Lifestyle

„To jest piekło na ziemi. Dla nas obu”. O tym, jak za czyjąś śmierć można kupić nowe życie, życie po przeszczepie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
20 października 2016
"To jest piekło na ziemi. Dla nas obu". O tym, jak za czyjąś śmierć można kupić nowe życie, życie po przeszczepie
Fot. iStock / SolStock
 

 Mama Agnieszki oczekującej na przeszczep: – Powiem ci co jest najstraszniejsze zaraz po bezsilności. To, że czekam, że modlę się o czyjąś śmierć, po to żeby moje dziecko mogło żyć. Ktoś, kto nie miał z tym nigdy do czynienia, powinien los błagać na kolanach, żeby nigdy go to nie dotyczyło. Każdego dnia, od świtu do nocy, wpatruję się w telefon i zaciskam pięści aż do krwi licząc na to, że zadzwonią z poltransplantu.  Że  usłyszę słowa, na które czekam. I za to czekanie się nienawidzę jednocześnie. Bo gdy ja będę się cieszyć życiem mojego dziecka po przeszczepie, inna matka łamiąc się z w pół z bólu, będzie szła za trumną swojego. Nie wiem, co gorsze. Czekać tak jak ja, czy, choć jeszcze bije serce, podpisać zgodę o odłączeniu i pobraniu narządów. Jestem matką z tej pierwszej strony barykady. Od ponad 16 lat czekam na serce dla mojej córki. Ale czy chciałabym być matką, która po tej drugiej stronie słysząc słowa o śmierci mózgu, jednocześnie słyszy jeszcze te inne, straszniejsze: czy odda pani organy swojego dziecka, by uratować kilka innych istnień?. To jest piekło na ziemi. Dla nas obu.

Z badań przeprowadzonych w październiku 2015 roku wynika, że 55 proc. Polaków świadomie zgadza się na pośmiertne dawstwo narządów, niestety jedynie 20 proc. z nich rozmawiało na ten temat z bliskimi. Choć prawo pozwala na pobranie narządów, jeśli dawca nie wyraził sprzeciwu za życia, rodziny często nie wyrażają takiej zgody, a w wyniku złożenia pisemnego oświadczenia przez dwie osoby, w którym potwierdzą, że pacjent za życia nie zgadzał się na przeszczep, operacja nie może być przeprowadzona. Tym ważniejsze jest jasne zakomunikowanie własnej woli oraz noszenie przy sobie oświadczenia, które potwierdza gotowość do bycia dawcą.( źródło )

 Mama Wojtka, 18 latka, zmarłego tragicznie w wypadku samochodowym: – Co mnie najbardziej zabolało? Gdy Wojtek jeszcze wg mnie żył, bo miał ciepłe ciało, bo oddychał przez respirator, bo jego serce jeszcze biło, a za plecami już słyszałam oskarżenia. Że jak ja tak mogę, że przecież podtrzymują go przy życiu sztucznie, mózg już nie funkcjonuje, a inni czekają. Przepraszam wszystkich bardzo, ale co mnie wtedy ci inni obchodzili? To był nasz jedyny syn, dobrze się uczył, grzeczny, uczynny, nasza duma. Zawsze wiedzieliśmy, że krzywdy na starość z mężem nie zaznamy, bo syn nam pomoże, zaopiekuje się nami, tak jak my nim przez całe dzieciństwo. Na medycynę się wybierał po liceum, chciał być chirurgiem przez co nieraz w domu rozmawialiśmy o sytuacji, jaka nas w końcu spotkała. Zawsze powtarzał, że nawet by się nie zastanawiał i oddał co tylko możliwe, żeby uratować kogoś innego. Że w piachu do niczego mu to potrzebne już nie będzie, że tu na ziemi mógłby tym gestem, zrobić jeszcze jeden ostatni uczynek. Podzielaliśmy jego zdanie, przytakiwaliśmy, bo łatwiej kiedy cię to bezpośrednio nie dotyczy. Cieszyliśmy się, że mamy tak mądrego syna, z tak dobrym sercem. I teraz mam to jego serce komuś oddać? To był zwykły dzień, ja w pracy, mąż miał wyjazd służbowy, a Wojtek był w szkole. Dużo nauki, bo matura za pasem, dlatego zaraz po lekcjach gonił do biblioteki. I wpadł pod rozpędzone auto. Świadkowie relacjonowali, że uderzenie było tak silne, że syn poleciał kilkanaście metrów, zatrzymał się dopiero przy chodniku. Gdy dostałam telefon do biura, jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak jest źle. Może nie chciałam?

