Lifestyle

Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
30 sierpnia 2021
fot. FatCamera/iStock
 

Czujesz, że tradycyjny model szkoły nie wspiera dzieci w rozwoju tak, jak mógłby i powinien? Twoje dziecko ma dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych, a ty – roli jego nadzorcy? W poszukiwaniu szkół, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. W Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej, Radowie Małym czy Słupi Wielkiej znalazła inspirujące miejsca i ludzi, którzy zarażają entuzjazmem i wcielają w życie inne pomysły na edukację. Sięgają do metod Marii Montessori czy Celestyna Freineta, rezygnują z ocen, prowadzą lekcje w przyrodzie i mają czas, by dbać o relacje. Wszystko po to, by uczniowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, ale też odnaleźli się w dorosłym życiu. 

Oto pierwszy przewodnik, który pokazuje, jak w praktyce wyglądają przyjazne szkoły – prywatne, domowe i publiczne. W całej Polsce, dla każdego dziecka. Z autorką rozmawia Karina Caban-Rusinek.

Dla kogo jest Twoja książka?

To jest książka dla rodziców i dzieci, którzy czują, że tradycyjny model szkoły ich gniecie, uwiera, męczy i nie wspiera w harmonijnym rozwoju tak, jak mógłby i powinien. Dla dzieci, które mają dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych oraz rodziców, którzy mają dość roli nadzorców pilnujących, czy ich pociechy wywiązują się ze swoich obowiązków.

Dlaczego napisałaś tę książkę?

Kilka lat temu poznałam André Sterna – chyba najsłynniejszego na świecie człowieka, który nigdy nie chodził do szkoły. Erudyta, gitarzysta, kompozytor, lutnik, pisarz, który mówi w pięciu językach. Nie lubi słodyczy i dużo się śmieje. Spotkanie z nim było jak zachłyśnięcie się rześkim górskim powietrzem, skok do chłodnej wody oceanu: przyjemne, elektryzujące, otwierające. Zostawiło mnie ono z tęsknotą za tym, kim mogłabym być, gdybym nie czuła, że muszę być taką grzeczna i pilną uczennicą oraz z ogromną chęcią, by poznać i opowiedzieć o innych sposobach na edukację, która przez lata zaowocowała reportażami i wywiadami.

Z czasem pogodziłam się z tym, że nigdy nie poznam dziewczynki, którą mogłam się stać, i nauczyłam się doceniać kobietę, którą jestem. Jednak bardzo bym chciała, by inne dzieci, w tym moje własne, mogły rozwijać się zgodnie ze swoim potencjałem. To dla nich tak naprawdę napisałam tę książkę.

fot. FatCamera/iStock

Którzy z bohaterów książki są Ci szczególnie bliscy?

W czasie pracy nad książką poznałam tak wielu entuzjastów edukacji, że nie wszystkich byłam w stanie w niej opisać. Ten fakt bardzo mnie ucieszył. Wielu jej niedorosłych bohaterów mi imponuje: maluchy z przedszkola Puszczyk pod Białymstokiem, które z zapamiętaniem pracują w błocie i z radością eksplorują przestrzeń wokół nich bez względu na pogodę; nastolatki z Bielska-Białej, które przejęły odpowiedzialność za swoją edukację i w ramach Montessori Open Space samodzielnie dbają o swój rozwój; ósmoklasiści ze szkoły waldorfskiej w Krakowie, którzy potrafią prowadzić elokwentne, mądre i kulturalne dyskusje. Wśród
dorosłych mój nieustanny zachwyt budzi Wiesława Mitulska, nauczycielka z publicznej podstawówki w Słupi Wielkiej, która od niemal 30 lat nie postawiła żadnej oceny cyfrowej i prowadzi kolejne pokolenia podopiecznych według autorskiego programu. Wspomnienie czułości i szacunku, z jakimi traktuje swoich uczniów, do dziś ogrzewa moje serce.

