Lifestyle

To nie są wielkie rany. To malutkie, niewidoczne draśnięcia, które pieką cholernie w najmniej spodziewanym momencie

Poli Ann
Poli Ann
8 sierpnia 2019
Fot. iStock/skynesher
 

Siedzimy razem z Darią na kanapie. Obie w dresach, bez makijażu, z włosami w nieładzie. Przed nami różowe wino. Uwielbiamy je i się nim raczymy, gdy jesteśmy na szczycie, zakręcie lub czarnej d….

Dziś Daria wygląda na zakręt, w porywach do czarnej d… Jest zła i może trochę przygnębiona.

– Jaka jestem? – pyta tak bez wstępu jakiegoś. Prosto z mostu.

– No jak to jaka? Fajna! Najfajniejsza na świecie!!! krzyczę zgodnie z prawdą.

Znamy się tyle lat. Przyjaźnimy. Byłyśmy tyle razy na zakrętach, w czarnych d…. i na szczytach. Znamy się na wylot.

– Szczerze wal – mówi z piorunami w oczach. Nie robią ma mnie wrażenia. Za dobrze ją znam. Jest wrażliwa, bardzo emocjonalna, ale to przyjaciel na wieki. Jak coś idzie nie tak, Daria jakby miała radar i już krąży wokół mnie. Płacze ze mną i się cieszy. Odnoszę ostatnio sporawe sukcesy w firmie. Jej mogę powiedzieć o premii. Nie będzie zawiści ani złośliwego komentarza, jak to w zwyczaju ma moja własna rodzona siostra. Daria jest zupełnie inna niż ja. Może dlatego się dogadujemy.

– Dużo gadasz, czasem za dużo. Ale masz serce na dłoni. Kochasz i nienawidzisz tak samo mocno, po końcówki włosów. Jesteś ambitna, za bardzo. Dumna i … – nie mogę dokończyć, bo Daria sama to robi. Mówi powoli. Nie przerywam jej. Nie dlatego, że w zdanie wbić się nie mogę. Właśnie mogę, bo ona uważnie dobiera słowa. Daję jej czas.

– Bezmyślna. Jestem bezmyślna. Ja lub moje zachowanie. W ostatnim miesiącu usłyszałam to dokładnie 17 razy. Że jestem ładna 3, seksowna 1. Innych przymiotników nie słyszałam.

No tak. Skończyła polonistykę. Jest redaktorem w wydawnictwie. Słowa to jej praca, pasja, życie. Ja wolę cyferki, tabelki, zestawienia. Mam ścisły umysł. Te liczby zapamiętałam. Faktycznie wynik słaby.

1. Bezmyślnie parkuję auto.

2. Bezmyślnie ładuję naczynia do zmywarki.

3. Bezmyślnie układam szklanki w witrynie.

4. Bezmyślnie wyjeżdżam z garażu. Fakt, przytarłam auto, tłumaczy mnie tylko pośpiech do redakcji, bo mieliśmy audyt. To było tego dnia, gdy ładnie wyglądałam.

5. Bezmyślnie włączam pranie. Zuzia wrzuciła między białe rzeczy swoje różowe rajstopki. No do jasnej ciasnej nie zauważyłam tego.

6. Bezmyślnie smażę naleśniki. Kurczę, nigdy nikomu nie zdarzyło się przypalić?

7. Bezmyślnie myję naczynia. W ręku pękł mi kieliszek, bo go świadomie nie włożyłam do zmywarki; krew sikała mocno, ale liczył się brudny zlew, blat i kieliszek spisany na starty. Bezmyślnie.

8. Bezmyślnie jeżdżę autem. Miałam tę stłuczkę absolutnie nie z mojej winy, byłam pewna swojej racji, wezwałam policję, która jeszcze drugiemu kierowcy wlepiła mandat. Mimo to jeżdżę bezmyślnie.