Rozmawiano ze mną szczerze, od samego początku. Pamiętam tylko, że jak już lekarze przestali mówić o zbyt licznych obrażeniach, o braku szans na kolejne operacje, o zmiażdżonej wątrobie, o krwotokach, o masie innych nie rokujących objawów, zadałam jedno pytanie. Dlaczego, mówią o moim dziecku tak, jakby już nie żyło. I usłyszałam, że z medycznego punktu widzenia tak niestety jest. Ale ja byłam matką, która dotykała jego ciepłej dłoni, widziała na aparaturze bicie jego serca, wydawało mi się nawet, że lekko się poruszył. Nie miałam medycznego punktu widzenia, tylko swoje – kogoś kto kocha ponad wszystko. I ponad wszystko wierzy, że on z tego wyjdzie.  Gdy przyjechał mąż, wykrzyczałam mu, że oni oczekują, że zabijemy Wojtka. A on  przecież żyje i  przecież zdarzają się cuda. Bo kto jak nie my, kto jak nie matka i ojciec ma wierzyć do końca. Mąż milczał, przełykał łzy i nic nie mówił. Widziałam przez szybę, jak przytakiwał ordynatorowi. W nocy, przy łóżku syna, odbyliśmy najcięższą w moim życiu rozmowę. Słuchałam, co mąż do mnie mówi, o tym, żeby uszanować wolę Wojciecha, że nasz syn i tak zostanie w końcu odłączony od aparatury.  Że jeszcze jest szansa zrobić coś pięknego. A ja patrzyłam na niego i myślałam: „Jak możesz! Jak możesz mówić o pięknie, gdy twój jedyny syn odchodzi”. Powiedziałam mu wtedy, że powinien się wstydzić, bo Wojtuś na pewno nas słyszy i cierpi, że własny ojciec już za życia go uśmiercił i jeszcze chce, żeby go pokroili i wyciągnęli z niego co się da. Dla obcych nam ludzi. Mąż nie wytrzymał, wyszedł. Znalazłam go na parkingu w aucie. Płakał tak, że cały samochód się trząsł. Nie wiedziałam, co zrobić, nigdy nie widziałam go w takim stanie. Nie wiedziałam, że mój opanowany, dorosły mężczyzna potrafi tak płakać.  Krzyczał do mnie, że jestem bez serca, że jak mogę mu zarzucać coś takiego, że nie tylko ja cierpię. I żebym na chwilę postawiła się na miejscu tej drugiej matki, tej, która ma jeszcze szansę na ratunek dla swojego dziecka. – Anka, zrozum. Nasz Wojtek umarł, zabił go ten drań wtedy na ulicy. Ale jego serce może bić jeszcze wiele lat w kim innym, jego płuca, mogą dać komuś upragniony oddech. Przecież on też tak bardzo tego chciał.

Zgodę na pobranie narządów podpisaliśmy nazajutrz, po 10 rano. Przyszła komisja stwierdzająca śmierć pnia mózgu. Zbadano wszystkie odruchy, trwało to bardzo długo. Wszystko sprawdzano po kilka razy, rzetelnie, spokojnie i dokładnie. Patrzyłam i nadal wierzyłam, że nagle otworzy oczy, że powie do mnie: „Nie płacz już mamo, wszystko będzie dobrze, jestem tu, żyję”. Gdy zabierano go na blok operacyjny do zespołów pobierających narządy poprosiłam o chwilę dla siebie i męża. Prosiłam mojego ukochanego synka o wybaczenie. Czułam się jak morderca, a nie jak matka, choć rozum podpowiadał, że robię dobrze, że on też by sobie tego życzył. Potem wyszłam ze szpitala, stawiałam krok za krokiem, myślałam o tym, że za kilka dni będę go odprowadzać. Że za kilka dni zakopią go w głębokim dole i wszystko się dla mnie skończy. Nawet przez ułamek sekundy, nie myślałam, że ratuję swoją decyzją innych ludzi. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Dziś, pięć lat od tamtego czasu, patrząc na zdjęcia Wojtusia podchodzę do tego trochę inaczej, lżej. Zastanawiam się kim jest człowiek, który oddycha jego płucami. Jak się miewa ten, który nosi jego dobre serce. Czy chciałabym wiedzieć, poznać tych ludzi? Chyba nie, chyba jednak jeszcze zbyt wiele we mnie żalu, takiego matczynego. Bałabym się, że zobaczę w tych ludziach dziecko, które straciłam. A skoro już podjęłam taką decyzję o oddaniu organów, chciałabym żeby żyli spokojnie, byli szczęśliwi. Tak jak kiedyś mój syn.