Pozostaję pod wrażeniem energii i zapału małżeństwa Sawickich, którym dwie dekady temu zamarzyła się bezpłatna szkoła Montessori we wsi w górach w Beskidzie Żywieckim, a dziś prowadzą ich w Polsce kilkanaście. Imponują mi też dwie charyzmatyczne dyrektorki – Marzena Kędra ze szkoły Cogito w Poznaniu i Ewa Radanowicz z podstawówki w Radowie Małym, które za swoją wizją edukacji poszły jak tury i przemieniły publiczne placówki w miejsca wibrujące energią i chęcią poznawania świata.

Czy pandemia wpłynęła na postrzeganie szkoły przez Ciebie?

Wpływ pandemii na funkcjonowanie niemal wszystkich edukacyjnych inicjatyw w Polsce był potężny. Wprowadził zamęt w ich codzienność i nadszarpnął relacje, które na długi czas musiały stać się wirtualne. W trakcie zbierania materiałów nie opuszczała mnie myśl, że poznaję moich bohaterów w czasie dla nich nienaturalnym, jakoś zaburzonym, i starałam się mieć to na uwadze. Mimo to w moich opowieściach świadomie nie skupiłam się zbytnio na wyjątkowych warunkach, w jakich uczniom przyszło żyć i pracować w ostatnich dwóch latach. W reportażach pomijam lub umniejszam ten wątek, bo jeśli wpuściłabym go w adekwatnym do
stopnia jego oddziaływania na szkoły wymiarze, nie byłaby to już książka o alternatywach wobec systemowej edukacji, a o edukacji w czasach zarazy (i chyba warto, by na ten temat powstała osobna publikacja). Poza tym pisałam z nadzieją, że ten czas w historii edukacji jest przejściowy, a nadmierne eksponowanie pandemii szybko uczyniłoby tę książkę nieaktualną.

Co da Twoja książka osobom, które po nią sięgną?

  • Potężną dawkę inspiracji w postaci charyzmatycznych bohaterów i niebanalnych inicjatyw edukacyjnych.
  • Poznanie pełnego i bardzo szerokiego spektrum możliwości, jakie rodzice i dzieci – wbrew pozorom, czasem również wbrew intuicji – mają w Polsce w dziedzinie edukacji.
  • Możliwość zajrzenia w codzienność szkół i klas, spędzenia z nimi jednego zwykłego – niezwykłego dnia z ich życia, której rodzice nie mają w czasie żadnych dni otwartych.
  • Orientację w różnych alternatywnych podejściach do edukacji, które, co prawda, łączy szacunek do dzieci i możliwie indywidualne podejście do ich rozwoju, ale różni bardzo wiele. Szkoła waldorfska, szkoła Montessori czy szkoła demokratyczna to odmienne światy i warto poznać najbliższe im wartości, zanim podejmie się decyzję o staniu się ich częścią.
  • Wiedzę, jak znaleźć miejsca, które okażą się najbliższe sercu czytelników.
  • Wskazówki, jak świadomie wybrać najlepszą możliwą ścieżkę dla własnego dziecka lub, w przypadku starszych dzieci – dla siebie samego.
  • Wiedzę o najbardziej podstawowych zależnościach w edukacji i odkryciach neurobiologii dotyczących uczenia się.

zo i przyjemność z lektury, mam nadzieję.


 

Maria Hawranek – reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni serwisu IntoAmericas.com. Współautorka książek Wyhoduj sobie wolność oraz Tańczymy już tylko w Zaduszki. Autorka wielu reportaży i wywiadów dotyczących edukacji. Mama Gucia.

 

Maria Hawranek, fot. Klaudyna Schubert


Lifestyle

„Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu”. Drużyna pani Wiesi, czyli żywy dowód na to, że się da

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
fot SDI Productions/iStock
 

W pierwszej klasie planują każdy dzień, później W 1992 roku Wiesia ze zdziwieniem słuchała nauczycielek opowiadających o buźkach i kropeczkach zamiast ocen.

Od początku się upierała, że nie ma ich być pod żadną postacią. Poznała profesor psychologii Annę Brzezińską, która zaprosiła ją do współpracy w ramach międzynarodowego projektu „Tempus Redesign”. Była jedyną nauczycielką ze zwykłej podstawówki, wyjeżdżała na dwa tygodnie na wizyty studyjne do Utrechtu. Przeżyła objawienie.