9. Bezmyślnie…

– Zapisujesz to? – zapytałam. No raczej to zapisała, ale po cholerę? Żeby się umartwiać? Przecież to jest fajna babka. W lustrze widzi ładną buzię, smukłą sylwetkę, której zazdrości jej cała redakcja. A i głowa nie jest pusta. Daria jest dobra w tym, co robi. Czasem roztrzepana, ale bezmyślna? Jakoś nie zauważyłam.

– Jak to zapamiętałaś? Tak po prostu? A te pozytywne też pamiętasz?

– Jak wszedł do kabiny, bo brałam prysznic. Wtedy powiedział, że jestem seksi. Czasami tak mówi, gdy ma ochotę na seks. Ładna zaś byłam, gdy miałam kolację służbową w pracy i założyłam ten garnitur w kolorze fuksji, a za kwadrans przytarłam to pieprzone auto. Kiedy przymierzałam sukienki, bo koleżanka z pracy ma wesele i chciałam ocenić, co założyć. I gdy szliśmy do znajomych, i zapytałam jak wyglądam. No ładnie – odpowiedział, choć jak wiele razy nawet nie podniósł wzroku znad ekranu telefonu.

– I tak się tym przejęłaś? – pytam ze śmiechem. – Dziewczyno jesteś wyjątkowa taka, jaka jesteś.

– Ja o tym wiem. Po prostu mi przykro. Takie komentarze ranią, jeśli wypowiada je bliska ci osoba. Cały czas podlegam ocenie. W pracy, urzędzie, na ulicy. W domu chcę swojej oazy, spokoju, żeby ktoś mnie przytulił po ciężkim dniu, a nie punktował. Po to facet ma silne ramiona, bym się w nie chowała. A jak coś mi nie wychodzi, nie żeby mnie wyręczał, ale najzwyczajniej w świecie pomógł. Po prostu. Bezinteresownie. Bo jestem jego kobietą, bo jesteśmy parą i powinniśmy się wspierać. A ja mam wrażenie, że biorę udział w jakimś wyścigu i ciągle muszę udowadniać, że jestem czegoś warta. W pracy błędów popełniać nie mogę, ale w domu chcę czuć się swobodnie i nawet jak przytrę samochód to lepiej by było usłyszeć, że to tylko auto, rzecz materialna. Przecież da się naprawić. A komentarze typu, że jestem bezmyślna lub robię coś bezmyślnie, można naprawdę porzucić. Bo to mnie rani i mi uwłacza. To równoznaczne z tym, że nie myślę. Bezmyślny to taki ,co się nie zastanawia, synonim to głupi. Teraz rozumiesz?

Mogłam to podejrzewać, że Daria ma słownik w głowie albo to sprawdziła. Ma takie odchyły zawodowe. I pomyślałam sobie, jak wyszła do łazienki, że w sumie ona ma rację. Na początku byłam zaskoczona jej reakcją i stwierdziłam, że przesadza, ale teraz dochodzę do wniosku, że ma przecież prawo czuć tak, a nie inaczej. Ja chyba też nie chciałabym słyszeć takich komentarzy od mojego męża. I nie słyszę. Owszem, jak się kłócimy, to wióry lecą, ale Daria się przecież nie kłóciła. To były spokojne, zimne i przemyślane (o zgrozo!) komentarze. Wypowiadane raczej w stylu: „ale kupiłem chleb”, „ale dziś świeci słońce”, więc „ale robisz to bezmyślnie” nie robi na wypowiadającym takie zdanie żadnego wrażenia. Ot, stwierdzenie faktu jak każde inne. Szkoda, że można tym kogoś skrzywdzić. To nie są wielkie rany. To malutkie, niewidoczne draśnięcia, które pieką cholernie w najmniej spodziewanym momencie. I tkwią głęboko, choć rana zdaje się zabliźnić.

Daria serio ma rację, że słowa mają moc. Mają i to ogromną. Można nimi wywołać wojnę, wyznać miłość, zniszczyć lub uratować komuś życie, pomóc, przeszkodzić, zmotywować lub zniechęcić. Można wszystko. I tylko od nas zależy jak ich użyjemy. Więc może lepiej nie robić tego BEZMYŚLNIE????


