Uroda

Długie i gęste rzęsy są w twoim zasięgu. Postaw na skuteczną pielęgnację i regenerację

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
14 listopada 2016
Foot. iStock / coloroftime
 

Rzęsy nadają oczom niesamowitego wyrazu. Podkreślają ich kształt, pozwalają uzyskać odpowiednią stylizacją efekt oka tajemniczego lub przeciwnie, wesołego, otwartego. Mogłoby się wydawać, że uzyskanie pięknego spojrzenia zależy jedynie od perfekcyjnego makijażu lub wizyty u kosmetyczki i doczepieniu kępek sztucznych rzęs. Lepiej jest jednak postawić na wzmocnienie naturalnych rzęs, na których kondycję i wygląd, mamy realny wpływ. 

Rzęsy, o których pamiętamy zbyt rzadko

Najczęściej traktujemy je po macoszemu, każdego dnia malując maskarą, a czasem i poddając silnemu naciskowi zalotki. Oczywiście, robimy to z myślą, by upiększyć oko, wydobyć głębię spojrzenia, ale często szkodzimy kondycji rzęs. Mało kto pamięta o konieczności pielęgnacji i regeneracji oprawy oczu, co skutkuje po pewnym czasie osłabieniem delikatnych włosków. Każdego dnia tracimy 1-2 rzęsy i to nie powinno nikogo niepokoić. Jednak, gdy stają się one przerzedzone, łamliwe, powinna zapalić się lampka ostrzegawcza, informująca, że nadszedł czas wdrożyć ich prawidłową pielęgnację.

Właściwa pielęgnacja to podstawa sukcesu

Nie możemy oczekiwać, że rzęsy katowane przez nas w różny sposób, będą wyglądały cały czas jednakowo dobrze. Podstawowa pielęgnacja powinna opierać się na codziennym, delikatnym demakijażu oczu. Bywa, że kładziemy się spać z niezmytym lub zmytym niedokładnie makijażem, co osłabia delikatne włoski. Jednak demakijaż nie może polegać na tarciu oka wacikiem kosmetycznym. Niedelikatne obchodzenie się z rzęsami, może skutkować ich wypadaniem. Wystarczy nasączyć kosmetykiem do demakijażu wacik, przyłożyć do oka i odczekać chwilę, aż tusz się rozpuści. Pionowymi ruchami z góry na dół należy delikatnie zetrzeć resztki tuszu.

Wybierając tusz do rzęs, bez którego trudno wyobrazić siebie wykończenie makijażu, lepiej nie sięgać po te wodoodporne. Podczas prób jego zmycia, trzeba włożyć więcej energii w zmywanie rzęs. Jeśli nie musisz (np. w weekend), nie stosuj obciążającego makijażu oczu, zrezygnuj również z zalotki. Podkręcone rzęsy wyglądają bardziej spektakularnie, jednak słabsze włoski poddawane naciskowi, są bardziej podatne na wypadanie. A warto wiedzieć, że nowe rzęsy wyrastają w miejsce starych dopiero po upływie 2-3 miesięcy.

Odżywka, która wzmocni krótkie, przerzedzone i łamliwe rzęsy

Podstawowa pielęgnacja nie rozwiąże jednak wszystkich problemów z rzęsami. Tu potrzebna jest specjalna odżywka, V-Lash Renovital, która powstała z myślą o kobietach, co dzień zmagających się z takimi problemami. Odżywka wspomaga wzrost rzęs, stymuluje ich odrastanie i dodatkowo hamuje wypadanie. Nowoczesna receptura i specjalnie wyselekcjonowane składniki aktywne odżywiają rzęsy, wydłużają je i zagęszczają. Odżywka V-Lash przedłuża żywotność włosków, sprawia, że odrastają mocniejsze, grubsze i dłuższe.

Preparat zawiera ekstrakt ze świetlika, który działa ściągająco i kojąco. Dodatkowo nawilża skórę. Dzięki systematycznemu i regularnemu stosowaniu można osiągnąć najlepsze rezultaty.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Odżywka V-Lash uzyskała status produktu hypoalergicznego i odpowiada wymaganiom testu zgodności ze skórą atopową i szczególnie wrażliwą, łatwo ulegającą podrażnieniom. Produkt spełnia wymagania stawiane wyrobom kosmetycznym o deklarowanych właściwościach hypoalergicznych, ale nawet mimo tego, osoby, u których występuje alergia na którykolwiek ze składników kosmetyków, powinny zachować ostrożność.