– U nas jak w poniedziałek dzieci w Środzie Wielkopolskiej poznawały literkę „A”, było bardzo prawdopodobne, że robią to też dzieci w innych miastach Polski. W Holandii zobaczyłam, że można pracować inaczej. Zaczęłam eksperymentować, zrozumiałam, że podstawą mojej pracy jest refleksja, i dzięki temu dotarłam do miejsca, w którym jestem – opowiada Wiesia. Literki u pierwszaków wprowadza według potrzeb – gdy akurat wybierają się na wycieczkę na lotnisko, to jest „S”. Tradycją stało się już, że na urodziny dziecka wszyscy poznają literkę, od której zaczyna się jego imię.

Na początku Wiesia obawiała się, że bez ocen uczniowie stracą motywację. Stworzyła więc tablicę, na której po całym dniu dzieci same wystawiały sobie oceny, przylepiając kółeczka. Na pierwszym zebraniu rodzice wpatrywali się w tę tablicę jak sroki w gnat i liczyli kropki, porównywali, kto ma więcej, i pytali dlaczego. Na drugi dzień z hukiem ją zlikwidowała. Później wymyśliła sprawności na wzór zuchów w harcerstwie – dzieci wklejały w zeszytach obrazki na znak, że osiągnęły jakiś poziom. Bardzo szybko okazało się, że to działa tak samo jak ocena – dzieci pracowały, by zdobyć sprawność, a nie dlatego, że coś je ciekawiło.

W kolejnym roku nie postawiła już nic: żadnego słoneczka, chmurki, literki ani sprawności. Tylko informacje zwrotne. Tego, jak ich udzielać, również musiała się nauczyć – najpierw metodą prób i błędów, a później przy wsparciu Centrum Edukacji Obywatelskiej,
największej organizacji pozarządowej zajmującej się zmianami w szkołach publicznych. W 1999 roku do szkół wprowadzono ocenianie kształtujące, oparte między innymi na ocenach opisowych. Wiesia była przekonana, że nauczyciele przerzucą się
na nie jak ona, aby tylko zrezygnować z cyferek.

– Wystawianie ocen to moje najgorsze przeżycie w pierwszych latach pracy. Czułam się jak bezduszna maszyna. Przecież znałam otoczkę, znałam to dziecko. Wiedziałam na przykład, że ma jakąś trudność i robi wszystko, co może, a jednak nie doskakuje do poprzeczki na lepszą ocenę. Jaka to była ulga nie musieć już tego robić! – wspomina.

Zaczęła pisać listy do dzieci. W pierwszej klasie czytają im je rodzice, w kolejnych uczniowie robią to już sami. Wiesia siada przy stole w kuchni z widokiem na szkolne boisko i pisze wychowankom o tym, co już wiedzą, pokazuje, jakie postępy poczynili przez cały rok.

– Jeśli dzieci są oceniane, boją się popełniać błędy, raczej się do nich nie przyznają, ściągną albo znajdą jeszcze inne rozwiązanie. Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu – mówi.

Czasem Wiesia przekazuje to zadanie dzieciom, by same oceniły, czy coś już potrafią. Wspólnie określają, jakie będą tak zwane kryteria sukcesu. Na przykład celem jest: „Poznam literę «K»”, a kryterium sukcesu: „Potrafię rozpoznać literę «K» w wyrazach, umiem ją napisać i potrafię połączyć z innymi literami”. Inny cel: „Przygotowanie do klasowej wyprawy badawczej”, a kryterium sukcesu: „Wiem, co trzeba zabrać, w jakim kierunku iść, jak się ubrać i znam zasady bezpieczeństwa”. Zapisują to wszystko na tablicy. Kiedy dzieci uznają cel za osiągnięty, same podchodzą do tablicy i się pod nim podpisują. W ten sposób Wiesia pokazuje, że ma do nich zaufanie. Zazwyczaj dzieci starają się go nie nadszarpnąć.

– Oczywiście nie każdy pracuje na sto procent. Jeśli widzę, że jakichś podpisów długo brak, staram się dojść, dlaczego tak jest. Czasem sam widok zadania sprawia, że dziecko myśli, że to za trudne. Moja w tym głowa, by mu pokazać, że nie. Nigdy do niczego nie zmuszam.