Lifestyle

Co ludzie powiedzą?

Poli Ann
Poli Ann
10 sierpnia 2019
Fot. Pixabay / JESHOOTS / CC0 Public Domain
 

Od zawsze słyszała to babcine Co ludzie powiedzą. Pamięta babcię Manię siedzącą w kuchni przy stole nakrytym ceratą ze szklanką gorzkiej herbaty. Ósemka dzieci wychowana, wnuki pchały się na świat jeden po drugim. Babcia była ostoją całej rodziny. Drzwi się u niej nie zamykały. Zawsze ktoś przyszedł na obiad, kawę czy plotki. Była poważana. Co powiedziała, to było święte. Mówiła dzieciakom i wnukom co mają jeść, jak się ubierać, i zachowywać. O tak, to było najważniejsze. To zachowanie i to takie, żeby tylko ludzie nie gadali.

Mów dzień dobry, bo ludzie powiedzą żeś gbur.

Nie zakładaj tych rajstop. Będą się z ciebie śmiali.

Wróć przed siódmą. Jak kto będzie wyglądać, że się szlajasz po nocy?

Zjedz więcej. Będą myśleli, że ci jeść nie dajemy.

No już dobrze, kup sobie ten długopis. Żeby nie było, że ci żałują.

Pomóż Nowakowej z praniem. Niech widzi, żeś dobrze wychowany. 

Idź do Walczaka i popracuj z nim w piwnicy. Po co ma gadać, że sąsiadom nie pomagamy?

Nie wpychaj się do kolejki. Nie chcę słyszeć od sklepowej, że moje dzieci niewychowane. 

Nie kupuj wyrobów czekoladopodobnych, gdy Piotrowska też jest w sklepie. Po co ma widzieć i gadać, że nas na czekoladę nie stać? 

I tak w kółko. Co ludzie powiedzą, czego nie powiedzą, co zobaczą albo czego nie. Babcia bardzo się tym przejmowała. Strofowała wszystkich każdym kroku. Dzieciaki przywykły, wnuki trochę mniej, bo dorastały już w innym świecie. Moja matka jednak przejęła od babci te zasady i może nie tak fanatycznie, ale dość pilnie obserwowała nasze, czyli moje i mojego brata, zachowanie. Jezu, jakże było to irytujące! Nie rób tego a tamtego, bo gadać będą, bo co pomyślą, bo bo bo. Od tego „bo” było mi niedobrze. Przecież nic złego nie robiłam. Nie szlajałam się po nocy, nie wracałam do domu po piwie, nie paliłam w ukryciu, mówiłam „dzień dobry” i trzymałam czasem sąsiadom drzwi. Ale nie. Trzeba było się pilnować, bo a nuż nasze zachowanie stanie się przyczynkiem do sąsiedzkich komentarzy. A wtedy? Hańba, wstyd i w ogóle chodzenie kanałami, bo jak inaczej się ludziom na oczy pokazać. Bezlitosna była dla mnie ta mentalność, którą chcąc nie chcąc trochę nasiąkłam. Pewnie nigdy się jej z głowy nie pozbędę, drżąc o swój wizerunek jak mama i babcia. Jakie one musiały być ostrożne, skupione i wykute na blachę, co przystoi albo i nie. Taka rzeczywistość złożona w kosteczkę, z kokardką na wierzchu. Co z tego, że drapie i gryzie? Grunt, że ładna i się innym podoba.

Dziś staram się w ogóle nie używać tego babcinego pytania, które wiązało im wtedy ręce i kneblowało usta.

Prowadzę zwykłe życie.

Nikomu świń nie podkładam.

Pracuję uczciwe, czasem rzucę mięsem, pokłócę się z moim facetem, mam gorszy humor lub krzyknę za głośno.

I co? Świat się zawalił? No kurczę nie! Stoi jak stał. Ziemia też nie zaczęła się obracać w drugą stronę.