Czy wiesz, jak proste i skuteczne jest użycie odżywki V-Lash Renovital?

Nie, tu nie potrzeba wielkich nakładów czasowych, aplikacja jest równie szybka, jak łatwa. Wystarczy po dokładnym, wieczornym oczyszczeniu skóry powiek i okolic oczu, na osuszoną skórę nałożyć preparat jednym pociągnięciem aplikatora wzdłuż nasady rzęs, tak jak nakładamy eye-liner. Odżywkę można nakładać na górną, jak i dolną linię rzęs, by wzmocnić wszystkie rzęsy. Wystarczy zastosowanie wyłącznie odżywki, inne kremy pielęgnacyjne na powieki nie są wskazane. Pierwsze efekty zauważane są z reguły po 6-10 tygodniach

Czy to koniec? Po zakończeniu kuracji preparatem V-Lash zaleca się stosowanie go co drugi dzień dla utrzymania efektu długich i gęstych rzęs. Niech kuracja stanie się dobrym nawykiem, podobnym do nakładania odżywki na włosy i kremu na skórę twarzy. Jednorazowa kuracja zdecydowanie pomoże rzęsom, ale regularność pozwoli na trwałe utrzymanie osiągniętych efektów.

To prosty i skuteczny sposób na niekłopotliwe wzmocnienie i ochronę rzęs każdego dnia.

Produkt jest dostępny na terenie całej Polski w sieci aptek Melissa i Gemini.


Wpis powstał przy współpracy z V Laboratories


Uroda

„Krzyczałam do męża, że nie jesteśmy ludźmi, bo jaki człowiek zrobiłby to, co my… Każda z nas zrobiła rzecz niewybaczalną, porzuciła swoje dziecko”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
14 listopada 2016
Fot. iStock / Tal Guterman
 

– Oddałam ją tylko dlatego, że nie stać mnie było na aborcję. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, dlatego się zawsze zabezpieczałam i robię to nadal. Niestety, czasem się tak zdarza, że mimo to ciąża i tak się przytrafi. I mi się przytrafiła. Zorientowałam się dość szybko, ale o zabiegu nie było mowy. Nie miałam na to pieniędzy. Za to od razu wiedziałam, że nie chcę tego dziecka. Nie, nie przeżyłam żadnej traumy, miałam i mam kochających rodziców, nikt mnie nigdy nie zgwałcił. Po prostu taka już jestem, nie wiem dlaczego. Nie lubię dzieci, drażnią mnie i denerwują, działają na mnie alergicznie. 

Agnieszka ma 32 lata i otwarcie opowiada o tym, jak oddała swoją córkę

– Dla mnie to nie była i nie jest córka, tylko człowiek, który zasługuje na coś, czego ja mu nigdy dam. Więc chyba lepiej, że trafiła do rodziny, która czekała na nią kilka lat. Wiem o tych ludziach tyle, ile mi potrzeba. Normalni są, bardzo pragnęli mieć dziecko. Niestety los bywa przewrotny i czasem daje nie tym, co trzeba. Oni bezpłodni, ale marzący o pełnej rodzinie i  ja, mogąca posiadać dzieci, chociaż od zawsze wiedziałam, że ich nie chcę. I mieć nie będę. Ale tak, jak już wspomniałam, przytrafiło się mimo ochrony. Mój partner podzielał moją decyzję, bo też nigdy nie chciał zostać ojcem. Jak tylko odebrałam wyniki potwierdzające, że za 9 miesięcy urodzę, oznajmiłam rodzicom, że oddam to dziecko. Nie rozumieli, chcieli je zabrać do siebie, kombinowali. Jakby nie rozumiejąc, że ja nie proszę nikogo o pomoc, nie chcę porady. Bo już zdecydowałam i takie mam prawo. Tylko ja i mój partner.

Oczywiście były awantury i płacz.  Nie tyle nad człowiekiem, który rozwijał się w moim brzuchu, co nad tym, że ludzie nie dadzą mi żyć. I oczywiście pewnie tak by było, gdybym sobie na to pozwoliła. Dlatego zawsze szczerze odpowiadam, gdy ktoś pyta, czy jestem „surogatką”. Mówię wprost, że jestem kobietą, która oddała dziecko do adopcji, bo go nie kochałam i nie kocham. I oddałam tę dziewczynkę, bo jej nie chciałam.

