Uroda

Fish pedicure, naturalny sposób na gładkie stopy. Skusisz się?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
12 czerwca 2016
Fot. iStock / olesiabilkei
 

Pedicure kojarzy się nad przede wszystkim z domowymi zabiegami lub wizytą w gabinecie kosmetycznym. Dzięki pedicure pozbywamy się starego, martwego naskórka ze stóp, przywracamy ich skórze zadbany wygląd i miękkość. To już nie fanaberia, a zwykła konieczność, by kobieta mogła się poczuć naprawdę zadbana. 

Jak się okazuje, wyżej wymienione sposoby troski o stopy, to nie jedyna możliwość, jaka została zaoferowana rzeszy kobiet.

Fish pedicure. Rybki zjedzą nadmiar skóry

Fish pedicure to specyficzny rodzaj pedicure’u, w którego trakcie martwy naskórek zjadany jest przez egzotyczne rybki pływające w akwarium. Ryby te, brzany ssące, zamieszkują w naturze wody Jordanii, Syrii i Turcji, osiągając ok 14 cm długości.  Tam również rybki również żywią się martwym naskórkiem, ponieważ wody w których żyją są ubogie w składniki odżywcze. W akwariach które dostępne są w ofercie salonów wellness,  rybki oczyszczają skórę nie tylko stóp, ale także rąk. Wystarczy w gabinecie zdezynfekować kończyny i włożyć do akwarium, a rybki podpływają same, zeskrobując martwy naskórek. Po zabiegu, skóra jest miękka i lepiej ukrwiona dzięki specyficznemu masażowi skubiących ją rybek. Uczucie podczas fish pedicure, porównywany jest do miłego mrowienia, wpływającego relaksacyjnie na nastrój osoby poddającej się zabiegowi.

Dla kogo ten zabieg?

Mimo wątpliwości natury higienicznej, naukowcy z brytyjskiej Health Protection Agency ocenili ryzyko infekcji podczas kuracji rybkami jako niezwykle niskie, przy zachowaniu zasad higieny. Z fish pedicure mogą korzystać praktycznie wszyscy, jedynie osobom o osłabionym systemie immunologicznym zaleca się rezygnację z tego.


źródło: national-geographic.pl

 


Uroda

7 produktów pozornie zdrowych, które kryją w sobie niemiłe niespodzianki

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
12 czerwca 2016
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
 

Moda na bycie „fit” i świadomość własnego zdrowia sprawia, że baczniej przyglądamy się temu, co trafia na nasze talerze. Szukamy alternatyw dla zwykłego śniadania, sięgamy po różne płatki, nie chcemy pić zwykłej wody, sięgamy po smakowe. Tylko czy zawsze te z pozoru zdrowe produkty, wychodzą nam na zdrowie? 

Sprawdź, czy w twoim menu nie znajdują się produkty, których nie powinniśmy jeść w większych ilościach

1. Tucząca granola

Granola wydaje się być śniadaniem idealnym. Można ją określić jako mieszaninę płatków zbożowych, orzechów i suszonych owoców.Ale możemy w niej znaleźć również dodatek miodu i tłuszczu. Sposób jej produkcji powoduje, że zawiera ona większą ilość kwasów tłuszczowych nasyconych i jest bardziej kaloryczna – 100 gramów granoli ma ok. 410 kalorii.

 Fot. Pixabay / rosegold / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / rosegold / CC0 Public Domain

2. Płatki kukurydziane pełne cukru

Zwykłe płatki śniadaniowe mogą się wydawać bezpieczną alternatywą, dla tych wszystkich chrupiących płatków, oblanych miodem lub innymi dodatkami. Często sięgamy po nie na śniadanie i hojnie sypiemy je do miseczek dzieci. W końcu są lekkie, chrupiące i z kukurydzy, muszą być zdrowe. Niestety, żywność wysoko przetworzona nie sprzyja naszemu zdrowiu, a płatki po przeróbce nie mają wiele wspólnego z kukurydzą. W rzeczywistości nie mają substancji odżywczych, za to zawierają bogactwo cukrów prostych, które w nadmiarze nikomu nie służą. Zamiast płatków kukurydzianych, wybierajcie owiane, ale nie te błyskawiczne, bo one  są pozbawione błonnika.

 Fot. Pixabay / tookapic / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / tookapic / CC0 Public Domain

3. Wody pełne sztucznego smaku

Bierzesz w półki wodę smakową, bo liczysz na dodatek naturalnego soku z owoców? Lepiej zerknij na etykietę, bo soku może być tyle co kot napłakał, za to sztuczne aromaty rekompensują braki naturalnych składników. Jeśli producent dodał syntetyczne witaminy, mogły się tam również znaleźć konserwanty i cukier. Jeśli masz wątpliwości co do zdrowego składu, zrób własną wodę smakową, to naprawdę proste.

woda gazowana

Fot. Pixabay / yunjeong / CC0 Public Domain

4. Napoje typu cola light

Mimo kuszącego w nazwie hasła „light” wcale taka zdrowa ona nie jest. Owszem, zawiera nieporównywalnie mniej kalorii od oryginału, ale zamiast cukru, w składzie ma kontrowersyjny słodzik – aspartam. Podobnie jak w zwykłej coli, tak i tutaj znajdziemy kwas fosforowy, który może być przyczyną niedoboru wapna w kościach, co prowadzi do rozwoju osteoporozy.