Myślę, że jestem dobrym człowiekiem. Na pewno niedoskonałym, ale starającym się żyć tak, by nikt przeze mnie nie płakał. A jak czasem zrobię sobie coś po swojemu, bo mam na to ochotę, to co? Że szpilki niebotyczne założę, choć jestem stateczną matką i żoną? Że dżinsy z dziurami noszę (kto powiedział, że są tylko dla osiemnastek)? Że w uniesieniu miłosnym sobie powrzeszczę albo raz na rok imprezę do rana w chałupie zrobię? Włosy na błękit przefarbuję? I jeszcze dodam, że na pole dance chodzę. O rety! Co teraz? Co ludzie powiedzą? No koniec świata! jakby powiedział mój ukochany pan Popiołek. A tu nic! N-I-C !!! Żyję, sąsiedzi też i o dziwo nadal mówimy sobie dzień dobry, i się do siebie uśmiechamy. Można? Można! A jak będą gadać? No trudno. Na zdrowie! Niech gadają. Przecież im nie zabronię. Znaczy, że interesująca jestem, skoro na mój temat plotkują. Może zazdroszczą, życia swojego nie mają? Ich problem. Ja chcę żyć po swojemu. Prosto, uczciwie, z odrobiną szaleństwa. Bez względu na to, co ludzie powiedzą:)


Lifestyle

Dwadzieścia lat różnicy i jej rodzice, jego przyjaciele… Rysiek znał ją od jej pierwszego dnia życia

Poli Ann
Poli Ann
30 czerwca 2019
ból głowy
Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain
Kiedy Rysiek spojrzał na Lilkę inaczej? Pamięta doskonale. Kończył 40 lat, robił imprezę dla najbliższych znajomych. Pawła z Marzeną też zaprosił. Oczywiście, że tak. Paweł był jak brat, choć niespokrewniony. Poznali się w liceum. Cała trójka. Przyjaźń silna przetrwała ponad 20 lat. Był jego świadkiem na ślubie, który Paweł brał na szybkiego, bo Marzena była w ciąży. Szybko zaprosili do swojego życia dorosłość. Wielu wróżyło im rozwód. A tu proszę, wszystkim stuknęła czterdziestka, a oni w przeciwieństwie do innych małżeństw (w tym i Ryśka) trwali z obrączkami na serdecznym palcu.