Moja mama codziennie mi powtarzała, że jak tylko poczuję zapach jej skóry, że jak ją tylko zobaczę po porodzie, to instynkt macierzyński zrobi swoje. A ja owszem, dbałam o tę ciąże, chodziłam regularnie do lekarza, nie piłam, nie dźwigałam.  Ale doskonale też wiedziałam, że cud, jakiego byli pewni moi rodzice, po prostu nie nastąpi. I nie nastąpił. Zresztą już wcześniej byłam, gdzie trzeba poinformować, że będzie dziecko do adopcji, żeby już szukali domu. Zadbałam o to, żeby nie tułało się po domach dziecka, żeby miało rodzinę. Skrzywdziłabym je, gdybym  słuchała opinii tych wszystkich, którzy wiedzą lepiej za mnie. Nie umiałabym tego dziecka kochać, bo czuję do niego tylko niechęć. I ono też by to czuło i rozwijało w przekonaniu, że jest wrzodem na moim tyłku. Tak, wiem, jak to zabrzmiało i dokładnie tak, jak chciałam. Taka jestem, dla siebie zwyczajna, bo od zawsze dla kogoś obok obrzydliwa, oburzająca, pozbawiona uczuć. Bo jak oddać swoje dziecko? Mówić, że od razu się tego było pewnym, nie chcieć go. Dla mnie to jest po prostu człowiek, którego nie chciałam w swoim życiu.

Dbałam o siebie w ciąży, gdy jedyną opcją było urodzić i zrzec się praw. Nie, nie płacze za nią w nocy, nie myślę, do kogo jest podobna. Wiem o niej tyle, ile chcę. Bo to ja ją „tu sprowadziłam”, więc  wypadałoby zadbać, żeby miała dobre życie. Wiem, że jest bezpieczna i szczęśliwa, reszta mnie nie interesuje. Niedawno zrobiłam zabieg, po którym już nigdy mi się coś takiego nie przydarzy. Antykoncepcja i uwaga mnie zawiodły. Nie chcę już więcej rodzić i oddawać. Ani usuwać. Nie chodzi o mój komfort psychiczny, ja inna nie będę, zawsze musiałabym tak robić. To nie wina tego dzieciaka, że miało pecha. Bo kobieta, która go urodziła, nie ma instynktu matki.

Maria jest przed 40-ką, choć wygląda na zmęczoną

W domu piątka dzieci, obecnie pracuje tylko mąż. Zabezpieczali się często, ale czasem, nie ukrywa, zdarzało się zapomnieć. To dom, w którym czuć miłość. I biedę, która wyłazi z każdego kąta i kończy na dziecięcej, umorusanej czekoladą buzi.  – Nie ma dnia, żebym nie myślała. To już 3 lata, jak nie przespałam spokojnie nocy. I to uczucie ciągłego obrzydzenia. Do siebie. Wiem, bida aż piszczy, na głowę nam zaraz dach spadnie, pożarł był w ubiegłym roku, bez niczego zostaliśmy. I jeszcze nam się seksu chce i to bez ostrożności. No co ja pani powiem, jak inaczej nie myślę. Już ostatnio mężowi mówiłam, jak najmłodszego urodziłam, że to koniec. Dwoje ciężko chorych, długów, że strach to liczyć. Jak zobaczyłam, że zaszłam, myślałam, że się powieszę. A mąż mówi, czy ja oszalałam? Bo co z resztą dzieci, co one winne głupocie naszej. Usunąć nawet nie myślałam, a gdzie niby i skąd pieniądze. I chodziłam struta taka i sąsiadki córka podpowiedziała, że można oddać. Podpisać dokumenty i dać dziecku szczęście na jakie zasługuje. A którego u nas nigdy nie zazna. Taki wybór, dla dobra obu stron. Tak, ludzie potem gadali za plecami, że bieda nic nie tłumaczy, że jak Bóg dał dziecko to i na dziecko da. Ja już nie mam sił tego tłumaczyć, nie chcę. Chociaż jeden nasz dzieciak życie będzie miał. Bo co my mu tu możemy zaoferować. Wstyd, głód i ciągły żal. Jakoś tak jak brzuch rósł, to nie myślałam. Nastawieni byliśmy, że zaraz po urodzeniu podpiszemy, co trzeba. Że tak będzie najlepiej. Ale w ten dzień, gdy mi ją pokazali pierwszy raz. Serce mi pękło, bo nie czułam już nic oprócz żalu.