5. Odtłuszczone jogurty

Wydają się być idealną przekąską dla osób będących na diecie. Owszem, jogurty są bardzo zdrowe, ale te odtłuszczone kryją za swoim 0% niechlubne sekrety. Odtłuszczone produkty mleczne hamują wchłanianie witamin A, D, E i K (rozpuszczalne właśnie w tłuszczach), mogą również powodować fermentację w jelitach. Bez tłuszczu pokarmy są uboższe, ponieważ różne związki nie są wchłaniane przez organizm.

Fot. Pixabay / LeFox / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / LeFox / CC0 Public Domain

6. Ciemne pieczywo

Jeśli wydaje się tobie, że każde ciemne pieczywo jakie wrzucasz do koszyka z zakupami, jest zdrowe, to nie prawda. Zdrowe i pełnowartościowe pieczywo jest wypiekane z mąki pełnoziarnistej, jak najmniej oczyszczonej. Widać że taki chleb ma inną strukturę i ciężar, napakowany jest często zdrowymi ziarnami zbóż. A jego podróbka, to zwykły chlebowy „zapychacz”, wypiekany z mąki oczyszczonej, jedynie zabarwiany karmelem. Tu nie ma wiele wspólnego ze zdrowym jedzeniem.

 Fot. Pixabay / condesign / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / condesign / CC0 Public Domain

7. Suszone owoce z siarką

Owoce suszone są cenne, ponieważ stają się skoncentrowanym źródłem witamin i minerałów, ale są także kaloryczne. Zawierają  dużo więcej cukru, a przez to kalorii- 100 gramów dostarcza średnio około 250 – 300 kcal. Owoce konserwuje się poprzez dodatek dwutlenku siarki, który chroni przed rozwojem bakterii, drożdży i pleśni. W niewielkich ilościach nie jest on toksyczny, ale u niektórych osób może wywoływać reakcje alergiczne.

 

 


Uroda

„Co z tymi facetami?! Ranią albo wymagają opieki jak dzieci”. Singielka o tym, dlaczego wybiera życie w pojedynkę

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 czerwca 2016
Fot. iStock / milos-kreckovic

Mam 30 lat, jestem singielką. Nie, nie jestem sama, samotna, smutna też nie jestem. Moje życie jest bezpieczne. Tego mi brakowało. Najpierw w dzieciństwie, gdy ciągle byłam świadkiem kłótni rodziców. I potem, gdy z kolejnymi mężczyznami próbowałam budować związek.

Mój chłopak z liceum. Cztery lata razem, potem on zdał na Akademię Teatralną. Wsiąkł w nowe zadania, zajęcia. Codziennie wracał do domu koło 23.00, weekendy były zajęte przez szkołę. Odsunęliśmy się od siebie. On miał świat kolorowy, ja spokojny świat studentki polonistyki.

Rozstanie było dla mnie trudne i bolesne. Choć to ja powiedziałam słowo „koniec”, czułam się porzucona i zostawiona. Potem przez kolejne lata nie potrafiłam w nikim się zakochać. Spotykałam kolejnych chłopaków, uprawiałam z nimi seks, byłam bliżej, dalej. W końcu odchodziłam. Czasem odchodzili oni.

Moja kolejna wielka miłość to architekt. Był starszy o osiem lat, miał fajną pracę, dużo marzeń, podróżowaliśmy. Poznałam jego rodzinę, zaprzyjaźniłam się z siostrą. Znów się otworzyłam. Po trzech latach odkryłam jego korespondencję z inną kobietą. Kiedy wyprowadzałam się z mieszkania, w którym wspólnie mieszkaliśmy, przysięgłam sobie: „nigdy więcej”. Dwa razy byłam zaangażowana, dwa razy skończyło się źle.

Tę miłość też odchorowywałam, ale już krócej. Pomogła mi złość i urażona duma. Uciekłam w pracę, i ta praca była najbardziej wdzięczną miłością. Bo przewidywalna, poukładana. Dużo dawałam, dużo dostawałam. Wiedziałam czego się spodziewać. Miałam poczucie kontroli, siły, mocy.

Mijały lata. Poznawałam kolejnych mężczyzn. Ale już nie potrafiłam się zaangażować. Widziałam, że robię się wymagającą singielką. Jedną z tych, o których czytałam. Skoncentrowaną na pracy, krytyczną wobec mężczyzn. Urządziłam swoje mieszkanie jak chciałam. Postawiłam kanapę tam gdzie chciałam, pomalowałam ściany jak chciałam, w sypialni mam toaletkę –  na co mój architekt nie chciał się zgodzić. Jest tak, jak chciałam.