Mama Agnieszki, oczekującej na przeszczep: – Nie wiem jak nazwać uczucie, które mnie ogarnęło, gdy w końcu zadzwonił ten najważniejszy telefon. Radość? Tak, ale przemieszana z takim jakimś smutkiem i żalem. Bo jak się cieszyć tak do końca, kiedy wiem, że tam teraz jakaś matka, potwornie cierpi, czuje ból nie do zniesienia. Czy chciałabym jej podziękować za życie dla mojej córki? Podziękować – to słowo wydaje mi się teraz takie przerażające. Bo to tak, jakbym była wdzięczna za to, że straciła to co dla matki najcenniejsze. Jakbym cieszyła się ze śmierci jej dziecka. Na pewno całe życie będę czuła wdzięczność. Za jej odwagę, za decyzję, dzięki której moja córka niedługo będzie mogła wyjść na swój pierwszy od lat spacer. A w Święto Zmarłych zapalimy świeczkę i będziemy myśleć o człowieku, który stał się teraz częścią naszej rodziny. Bo to jego serce bije w piersi mojej Agnieszki.


Lifestyle

Padłaś? Powstań, popraw koronę i nigdy się nie poddawaj!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
21 października 2016
nigdy się nie poddawaj
fot. iStock/ SanneBerg
 

I znowu o czymś zapomniałaś, kolejna wtopa, minus na twoim koncie, rysa na kryształowej niemal osobowości. I znowu porażka, upadek, spektakularne wręcz niepowodzenie. Który to już raz upadasz? Który raz musisz rozmasować bolący od uderzenia losu tyłek i trzymać sztywno uniesioną głowę, która najchętniej opadłaby nisko i schowała się między ramionami? A z resztą, nieważne, która to porażka, bo przecież w życiu nie liczą się upadki, a to, ile razy się z nich podnosisz, otrzepujesz kolana i ruszasz dalej. Padłaś? Popraw szybko koronę, otrzep kolana i nigdy, przenigdy się nie poddawaj, bo…

… bo nie wiesz, co czeka za rogiem

„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” powiedział Forrest Gump i miał stuprocentową rację! Konia z rzędem temu, kto może być pewny swojej przyszłości! Nawet wróżbita Maciej nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego, co los nam przyniesie, więc nie poddawaj się, bo już za chwilę, tuż za rogiem czekać może odmiana o 180 stopni, totalna rewolucja, a może i nawet jakaś rewelacja. To wcale nie musi być coś wielkiego, bo i małe rzeczy potrafią mieć ogromną moc oddziaływania. No, ale jak zrezygnujesz, to się nie przekonasz…

… bo życie to nie linia prosta, ale parabola

Raz na wozie, raz pod wozem. Znasz tę koncepcję o siedmiu latach tłustych i siedmiu chudych? Nie musi ich być koniecznie tyle, ale coś w tym niewątpliwie jest. Życie to nie jest linia prosta, dla jednych narysowana wysoko i szczęśliwie, a dla innych nisko i z problemami. To raczej parabola, która to wznosi się, to opada przynosząc nam raz słońce, a raz deszcz, przeplatając chwile radosne z momentami smutku, a nawet cierpienia. Każdy z nas pozna wszystkie smaki ludzkiej egzystencji, od słodkiego, poprzez kwaśny, na gorzkim kończąc. I tak w kółko, na zmianę, po kolei – bo przecież nie może być nudno!

… bo masz w sobie więcej siły niż myślisz

Słaba płeć? Ten, kto tak powiedział nie znał chyba kobiecego charakteru i damskich możliwości. Nasze ciało, może więcej niż nam się wydaje i podpowiada nam głowa. Nasz umysł sięga dalej, niż przypuszczamy. Nasza wyobraźnia nie zna pojęcia granic i barier, a kreatywność właściwie nie ma końca. Nawet jeśli wydaje ci się, że już ani kroku dalej, że koniec, finito, do kresu wytrzymałości doszłaś, to życie pokaże ci, że masz w sobie więcej siły niż ci się wydaje, że udźwignąć możesz jeszcze odrobinę. Jedyne co musisz, to uwierzyć w siebie, a reszta już sama jakoś pójdzie.