Mąż tam był, wspierał, nie namawiał, bo też było mu ciężko. Powiedział tylko, że im szybciej wrócimy do domu, tym lepiej. Nie płakałam, nie poszłam się pożegnać. Po prostu po formalnościach pojechaliśmy do dzieci. Wszędzie widziałam jej oczy, wydawało mi się, że słyszę, jak płacze. I ten wieczór, gdy pod prysznicem dotarło do mnie tak głęboko, że ją straciłam. Bo dotknęłam pustego brzucha i myślałam, że zwariowałam. Krzyczałam do męża, że nie jesteśmy ludźmi, bo jaki człowiek zrobiłby to, co my. Codziennie się zastanawiam, jak jej jest u innych rodziców. Kim będzie w przyszłości i czy nam wybaczy, jak się dowie. O ile się dowie… Będzie chciała z nami rozmawiać. Ja nie wiem, czy bym z taką matką chciała. Najważniejsze, żeby nigdy nie zaznała krzywdy. Stworzyła dom i była innym rodzicem, niż my. Raz synek zapytał, gdzie dzidzia z brzucha, a mąż odpowiedział, że u Bozi. Nie protestowałam, może się kiedyś przyznam, może przyjdzie czas na rozmowę. Wstydzę się, aż mnie dławi. Mąż nic nie mówi, czasem to się tak zachowuje, jakby nic się nie stało, a córki – tej oddanej, nigdy nie było. Ale słyszę go czasem w nocy, w łazience albo za chałupą. Jak wyje, jak usiłuje zagryźć wargami ból. Albo patrzy tępo w ścianę, drżą mu ręce. Wiem, że też o małej myśli, że się obwinia. Ludzie mnie czasem klepią po plecach, mówią, że nie nasza wina, bo to los podły. Że lepiej tak, niż te co w beczce zakopują. A ja zawsze odpowiadam, że nie czuję się gorsza od nich. Ale lepsza też nie. Bo czym ja się różnie od tej co wyskrobała czy zostawiła w reklamówce i nawet nie wie, czy przeżyło. Niczym. Każda z nas zrobiła rzecz niewybaczalną… porzuciła swoje dziecko.

Wysłuchała: Anika Zadylak


Uroda

Przysięgłam sobie, że nigdy nie pozwolę ci się poddać. Bo dopóki ty walczysz, wierzę, że ja też mogę

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 listopada 2016
Fot. iStock / wherelifeishidden

Kochana…

Kilka dni temu były twoje urodziny. To już 17-ste z kolei, które obchodzisz z Tym. Mówię Tym, bo To odmieniło twoje życie raz na zawsze i choćbym bardzo chciała, nigdy już nie będzie odwrotu. Mówię Tym, bo wiem, że sama lubisz to tak nazywać. Ciągle powtarzasz – ja z Tym żyję, ja z Tym jem, ja z tym się pieprzę…

Przepraszam, że tym razem nie mogło mnie tam być… bo przecież zawsze jestem. Byłam wtedy, gdy się o Tym dowiedziałaś. Byłam kiedy budziłaś się w nocy i mówiłaś, że boisz się umrzeć. Byłam, gdy razem z Nim mówiliście sobie, że będziecie razem „póki śmierć was nie rozłączy”. I wtedy, gdy ten dupek przed sądem głośno mówił o tym, że dłużej nie potrafi tak żyć. Że chciałby, aby ktokolwiek choć raz przeżył z tobą jeden dzień i zobaczył, jak ciężko żyje się z chorą osobą. Przeżyłyśmy razem nie jeden i uwierz mi, że każdy z nich jest dla mnie na wagę złota.

Najchętniej skopałabym mu tyłek. Bo po co się oświadczał? Przecież wiedział, na co się pisze. Był z tobą od samego początku. Chyba nigdy nie zrozumiem, jak po tym wszystkim nadal możesz go kochać. Bo kochasz. Wiem to. Słyszę, w każdej wzmiance, jaka pada na jego temat z twoich ust. Gdyby tylko wiedział. Co się z tobą wtedy działo… Co ta choroba z tobą wtedy zrobiła. Ona i on. Razem. Byłam przerażona, gdy zaraz po rozwodzie usiadłaś na wózku, bo twoje ciało nie miało dłużej siły by stać. Jak każda czynność, którą wykonywałaś dzień wcześniej, chwilę później staje się dla ciebie dużym wyzwaniem. I tak codziennie. Jakby życie zamiast dawać, zaczęło ci nagle wszystko odbierać…