Kiedy Wiesia już na dobre pozbyła się ocen, zrezygnowała z ćwiczeń. Wkrótce taki sam los spotkał podręczniki. Od lat pracuje według własnego, autorskiego programu. Dzieci mają swobodę, by pewne zadania realizować zgodnie rozkładają zadania na tydzień.

– Wiedzą, że na koniec będziemy podsumowywać, kto co zrobił, a czego nie zrobił i dlaczego coś się nie udało. Ale jeśli kilka razy się nie wyrobią, to uczą się, jak zorganizować swój czas. Mogą sobie na to pozwolić, bo jeśli się nie uda, nie spotka ich żadna nieprzyjemność – tłumaczy Wiesia.

Kilka lat temu ze zdziwieniem odnalazła się w pojęciu „nauczyciel konstruktywista”.– Organizuję dzieciom środowisko do uczenia się. Staram się być na uboczu, nie narzucam się dzieciom z pomocą. Moja rola polega na tym, by je zaciekawić. Bo są rzeczy, które naturalnie niosą dzieci, i takie, które, no, po prostu trzeba zrobić. I ja mam bank pomysłów, jak je wpleść, by pociągnąć uczniów za sobą. Podpatruję, co ich interesuje i na bazie tego proponuję projekt: o człowieku, atomie, bakteriach, kosmosie. Dzieci mówią, co im się z tym kojarzy, co chciałyby zrobić, a moją rolą jest przemycić w tym konieczną teoretyczną wiedzę. I to wcale nie jest takie trudne.

Lecimy w kosmos, to jakie czynności musimy wykonać? I już dzieci szukają wyrazów. A jak je znajdą, to mówię im, że te wyrazy nazywają się czasowniki. I później to ćwiczymy wiele razy, na różne sposoby. Te dzieci będą się uczyły przez całe życie. Nie wiadomo, ile razy będą musiały zmieniać zawód. Muszą wiedzieć, że uczenie się to coś przyjemnego, a nie przykry obowiązek.


Czujesz, że tradycyjny model szkoły nie wspiera dzieci w rozwoju tak, jak mógłby i powinien? Twoje dziecko ma dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych, a ty – roli jego nadzorcy? W poszukiwaniu szkół, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. W Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej, Radowie Małym czy Słupi Wielkiej znalazła inspirujące miejsca i ludzi, którzy zarażają entuzjazmem i wcielają w życie inne pomysły na edukację. Sięgają do metod Marii Montessori czy Celestyna Freineta, rezygnują z ocen, prowadzą lekcje w przyrodzie i mają czas, by dbać o relacje. Wszystko po to, by uczniowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, ale też odnaleźli się w dorosłym życiu. 

Oto pierwszy przewodnik, który pokazuje, jak w praktyce wyglądają przyjazne szkoły – prywatne, domowe i publiczne. W całej Polsce, dla każdego dziecka.

 

 

 


Lifestyle

Amnestia zeszytowa, spokój, czuła uważność… Jak pomóc dzieciom wrócić do szkoły we wrześniu radzi dr psychologii Aleksandra Piotrowska

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 sierpnia 2021
fot. MilosStankovic/iStock

Podstawową sprawą jest teraz spokój, jaki my – rodzice, krewni, znajomi powinniśmy prezentować. Starajmy się też nie podsycać, nie aktywizować lęku. Nie zaczynajmy każdej konwersacji: „A boisz się powrotu do szkoły?”, „A masz stare zeszyty z poprzedniego roku?”, mówi doktor psychologii Aleksandra Piotrowska, prywatnie mama dwójki dzieci i babcia trójki wnucząt.


Dzieci właśnie wracają do szkoły po bardzo długiej przerwie. Jak im pomóc zminimalizować stres?

