Lifestyle

I co z tego, że jest starsza, jeśli ich miłość wygrała. Wstyd mi za to, że kobiety mogą być tak okrutne i bezwzględne wobec innych kobiet

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 maja 2017
Fot. iStock/Nastco
 

Od poniedziałku, z pierwszych stron gazet i portali zerkają na mnie zdjęcia uśmiechniętej, pięknej, świetnie ubranej, zgrabnej, spełnionej zawodowo i życiowo kobiety. Kobiety, na którą patrzy się z przyjemnością. Kobiety szczęśliwej, zadbanej, uprawiającej sport i mającej różne pasje. Mamy, babci i żony. Partnerki przyszłego prezydenta Francji. I mimo, że Bridget Trogneux jest osobą tak ciekawą, że można by o niej napisać naprawdę wciągający artykuł, większość z nas koncentruje się głównie jedynie na tym, że od swojego męża pani Macron jest starsza o 24 lata. Oraz, że poznali się wtedy, kiedy Emmanuel był jej uczniem. Jak ona śmiała. (On przecież i tak nie wiedział, co robi).

Czytam komentarze na Facebooku i na portalach poważnych gazet. Bo chyba każdy większy portal napisał już o tej parze, o niezwykłej historii ich miłości. To prawda, jest ona zupełnie inna niż historie związków większości z nas, niż miłości w klasycznych bajkach i rodzinnych opowieściach. Ale też z tego właśnie powodu, wymagała olbrzymiej odporności na wszelkie przeciwności, które zakochani napotkali na swojej drodze. A przede wszystkim, odporności na ludzką zawiść i przekonanie, że każdy z nas ma prawo oceniać to, jak żyją inni. I że kobieta znacznie starsza od swojego męża, to prawdziwy „dziwoląg”.

Internet wrze. Znajoma blogerka wrzuca zdjęcie przyszłej pary prezydenckiej z komentarzem ”piękna miłość”. Kilka minut później pojawia się lawina komentarzy, które nie zostawiają na niej – na pani Macron – suchej nitki. Bo przecież kobieta nie powinna być starsza od swojego partnera, a już na pewno nie o TYLE lat. Bo kobieta, która zostawiła dzieci (dodajmy uczciwie, że dorosłe) i męża (z którym nie była szczęśliwa) dla tak „niepoprawnej”, niedozwolonej społecznie miłości to zaburzona psychicznie egoistka (cytat). Najczęstszy epitet i największy zarzut jest jeden: „stara”. Ona jest stara, a więc okropna, pomarszczona, nieatrakcyjna. Jej ciało nie pasuje do ciała tego młodego mężczyzny. Zresztą, o prezydencie elekcie możemy przeczytać tylko tyle, że najprawdopodobniej ma on kompleks Edypa, albo jest krypto gejem. Bo przecież to niemożliwe, żeby „młodszy facet mógł zakochać się w takiej starej babie”. To niezgodne z naturą, obleśne i fu.

Wszystkim paniom (o dziwo, to one przeważają jako autorki najostrzejszej krytyki, panom – również młodszym – raczej Bridget Trogneux przypadła do gustu) chciałabym więc dziś powiedzieć że:

Wstyd mi za to, że kobiety mogą być tak okrutne i bezwzględne wobec innych kobiet, że mogą krytykować je w tak seksistowski sposób. Czy i na siebie patrzycie jedynie przez pryzmat wieku, wyglądu, ciała?

Wstyd mi za to, że odmawiacie kobietom, które wychowały już dzieci, których małżeństwo okazało się nieudane, prawa do szczęścia. Czy szczęśliwym można być według was jedynie poświęcając się dla innych?

Wstyd mi za to, że z o wiele większą tolerancją patrzycie na związek starszego, dyskryminującego kobiety mężczyzny z o wiele młodszą partnerką (bo wiadomo, facet zawsze woli młodsze) niż na związek młodego człowieka, któremu los kobiet nie jest obojętny, który swoją żonę traktuje z szacunkiem i publicznie mówi o roli jej wsparcia w jego politycznej i zawodowej karierze, ze starszą ukochaną.

Wstyd mi za to, że koncentrujecie się na tym, co fizyczne, bardziej niż na tym, co leży w sferze emocji, duchowego i intelektualnego porozumienia.

Wstyd mi za to, że nie wierzycie w miłość tak silną, że pokonuje ona naprawdę duże trudności, że wygrywa z czasem i odległością, że nie przejmuje się opinią innych. Żałuję, jeśli same nigdy takiej nie przeżyłyście.