… bo nie możesz dać innym satysfakcji

O to, to! Być może jest ktoś, kto czeka na twoje potknięcie i z chęcią zobaczyłby, jak poddajesz się i rezygnujesz. Może jest ktoś, kto liczy na temat do plotek i gorące newsy, które będzie mógł roznieść po okolicy, czeka tylko na odpowiedni moment, by wściubić swój wścibski nochal w twoje sprawy i uczynić cię lokalną sensacją tygodnia. Nie daj się! Nie pozwól, by miał satysfakcję i choćby tylko z tego powodu walcz, przyj do przodu i ruszaj do boju. Udowodnij mu, że jedyną osobą, która będzie mieć powód do zadowolenia, zostaniesz ty – dumna z samej siebie i swojego sukcesu.

… bo samo się nic nie zrobi

Masz dwa wyjścia w sytuacji, gdy myślisz o poddaniu się – albo to zrobisz i utkwisz w martwym punkcie, smutnym impasie i frustrującej beznadziei, albo stawisz czoło swoim ograniczeniom i znajdziesz w sobie ukryte pokłady siły pozwalające na realizację celów. Samo się nie zrobi, nie zmieni nagle na lepsze, nie poprawi. Im dłużej będziesz z czymś zwlekać, odkładać na później, rezygnować i zaczynać na nowo, kolejny raz od początku, tym trudniej będzie ci osiągnąć wymarzony cel. Twoja wytrwałość i determinacja są tutaj kluczowe, wszystko zależy od ciebie.

… bo masz osoby, które na ciebie liczą

Partnera, męża, narzeczonego, dzieciaki, rodzeństwo, rodziców. Masz przyjaciół – swój mały fun club i drużynę wspierającą, życzliwych znajomych, kolegów. Ci wszyscy ludzie każdego dnia trzymają za ciebie mocno kciuki, więc nie możesz ich zawieść. Dzisiaj może to ty potrzebujesz ich wsparcia, ale jutro role mogą się odwrócić, więc bez marudzenia i poddawania się – są ludzie, którzy na ciebie liczą, dla których jesteś ważna, dla których masz o co walczyć. Zatem naprzód i do boju! Padłaś? Powstań, popraw koronę i nigdy się nie poddawaj!

Zapisz


Lifestyle

Czy żywność „light” jest „light”?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
20 października 2016
Czy żywność „light” jest „light”?
Fot. iStock / lechatnoir

W obecnych czasach na rynku pojawiło się bardzo wiele produktów oznaczonych kuszącym dopiskiem „light” – przetworów mlecznych, majonezów, napojów. Chętnie je wybieramy w nadziei, że są lepsze dla naszego zdrowia i figury niż ich tradycyjne odpowiedniki. Ale czy hasło to rzeczywiście coś znaczy? Czy jest jedynie hasłem marketingowym? Czym tak naprawdę jest żywność „light”?

Zgodnie z przepisami prawa, producent może umieścić na etykiecie słowo „light”, „lekki” bądź „o obniżonej zawartości”, tylko wtedy gdy obniżenie zawartości wybranego składnika produktu
wynosi co najmniej 30% w porównaniu z produktem tradycyjnym. Oświadczeniu temu musi towarzyszyć wskazanie właściwości, które sprawiają, że środek spożywczy staje się produktem „lekkim”, np. twarożek o smaku waniliowym light marki X zawiera o 40% mniej tłuszczu niż twarożek waniliowy marki Y.

Zmniejszenie zawartości dotyczy zwykle cukru lub tłuszczu, co przekłada się na zmniejszenie wartości energetycznej produktu. Cukry często są zastępowane słodzikami o znikomej kaloryczności, dzięki czemu porcja napoju typu cola light (200 ml) dostarczy nam tylko 1 kcal, podczas gdy wersja podstawowa tego napoju aż 86 kcal. Znacznie mniej kaloryczne są też odtłuszczone majonezy light.

– 1 łyżka majonezu lekkiego (15 g) dostarcza od ok. 50 do 70 kcal, a taka sama ilość wariantu pełnotłustego – ponad 110 kcal. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wybierając produkt „light”, osiągniemy korzyść tylko wtedy, gdy rzeczywiście spożyjemy go tyle, ile zjedlibyśmy podobnego, bardziej słodkiego lub tłustego. Jeśli zjemy go więcej, bilans kalorii będzie podobny. To samo stanie się, jeśli obok porcji produktu „light” zjemy więcej innych produktów. Po prostu wydaje nam się, że jeśli spożywamy produkty o niższej zawartości kalorii, to wolno nam zjeść ich więcej lub też zjeść więcej innych produktów.