– Na początek uświadommy sobie, że powrót do szkoły zawsze wiązał się z różnorodnymi uczuciami: pozytywnymi i negatywnymi. Pewne obawy i niechęć do tego, że znów trzeba będzie wstawać rano na gwizdek i zaczynać szybko dzień, były co roku. Teraz oczywiście mamy wzmożenie tych obaw związanych z pandemią. Na szczęście dzieci po wielomiesięcznej nauce on-line wróciły na chwilę do szkoły na przełomie maja i czerwca. Tak naprawdę wtedy „pierwsze lody” zostały przełamane. Dzieci zobaczyły, jak to jest być znowu w grupie i moim zdaniem dobrą robotę wykonali ci rodzice, którzy nie zbagatelizowali tych trzech tygodni i jednak wysyłali dzieci do szkoły przed wakacjami.

Oczywiście w tym czasie nie wszystkie umiejętności społeczne zostały zaktywowane, przywrócone do stanu sprzed pandemii. Bez wątpienia teraz czeka nas wszystkich wiele wyzwań.

Możemy pomóc naszym dzieciom przetrwać ten pierwszy trudny miesiąc w szkole?

– Oczywiście, my jako rodzice możemy pomóc, ale też zaszkodzić. Myślę, że podstawową sprawą jest teraz spokój, jaki my – rodzice, krewni, znajomi powinniśmy prezentować. Starajmy się też nie podsycać, nie aktywizować lęku. Nie zaczynajmy każdej konwersacji: „A boisz się powrotu do szkoły?”, „A masz stare zeszyty z poprzedniego roku?”, „Denerwujesz się bardzo, jak to teraz będzie?”. To wszystko prowadzi do negatywnego nastawiania.

Co zatem powinniśmy robić?

– Najpierw zastanówmy się sami, czego my rodzice najbardziej boimy się w związku z powrotem do szkoły. Co takiego zupełnie niezwykłego i wywołującego przerażenie, wiąże się dla nas z tym? Przecież co roku tak było?

Już chętnie odpowiem na to pytanie. Wielu rodziców obawia się, że w ich domach przez półtora roku rozluźniła się dyscyplina. Dzieci przywykły do późnego chodzenia spać, nieprowadzania zeszytów, chaosu. My rodzice boimy się, że nad tym nie uda nam się zapanować! Bijemy się w piersi i boimy się kolejnego zamknięcia szkół i tego, że znów sobie nie poradzimy. 

– Myślę, że jeśli rodzic jest wystarczająco krytycznym i szczerym wobec siebie człowiekiem, to może spokojnie przyznać, że jak w większości rodzin, on też sobie nie poradził. Bo to było troszkę takie oczekiwanie, że rozwiążemy „kwadraturę koła”. Ojciec, który zostawał w domu z dwójką dzieci skazanych na naukę zdalną i musiał im pomagać, nie mógł sprawić, że jego doba stanie się nagle dłuższa, nie mógł też zaniedbywać swojej pracy.

Przecież to nieprawda, że dzieciom rodzice musieli pomagać tylko uruchamiać sprzęt i logować się do systemu. Taki ojciec musiał jeszcze aktywizować dzieci do nauki. A przecież zwykle to nauczyciel odpowiada za utrzymywanie koncentracji i podtrzymywanie motywacji w czasie lekcji, a tego podczas nauczania zdalnego nie było. Trudno nawet od czterdziestolatka oczekiwać, że będzie w stanie siłą własnej woli i przeświadczeniem wagi problemu, utrzymywać swoją uwagę na ekranie monitora nieprzerwanie przez kilka godzin. To, jakim cudem chcieliśmy tego od ośmio-, dziesięcio- czy nawet piętnastolatka?

Co teraz możemy zrobić dla naszych dzieci?

– Oczywiście dobrze by było, żeby co najmniej przez ostatnie dziesięć dni sierpnia pomału przygotowywać dzieci do wcześniejszego chodzenia spać. Ale teraz… to już jest trochę pozamiatane. Mam więc nadzieję, że rodzice wiedzą, że z dnia na dzień nie da się wprowadzić zmiany rytmu dnia.

Nie powinno być tak, że jeszcze z 30 na 31 sierpnia dziecko żyje tak jak chce, odchodząc od ekranu komputera czy komórki o godz. 3.00 nad ranem i śpiąc do południa, a następnego dnia już będzie musiało wstać o godzinie 6.00 czy 7.00, by zdążyć do szkoły. Tutaj dostrzegam jednak rolę rodziców, by odpowiednio wcześnie odbyli rozmowę – spokojnie zakomunikowali, że czas na zmiany, by przygotować się do roku szkolnego.

