Lifestyle Psychologia Związek

Sztuka odkochiwania się, czyli 5 etapów, przez które musisz przejść, by wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 marca 2017
wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości
Fot. iStock/Anetlanda
 

Rozstanie z kimś, kogo nadal kochasz bywa emocjonalnie tak trudne, jak śmierć bliskiej osoby. W obu przypadkach, do tego, by uleczyć naszą duszę, potrzeba czasu, odpowiedniej „żałoby” i akceptacji.  Nieprzespane noce, dni, które ciągną się bez końca – odkąd rozpadł się twój związek, dni, minuty i sekundy płyną zupełnie inaczej, prawda? Zastanów się teraz, jak długo jesteś już uwięziona w tej przeszłości (bo podstawową sprawą jest uświadomienie sobie, że ta miłość to już przeszłość) i nie możesz zacząć działać, żyć na nowo.

Chcesz zapomnieć. I chcesz przebaczyć. Ale to po prostu nie możesz, coś cię blokuje. Dobre wspomnienia powodują w tobie chęć powrotu do tego związku, złe – ciągle ranią.

5 etapów żalu i poczucia straty, przez które musisz przejść, żeby wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości

1. Zaprzeczenie: To nie może się dziać naprawdę

Pierwszą reakcją na zakończenie relacji jest zaprzeczanie rzeczywistej sytuacji. Jest to twój mechanizm obronny przed bolesnymi, trudnymi emocjami. Spróbować udawać, wszystko jest w porządku, choć głęboko w sercu wiesz, że jest zupełnie inaczej.

Skup się na prawdzie:

  • Przyjmij do świadomości, że wszystko się zmieniło.
  • Pozwól sobie na płacz, gdy czujesz ból.
  • Bądź blisko kogoś, kto pomoże ci uświadomić sobie, że ten etap jest zakończony.

2. Gniew: Jak on/ona mógł/mogła mi to zrobić?

W miarę upływu czasu, rzeczywistość staje się coraz bardziej „namacalna” i zaczynasz odczuwać ból złamanego serca. Kolejnym mechanizmem obronnym jest „przekierowywanie” go i wyrażanie jako gniewu, złości. Musisz kogoś obwinić za to, jak się czujesz: twojego „byłego”, ludzi wokół ciebie, wszechświat… Nie możesz kontrolować swoich emocji.

Co musisz zrobić, żeby wybaczyć:

  • Wiedzieć, że odpowiedzialność za rozpad związku rozkłada się na dwie osoby.
  • Wybaczyć sobie wszelkie niedoskonałości, nikt nie jest doskonały.
  • Zrozumieć, że nie jesteś jedyną osobą, która cierpi.
  • Przyznać przed sobą samym, że twoje obecne działania są autodestrukcyjne.
  • Odwracać uwagę od natrętnych myśli.

3. Negocjacje: A może, po prostu dać mu jeszcze jedną szansę?

Wpadasz w panikę i starasz się „jakoś przetrwać”.  Szukasz wszelkich możliwych sposobów, aby jeszcze z nim/z nią być. Wszystko, by nie czuć tego bólu. Nawet jeśli uda wam się na chwilę do siebie wrócić, nic już nie będzie tak, jak tego byś chciał.

Aby „odpuścić”:

  • Należy (przynajmniej tymczasowo) unikać bezpośredniego kontaktu.
  • Trzymać się z dala od Facebooka i innych mediów społecznościowych (gdzie możesz się natknąć na jakieś informacje o nim/o niej).
  • Zrozumieć, że do siebie nie wrócicie
  • Nigdy nie próbować do siebie wrócić.
  • Uświadomić sobie, że masz w sobie siłę, by żyć teraz w pojedynkę.

4. Załamanie: To już koniec

Kiedy w końcu uświadomisz sobie, że nie możesz już nic zrobić, by zmienić to, czego doświadczasz, popadasz w prawdziwą depresję: opanowuje cię uczucie chronicznego zmęczenia, nie podejmujesz żadnej aktywności, unikasz znajomych i rodziny, tracisz apetyt (albo się przejadasz), cierpisz na bezsenność lub śpisz bez przerwy.