Byłam na ciebie wtedy zła. Co ja mówię. Byłam po prostu wściekła. Wściekła, bo myślałam wtedy, że się poddałaś. Że myślałaś, że nie masz już po co żyć. Ale chcę żebyś wiedziała, że masz. Dla mnie. Dla nas. Dla siebie. Przysięgłam sobie wtedy, że nigdy nie pozwolę ci się poddać. Bo dopóki ty walczysz, wierzę, że ja też mogę. Ze wszystkim. Z całym światem.

Wiem, że nasza relacja nie zawsze była łatwa. Bo w końcu 7 lat różnicy robi swoje. Kiedy ty stawałaś się kobietą, ja byłam jeszcze dzieckiem. Dzieckiem, które niewiele z tego rozumiało. Z ogromnego buntu 17-nastoletniej dziewczyny, która nagle dowiedziała się, że nie wie, jak długo jeszcze będzie mogła normalnie żyć, normalnie chodzić, normalnie oddychać. Jedyne co pamiętam to to, że ciągle chciało ci się krzyczeć. Na rodziców, na mnie, na niego. Nie raz oberwało mi się wtedy za to, że byłam po prostu dzieckiem. Dziś to rozumiem i nie mam do ciebie o to żalu. Nie wiem, jak sama zachowałabym się na twoim miejscu.

Z tego całego chaosu w głowie utkwiły mi dwa dobre wspomnienia. To pierwsze przywołuje we mnie mieszane uczucia. Siedziałyśmy w salonie, a ty suszyłaś mi włosy. Miałyśmy przy tym spory ubaw, bo starym sposobem naszej mamy wpuszczałaś co chwilę trochę ciepłego powietrza za mój kołnierzyk. Dziś rolę się odwróciły i to ja suszę ci włosy, bo tobie pewnie zajęłoby to wieczność. Zabawne, jak w życiu wszystko się zmienia…

Drugie, gdy odebrałaś mnie z muzyki po swojej szkole. Jak zwykle czerwona ze złości, mówiłaś żebym się pospieszyła, bo się spóźnimy, a potem czekałyśmy oczywiście na przystanku. Była zima. Przytuliłam się do ciebie i zaczęłam coś nucić i obie zaczęłyśmy tańczyć. Pamiętam jak na twojej twarzy na chwilę zawitał uśmiech. Coś czego nie widziałam wówczas od dawna. Chciałabym zawsze móc dawać ci powód do uśmiechu.

Co dzisiaj nie jest w zasadzie takie trudne. Bo sama jesteś jednym wielkim uśmiechem. Wiem, że gdy znowu zadzwonię i spytam co u ciebie, jak zwykle odpowiesz, że wszystko dobrze i jak zwykle zaczniesz się śmiać. Nawet jeśli akurat siedzisz w szpitalu i chwilę wcześniej zemdlałaś z bólu idąc do toalety. Nie znam drugiej tak dzielnej kobiety jak ty.

Dlatego jeśli kiedyś będę miała dzieci, to chciałabym, abyś traktowała je jak swoje. Jak te, które zawsze chciałaś mieć, a które przez To nie możesz. Chciałabym, aby nauczyły się od ciebie wdzięczności. Za każdy nowy dzień. Bo każdy nowy dzień jest powodem do radości. Każda chwila, którą spędzamy razem. Każde słowo…

Ja też jestem wdzięczna. Za to, że cię mam. I choć pewnie myślisz, że niczego w życiu nie udało ci się zrobić dobrze od początku do końca, to wiedz, że jedna rola wyszła ci świetnie. Jesteś najlepszą starszą siostrą jaką przyszło mi mieć. I dlatego nigdy nie pozwolę ci się poddać.

Nawet temu cholernemu SM.


Zobacz także

Gąbka do makijażu - rodzaje, jak z niej korzystać?

Gąbka do makijażu – jak z niej korzystać, by makijaż był bez skazy? Rodzaje gąbek

Zafunduj stopom wiosenną regenerację. Zapomnij o problemach z odciskami, suchą lub popękaną skórą pięt

W Rossmannie znów mega promocja 2+2 gratis. Tym razem kupujemy kosmetyki pielęgnacyjne do twarzy