Myślę, że dzieci mogą stawiać opór: kochają gry on-line i nocne markowanie.

– Tak, ale tutaj granica powinna być postawiona przez rodzica w sposób absolutnie jednoznaczny. Nie do zaakceptowania jest pogodzenie się z tym, że dzieci po północy snują się jeszcze po mieszkaniu, a wstają po godzinie 6.00 rano do szkoły, bo za niedospanie zapłacą gorszą koncentracją i wydolnością umysłową, a wreszcie własnym zdrowiem. Bez wątpienia trzeba to przeciąć zdecydowanie i kategorycznie. Pamiętajmy też, że nie o wszystkim dzieci powinny decydować same. Możemy przedstawiać im swoje argumenty na rozwiązanie sytuacji, ale jednocześnie musimy podkreślić, o czym możemy dyskutować, a o czym już nie.

O czym możemy dyskutować z dziećmi?

– Możemy rozmawiać o tym, czy na zakupy do szkoły pójdziemy w poniedziałek, czy może we wtorek. Gorąco namawiam, by oprócz zmienionego rytmu dnia jak najszybciej zadbać o podjęcie aktywności związanych z pójściem do szkoły. Nie chodzi mi tylko o zakup zeszytów i długopisów, ale też kwestię przejrzenia biurka i wyrzucenie niepotrzebnych szpargałów, które zalegają po poprzednich latach. Możemy też przejrzeć ciuchy i wspólne zastanowić się, w czym dziecko będzie chodzić do szkoły. Krótko mówiąc – mamy jeszcze kilka dni na to, żeby wprowadzić świadomość zmian, od których nie da się odejść.

A jeśli się nam to nie uda i okaże się, że w pierwszych dniach września nie jesteśmy w stanie dobudzić dzieci do szkoły? Co wtedy mamy robić?

– To wtedy musimy bardzo wyraźnie stawiać dzieci do pionu, nawet jeśli są średnio przytomne. Nie dawajmy sobie tygodnia czy dwóch na rozruch. Jestem przeciwko takiemu przyzwoleniu, że dziecko może jeszcze do godziny 10.00 sobie pośpi i do szkoły pójdzie na trzecią lekcję.

Dzieci bardzo boją się, że wejście w grupę rówieśniczą będzie dla nich trudne. One dorosły i pozmieniały się. Szczególnie młodzi nastolatkowie boją się, czy uda się im ze sobą na nowo dogadać. Znam dziewczynkę, która dziś myśli tak: „Może ta koleżanka, z którą siedziałam w ławce i z którą się dogadywałam, teraz nagle okaże się zupełnie innym człowiekiem?”

– Absolutnie rozumiem jej obawy. Wśród nastoletnich równolatków mogły dokonać się przez rok zmiany różnie duże. Przecież zmiany charakterystyczne dla adolescencji u niektórych zaczynają się już w 11 roku, a u innych w 15 roku życia. Warto więc uświadomić dzieciom, że nie są jedynymi, którzy przeżywają takie obawy i że ich koledzy z klasy pewnie podobnie się tak „jeżą”. Możemy też pozastanawiać się razem, o czym próbować rozmawiać przy pierwszych spotkaniach i pomóc przygotować historyjki z wakacji do opowiedzenia. Na spokojnie spróbujmy wyposażyć dziecko w podpowiedzi bardzo konkretnych rozwiązań.

Może warto podczas rozmowy wrócić do tych kilkunastu dni sprzed wakacji w szkole na przełomie maja i czerwca?

– Dobry pomysł. Przeanalizujmy z dzieckiem, jak się wtedy czuło, a jeśli wydarzyło się coś nieprzyjemnego w grupie rówieśniczej, pomyślmy na chłodno razem (z udziałem dwóch, trzech bliskich osób), czy można ten kłopot jakoś rozwiązać? Jak temu zapobiec na przyszłość? Co zmienić w swoim zachowaniu? Kogo poprosić o pomoc? Prowadźmy takie rozmowy, które pokażą dziecku, że wiele możemy zdziałać, ale nie oszukujmy go.