Nikt nie mówi, że to jest łatwe, ale trzeba odzyskać zdrowie psychiczne i fizyczne, zanim będzie za późno:

  • Otaczaj się pozytywnymi ludźmi.
  • Zrób sobie przerwę od pracy.
  • Rozmawiaj z kimś, kto jest chętny cię wysłuchać.
  • Chodź na spacery i oddychaj świeżym powietrzem.
  • Słuchaj smutnych piosenek (mają właściwości „oczyszczające”).

5. Akceptacja: No, dobra, spróbuję.

Już prawie się udało. Stopniowo godzisz się ze stratą. Jeszcze nie tryskasz radością, jesteś nadal na jednym z etapów żałoby, ale zachowujesz się już mniej emocjonalnie i zaczynasz widzieć światełko w tunelu.

Wszystkie rzeczy, które przywołują wspomnienia nadal mogą wyzwalać  emocje, ale są sposoby, by temu zaradzić:

  • Umieść „stare” zdjęcia tam, gdzie rzadko zaglądasz (możesz też je podrzeć lub spalić, jeśli czujesz, że tak będzie ci łatwiej).
  • Skup się na korzyściach płynących z twojej sytuacji (nowy początek, nowe możliwości).
  • Uwierz, że wszystko będzie dobrze, to tylko kwestia czasu.

Nieszczęśliwa miłość, gdy się z niej wyleczymy, czyni nas silniejszymi. Gdy spojrzysz w przeszłość, będziesz zaskoczona, jak bardzo to uczucie cię zmieniło.


Na podstawie: lifehack.org

 


Lifestyle Psychologia Związek

Czy istnieje prawdziwa kobieca solidarność? Czy potrafimy być dla siebie wsparciem w najtrudniejszych chwilach?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 marca 2017
Fot. iStock/Lisa-Blue
 

Gdyby spytać, co wiemy o kobietach, pewnie odpowiedzi byłoby tyle, ile naszych indywidualnych doświadczeń.

Bo przecież każda z nas na swojej drodze spotyka różne kobiety. Te, które z czasem stają się dla nas autorytetami, które determinują nasze życie. Kobiety przyjaciółki, bez których nie wyobrażamy sobie życia, zwłaszcza, gdy chcemy świętować sukces lub przepłakać porażkę. Kobiety, które pokazują nam, jak żyć nie chcemy, jakie nie chcemy być.

Kiedyś nie wierzyłam w siłę kobiet. Dostrzegałam w większości z nich zawiść, zazdrość i brak szczerości. Niewiele było wokół mnie kobiet, którym bym zaufała, które bym podziwiała. Na szczęście na swojej drodze spotkałam cudowne kobiety, kobiety mądre, świadome siebie, nie rywalizujące ze sobą, bo znające swoją wartość. Kobiety, które stają się inspiracją.

Zastanawiałyście się kiedyś, co się może wydarzyć, gdy nagle w jednym mały miasteczku pozostaną niemal same kobiety? Tak, wiem, dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale właśnie w takiej sytuacji zostają postawione bohaterki książki Jennifer Ryan „Chórzystki”. To mieszkanki niewielkiego miasteczka Chilbury położonego w Anglii, które poznajemy w czasie wybuchu drugiej wojny światowej. Wojna sprawia, że niemal wszyscy mężczyźni z Chilbury wyruszają na front, a miasto zostaje pod opieką kobiet.

Tytułowe „Chórzystki” to mieszanka wybuchowa temperamentów, osobowości, poglądów i marzeń. Wydawałoby się, że zdecydowanie więcej je różni niż łączy. Z pewnością nigdy nie znalazłyby wspólnego języka gdyby nie… muzyka. Paradoksalnie powieść zaczyna się od obwieszczenia rozwiązania wiejskiego chóru, gdyż wszystkie męskie głosy znajdują się na wojnie. To pastor Chilbury nie widzi sensu w utrzymaniu chóru, kiedy brak w nim mężczyzn. Tymczasem pojawiająca się w miasteczku charyzmatyczna i wierząca w siłę chilburyjskich kobiet Primose Trent – nauczycielka muzyki powołuje do życia Chilburyjski Chór Żeński i w ten sposób jednoczy i solidaryzuje wszystkie kobiety tej małej miejscowości.