I jeszcze tylko jedno – wy też kiedyś będziecie mieć 64 lata. Może nawet całkiem niedługo. Spojrzycie wtedy w lustro i nie zobaczycie tam starszej pani, tylko siebie – kobietę, która wciąż ( a moze dopiero) kocha i chce być kochana. Dziewczynę, która jeszcze całkiem niedawno zaplatała swoim lalkom warkocze, albo stawiała budowle z klocków. Nastolatkę, która traciła głowę dla swojego idola. Człowieka, który ma prawo do szczęścia. Swojego szczęścia.


Lifestyle

Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Czego się boją, gdy spotka ich miłość?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 maja 2017
Fot. iStock/KristinaJovanovic
 

Poranieni, niepewni siebie, niepewni przyszłości i tego, czy zasługują na szczęście. Patrzę na nich od kilku tygodni, jak krążą wokół siebie, zafascynowani sobą do granic. A jednak… Na zewnątrz dzielni, silni, a w środku smutni i wrażliwi. Chcieliby kochać znów, ale może za chwilę, nie teraz, za moment… Nie tacy młodzi już, choć ciągle piękni, niekoniecznie urodą Czego się boją – kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością, kiedy ich drogi skrzyżują się ze sobą, kiedy staną naprzeciw siebie i w ich sercach zapali się światełko nadziei?

Ona

Powiedzieć „kocham”

Co on sobie pomyśli, kiedy zrozumie, że tobie na nim zależy? Masz dzieci, masz jeszcze połowę kredytu do spłacenia, masz za sobą kawałek życia z kimś innym. Tak często troszczysz się o przyszłość, tylu rzeczy nie wiesz, na tyle nie możesz sobie pozwolić. Zresztą, czy to, co czujesz, to naprawdę miłość? Nie spiesz się.

Dzieci

One i tak mają „trudniej”. Po co komplikować im życie, wprowadzając do niego kogoś nowego, kogoś, kto będzie potrzebował dodatkowego miejsca? A jeśli poczują się zdradzone, niekochane, niechciane? Jeśli nigdy go nie zaakceptują, nie polubią? Czy w ogóle masz prawo do szczęścia, kiedy twoim priorytetem powinny być one?

Niej jestem wystarczająco „dobra”

Niepewność siebie. Czujesz to, odkąd zostałaś sama, albo nawet jeszcze dużo wcześniej. Patrzysz na swoje odbicie w lustrze i drażni ci ten widok. Zamiast zmienić to, co ci nie odpowiada w twoim wyglądzie, zapadasz się w odczuciu, że nie jesteś już atrakcyjna. Czy nadal jesteś interesującym partnerem do rozmowy? Czy jeszcze potrafisz być intrygująca? Bądź taka przede wszystkim dla siebie samej.

Będziesz znów cierpieć

Bo skoro twój poprzedni związek się zakończył, to dlaczego nowa znajomość miała być zaowocować czymś trwałym? Zaangażujesz się, zrobisz sobie nadzieję, poczujesz się, przez krótką chwilę, znów szczęśliwa. A potem wszystko zniknie, okaże się bańką mydlaną. I znów zaboli. Tylko pewnie jeszcze bardziej.

On

Okazać słabość

Odsłonić się, powiedzieć o swoich uczuciach, o tym, co się przeżyło w poprzednim, nieudanym związku… To takie trudne. Przyznać się do porażki, do tego, że ktoś cię zawiódł, a może, że to ty zawiodłeś?… Czy to dobrze okazać, że są momenty, w których jesteś słaby, bezradny?

Ponosić konsekwencje przeszłości

Czy tamten etap jest już na pewno za tobą? Czy już naprawdę nie kochasz? Czy nie szukasz ucieczki w nowe uczucie, przed tym, co jeszcze ciągle skrywasz gdzieś na dnie swojego serca? Czy będziesz umiał nie powtórzyć tych błędów, które spowodowały, że twój związek się rozpadł? Czy będziesz umiał wejść w nowy związek ze świadomością, że z poprzednim partnerem wciąż wiele ją łączy (dzieci)?

Zostać zranionym

Nie chcesz więcej czuć tego bólu, nie chcesz czuć się oszukany, zdradzony, wykorzystany. Nie chcesz też zranić, kiedy okaże się, że jednak nie potrafisz jeszcze pokochać. A jeśli pokochasz zbyt mocno? Jeśli zbudujesz sobie w głowie i w sercu iluzję odwzajemnionej i równie mocnej co twoja miłości?

Gdyby tak łatwo było odrzucić to, co złe, z odwagą spojrzeć w przyszłość, zaryzykować bez lęku. Przecież każda miłość jest inna, każda historia toczy się trochę inaczej. Zaufać jeszcze raz, uwierzyć, że warci jesteśmy tego, co najlepsze.