Nie mówmy, że wszystko jest zawsze pod naszą kontrolą, że wszystko będzie dobrze i że na pewno wszyscy ucieszą się na jego widok. Apeluję – bez opowiadania takich bzdur. Dzieci są bardzo bystre i same się zorientują, że to nieprawda. Eksponujmy natomiast podczas rozmowy, że na wiele spraw jednak mamy wpływ.

Rodzice mówili mi, że ich dzieci nie chciały wychodzić podczas pandemii z domu i one dziś przyzwyczaiły się do braku kontaktów, więc boją się teraz rozmawiać z ludźmi. Może to jest jakiś rodzaj fobii społecznej?

– Dziś dzieci myślą sobie tak: „Siedziałam w domu przez rok i nic złego się nie stało, jakoś przeżyłem. To, jaka jest konieczność zmieniania tego? A czy nie udałoby się tak dalej jakoś funkcjonować?” Druga rzecz jest taka: to, co dla nas dorosłych jest oczywistością np. umiejętność small talków, dla dzieciaka takie nie jest. Ono przecież przed pandemią było dopiero na etapie opanowywania umiejętności swobodnego zagadywania do nowej poznanej osoby. Wprowadzenie wielomiesięcznej przerwy w wykonywaniu tej czynności mogło doprowadzić do jej destrukcji.

Ślady pamięciowe najnormalniej w świecie ulegają osłabieniu, więc dzieci mają uzasadnione obawy, czy sobie poradzą z funkcjonowaniem w grupie. Zastanawiają się po cichu: „Jak będzie z moją umiejętnością odszczeknięcia się?”, „A jak będę musiał odpowiedzieć na dwuznaczny żart?” Kiedyś dzieci były w tym bardziej wprawione, bo miały to na co dzień, a teraz za nimi jest jednak długa przerwa. Myślę, że trzeba im też uświadomić, że fakt, iż one odczuwają takie opory i obawy, świadczy o ich sprawności intelektualnej, bo uzasadnione jest odczuwanie niepokoju w tej sytuacji.

Niektórzy rodzice myślą jeszcze tak, że czwarta fala przyniesie zamknięcie szkół, więc może lepiej już teraz zabezpieczyć się i zmienić szkołę na mniej wymagającą, społeczną, demokratyczną albo zdecydować się na nauczanie domowe?

– Warto uświadomić rodzicom, że nauczanie domowe jednak jest dobrowolnym skazaniem siebie na coś na kształt prywatnego lockdownu, bo wtedy rodzic i dziecko biorą na siebie odpowiedzialność za naukę i jej efekty. Szkoła w tej sytuacji jest odpowiedzialna tylko za zorganizowanie okresowych egzaminów. Jeśli rodzice okres lockdownu odbierali jako coś bardzo dokuczliwego, to nie sądzę, żeby w tej rodzinie edukacja domowa zdała egzamin. A zmiana szkoły? Pamiętajmy, że to postawi dzieci w jeszcze w trudniejszej sytuacji. Wtedy mamy gwarancję, że wszystko będzie inne, nowe i że trzeba będzie zacząć od początku budować relacje rówieśnicze.

Jak powinniśmy zachowywać się we wrześniu? Dopytywać, rozmawiać z dziećmi?

– Myślę, że czuła uważność jest w tym okresie niebywale istotna. Zawsze, jeśli podejrzewamy, że może się coś dziać nie za dobrego, a nasz syn lub córka z jakichś powodów ma blokadę przed mówieniem o tym, to możemy wprowadzać opowieści o… dzieciach naszych znajomych z pracy.

Dobry pomysł! Zwłaszcza w przypadku nastolatków, które już nie tak chętnie opowiadają o swoich kłopotach.

– Nastolatki będą miały tendencję do tego, by z wieloma odczuciami nie wychodzić na zewnątrz. Taka jest charakterystyka tego wieku, że osobami od ewentualnych zwierzeń i rozmów stają się teraz głównie rówieśnicy, a nie rodzice. Dlatego koncepcja opowiadania o dziecku naszej przyjaciółki jest fajnym punktem wyjścia do rozmowy. Możemy wtedy spytać naszego nastolatka, jak ta sytuacja wygląda z jego punktu widzenia.

