać. Piję, bo boję się, że gdy przestanę, wszyscy odkryją, że nie potrafię bez tego żyć. Piję, żeby przetrwać w zakłamaniu i obłudzie przed światem i samą sobą.

Dziś odkryłam, że alkoholik to nie tylko ten, kto nieprzytomny i brudny zasypia na ławce. Uświadomiłam sobie, że ta piękna kobieta i matka, ta która ukończyła najlepsze studia, ta która ma cudownego męża, ta sama, która patrzy na mnie z lustra, to też alkoholiczka. Że mam szarą cerę, że  ranek wita mnie wymiotami, że nie zawsze zdążam do toalety i budzę się we własnych odchodach, że straciłam przyjaciół i zdrowie. I, że mogę jeszcze zawalczyć o to, żeby ta obca twarz patrząca na mnie z odbicia w szybie znowu była mną.

Kobieto, która właśnie stoisz przed sklepem ze złudnym szczęściem, zawróć. Są lepsze ścieżki. Prawdziwe, prostsze i nie prowadzące do piekła uzależnienia. Ja je właśnie zaczęłam dostrzegać…


Zobacz także

TOP zabiegi kosmetyczne na jesień

Fryzura na walentynki – jak szybko przygotować się na romantyczny wieczór

Cieszę się, płaczę, starzeję. Wolę żyć niż mieć wyprasowaną twarz