Lifestyle

To przecież nie jego wina, on po prostu „taki” jest. Nigdy nie rób sobie wyrzutów, że mogłaś pokochać „kogoś takiego”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 maja 2017
Fot. iStock/yulkapopkova

Kiedy mija pierwsze zauroczenie, zaczynasz inaczej przyglądać się twojemu partnerowi. „Nagle”, w jakiś dziwny sposób, zaczynasz dostrzegać szczegóły, które w niedługim czasie urosną do rangi prawdziwych, niewygodnych problemów. Zachodzisz w głowę, jak to się mogło stać, że wcześniej tego nie widziałaś. Bo przecież, na samym początku było zupełnie inaczej… On był zupełnie inny. Jak się można tak zmienić? Ale zaczekaj, ochłoń! Pretensji mieć do niego nie możesz, co najwyżej do siebie. To nie jego wina, że okazał się troszkę inny niż twoje o nim wyobrażenia.

To nie jego wina, że nie potrafi być za siebie odpowiedzialny, że nie umie odnaleźć się w dorosłym świecie, pamiętać o zapłaceniu rachunków na czas i o pełnej lodówce. Wypełnić PIT?  Przecież zawsze robili to za niego rodzice. Skąd ma umieć?

„Innym jakoś się udaje wziąć za siebie, inni chcą niezależności, poczucia, że samemu kieruje się swoim życiem, osiąga kolejne sukcesy”-  powiesz. Inni chodzą na terapię, odcinają pępowiny, analizują swoje problemy, nie unikają konfrontacji. A przede wszystkim, nie pozwalają swoim rodzicom stanąć między sobą a swoją miłością. Ale cóż „inni” cię obchodzą. Tu chodzi o niego, o twojego ukochanego. Wychowanego pod kloszem maminsynka, który uważa, że wszystko mu się należy, najlepiej podane na tacy, jak najbliżej nosa. Który, jeśli będziesz potrzebowała jego pomocy, ulotni się jak szybko topniejący śnieg w marcu. Bo to nie jest człowiek ” na dobre i na złe”.

To nie jej wina, że nie potrafi podjąć żadnej decyzji dotyczącej swojej drogi zawodowej, ani życiowej, że ze wszystkim, co choć odrobinę trudne, czeka na ciebie .Zawsze pomagał jej w tym tata, teraz oczekuje tego samego od ciebie. Kiedy ją poznałeś, wydała ci się tak rozkosznie nieporadna, że aż słodka. Mogłeś być opiekuńczy, mogłeś okazać jej swoją siłę i troskę. Teraz opadają ci ręce, kiedy okazuje się, że twoja ukochana ma długi, bo „zapomniała” o kilku rachunkach, zapożyczyła się, bo kupowała kosmetyki w firmie trudniącej się sprzedażą bezpośrednią, a w ogóle, to weź ja teraz ratuj i to wszystko spłać. Ale to przecież nie jej wina. Zaleje się łzami, spojrzy na ciebie bezradnie, a za chwilę wpakuje w kolejne kłopoty.

To nie jego wina, że nie potrafi mówić o swoich emocjach i że od jakiejkolwiek rozmowy o przyszłości waszego związku, ucieka jak diabeł od święconej wody. To nie jego wina, że nie kontroluje agresji i złości, przecież miał w domu zły przykład – jego ojciec tak właśnie rozwiązywał wszelkie konflikty ze swoją żoną. Kiedy go spotkałaś, zachwyciła cię jego siła, zdecydowany charakter, to, że wiedział, czego chce. Teraz, przerażona patrzysz na niego jak na obcego człowieka. Dlaczego nie zauważyłaś wcześniej tej obsesji kontroli? Dlaczego nie zorientowałaś się, że te jego żartobliwe uwagi są dla ciebie krzywdzące i naładowane seksizmem? Dlaczego nie zwróciłaś uwagi, że to którym do ciebie mówi, nie znosi sprzeciwu, a gest, którym cię do siebie przyciąga niepokojąco mocny?

Biedni ci nasi „oni”, biedne te nasze „one”. Gdyby nie kiepskie dzieciństwo, zbyt opresyjni rodzice, zbyt opiekuńcze mamusie, złe środowisko… Kiedy kochasz, usprawiedliwiasz w nieskończoność, prawda? A jednak, los dał nam wolną wolę i możliwość wyboru. Pracować nad sobą może każdy z nas, trzeba tylko chcieć być lepszym.

Kochani, Kochane! W miłości każdy jest trochę wariatem, głuchym na głos rozsądku i ślepym na różne, niepokojące oznaki, że z nim, czy z nią, jest jednak „coś nie tak”. Nie róbcie sobie nigdy wyrzutów, że mogliście pokochać „kogoś takiego”. Przecież, to nie wasza wina 😉 Tylko, proszę, nie powtarzajcie tych samych błędów.