Dzieci mogą też bać się zaległości w nauce, wiele z nich w ogóle nie nie prowadziło zeszytów.

– Warszawski samorząd wydał rozporządzenie kierowanie do nauczycieli, żeby broń Boże nie przyszło im do głowy usilne sprawdzanie stanu wiedzy z okresu pandemii, diagnozowanie tego, czego kto nie wie i wyciąganie natychmiastowych konsekwencji. Mówi się też o amnestii zeszytowej. Taką prośbę do nauczycieli skierowało wiele środowisk w całej Polsce, już w maju. Były organizowane seminaria, webinaria i szkolenia dla nauczycieli, by przekonać ich do tego, by nie wymagali uzupełniania zaległości w zeszytach, bo to nikomu nie służy. Nie przekłada się na nagłe zlikwidowanie zaległości wiedzy uczniów, a dla nauczycieli sprawdzanie zaległych zeszytów jest koszmarnym obciążeniem. Jeśli jednak „zdarzy się” nauczyciel, który nie zastosuje się do tych zaleceń, to radziłabym kontaktować się z dyrekcją szkoły.

Tak sobie pomyślałam, że my cały czas rozmawiamy, jak bardzo powrotu do szkoły się obawiają uczniowie i rodzice, a żeby pani wiedziała, jaki stres teraz odczuwają nauczyciele! Naprawdę! Nauczyciele mają jasną świadomość, że u dzieci siadła motywacja. Może warto też uświadomić uczniom, że ten powrót jest dla wszystkich trudny.

Czego boją się nauczyciele?

– Nauczyciele mają poczucie niejasności i boją się tego, że z dnia na dzień ktoś jednym podpisem może wprowadzić zmiany, które istotnie zaważą na ich pracy i życiu. Edukacja nienawidzi nieprzemyślanych zmian. Podstawą poczucia bezpieczeństwa jest powtarzalność i stabilność. Ona powinna dotyczyć nie tylko dzieci i rodzin, ale też funkcjonowania szkoły.

Rodzice też są coraz bardziej roszczeniowi, każdy ma inny pomysł na rozwiązywanie nowych postpandemiczych problemów.

– Proszę jeszcze pomyśleć, że spora część rodziców ma przeświadczenie, że nauczyciele przez ostatnie półtora roku nie chodzili do szkoły, że mieli wolne. Nie zdają sobie sprawy, jak dużo wysiłku musieli włożyć w nauczanie zdalne.

Co możemy powiedzieć na koniec?

– Apeluję o spokój i danie sobie czasu, o tolerancję i wyrozumiałość wobec różnego rodzaju usterek. Wszyscy musimy być teraz dla siebie bardzo życzliwi i serdeczni. I pamiętajmy: jak najwięcej aktywności fizycznej, jak najwięcej na dworze, jak najwięcej działań w grupie rówieśniczej oraz jak najmniej przed ekranami komputerów i komórek. To takie wskazówki na koniec. Dla dzieci i dla ich rodziców: dokładnie takie same.


Aleksandra Piotrowska, doktor psychologii. Pracownik naukowy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Oprócz pracy naukowej i doradztwa dla rodziców i nauczycieli współpracuje jako społeczny doradca z Komitetem Ochrony Praw Dziecka i Rzecznikiem Praw Dziecka (w latach 2008 – 2018). Zajmuje się także propagowaniem wiedzy psychologicznej, współpracując w tym zakresie jako ekspert z prasą, a także ze stacjami radiowymi oraz telewizyjnymi. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych i popularyzatorskich. Prywatnie nałogowy czytelnik literatury wszelakiej, miłośniczka wyjazdów narciarskich i podróży. Matka dwójki dzieci i babcia trójki wnucząt.

Aleksandra Piotrowska


Zobacz także

Czy mamy dziś czas na DUCHOWOŚĆ? Czy wolimy uciec niż zastanowić się, co takiego dzieje się w naszym życiu

Nie wystarczy tylko być prawdomównym. Co zrobić, żeby inni ci ufali?

Jacy mężczyźni działają destrukcyjnie na kobiety? Jest kilka typów, których warto się wystrzegać