Muzyka łączy, wynosi ponad podziały i obopólne animozje. Żeński chór udowadnia, jak wielka moc tkwi w kobietach, które stają ramię w ramię, które stają się silne dzięki sobie, zaczynają wierzyć w siebie i w tym bardzo trudnym dla nich czasie wspierają się, a my możemy obserwować zmiany, które w nich zachodzą.

Bo w mieszkankach Chilbury możemy przejrzeć się jak w lustrze. Każda z nas znajdzie wśród nich może siebie, a może kobietę, którą bardzo dobrze zna. Jest tam autorytarna Pani B., wierzącą w romantyczną miłość Kitty, jest też pani Tilling – której doświadczenia i mądrości trudno nie docenić, a która kryje, jak każda z nas pragnie miłości. W małym angielskim miasteczku poznamy Prim – nauczycielkę muzyki, która staje się inspiracją dla innych kobiet, która w nie wierzy i dzięki temu, one zaczynają wierzyć w siebie. „Chórzystki” to powieść o kobiecej, prawdziwej przyjaźni, o wszystkim tym, co nas dotyka. O nieszczęśliwej miłości, o zazdrości, o intrygach, których motorem napędowym znowu są kobiety.

Nasz kobiecy świat złożony jest z emocji, z wrażliwości. Świat kobiet z Chilbury składa się z jeszcze jednej rzeczy – z przerażenia i strachu, które w bohaterkach wywołuje początek drugiej wojny światowej.

Jeśli ktoś myśli, że książka Jennifer Ryan skupia się tylko na wojnie i na tragedii, którą ze sobą niesie, to bardzo się myli. „Chórzystki” to powieść, która prowadzi nas przez życie kobiet z wszystkimi jego kolorami. Nie brakuje tu humoru, wzruszeń i łez smutku, miłości i romansów, a także trudnych decyzji. „Chórzystki” to powieść o silnych kobietach, o kobiecej solidarności, która łączy je w najtrudniejszych momentach życia. A my poznajemy je w bardzo intymny sposób, identyfikujemy się z nimi czytając ich listy, dzienniki i pamiętniki – z nich właśnie utkana jest cała powieść.

To, co dla mnie stanowi dodatkową wartość „Chórzystek”, to możliwość obserwacji zmian, jakie w bohaterkach zachodzą, jak zmieniają się pod wpływem swoich doświadczeń – także tych tragicznych. Jak zaczynają wierzyć w swoją wartość, jak dojrzewają, znajdują w sobie zrozumienie i akceptację dla siebie nawzajem. To cudowna powieść o zawiłościach kobiecych relacji, pokazująca jednak, że to w nas – kobietach tkwi siła, że to my w najtrudniejszych nawet sytuacjach możemy nieść nadzieję na lepszy świat.

Fantastyczna powieść, po lekturze której inaczej spojrzymy na bliskie nam kobiety.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca.

Do kupienia w dobrych księgarniach i na www.czarnaowca.pl

chórzystki_300dpi_rgb


Lifestyle Psychologia Związek

„Kiedyś też lubiłam, gdy noszono mnie na rękach. Ale teraz już tego nie chcę”. Pomóżmy, bo dobro wraca!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 marca 2017
Fot. Filip Wojciechowski

„Wyobraź sobie kobietę o zaraźliwym uśmiechu i roześmianych oczach, jej rude, długie włosy powiewają na wietrze i niesfornie spadają na twarz. Kobietę dojrzałą na tyle, że wie czego oczekuje od życia, ma jasno ustalone cele, ustabilizowaną pozycję, pracę, dom, ale na tyle dziewczęcą, że wciąż poszukuje nowych inspiracji, zainteresowań, nadal z ciekawością dziecka obserwuje świat i ludzi, a to co widzi i co ją fascynuje opisuje na blogu. Cześć to ja Zaniczka – miło Cię poznać” – tak pisze o sobie na swoim blogu.

Zaniczka? Bo zanika, bo cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Kiedy miała 9 lat przeczytała w historii swojej choroby, że dożyje maksymalnie 14 lat, dzisiaj ma 40 i chciałaby, by traktowano ją jak normalnego człowieka, który ma prawo wyboru i decydowania o sobie. – Nie wzbudzam litości. Może dlatego, że nie jestem przez chorobę powykręcana, bo mam pofarbowane włosy, zrobione paznokcie, a do tego niewyparzony język – mówi Renata. Jej życie to nieustanna walka o to, by ją szanowano, by najpierw widziano ją jako człowieka, a dopiero później wózek, na którym siedzi.