Nie utożsamiajmy ponadto słowa „light” z „lepszy”. Na przykład serek śmietankowy light, z deklaracją producenta „40% mniej tłuszczu niż w produktach podobnych”, zawiera 11 g tłuszczu w 100 g, podczas gdy w wielu innych serkach w kubeczkach (bez oświadczenia „light”) zawartość tego składnika jest znacznie niższa. Warto zwrócić też uwagę, że na sklepowych półkach znajdziemy margarynę do kanapek „light” o zawartości tłuszczu 30% tuż obok margaryny o zawartości tłuszczu 20%, bez podobnego oświadczenia, a w dodatku z niższą ceną. Poza tym tłuszcze tego rodzaju mają rzeczywiście bardzo niską wartość kaloryczną (270-390 kcal) w porównaniu z tradycyjną margaryną lub masłem (740 kcal).

– Zanim umieścimy produkt „light” w zakupowym koszyku, uważnie przeczytajmy jego etykietę oraz etykiety podobnych artykułów i je porównajmy. Wybór nasunie się sam – radzi dr Agnieszka Jarosz, ekspert z Instytutu Żywności i Żywienia. – 30% mniej nie zawsze oznacza mało. Np. ciasto francuskie light, nadal będzie tłustym ciastem. Poza tym oświadczenie „light odnosi się zwykle do jednego składnika. Bardzo często spotykamy np. jogurty light, które zawierają mniej tłuszczu niż inne, ale tę samą, wysoką ilość cukru. W tym przypadku lepszym wyborem będzie jogurt naturalny o zawartości tłuszczu do 2% i porcja świeżych owoców niż słodzony, aromatyzowany produkt light. W niektórych jednak przypadkach, jeśli chcemy zrzucić zbędne kilogramy, czasami lepiej zrezygnować z takich produktów. Mimo obniżonej kaloryczności dalej są one źródłem zbędnych kalorii. – dodaje dr Agnieszka Jarosz.

Produkty „light” lub „lekkie” mogą, ale nie muszą, być dobrą alternatywą dla swoich tradycyjnych odpowiedników. Przykładowo: czekolada o obniżonej zawartości cukru, która ciągle ma dużo tłuszczu, albo krakersy o obniżonej ilości tłuszczu, które nadal zawierają dużo soli. Kupujmy produkty „light”, ale zawsze po uważnym przeanalizowaniu etykiety. Miejmy też na uwadze, że produkt „light” nigdy nie będzie panaceum na problem nadwagi i otyłości. Niektóre tego typu produkty, jedzone w rozsądnych ilościach, mogą nam jedynie nieco pomóc w zrzuceniu niechcianych kilogramów.

linia 2px

Zachowaj Równowagę to realizowany przez Instytut Żywności i Żywienia projekt edukacyjny, którego pełna nazwa brzmi: „Zapobieganie nadwadze i otyłości oraz chorobom przewlekłym poprzez edukację społeczeństwa w zakresie żywienia i aktywności fizycznej” (2011–2016). Projekt jest współfinansowany przez Szwajcarię w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy (SPPW) z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Jego całkowity budżet wynosi 5 294 000 CHF, z dofinansowaniem strony szwajcarskiej w wysokości 4 500 000 CHF (85% kosztów) i z budżetu Ministerstwa Zdrowia (15% środków). Partnerami projektu są: Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie, Polskie Towarzystwo Dietetyki i Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Więcej informacji na temat projektu Zachowaj Równowagę na stronie: www.zachowajrownowage.pl

Więcej informacji o Szwajcarsko-Polskim Programie Współpracy na stronie: www.programszwajcarski.pl

Aplikacja mobilna Asystent Zdrowego Żywienia do pobrania za darmo na telefony z systemem Android: http://bit.ly/zachowajrow oraz z systemem iOS: http://apple.co/2doXTUX


Zobacz także

Robert Lewandowski,

Być jak Robert Lewandowski, a nawet Roberta Lewandowska

Na miejsca, gotowi, start. Bieganie ma być przyjemnością, a nie wyścigiem. Akcja „Polka na diecie”, dzień #15

Rozmiar nie ma znaczenia

Pora na nagą prawdę! Rozmiar nie ma znaczenia, chcemy być szczęśliwe!