Patrzę na znajome małżeństwa…

Kilka się już rozpadło, kilka jest chyba szczęśliwych. Zazdroszczę im, jak pakują rowery i wyjeżdżają w taki weekend jak ten na żagle czy kajaki. Widzę szczęście. Radość. Wspólne dzieci. Tylko…..

Dwóch tych „szczęśliwych” mężów po pijaku dobierało się do mnie. Jeden obraził się, bo kiedy zaczął mnie bajerować ostro powiedziałam: spadaj. Okej. To tylko dwóch, wynaturzenia są wszędzie.

Trzeci, fantastyczny mąż, za którego dałabym się pokroić właśnie kilka tygodni temu odszedł do innej. Zbieram moją przyjaciółkę rozsypaną w kawałeczki. Parzę melisę, podaje wino, wyciągam na imprezy, zajmuję się jej dziećmi. I, kurczę, jestem wdzięczna losowi, że już tego nie przeżywam, że już nie cierpię.

Czy jestem ślepa? Czy obracam się w jakimś chorym środowisku…

A dobre życie toczy się gdzieś poza mną? Czy naprawdę ludzie mają tylko parę lat gwarancji na szczęście, a potem zawsze się coś psuje? Bo kryzys, bo dziecko, bo brak seksu, bo seks z kimś innym? Czy stabilizacja zawsze ma cenę? Kompletną destabilizację później?

Nie chcę tak żyć. Nie chcę żyć w lęku, że kogoś stracę. Ktoś powie, że w miłość jest wpisane ryzyko utraty– być może. Ale ja nie chcę więcej tracić. Za wiele bliskich ludzi straciłam. Wybieram letniość w damsko– męskich relacjach. Dlaczego wydaje mi się, że więcej na tym zyskuję?

Po pierwsze. Naprawdę jestem wolna. Układam rzeczy w lodówce gdzie chcę, jadę na wakacje gdzie chcę. Nikt mi nie mówi, że wydałam za dużo na buty, nie muszę się tłumaczyć, ile kosztują moje sukienki.

Po drugie. Nie czekam. Jeśli czekam to jeden dzień. Poznaję faceta, spotykam się, ta randka jest udana, jest miło. Rzeczywiście dzień po czekam na telefon. Super jeśli on się odzywa znów. Jeśli nie, pozbieranie się po tym zajmuje mi jeden dzień. Jeden dzień gorszego nastroju, lodów przed telewizorem. Tyle.

Po trzecie. Mam seks, mam czasem nawet zauroczenie, ale nie dochodzi do momentu znużenia. Zdecydowana większość z nas stara się tylko na początku. Mężczyźni, którzy się ze mną spotykają, wykonują pracę, żeby było fajnie. To jest kolacja, wyjście, drobiazgi, które mi dają, bo wiedzą, że coś lubię. Ja robię to samo. Staram się.

Dlaczego to się kończy? Bo ja uciekam. Jeśli jesteś trzydziestolatką i rozejrzysz się wokół widzisz, że fajni faceci są zajęci. Po świecie fruwają szaleni single i żonaci. Żonaci mnie nie interesują, single nie nadają się na związek. Bo są niczym sieroty.

Mają depresje, wątpliwości, ciągle nie wiedzą czego chcą. Nie potrafią walczyć o siebie w pracy, nie potrafią wziąć się w garść, podejmować decyzji.  Potrzebują opiekuńczych ramion kobiety. Sorry, mam to gdzieś, nie będę się nikim opiekować. Już sobie wyobrażam taką sierotę jako ojca. Nie chcę. Miałabym wpuścić go do swojego świata, a on by na mnie żerował, karmił się moją siłą.

Dlaczego miałabym wybrać to, a nie po prostu seks bez zobowiązań?

Nie potrafią słuchać. Chcą po prostu mówić i mówić o sobie. Nawet jeśli im tłumaczysz, że bycie ze sobą to też słuchanie– pamiętają o tym przez dwadzieścia minut.

Mają zero inicjatywy. W zdecydowanej większości. Jeśli wykazują jakąś inicjatywę to dlatego, że się starają, zależy im na zrobieniu dobrego wrażenia. A potem…

I cóż, w większości mają nadopiekuńcze mamy. Nie muszą robić nic, za nich zrobi się wszystko. SIĘ to oczywiście jakaś kobieta.

Jeśli mam być z kimś być, to z prawdziwym mężczyzną. W końcu jestem atrakcyjną, mądrą trzydziestolatką. Znam cztery języki, potrafię na siebie zarobić, wymienić koło w samochodzie, ubezpieczyć siebie, dom, znam się na polityce i wiem gdzie należy oszczędzać.

Takiego faceta chciałabym poznać.

I takiego, który by nie zranił. Za dużo? Czasem myślę, że za dużo.

To trudno, zostanie jak jest.


Zobacz także

Mleczno-miodowa terapia dla włosów

Chcesz wyglądać młodziej, przyciemnij sobie brwi – tak mówią naukowcy

Makijaż z Makeup Obsession – jakie produkty zaproponowała nowa marka?