Koncert dla ZANICZKI (228)

– Kiedy miałam 9 lat lekarze zaproponowali moim rodzicom operację, po której miało mi się łatwiej żyć. To były lata 80/90-te, kiedy na chorych eksperymentowano. Na mnie też taki eksperyment zrobiono, zoperowano mi stopy, wsadzono na sześć długich tygodni w gips, posadzono na wózku, z którego, mimo obietnic, już nigdy nie wstałam. Wyobraź sobie dziewczynkę, która chodzi do szkoły, ma koleżanki, kolegów, a nagle zostaje uziemiona w domu, ma nauczanie indywidualne i zostaje kompletnie odcięta od świata. Staje się zależna od dorosłych ludzi.

Nie chciała takiego życia. Nie chciała ze swoją niepełnosprawnością zamknąć się w czterech ścianach i czekać, kiedy ta śmierć, która o niej chyba zapomniała, w końcu przyjdzie. W ósmej klasie wróciła do szkoły, skończyła liceum w szkole z internatem i poszła na studia, nie na wymarzoną psychologię, ale na uczelnię, która była przystosowana do jej potrzeb. – Koledzy wnosili mnie po schodach na zajęcia. To była stara kamienica bez windy, a oni ustalali między sobą kolejki, kto kiedy ma mi pomóc. Dzisiaj niewiele się zmieniło. Świat z pozycji wózka inwalidzkiego nie jest przyjazny. – Pamiętam czas, kiedy miałam zwykły wózek, który zawsze ktoś musiał prowadzić, i od tej osoby byłam uzależniona, jej potrzebom podporządkowana. Nie mogłam powiedzieć: „Hej, czekaj chcę zobaczyć tę sukienkę na wystawie”, bo na przykład okazywało się, że ona się spieszyła. Wózek elektryczny stał się przepustką do autonomicznego świata. Do świata, kiedy mogę decydować o tym, gdzie chcę iść, z kim się spotkać, gdzie pojechać. Ale to też nie wygląda kolorowo. Windy dla niepełnosprawnych dostosowane są do zwykłych wózków, mój waży 150 kg plus ja z moją nadwagą – nie podnosi mnie. Jasne, że mnie to wkurza, że irytuje, bo chcę móc decydować. Chcę wybrać. Ostatnio pani w urzędzie – kiedy windą nie mogłam zjechać w dół, zaproponowała, że obsłuży mnie na parterze. A ja nie chcę tak. Nie chcę specjalnego traktowania. Chcę zjechać na dół, wziąć ten cholerny numerek i poczekać w kolejce jak każdy inny człowiek! Nie chcę, żeby moja niepełnosprawność odzierała mnie z człowieczeństwa, by to ona wyznaczała standardy mojego życia. Oczywiście, że na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale na te, które mogę, chcę mieć, bo zwyczajnie mam do tego prawo.

Koncert dla ZANICZKI (317)

Pracuje. Od zawsze pomaga tym, którzy potrzebują jej pomocy. Kto by pomyślał – ktoś, kto wydawałoby się nie może funkcjonować bez drugiego człowieka, daje to, co w sobie ma najcenniejsze – siebie, swoje serce i zaangażowanie, by pomagać innym. Renata przez wiele lat pomagała niepełnosprawnym studentom, była wykładowcą akademickim, wolontariuszem w wielu organizacjach wspierających osoby niepełnosprawne. Dzisiaj pracuje w Domu Pomocy Społecznej z chorymi na Alzheimera. Ma poczucie, że musi oddać to, co sama dostała od innych ludzi. – Kocham tę pracę. Cieszę się, gdy udaje mi się wywołać uśmiech na twarzy tych ludzi, ale też cierpię, gdy odchodzą… często za szybko.