Rysiek imprezę robił w lokalu. Na 20 osób. Dobra kolacja, trunki, muzyka. Wchodził w kolejną dekadę swojego życia z przytupem. Nawet nie spodziewał się jak mocnym. Z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki. Podobnie jak Paweł i Marzena mieli jedną córkę, ale nie dwudziestoletnią. Ich latorośl przyszła na świat, gdy studia były skończone, kredyt na mieszkanie wzięty, a i ślub zawarty po długim namyśle. Po kilku latach jednak okazało się, że namyślanie się było za długie jednak, bo gdy Zosia miała 7 lat, rozstał się z żoną. Z córką kontakt miał częsty i naprawdę dobry. Miewał romanse, ale bardziej dla zaspokojenia potrzeb fizycznych niż dla uczucia. Był mimo to szczęśliwy. Finansowo pewny siebie, niezależny. Wyglądał dobrze, dbał o siebie. Nie jakoś przesadnie, ale siłownia, fryzjer, raz ma kwartał kosmetyczka. Dobre jakościowo ubrania, buty i perfumy. Czy marzył o kobiecie? Tak, ale nie szukał na siłę. Wiedział, że z bagażem doświadczeń będzie trudniej. Więc nie czekał na tę wyjątkową. Brał to, co życie przynosiło.
Pawła i Marzenę na jego czterdziestkę przywiozła Lilka, ich dwudziestoletnia córka, przez którą to szybciej wylądowali przed ołtarzem dając się związać węzłem małżeńskim. Sama też jechała na imprezę ze swoimi znajomymi. Studentka architektury, odważna, pyskata i oryginalnie się nosząca. Rysiek znał ją od jej pierwszego dnia życia. Opiekował się nią wiele razy, gdy Marzena biegła na uczelnię.
Wszyscy skończyli architekturę. Lilka też poszła w ślady rodziców, bo już jako trzylatka genialnie rysowała. Dla Ryśka była zawsze dzieckiem przyjaciół. Tego dnia jednak, gdy wpadła zdyszana dać mu buziaka urodzinowego i przywożąc rodziców, tak nonszalancko ubrana w za duży czarny i prążkowany męski garnitur, biały obcisły top, i pomarańczowe szpilki, które pasowały do jej aktualnie długich rudych włosów, zrobiła na nim wrażenie. Piorunujące. Nie jako Lili. Jako kobieta. Zganił się za tę myśl i skupił na imprezie. Jednak obraz rudowłosej młodej dziewczyny długo nie dawał mu spokoju.
Przez ułamek sekundy widział biust opięty topem, szczupłą talię, włosy spływające po twarzy i te oczy przenikliwe. I usta lekko rozchylone w uśmiechu. Tak się nie patrzy na córkę najlepszego kumpla. Tak się spogląda na młodą atrakcyjną kobietę.
Nie szukał okazji do spotkania. Nie kusił losu, Lilka sama do niego przyszła. Zgłosiła się na konkurs projektowy. Chciała porady, a tata z mamą byli zajęci jakimś dużym zleceniem. Poza tym głupio jej było ich prosić. Przyszła więc do Ryśka. Zawsze mówiła do niego po imieniu, bo on tak sobie życzył. Jako student nie czuł się wujkiem. Lili przywykła i tak już zostało.
Obiecał pomóc przy konkursie. Był profesjonalny. Zachowywał pozory, choć w środku aż się gotował. Kryzys wieku średniego, cholera? – myślał. Poszedł nawet raz ze znajomymi do klubu. Młode ciała odkryte i nic. Na żadną nie patrzył jak na Lilkę. Niektóre dziewczęta nawet same wpychały mu numer telefonu do kieszeni. Mógłby upojnie zakończyć ten wieczór i choć kandydatki były naprawdę śliczne, nie skorzystał z okazji. I to nie ze strachu. Podobały mu się, owszem, ale nie miały tego czegoś. Lilka miała. Tak fajnie gryzła ołówek i marszczyła nos, gdy coś obmyślała. Mówiła szybko, była energiczna i bardzo szczera. Riposty miała inteligentne, w punkt. Lubiła Ryśka. Czuła się przy nim komfortowo. Nie wyśmiewał jej szalonych pomysłów. Potrafił nadać im formę, czasem doradzić inne rozwiązanie. Miał spore doświadczenie jako architekt. I to poczucie humoru. Z nikim się tak nie śmiała do rozpuku.
Kończyli projekt. Była z niego dumna. Z projektu oczywiście. Ryśkowi była wdzięczna. Tyle czasu jej poświęcił. Wspaniale się przy tym bawili. Kilka tygodni bardzo ich zbliżyło. Rysiek hamował się co i rusz, choć po nocach śnił o córce najlepszego przyjaciela. A Lilka? Nieświadoma jak na niego działa, swobodna i beztroska, najpierw widziała w nim prawie wujka. Ale pewnego dnia bez najmniejszego powodu zobaczyła faceta. Faceta z poczuciem humoru, inteligentnym żartem, świetnego architekta. Cholernie przystojnego (ta broda i szpakowate włosy), zawsze dobrze ubranego i zadbanego. Rysiek był szalony i poważny, beztroski, i profesjonalny, dojrzały, i młodzieńczy. Tak inny od infantylnych kumpli z roku.
To ona pierwsza chciała go pocałować. Odchylił się, bo przecież tak nie wolno. Dwadzieścia lat różnicy i jej rodzice, jego przyjaciele. Zrozumiała i wyszła z biura. Wróciła po tygodniu ciesząc się, że jej projekt przeszedł do kolejnego etapu konkursu. Chciała go dotknąć, ale on trzymał dystans. Bronił się przed tym, co w nich płonęło, a co mogłoby wywołać nie lada pożar dookoła.
Ciąg dalszy nastąpi…