Gdybyś na nią spojrzała, pomyślałabyś: „Fajna dziewucha, mogłabym się z nią zaprzyjaźnić”, bo bije od niej dobra energia, bo uśmiech budzi ciekawość, a wózek zdaje się być dodatkiem, jakby trochę omyłkowym. Dopiero gdy koło niej usiądziesz, zauważysz, że ręce podnosi tylko do pewnej wysokości. Dopiero, gdy jej posłuchasz uważnie, usłyszysz, że nie może już sama obracać się w nocy z jednego boku na drugi, że pomaga jej mąż. Tak, mąż, o którym niektórzy myślą: „Życie sobie przechlapał, co w niej musi być takiego, że zdecydował się na ślub”. Ale jak ją zechcesz poznać, to wiesz, że tam jest dobry człowiek. Że pod butą i hardością jest człowiek z sercem na dłoni, a ta hardość to tylko wynik tego, jak bardzo doświadczyło ją życie.

To głupie pytanie, ale pytam, a kiedy słyszę, że najtrudniejsza w niepełnosprawności jest bezsilność – milknę. – Wiesz, jak mój mąż choruje, to ja nie mogę mu nawet podać szklanki wody… – Renata też milknie. I po raz kolejny myślę sobie, z jakich szczegółów składa się nasze życie. Z jakich drobnostek, których na co dzień nie dostrzegamy. A które dla kogoś mają ogromne znaczenie. – Wiesz, mój mąż marzył, żeby tak jak w filmach – przyjść do domu, położyć się na kanapie i patrzeć jak gotuję mu obiad. A ja uwielbiam gotować. I on przystosował kuchnię tak, żebym mogła to robić. Mam płytę, dzięki której mogę garnki przesuwać, bo nie mogę ich podnieść… i wiele innych udogodnień, dzięki czemu możemy cieszyć się tym, że to ja przygotowałam posiłek.

Nie lubi prosić o pomoc, sama woli pomagać. Ale czasami ta bezsilność i kompletna bezradność przerasta także i ją. Renaty nogami jest wózek, ten elektryczny, ten, który daje jej samodzielność, który pozwala jej decydować i wybierać. Tyle tylko, że wózek tak, jak dawno temu jej nogi, odmówił teraz posłuszeństwa. Wysłużył swoje i postanowił przejść na emeryturę nie wiedząc, jak ważny jest dla właścicielki, a może wiedząc, bo tak długo był jej nogami.

Renata - blog (6)

– Wózek to możliwość pracy, spotykanie się ze znajomymi, pomagania, robienia zakupów, wszystkiego – mówi Renata. A ona wierzy, że dobro wraca. Bo sama spłaca swój dług wdzięczności za to, gdy jej jako małej dziewczynce pomagali inni. Spłaca go już w nadmiarze, dlatego ważne jest, by dobro wróciło do niej samej. Wózek kosztuje 45 tysięcy złotych. Nie można wziąć kredytu, bo nie ma kredytów na wózek, nie można wziąć pieniędzy z urzędu, bo nikt nie dofinansowuje takich zakupów. Pozostaje liczyć na naszą wrażliwość i potrzebę zrobienia czegoś dobrego. A przecież to dobro jest w każdym z nas.

– Rozmawiam czasami z dziewczynami chorującymi na rdzeniowy zanik mięśni. Mówią: „Fajnie jest być noszoną”. Tak, ja kiedyś też lubiłam, gdy noszono mnie na rękach. Ale teraz już tego nie chcę. Chcę móc decydować o sobie, chcę żyć normalnym życiem – pracować, kochać, pomagać. A że potrzebuję do tego wózka… z tym zdążyłam się pogodzić, trudno byłoby się pogodzić z jego stratą.


Chcesz pomóc, możesz wpłacić choćby złotówkę na konto: ING BANK ŚLĄSKI 35 1050 1894 1000 0091 1636 3608 z dopiskiem „na wózek”

A jeśli nie możesz wspomóc finansowo – przekaż historię Zaniczki dalej, to już bardzo dużo!

 

 


Zobacz także

Dbanie o siebie nie było nigdy tak proste. Naprawdę niewiele potrzeba, by siebie potraktować z szacunkiem i uważnością

obsesyjna miłość - jak ją rozpoznać?

Kocham go… do szaleństwa! 17 znaków, że twój partner stał się twoim uzależnieniem

„Pewnych rzeczy już nie wypada robić”. Obalamy mity na temat seksu po 40-tce